14.05.2026, 15:14 ✶
03.10.1972 późne popołudnie, dom Lazarusa Lovegooda
Za oknami saloniku Lazarusa świat utonął w szarościach, a ciężkie, nabrzmiałe krople deszczu zaczęły rytmicznie bębnić o szyby. Charakterystyczny szum wytłumił resztę odgłosów, jakie mogłyby docierać z sąsiedztwa, zamykając ich towarzystwo w przeklętych zaciekami murach domu. Towarzyszyło im jednak trochę szczęścia dzisiejszego dnia. Ulewa rozpętała się na dobre dopiero wtedy, gdy cała trójka bezpiecznie przekroczyła próg domu, zostawiając chłód i wilgoć za drzwiami. Właściwie to naprawdę padać zaczęło dopiero teraz, kiedy ciepły aromat herbaty unosił się w oparach nad filiżankami. Niestety aromat głównie podsuwała wyobraźnia i sugestia jego istnienia, gdyż nozdrza atakowane były zwyczajowym zapachem dostarczanym przez uporczywą klątwę.
Ceolsige siedziała w miękkim fotelu, wyglądając na całkowicie odprężoną. Prawą nogę założyła na lewą. Rytmiczne, delikatne falowanie rąbka czarnej spódnicy wskazywało na charakterystyczne bujanie nogą.
Na tę okazję Burke wybrała strój, który wyglądał nieco bardziej oficjalnie. Jej szata składała się z dopasowanego, czarnego kaftanu zapiętego wysoko pod szyją. Jego czarną strukturę zdobił gęsty, misterny haft przedstawiający fioletowe i ciemnozielone pnącza wspinające się od pasa na kołnierz. Również dopasowane rękawy ozdobione były podobnym haftem pnącym się od mankietów aż po kołnierz. Ciemne barwy materiału tworzyły uderzający kontrast z jej bladą cerą i kaskadą blond włosów, które swobodnie opadały na ramiona. Jedynym jasnym punktem była srebrna broszka z okrągłym ametystem, lśniąca matowo pod szyją. Broszka łudząco przypominała srebrny kwiat wyrastający z plątaniny pnączy.
Upiła niewielki, nieśpieszny łyk gorącej herbaty. Pozwoliła, by opary razem z aromatem owinęły jej zmysły przed dłuższą chwilą, w której mogła uniknąć zapachu pomieszczenia. Złudna to jednak okazała się nadzieja.
Jej spojrzenie powędrowało ku środkowi podłogi, gdzie pysznił się główny bohater dzisiejszego popołudnia. Domek dla lalek, który Ceolsige z niemałym trudem wydobyła z piwnic rodzinnego domu, prezentował się nad wyraz mrocznie. Piętrowy, z szeroko otwartymi ścianami ukazującymi wnętrza skąpane w szkarłatach, fioletach i głębokiej czerni, wyglądał jak miniatura jakiejś zapomnianej, gotyckiej posiadłości. Brak mieszkaniec-lalek tylko potęgował wrażenie pustki czekającej na wypełnienie. Obok, przygotowane do użycia, leżały rytualne świece od Helloise, gotowe, by zmylić magiczne instynkty klątwy.
Ceolsige przeniosła wzrok z antyku na dwóch klątwołamaczy, uśmiechając się do nich z uprzejmą rezerwą, w której kryła się jednak nuta autentycznej ciekawości.
— Jak widzicie, zapewniłam wam gustowne naczynie na tą… niechcianą lokatorkę Lazarusa — wskazała dłonią na domek. — Oddaję moje skarby w ręce profesjonalistów. Proszę tylko, nie czujcie się skrępowani moją obecnością ani tym, że będę wam patrzeć na ręce. To tylka fascynacja procesem pozbawiona jego krytycznej oceny.
Odstawiła filiżankę na niewielki stolik i splotła dłonie na kolanie, czekając na ich pierwszy ruch. Deszcz za oknem przybrał na sile, a w saloniku zapadła cisza wyczekiwania.