– Tak, brzmi to na zorganizowaną akcję w odpowiednim czasie, czyli podczas ogólnokrajowego zamieszania – Victoria westchnęła, bo zwyczajnie nie brzmiało to dobrze, ktoś doskonale wiedział co robił, a doba nie była z gumy i 24h nieubłaganie mijały, zmieniając się w kolejny dzień, i tak w kółko. Brakowało im czasu, brakowało im rąk do pracy, brakowało snu, brakowało mnóstwo rzeczy tak na dobrą sprawę. Victoria może i nie była jeszcze na skraju swojej wytrzymałości, ale prawdę powiedziawszy była już do tego całkiem blisko, a ciągły kaszel nie polepszał sytuacji. Może i nie kaszlała co chwilę, ale teraz powiedziała już tak dużo, że ponownie czuła drapanie w gardle i nawet w odruchu przyłożyła sobie dłonie do szyi, jakby to miało w czymś pomóc.
Spoiler alert: nie pomogło.
– Jest to jakaś ewentualność na pewno. Nie wykluczałabym tego całkowicie, ale to mi się wydaje mało prawdopodobne, bo jednak musieliby to zrobić w pośpiechu, zresztą składniki lepiej pobierać z żyjącej mandragory – zresztą tak jak większość roślin tak ogólnie. Lestrange chrząknęła krótko, jakby chciała odkaszlnąć grudę, która stanęła jej w gardle, bo słychać było, że głos ją zawodził. – Ale w przypadku tej zmutowanej pustynnej odmiany trudno powiedzieć ogóle. To nie jest odmianą o której przeczytasz w książkach, znaczy o pustynnej mandragorze tak, ale ta się zachowywała zupełnie inaczej – a tak jak mówiła, jedyna próbka do badań, jaką udało im się pobrać, została zniszczona.
– Jak wszystkie inne tropy zawiodą, to można ich zapytać, pewnie. Ale nie wiem czy to wiele da, bo właśnie po tym przekazał sadzonkę do Towarzystwa Herbologicznego – i od tamtej pory dbali o nią właśnie w Kent.
Upiła łyka swojej herbaty, zauważywszy że Brenna już drugi raz ignorowała jej pytanie, ale nie miała prawdę mówiąc siły pytać ją o co jej chodzi, nie miała ochoty się z nią teraz konfrontować, a już i tak mocno wykorzystywała jej czas wolny.
– Tak zrobię – stwierdziła, po czym zamyśliła się. – Do eliksirów na pewno. Mandragory są składnikiem sporej ilości mikstur, nie tylko tych na pertyfikację… a czy do czegoś jeszcze, no nie wykluczałabym tego. To niezbadane okazy – i morze możliwości.
Przejrzały dokumenty na tyle uważnie, na ile się dało, porozmawiały przez chwilę, ale Victoria nie chciała Brenny zatrzymywać. Przecież obie miały dużo pracy. I mało czasu na tę pracę.
– Dzięki za pomoc – i pożegnały się chwilę później, a Victoria zeszła do swojej pracowni, by upewnić się że syrop wykrztuśny jaki przepisała jej uzdrowicielka w Mungu jest już gotowy. Pora była go zażyć (i wypluć sobie płuca).
Brenna przeglądała dokumenty sprawy, ale robiła to pobieżnie, skupiając się na rutynie i tym czy w ogóle takowa była kompletna. I odpowiedź brzmiała - nie, nie była kompletna. Brakowało zeznań dwóch osób, które pracowały przy mandragorze i odpowiadali za jej dobrostan w towarzystwie: zastępcy przewodniczącej Ólafura Ururquat'a oraz wiekowej członkini Aoife O'Sullivan.
Zakradła się pewna nieścisłość w tym co mówiła Victoria, którą detektyw wyłapała dopiero gdy kobiety rozeszły się do swoich obowiązków. Odpis dokumentu przyjęcia Mandragory do Kent mówił o bardzo dużym ładunku, a nie - jak mówiła aurorka - małej sadzonce. Podpis Selwyna na zaświadczeniu o użyczeniu rośliny przez Ministerstwo do badań oraz fakt, że Victoria pamiętała go z pierwszego spotkania Towarzystwa sugerował, że jest on w tej sprawie bardzo dobrze zorientowany.
@Brenna Longbottom @Victoria Lestrange