• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Wokół Magicznych Dzielnic [07.10.72] Get your pride out of your mouth

[07.10.72] Get your pride out of your mouth
evil twink
i ain't got no type
bad witches
is the thing that I like
wiek
26
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Asystent sędziny
Zimna cera i jeszcze chłodniejsze spojrzenie. Kruczoczarne włosy i onyksowe tęczówki bardzo wyraźnie kontrastują ze skórą bladą jak kreda. Buta oraz wyższość wylewa się z każdego gestu i słowa. Mierzy 187 centymetrów o szczupłej sylwetce, która coś jeszcze pamięta ze sportowych czasów. W godzinach pracy zawsze ubrany elegancko, zaczesany, a swoje tatuaże ukrywa pod zaklęciami transmutacji. Po godzinach najczęściej nosi się w skórzanych kurtkach i ciężkich butach.

Louvain Lestrange
#11
29.04.2026, 01:41  ✶  

To słowo któego użyła. Nienawiść. Nie powinno brzmieć w jej ustach w ten sposób. Wychwycił to niemal natychmiast. Nie tylko sam sens, ale sposób, w jaki ułożyło się pod jej językiem. Nienawiść, jeśli rzeczywista, to winna być żywa i impulsywna. A w jej ustach brzmiała jak tęsknota i nostalgia. Dla niego znaczyło to jakby  zdążyła się pogodzić, ale nie w ten zdrowy sposób jaki tłumaczyliby terapeuci. Pogodzona z brakiem możliwości działania. Z niemocą i bezsilnością. I to właśnie było niepokojące. Przez moment miał ochotę zobaczyć więcej. Zbyt wiele rzeczy umykało mu przez tę maskę, którą wciąż nosiła. Zakrywała fragmenty, które dopiero na ułamek sekundy odsłaniały się w jej spojrzeniu, zanim znów wracała do tej samej, kontrolowanej formy. A Louvain nie lubił niepełnych obrazów. Lubił wiedzieć. Rozumieć. Albo przynajmniej mieć wystarczająco dużo danych, by złożyć sobie własną wersję prawdy. Mógł więc tylko snuć domysły. Najprostsze prowadziły do straty. Do tego, co zostawia po sobie pustkę, której nie da się wypełnić ani słowami, ani pięknymi i okrągłymi zdaniami. Wiedział, że coś takiego ją spotkało. Ale wiedza i zrozumienie to nie było to samo. Śmierć Juliana wydarzyła się już poza jego światem, w czasie, kiedy Louvain był zbyt zajęty sobą, by zauważyć cokolwiek poza własnym odbiciem. Sport, adrenalina, przyjemność podniesiona do rangi stylu życia. Hedonizm. W tamtym czasie rzadko myślał o kimkolwiek innym. A już na pewno nie o tym, co zostawił za sobą. Nie analizował swoich decyzji. Nie wracał do nich. Nie zadawał sobie pytania, czy mógł coś zrobić inaczej. Lepiej. Uczciwiej wobec ludzi, którzy byli mu kiedyś bliscy. Więc nie mógł wiedzieć. Nie mógł naprawdę zrozumieć, co nosiła w sobie Astoria. Nie znał wszystkich szczegółów, nie znał momentu, w którym coś w niej pękło. Nie mógł więc uczciwie odpowiedzieć na pytanie, co powinna zrobić z tym, co nazywała , albo czego nie chciała nazywać miłością. Wiedział tylko jedno. Granica między jednym a drugim była niemal niewidoczna. Od miłości do nienawiści było bliżej niż krok. Bliżej niż ktokolwiek chciałby przyznać. W jego własnym przypadku nie było to nawet kwestią śmierci. Loretta żyła. A jednak to, co między nimi zostało, nie przypominało niczego, co można by łatwo naprawić. Relacja rozciągnięta do granic, których nie dało się już cofnąć. I choć nigdy nie powiedziałby tego na głos, świadomość, że jego bliźniaczka może już nie wrócić do Londynu przyniosła mu coś na kształt ulgi. To była myśl, której nie dało się obronić. I której nie zamierzał dziś odsłaniać. Bo to nie był wieczór na takie rzeczy. Nie balkon, nie ta rozmowa, która balansowała na granicy czegoś znacznie lżejszego. Zamiast słów Louvain pozwolił sobie tylko na spojrzenie. Nie próbował nadać mu kształtu zrozumienia, którego nie miał prawa sobie przypisywać. Nie udawał empatii, nie budował iluzji wspólnego doświadczenia. Ale nie było w nim też pustki. Było w nim coś innego. Ciche przyznanie, że ciężar, o którym mówiła, nie jest mu całkowicie obcy. Że on również coś niesie. I że jeszcze nie jest gotów, by to komuś oddać.

Lekki cień rozbawienia nie zniknął z jego twarzy nawet wtedy, gdy przestał mówić. Louvain pozwolił jej patrzeć, nie odwracał wzroku, nie skracał chwili, nie próbował rozproszyć jej uwagi kolejnym słowem. Wręcz przeciwnie, jakby świadomie ją wydłużał, jakby chciał sprawdzić, ile jeszcze można z niej wycisnąć. Było w tym coś przyjemnego. Sposób, w jaki mu się przyglądała, uważnie, bez pośpiechu, bez skrępowania. To nie było powierzchowne zainteresowanie, ani spojrzenie rzucone od niechcenia, było skupione i to właśnie mu się podobało. Louvain ogrzewał się nim niemal bezwstydnie, pozwalał, by to spojrzenie przesuwało się po nim jak ciepło, które powoli rozlewa się po skórze, docierając głębiej, niż powinno. Karmił nim własne ego z tą samą naturalnością, z jaką inni sięgają po kolejny łyk alkoholu, bez refleksji i bez potrzeby uzasadnienia. Wyciągał z tej chwili więcej, niż było w niej naprawdę, znacznie więcej, ale to nie miało znaczenia, bo właśnie tego szukał. Uwagi, atencji, skupienia drugiej osoby, które nie było wymuszone ani przypadkowe, a jeszcze bardziej uwagi kogoś, kto nie należał do przeciętnych, kogoś, kogo Louvain sam uznał za wartego tej wymiany. Bo to zdarzało się rzadko. Nie interesowało go każde spojrzenie, nie każda aprobata miała dla niego wartość, potrzebował czegoś więcej, pewnego poziomu, który sam wyznaczał i do którego dopuszczał niewielu. A Astoria, niezależnie od wszystkiego, co między nimi było i czego już nie było, należała do tej wąskiej grupy. Nie tylko dlatego, że była atrakcyjna w oczywisty sposób, ale dlatego, że przypisywał jej coś więcej. Szczególność, którą rozpoznawał i, co ważniejsze, uznawał za równą własnej, a to w jego świecie było jedną z najwyższych form uznania.

Uśmiech powrócił na jego usta w tej lżejszej, niemal bezczelnie swobodnej formie, jakby cała duszność poprzednich myśli została na moment odsunięta gdzieś na bok. Przechylił lekko głowę, pozwalając sobie na tą odrobinę teatralnej lekkości, która zawsze pryzchodziła mu naturalnie, gdy sytuacja zaczynała iść bardziej ku jego myśli. - A jednak - mruknął z rozbawieniem - W całym tym tłumie anonimowych i tak dostrzegłem tylko Ciebie. Przez chwilę przyglądał się jej jeszcze uważniej, ale tym razem bez tej analitycznej ostrości, bardziej jak ktoś, kto pozwala sobie cieszyć się samym faktem, że ma na czym zawiesić wzrok. - Świetny instynkt? - rzucił półżartem. - Czy po prostu dobry gust? I choć skracał dystans, choć igrał z granicą, Louvain wciąż wyglądał, jakby nic go to nie kosztowało. Jakby stał o krok dalej, niż w rzeczywistości był. Nie wyglądał na kogoś, kto choćby przez chwilę rozważał cofnięcie się o krok. Ten typ nigdy nie miał w zwyczaju traktować granic jak czegoś, co należy omijać z ostrożnością, raczej jak linię, którą można przesunąć, jeśli tylko ma się na to wystarczającą pewność siebie. To, że balansował gdzieś pomiędzy tym, co wypadało, a tym, co mogło sprowadzić kłopoty, nie było dla niego niczym nowym. Nie od wczoraj przypisywano mu niepoprawne sympatie polityczne. Nie od wczoraj patrzono na niego jak na kogoś, kto zbyt łatwo pozwala sobie na swobodę myślenia i jeszcze większą swobodę w jej wyrażaniu.

Przez krótką chwilę miał niemal absurdalne wrażenie, że to nie ona stoi na balkonie i prosi o dystans, tylko ktoś zupełnie obcy, kto pomylił drzwi i wszedł na niewłaściwą scenę. Myśl była tak szybka, że równie szybko zniknęła, ale zostawiła po sobie ślad rozbawienia, który przemknął przez jego spojrzenie. Bo Astoria i bezpieczna odległość nigdy nie należały do tej samej kategorii. Nie w jego pamięci. - Dla ciebie? - powtórzył cicho, jakby testował brzmienie tych słów. Kącik jego ust uniósł się lekko. - Mógłbym. Nie było w tym przesadnej deklaracji ani teatralnej powagi. Raczej spokojna pewność, że jeśli zdecyduje się coś zrobić, znajdzie sposób. - Tylko że… - dodał po chwili, a w jego głosie pojawiła się ta znajoma nuta, balansująca między ironią, a czymś ostrzejszym - mam wrażenie, że to nie do końca w twoim stylu. Przechylił lekko głowę, jakby przyglądał się jej na nowo, tym razem nie przez pryzmat wspomnień, tylko tego, kim była teraz. Ile z nowej Astorii, było tego samego z Astorii którą pamiętał. - Masz więcej ambicji niż to. Nie było w tym zarzutu. Bardziej stwierdzenie faktu. - Czy nie wolałabyś mieć w swoich dłoniach czegoś więcej niż tylko obserwację? Więcej sprawczości?

 
Dzieło sztuki
które chcesz polizać
wiek
24
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
kustoszka sztuki
Brunetka o jasnej cerze i zielonych oczach. Mierzy 166 cm wzrostu przy wadze 50 kg. Bardzo dba o swój wygląd. Poczucie estetyki rozwinięte na wysokim poziomie sprawia, że przywiązuje ogromną wagę do detali - od ubioru, przez makijaż, po dodatki. Ubraniami stara się przykryć swoją niedowagę. Jej arystokratyczna postawa, pełna powściągliwości i elegancji, dodaje jej szyku, co niektórzy odbierają jako dystans i wyniosłość.

Astoria Avery
#12
13.05.2026, 01:12  ✶  
Widziała jego badawczy wzrok; sposób, w jaki próbuje ją odczytać. Nie było to takie łatwe, jak kiedyś. Teraz chronił ją wysoki mur. Jedno wydarzenie wystarczyło, by coś w niej gwałtownie się przestawiło. Nienawiść wdarła się do niej gwałtownie i rozlała pod skórą jak trucizna, której nie dało się już wyciągnąć z organizmu. A potem została. Osadziła się w niej ciężko, głęboko, bliżej serca niż rozsądku. Nie nosiła jej jednak na zewnątrz. Nie była jedną z tych osób, które budują swoją osobowość wokół cierpienia, które rozdrapują własne rany przy każdej możliwej okazji, jakby ból stawał się walutą pozwalającą zdobywać uwagę albo usprawiedliwiać własne zachowania. Astoria nienawidziła tego rodzaju obnażania się emocjonalnie niemal tak samo, jak samego współczucia. Współczucie zawsze wydawało jej się dziwnie upokarzające. Miało w sobie coś miękkiego, coś, co stawiało człowieka w pozycji kogoś złamanego, wymagającego ostrożnego obchodzenia się z nim. A ona nie chciała być traktowana jak porcelana po pęknięciu. Dlatego nauczyła się bardzo wcześnie układać wszystko głęboko pod powierzchnią. Tak głęboko, że z czasem nawet dla niej samej emocje przestawały mieć wyraźne kontury. Nie analizowała ich godzinami. Nie wracała do nich świadomie. Po prostu były - ciężkie, ciche i stale obecne, jak kamień noszony pod żebrami, którego ciężaru z początku nie da się unieść, a później zaczyna się traktować jak naturalną część własnego ciała. Ludzie potrafili być bezlitośni wobec cudzych słabości - nawet ci, którzy deklarowali troskę. Może zwłaszcza oni. Astoria widziała to wystarczająco wiele razy, by przestać wierzyć w uzdrawiającą moc zwierzeń. Nie potrzebowała, żeby ktoś ją rozumiał. Nie oczekiwała ukojenia. Nie chciała, by ktokolwiek próbował zamieniać jej ból w lekcję moralną albo w historię o przebaczeniu, dojrzewaniu czy godzeniu się ze stratą. Nie interesowało jej to. Niektóre rzeczy po prostu zostają w człowieku na zawsze. I jedyne, co można zrobić, to nauczyć się oddychać mimo bólu.
Cieszyła się, że nie jest w stanie jej przejrzeć. Louvain zawsze patrzył w ten sposób, kiedy próbował coś dostrzec - pod powierzchnią, nie dla samej przyjemności obserwacji, lecz tak, jakby rozbieranie drugiej osoby na warstwy było dla niego czymś naturalnym (bo było? he-he). I kiedyś faktycznie przychodziło mu to z łatwością. W Hogwarcie miał irytującą wręcz zdolność dostrzegania rzeczy, które próbowała ukrywać nawet sama przed sobą. Ale potem, między innymi dzięki niemu, nauczyła się, że emocje pozostawione na widoku szybko stają się narzędziem w cudzych rękach. Że wystarczy moment słabości, jedno zbyt szczere spojrzenie, jedno drgnięcie ust w nieodpowiedniej chwili, by ktoś zapamiętał je i wykorzystał później przeciwko niej. Nie spuszczała wzroku. Pozwalała mu patrzeć, choć gdzieś głęboko pod skórą czuła lekkie napięcie, cienkie i chłodne jak żyłka naprężona zbyt mocno. Nie dlatego, że obawiała się odkrycia prawdy o sobie. Bardziej dlatego, że jakaś część niej pamiętała, jak niebezpiecznie komfortowe bywało kiedyś to uczucie bycia odczytywaną jak otwarta księga, rozumianą bez dystansu.
Na jego słowa uśmiechnęła się czarująco, z tą miękką swobodą, która przychodziła jej naturalnie. Kąciki jej ust uniosły się odrobinę wyżej, a złoto maski przechwyciło światło z sali balowej tak, że przez krótką chwilę wszystko wyglądało niemal zbyt pięknie, zbyt lekkie, jak scena z opowieści, która świadomie pomija mniej wygodne fragmenty. Bo przecież kiedyś dokładnie takie słowa działały na nią bezbłędnie. Niekoniecznie te konkretne, ale cały ten sposób mówienia. W tamtych czasach łatwiej było pomylić błysk z czymś trwałym. Fascynację z oddaniem. Grę z prawdą. Zwłaszcza gdy ktoś potrafił prowadzić ją tak płynnie, z tak niewymuszoną elegancją, że człowiek zaczynał wierzyć, że spontaniczność i szczerość naprawdę mogą wyglądać właśnie w ten sposób. Teraz widziała więcej. Teraz sama potrafiła prowadzić tę grę.
- Chyba rozpłynę się ze szczęścia - odpowiedziała z tą delikatną ironią, która bardziej muskała niż uderzała, ale pod którą wyraźnie pobrzmiewało rozbawienie. To było zdecydowanie w jego stylu - brać rzeczywistość i obracać ją w dłoniach tak długo, aż zaczynała układać się dokładnie tak, jak chciał ją widzieć. Nadawać zdarzeniom odpowiedni kształt, odpowiednią narrację, odpowiednie światło. Louvain od zawsze miał talent do sprzedawania własnej wersji wydarzeń z taką pewnością, że człowiek niemal mimowolnie zaczynał zastanawiać się, czy przypadkiem to on nie pamięta czegoś źle. Bo czy to był jakikolwiek komplement, że dostrzegł ją w tłumie, skoro nawet nie wiedział, że to ona? - A może i to, i to? - wymruczała z zadziornym błyskiem w oku, bo przecież znała granice, potrafiła je przekraczać, ale wiedziała też, które linie były nienaruszalne.
- Ach tak? To może powiedz mi, co jest w moim stylu. Skoro tak dobrze mnie znasz - próbowała brzmieć neutralnie, pozostać obojętną. Myślał, że nieprzemyślane ryzyko było w jej stylu? Zmieniła się, a sam fakt, że potrafił nadal uderzyć w czuły punkt, powodował, że jej irytacja narastała. Najgorsze było właśnie to spokojne przekonanie, z jakim je wypowiedział, jakby mówił o czymś oczywistym. Jakby znał ją na tyle dobrze, by dostrzec pod warstwą ostrożności coś większego. Przecież jej nie znał, już nie. A mimo wszystko częściowo miał rację. Bo Astoria była ambitna. Zawsze była. Ale to nie ambicja budziła się w niej najmocniej, gdy myślała o działaniu. To zemsta. Nie romantyczna potrzeba walki za ideę, nie ekscytacja rewolucją, nie fascynacja brutalną siłą. Zemsta była znacznie mniej efektowna. Bardziej osobista. Bardziej gorzka. I właśnie dlatego nie zamierzała wypowiadać jej na głos. Nie miała najmniejszego zamiaru podawać mu własnej nienawiści jak gotowej broni.
Część niej chciała sprawczości. Chciała już nigdy więcej nie być biernym obserwatorem wydarzeń, które potrafiły w jednej chwili obrócić czyjeś życie w popiół. Chciała widzieć znaki wcześniej. Rozumieć więcej. Mieć wpływ. Ale z drugiej strony rozumiała aż za dobrze, ile kosztuje ludzi przekonanie, że kontrolują chaos tylko dlatego, że stoją bliżej jego centrum. I może właśnie dlatego wciąż stała tutaj, na granicy. Nigdy całkowicie po jednej stronie. Nigdy do końca po drugiej.
Odwróciła się od niego powoli, niemal leniwie, ale w tym ruchu było coś z wycofania, którego nie potrafiła już zamaskować kolejną ironiczną uwagą. Materiał sukni zaszeleścił cicho, kiedy oparła przedramiona o balustradę i skierowała wzrok ku ogrodowi tonącemu w nocnym półmroku. Powietrze wydawało się chłodniejsze niż wcześniej. Astoria wpatrywała się w ten obraz długo - jak człowiek próbujący uporządkować własne myśli poprzez skupienie wzroku na czymś prostszym od nich. Problem polegał na tym, że sama już nie wiedziała, czego właściwie chce. Jeszcze kilka lat temu odpowiedź wydawała się prosta. Świat miał określony porządek, określone granice, określone role. A teraz?
- Nie wiem, może - odwróciła się w końcu, by znów na niego spojrzeć. Zrobiła krok. Jeden, wyraźny, pewny. I ten krok zmienił dystans między nimi w coś znacznie bardziej osobistego niż wcześniej. Przestrzeń, którą jeszcze przed chwilą wypełniała rozmowa, teraz zaczęła się kurczyć, jakby balkon sam z siebie przestał być miejscem na słowa, a stał się miejscem na decyzje. Różnica wzrostu sprawiła, że musiała unieść głowę, by utrzymać z nim kontakt wzrokowy. Jej dłoń uniosła się powoli, a palce zacisnęły się na jego podbródku, nie brutalnie, ale stanowczo, w geście, który bardziej zatrzymywał niż ograniczał. Nie pozwalał mu odwrócić głowy. Nie pozwalał mu uciec wzrokiem gdziekolwiek indziej niż wprost w nią.
- Tylko... czy mogę ci zaufać, Lou? - właśnie w jego oczach szukała odpowiedzi. Znała go z pięknych słów i zapewnień, ale to nie wystarczyło. Próbowała yłapać najmniejsze pęknięcie w powierzchni, najmniejszy moment zawahania, cień reakcji, który mógłby zdradzić więcej niż wszystkie jego dotychczasowe słowa. Chciała zobaczyć coś, co wyłamie się z jego kontroli. Nie zamierzała dać się zmanipulować po raz kolejny - szukała szczerości, która była ukryta gdzieś głęboko. Może była poza jej zasięgiem, ale potrzebowała czegoś, co dałoby jej cień nadziei, jeśli miałaby podjąć ryzyko.


learn the rules
then
break some

evil twink
i ain't got no type
bad witches
is the thing that I like
wiek
26
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Asystent sędziny
Zimna cera i jeszcze chłodniejsze spojrzenie. Kruczoczarne włosy i onyksowe tęczówki bardzo wyraźnie kontrastują ze skórą bladą jak kreda. Buta oraz wyższość wylewa się z każdego gestu i słowa. Mierzy 187 centymetrów o szczupłej sylwetce, która coś jeszcze pamięta ze sportowych czasów. W godzinach pracy zawsze ubrany elegancko, zaczesany, a swoje tatuaże ukrywa pod zaklęciami transmutacji. Po godzinach najczęściej nosi się w skórzanych kurtkach i ciężkich butach.

Louvain Lestrange
#13
14.05.2026, 22:40  ✶  

Coś w jej zachowaniu zwracało jego uwagę coraz bardziej. Słowa, które układały się w zdania, które były zbyt wyczekane i reakcje, które były zbyt bardzo przemyślane. Wydawało mu się, że pamiętał ją inaczej. Nigdy nie była przesadnie ekscentryczna ani impulsywna, nawet za czasów Hogwartu, ale wtedy jej ostrożność miała w sobie więcej naturalności. Była spokojna, nie chłodna. Tymczasem teraz wyglądała jak ktoś, kto świadomie pilnuje każdego odsłoniętego fragmentu swojego ja, jakby wystarczyło jedno nieuważne drgnięcie, by rozmowa wymknęła się spod kontroli. Może wynikało to z samej sytuacji. W końcu stali na balkonie na jego rodzinnej rezydencji i prowadzili rozmowę, która przy niewłaściwych uszach mogłaby zamienić się w bardzo brzydki problem. Tylko częściowo chowali się za metaforami. Tylko częściowo rozmywali znaczenia pod poetyckimi porównaniami o tańcu, sztuce i chaosie. Oboje byli wystarczająco inteligentni, by rozumieć, co naprawdę krąży między słowami. Ale on podejrzewał, że nie chodziło wyłącznie o politykę. Znał swój wpływ na ludzi zbyt dobrze, by udawać przed samym sobą skromność. Naturalny magnetyzm był czymś, co wykorzystywał niemal instynktownie, równie odruchowo jak inni oddychają. Potrafił oczarowywawyć, a kiedy tylko wyczuwał najmniejszą przestrzeń do wejścia głębiej, wykorzystywał ją bez zawahania. Każdy centymetr uwagi, każde zawieszone o sekundę za długo spojrzenie, wszystko było dla niego okazją. Nie zawsze nawet robił to świadomie. Czasami po prostu taki był. Astoria miała więc pełne prawo trzymać gardę wyżej niż dawniej. Dobrze wiedziała, czym kończy się zostawienie mu zbyt dużej swobody na parkiecie. Louvain potrafił zamieniać flirt w grę wpływów szybciej, niż większość ludzi orientowała się, że w ogóle weszła do rozgrywki. Potrafił przesuwać granice miękko, elegancko, niemal niezauważalnie. A jednak tym razem było inaczej. Co zaskakujące nawet dla niego samego, nie miał wobec niej żadnych ukrytych planów. Nie w tym sensie. Nawet po tym, jak rozpoznał Astorię pod złotą maską, nie poczuł potrzeby rozpoczynania kolejnej wojny o dominację, o dawne wpływy, o udowadnianie sobie nawzajem, kto wyszedł z ich historii bardziej nietknięty. Oczywiście, możliwość takiej gry zawisła między nimi niemal natychmiast. Byli zbyt siebie wyuczeni, zbyt świadomi własnego uroku i dawnych słabości, by tego nie wyczuć.

- Udawanie chłodu dokładnie wtedy, kiedy coś zaczyna cię obchodzić bardziej, niż powinno? Rzucone z intonacją jakby pytania, jednak widział kierunek w którym uchodziło całe jej napięcie. Nie przyszedł tutaj z takim zamiarem. Prawda była znacznie prostsza i przez to niemal zabawna. Chciał zwykłej rozrywki. Odrobiny flirtu, który anonimowość maski czyniła jeszcze przyjemniejszym. Chciał pobawić się atmosferą balu, podbudować własne ego, nacieszyć się reakcjami ludzi. Tym jednym rodzajem satysfakcji, który dawało mu obserwowanie, jak jego idee zaczynają coraz śmielej przenikać do salonowych rozmów. Nie spodziewał się Astorii. Nie spodziewał się, że spośród wszystkich ludzi właśnie ona stanie naprzeciw niego i zacznie prowadzić rozmowę balansującą gdzieś pomiędzy politycznym manifestem, a ruinami dawnej relacji. I chyba właśnie dlatego nie próbował jej teraz uwodzić tak agresywnie, jak zrobiłby to z kobietą, którą wydawało mu się, że sprowadził w to miejsce. Bo pod warstwą ironii, prowokacji i całego tego teatrzyku pojawiło się coś znacznie bardziej nieoczekiwanego. Poczucie, że być może naprawdę chciał zaoferować jej coś, co sam osobiście uważał za największa godność. Nie z czułości. Nie z sentymentalizmu. Louvain przestał wierzyć, że jest zdolny do aż tak czystych odruchów. Ale była w tym jakaś forma lojalności. Pokręconej, niedoskonałej i spóźnionej o kilka lat, lecz mimo wszystko prawdziwej.

Dał jej się odwrócić, choć prawda była taka, że Louvain nigdy szczególnie nie ufał plecom. W jego świecie odwracanie się do niego przed zakończeniem rozmowy było albo oznaką głupoty, albo przesadnej wiary w jego intencje. A on nie należał do ludzi, którzy przywiązywali wielką wagę do uczciwości pojedynków czy elegancji starć. Jeśli ktoś nadstawiał mu plecy, kiedy uznawał, że sprawa nadal trwa, rzucał zaklęcia dokładnie w to, co tak uprzejmie mu odsłaniano. Miał już w tym doświadczenie. Bez wyrzutów sumienia. Bez romantycznych zasad o honorze. Honor był pięknym słowem dla ludzi, którzy przegrywali wystarczająco wolno, by móc jeszcze o nim opowiadać. Astoria jednak mogła stać do niego tyłem bez obawy, że wykorzysta ten moment przeciwko niej. Głównie dlatego, że nie traktował jej jak przeciwnika. Pozwolił jej zebrać myśli we własnym rytmie, podczas gdy jego spojrzenie spokojnie sunęło po linii jej ramion i sylwetce odcinającej się od chłodnego światła ogrodu. Nie poganiał jej. Nie przerywał.

Próby przeniknięcia jego spojrzenia, szczerości, odbierał jak subtelne zaproszenie do małej wojny. Zwykle reagował na takie próby natychmiastowym kontratakiem. Nie pozwalał ludziom czuć się zbyt pewnie na terenie, który uważał za własny. A jednak Astorii wybaczał znacznie więcej niż komukolwiek innemu. Nie zmieniało to jednak faktu, że pewnych granic nie wypadało przekraczać jak dawniej. To nie były czasy, kiedy mogła dotykać jego twarzy według własnego uznania, przesuwać palcami po jego szczęce czy policzku tak, jakby należało to do naturalnego porządku rzeczy. Zanim więc odpowiedział, zanim pozwolił słowom ułożyć się między nimi, uniósł własną dłoń i przyłożył ją do jej ręki wciąż spoczywającej przy jego podbródku. Nie odsunął jej od razu. Najpierw ścisnął mocniej. Palce zacisnęły się wokół jej dłoni stanowczo, niemal ostrzegawczo, aż knykcie obu rąk delikatnie pobladły od nacisku. Nie było w tym brutalności, ale była bardzo wyraźna potrzeba przypomnienia, że nadal pozostawał kimś, kto nie oddaje kontroli bez walki. Nawet jej. Dopiero po chwili, już spokojniej, odprowadził jej dłoń z powrotem na miejsce właścicielki lekkim, niemal eleganckim ruchem, jakby poprawiał detal jej garderoby. - I czego spodziewasz się teraz usłyszeć? Pytanie padło spokojnie, ale miało w sobie lekką szorstkość, tę samą, która od początku przewijała się przez ich rozmowę, rzeczy naprawdę niewygodne. Jego spojrzenie zatrzymało się na niej ciężej niż wcześniej, jakby już nie próbował jej oczarować, a jedynie upewnić się, że naprawdę rozumie, o czym rozmawiają. - Że wszystko będzie dobrze? Krótkie, niemal gorzkie parsknięcie wyrwało mu się spomiędzy ust. - Doskonale wiesz, że dobrze to już było. Rysy jego twarzy stwardniały wyraźniej. Na krótką chwilę odsłonił się przed nią ktoś znacznie mniej salonowy niż zwykle. Nie panicz balowy. Nie ironiczny manipulator igrający słowami. Tylko czarodziej, któremu życie przytrafiło się już kilka razy zdecydowanie zbyt brutalnie, ale i on sam przytrafił się paru nieszczęśnikom.- Spokój i bezpieczeństwo to już niestety towar deficytowy. Chyba mnie rozumiesz. Powiedział to ciszej i bez patosu. - Wciąż jednak możesz wyprzedzić nieubłagane. Wciąż możesz nadać sprawom odpowiedni dla ciebie kierunek. I właśnie to było w nim najniebezpieczniejsze. Nie próbował sprzedawać jej pocieszenia. Nie obiecywał, że świat stanie się łagodniejszy. Louvain oferował coś znacznie bliższego własnej naturze, możliwość przygotowania się na katastrofę szybciej niż inni. Możliwość sprawienia, że to ona będzie przytrafiała się śiatu, a nie świat jej. - I przede wszystkim nie zrobisz tego dla mnie. Zrobisz to dla siebie i swoich bliskich.

Dzieło sztuki
które chcesz polizać
wiek
24
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
kustoszka sztuki
Brunetka o jasnej cerze i zielonych oczach. Mierzy 166 cm wzrostu przy wadze 50 kg. Bardzo dba o swój wygląd. Poczucie estetyki rozwinięte na wysokim poziomie sprawia, że przywiązuje ogromną wagę do detali - od ubioru, przez makijaż, po dodatki. Ubraniami stara się przykryć swoją niedowagę. Jej arystokratyczna postawa, pełna powściągliwości i elegancji, dodaje jej szyku, co niektórzy odbierają jako dystans i wyniosłość.

Astoria Avery
#14
19.05.2026, 01:26  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.05.2026, 01:37 przez Astoria Avery.)  
Powietrze na balkonie było chłodne, ale nieprzyjemny ciężar rozmowy miał w sobie coś duszniejszego niż nocne ciepło. Astoria wyprostowała się powoli, niemal dostojnie, jakby sama postawa była ostatnią linią obrony przed tym wszystkim, co próbowało przedrzeć się głębiej pod skórę. - Udawanie? - powtórzyła, jakby ważyła prawdziwość tej tezy. Cichy oddech opuścił jej usta, przypominając krótkie parsknięcie rozbawienia, choć w jej spojrzeniu nie było nic lekkiego. - Po prostu nie wkładam już ręki do ognia, tylko dlatego, że podobają mi się tańczące płomienie - wypowiedziała to cicho, ale między słowami rozciągało się znacznie więcej, niż powiedziała wprost. Bo przecież kiedyś właśnie to robiła. Zachłystywała się ogniem bez zastanowienia. Wtedy płomienie wydawały się czymś pięknym - jasnym, żywym, hipnotyzującym. Nie myślała o tym, że ogień nie przestaje parzyć tylko dlatego, że rzuca złote światło.
Kącik jej ust drgnął ledwie zauważalnie, cieniem uśmiechu, który nie miał w sobie ani ciepła, ani prawdziwego rozbawienia. Bardziej coś na kształt gorzkiej satysfakcji. Jakby właśnie potwierdził jej coś, czego i tak była pewna. Ten odruchowy nacisk palców, ta potrzeba odebrania kontroli choćby w najdrobniejszym geście - Louvain pozostał sobą bardziej, niż pewnie chciałby przyznać. Nawet teraz. Nawet wobec niej. Ból przeszedł przez wnętrze dłoni ostrą, cienką linią, niemal elektrycznym impulsem, który na moment napiął mięśnie jej ramienia. Po Spalonej Nocy jej ciało zdradzało ją szybciej niż dawniej. Dym, obrażenia, tygodnie dochodzenia do siebie pozostawiły po sobie ślady głębsze niż tylko zmęczenie. Wciąż była smukła i elegancka, ale pod tą elegancją kryła się kruchość, której nienawidziła bardziej niż własnego strachu. Czasem czuła ją w płucach podczas zbyt szybkiego oddechu. Czasem w osłabieniu dłoni. Teraz odezwała się właśnie tam, pod jego palcami. A jednak nawet jeden mięsień nie drgnął jej na twarzy. Nie cofnęła się. Nie spuściła wzroku. Nie pozwoliła sobie na najmniejszy grymas. Zamiast tego uniosła drugą dłoń i zaczęła powoli rozmasowywać uwolniony nadgarstek, spokojnym, znudzonym ruchem, jakby poprawiała po prostu niewidoczne zagniecenie materiału. Cała jej duma była właśnie w takich chwilach - w milczeniu wobec bólu, którego nikt nie miał prawa zobaczyć. Patrzyła mu prosto w oczy z tą samą hardą pewnością, teraz jednak nie było między nimi szkolnych przepychanek ani flirtu ukrytego pod warstwą złośliwości. Było coś cięższego. Ostrzejszego. Bo nie była jego przeciwnikiem. I właśnie dlatego ten pokaz siły wydawał jej się absurdalny.
Nie atakowała go, nie próbowała go zdemaskować, szantażować ani wyciągać z niego sekretów dla własnej korzyści. A mimo to zareagował dokładnie tak, jak reagują ludzie, którzy przywykli, że każdy kontakt jest walką o dominację. Jakby nawet najdelikatniejszy dotyk musiał zostać natychmiast sprowadzony do odpowiednich proporcji siły. To mówiło o nim więcej niż wszystkie jego wcześniejsze metafory o sztuce, chaosie i poświęceniu. Może to zabolało bardziej niż sam uścisk. Bo przez krótką chwilę naprawdę chciała zobaczyć w jego oczach coś innego. Nie słabość, ale może cień człowieka, którego kiedyś znała tak dobrze. Tymczasem Louvain nadal odpowiadał instynktem drapieżnika.
Uśmiech zbladł odrobinę na dźwięk jego słów, choć nie zniknął całkowicie. Pozostał gdzieś przy kąciku ust, cienki i chłodny jak rysa na porcelanie.
- Nie musisz mi tego mówić - odparła, może trochę za ostro. Miał przecież rację, dobrze już było. Dobrze było wtedy, kiedy Julian jeszcze żył i jego obecność wydawała się czymś oczywistym, niezniszczalnym, jakby starszy brat miał istnieć obok niej zawsze. Dobrze było, zanim śmierć przyszła do nich w tak absurdalnie brutalny sposób, pozostawiając po sobie nie tylko pustkę, ale i ogromny gniew. Dobrze było, zanim uzdrowiciele zaczęli mówić do niej ostrożniejszym tonem, zanim nauczyła się rozpoznawać po spojrzeniach innych, że choroba nie jest już tylko przejściowym problemem. Zanim fiolki eliksirów stały się równie naturalnym elementem jej życia co biżuteria odkładana wieczorem na toaletkę. Dobrze było, zanim Londyn zaczął pachnieć dymem. Zanim ludzie zaczęli mówić o wojnie nie jak o odległej możliwości, lecz jak o czymś, co już stoi pod drzwiami i tylko czeka na odpowiedni moment. Dlatego jego słowa nie robiły na niej wrażenia objawienia. Nie odkrywały przed nią żadnej brutalnej prawdy o świecie. Astoria znała ją aż za dobrze. Może nawet lepiej niż chciałby zakładać. Nie potrzebowała, żeby ktoś tłumaczył jej, że bezpieczeństwo jest iluzją. Iluzje kończyły się zwykle wtedy, gdy człowiek po raz pierwszy wyciągał rękę do trumny kogoś, kogo kochał.
Louvain zawsze miał w sobie urok ludzi, którzy wchodzą do pomieszczenia z przekonaniem, że świat powinien zrobić im miejsce. Jeszcze w Hogwarcie poruszał się tak, jakby nigdy nie przyszło mu zapłacić ceny za własne decyzje. Jakby życie było wyłącznie kolejną sceną, na której wystarczy odpowiednio rozłożyć ręce i uśmiechnąć się odrobinę pewniej od innych. Nawet jego okrucieństwo bywało wtedy lekkie. Młodzieńcze. Niepozbawione egoizmu, ale wciąż jeszcze nie do końca świadome własnego ciężaru. Teraz było inaczej. Teraz widziała człowieka, który za maską pozorów ukrywał znacznie większy bagaż, niż chciałby przyznać. Nie odsunęła się. Może dlatego, że pod całą jego bezczelnością, pod potrzebą kontroli i tym nieustannym balansowaniem na granicy manipulacji, dostrzegła coś więcej.
- Nie oczekuję od ciebie obietnic o spokoju ani bezpieczeństwie - odezwała się w końcu cicho. Nie wyglądała jak ktoś proszący o ratunek. Nigdy nie pozwoliłaby sobie na coś takiego. Mimot to jego propozycja była kusząca właśnie dlatego, że nie próbowała udawać niewinności. Astoria wiedziała aż za dobrze, że los ani Matka nie nagradzały ludzi dobrych ani ostrożnych.
- Chcę tylko wiedzieć, czy jeśli zdecyduję się podejść bliżej... sceny, to nie potraktujesz mnie jak kolejnego pionka do przesunięcia wtedy, kiedy będzie ci wygodnie - rozumiała zamysł, potrafiła wyobrazić sobie, że nie byłaby wtajemniczana w strategie, że nikt nie będzie na nią chuchać i dmuchać, ale teraz nie chodziło o sprawę, o konsekwencje jej decyzji ani o ryzyko, które miałaby podjąć. Chodziło o niego. O jego kalkulacje i zachowania. - Czy będziesz ze mną szczery. Na tyle, na ile w ogóle jeszcze potrafisz. Czy kiedy przyjdzie odpowiedni moment, nie poświęcisz mnie bez mrugnięcia okiem dla własnych ambicji - w jej głosie nie było dramatyzmu. Właśnie to czyniło te słowa cięższymi. Nie brzmiały jak emocjonalny wyrzut ani echo dawnej urazy. Bardziej jak chłodna analiza osoby, która znała go kiedyś zbyt dobrze i wiedziała, jak łatwo  potrafił oddzielać ludzi od własnych celów, kiedy uznawał, że rachunek strat nadal się opłaca. Nie chciała być marionetką w jego rękach; w niczyich rękach. Chciała podejmować świadome decyzje, logiczne i spójne z jej światopoglądem.
Czy rozsądniej było przeczekać? Przeczekać burzę z dala od centrum wydarzeń. Nie wychylać się bardziej, niż było konieczne. Chronić rodzinę. Siebie. Brać lekarstwa, pilnować spokoju, żyć ostrożnie, jakby odpowiednio delikatne ruchy mogły oszukać los i sprawić, że ominie ich to wszystko jeszcze raz. Tylko że Spalona Noc udowodniła jej coś znacznie gorszego. Że można stać z boku i mimo to znaleźć się w samym środku piekła. Bierność nie chroniła przed konsekwencjami, tylko oddawała kontrolę komuś innemu. A Astoria nienawidziła braku kontroli. Mimo wszystko jego ostatnie słowa zabrzmiały w jej głowie zbyt znajomo. Dla siebie i swoich bliskich. I choć rozumiała logikę stojącą za tymi słowami, choć część niej nawet chciała w nią uwierzyć, instynktownie wyczuwała w tym także subtelne przesunięcie ciężaru, jakieś eleganckie popchnięcie w stronę decyzji, którą on sam uważał za słuszną. Próba manipulacji, aż za dobrze jej znana. Może właśnie to wahało ją najbardziej. Nie sama idea. Nie nawet ryzyko. Tylko fakt, że stojąc obok niego, zaczynała rozumieć, jak łatwo można pomylić własne pragnienia z cudzym wpływem. Odwróciła lekko głowę, spoglądając na niego kątem oka. Wyglądał niemal tak samo, jak dawniej. A jednak teraz widziała też ciężar ukryty pod elegancją. Zmęczenie schowane pod ironią. Coś znacznie mniej nietykalnego, niż próbował pokazywać. I paradoksalnie to sprawiało, że wierzyła mu bardziej, niż wtedy, gdy próbował ją oczarować.
- Co musiałabym zrobić? - wyrwało się z jej ust, zanim zdążyła powstrzymać napływ ciekawości.


learn the rules
then
break some

evil twink
i ain't got no type
bad witches
is the thing that I like
wiek
26
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Asystent sędziny
Zimna cera i jeszcze chłodniejsze spojrzenie. Kruczoczarne włosy i onyksowe tęczówki bardzo wyraźnie kontrastują ze skórą bladą jak kreda. Buta oraz wyższość wylewa się z każdego gestu i słowa. Mierzy 187 centymetrów o szczupłej sylwetce, która coś jeszcze pamięta ze sportowych czasów. W godzinach pracy zawsze ubrany elegancko, zaczesany, a swoje tatuaże ukrywa pod zaklęciami transmutacji. Po godzinach najczęściej nosi się w skórzanych kurtkach i ciężkich butach.

Louvain Lestrange
#15
29.05.2026, 23:09  ✶  

Liczył się z jej hardością znacznie bardziej, niż mogłoby się wydawać. Gdyby uważał ją za kobietę, którą można wytrącić z równowagi jednym odrzuconym gestem albo odrobinę zbyt stanowczym uściskiem, prawdopodobnie już dawno przestałby traktować ją poważnie. Nie. W jego oczach była zbudowana z twardszego materiału. Potrzeba było znacznie więcej, by naprawdę naruszyć to, co nosiła wewnątrz. Znacznie więcej niż krótka demonstracja granicy, którą właśnie między nimi wyrysował. Łatwo było pomylić dominację z wyznaczeniem granicy. Jeszcze łatwiej, kiedy robił to Louvain. Oczywiście użył mocnego akcentu. Oczywiście zrobił to w sposób, który trudno było zignorować. Komunikaty rozmyte, pozostawione przypadkowi albo dobrej woli rozmówcy, miały nieprzyjemną tendencję do bycia błędnie interpretowanymi. A on nie miał ochoty pozostawiać miejsca na interpretacje. Była różnica między rozmową a przesłuchaniem. Między ciekawością, a próbą dobrania się do rzeczy, które powinny pozostać na odległość. Między zadaniem pytania, a ustawieniem człowieka pod ścianą w oczekiwaniu, że w końcu zacznie mówić to, co chciałoby się usłyszeć. I właśnie tę różnicę zaznaczył. Bo wywoływanie na nim presji, nawet subtelnej, nawet ubranej w znajome spojrzenie i wspomnienia dawnych lat, zawsze spotykało się ze stanowczą reakcją. Tak był skonstruowany. Astoria mogła uważać, że zna ten mechanizm. Prawdopodobnie znała nawet niż lepiej niż większość ludzi. Nie zmieniało to faktu, że mechanizm nadal działał dokładnie tak samo. Louvain nigdy nie był chłopcem, którego można było posadzić na stołku i cierpliwie wyciągać z niego zeznania. Nigdy nie był człowiekiem, który pod odpowiednią dawką emocjonalnej presji zaczynał odsłaniać kolejne warstwy siebie. Im mocniej ktoś próbował dostać się do środka, tym szczelniej zamykały się wszystkie drzwi. Nosił na barkach ciężary, których Astoria nie mogła nawet podejrzewać. Zobowiązania znacznie większe od własnych zachcianek, własnych sentymentów czy dawnych historii. Były sprawy, które wykraczały daleko poza ich balkon, daleko poza ich przeszłość i daleko poza niego samego. Przez krótką chwilę przyglądał się jej w milczeniu. Złota maska nadal zasłaniała część jej twarzy. Paradoksalnie to ona wydawała się teraz bardziej ukryta niż on. Louvain zdjął swoją maskę. Odsłonił twarz. Odsłonił spojrzenie. Ale nie oznaczało to, że odsłonił wszystko. Bo pewne rzeczy nie znajdowały się w oczach. Pewne rzeczy mieszkały głębiej. I nie należały już wyłącznie do niego. Nie był też jej chłopcem. Nie tym dawnym, którego mogła dotknąć bez zastanowienia, a potem obserwować, jak mięknie pod wpływem własnych uczuć. Czas zrobił z nimi obojgiem rzeczy, których nie dało się odwrócić. Jeśli Astoria wierzyła, że nadal posiada klucz do jakijś ukrytej części jego wnętrza, być może nawet miała odrobinę racji. Być może. Ale istniała ogromna różnica między posiadaniem klucza a znalezieniem drzwi. Nie dlatego, że jej nie ufał. Po prostu były rzeczy, których nie wolno było oddać nikomu. Nawet ludziom, których kiedyś kochało się bardziej niż własną głupotę.

Początkowo uśmiechnął się tylko pod nosem. Niemal z pobłażaniem. Bo ze wszystkich rzeczy, które mogły czekać na człowieka na końcu tej drogi, właśnie tego się obawiała? Spojrzał na nią przez chwilę w milczeniu, jakby upewniał się, że dobrze zrozumiał. - A więc tego boisz się najbardziej? Nie było w tym kpiny. Jeszcze nie. - Nie karceru? Nie utraty zdrowia? Nawet nie śmierci? Tylko tego, że cię wystawię? Przez moment wyglądał, jakby miał zaraz zbyć ten lęk wzruszeniem ramion. Jakby miał powiedzieć, że to dziwacznie dobrane priorytety w czasach, kiedy ludzie znikali bez śladu, a Londyn przypominał pole bitwy bardziej niż stolicę magicznego świata. Ale im dłużej o tym myślał, tym bardziej uśmiech gasł. Bo przecież doskonale rozumiał ten sposób myślenia. W gruncie rzeczy nawet zbyt dobrze. Karcer był tylko miejscem. Ból był tylko bólem. Strach przemijał. Nawet śmierć miała w sobie pewną prostotę. Ostateczność, która kończyła wszystkie rachunki jednocześnie. Zdrada była czymś innym. Zostawała. Przyklejała się do człowieka jak rzep psiej dupy. Wracała w najmniej odpowiednich momentach, za każdym razem przypominając, że ktoś kiedyś otrzymał dostęp do najważniejszych części ciebie, a potem wykorzystał go przeciwko tobie. Z tego wszystkiego rzeczywiście brzmiała jak najokrutniejsza tortura. Zaśmiałby się w głos gdyby to nie była ona. Oceniać go na głos tak brzydko, choć przynosiło to zaszczyt jego przegniłej duszy, nie było mądre. Gdyby nie miała swoich powodów, nie milczałby teraz z niepocieszonym spojrzeniem wbitym w jej obojczyk. Z pewnością za tak bezczelny rozrachunek jego moralności i za samą insynuację podłości, dałby jej teraz solidne argumenty do tego by myśleć o nim w dokładnie w ten sposób. Gdyby tylko była kimś innym. - Nie zdradzę Cię. Przez chwilę jeszcze patrzył na nią w milczeniu. Nie szukał odpowiednich słów ani kolejnej metafory, którą mógłby przykryć prawdę. Tym razem nie było takiej potrzeby. - Obiecuję. Powiedział to krótko. Tak zwyczajnie, że aż pozbawione charakterystycznej dla niego teatralności. Bez uśmiechu, bez manipulacji, bez prób przekonania jej do czegokolwiek. Po prostu fakt. Nie oczekiwał, że mu uwierzy. Właściwie byłby zdziwiony, gdyby zrobiła to od razu. Zaufanie nie było czymś, co wracało na zawołanie po latach, zwłaszcza między nimi. Ale akurat o to nie musiała się obawiać. Bo choć Louvain miał na sumieniu wystarczająco wiele rzeczy, by nie próbować kreować się na lepszego człowieka, zdrada nigdy nie należała do jego ulubionych grzechów. Porzucenie? Owszem. Już raz odszedł od Astorii. Już raz zostawił po sobie wspomnienie, którego zdecydowanie nie należało nazywać przyjemnym. Nigdy jednak jej nie sprzedał. Nigdy jej nie wykorzystał. Nigdy nie zamienił jej zaufania na własną korzyść. Granica mogła wydawać się subtelna, ale dla niego była fundamentalna.

Właściwie im dłużej słuchał jej obaw, tym bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że nie dostrzega jednej, fundamentalnej różnicy. Gdyby naprawdę zależało mu na kontroli, nie prowadziłby tej rozmowy w ten sposób. Nie proponowałby jej sprawczości, nie zachęcałby do samodzielnego stanięcia bliżej sceny. Zrobiłby dokładnie odwrotnie. Pozwoliłby jej uwierzyć, że bezpieczeństwo znajduje się wyłącznie przy jego boku, uzależniłby jej spokój od własnej obecności, sprawiłby, że każde rozwiązanie prowadziłoby przez niego. - Przydać się. Odrzucił jakby lekko rozbawiony, znowu w swoim tonie. To było przecież najprostsze. I właśnie dlatego uważał, że było to najlepsze, co mógł jej zaoferować. Nie ochronę, nie opiekę, nie własny cień. Szansę, by własne ambicje przestały krążyć bez najgłębszego celu i wreszcie wpłynęły do nurtu, który rzeczywiście poruszał świat. By mogła wyciągnąć z niego dokładnie to, czego najbardziej potrzebowała: wiedzę, wpływ, uprzedzenie kolejnego ciosu, zanim ten zdąży dosięgnąć jej lub ludzi, których postanowiła chronić. Cokolwiek tylko zechciała. - Spokojnie, nie musisz odpowiadać teraz. - uspokoił. Dla niego była to rozmowa tak samo niespodziewana, jak i dla niej, więc nie oczekiwał, że podejmie tak wiążącą decyzje tu i teraz. Musiała być ona świadoma, przemyślana i dojrzała. A po limoncello szybko to dobrze wychodziły tylko pocałunki. - Weź tyle czasu, ile potrzebujesz. Poczekam cierpliwie.

Dzieło sztuki
które chcesz polizać
wiek
24
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
kustoszka sztuki
Brunetka o jasnej cerze i zielonych oczach. Mierzy 166 cm wzrostu przy wadze 50 kg. Bardzo dba o swój wygląd. Poczucie estetyki rozwinięte na wysokim poziomie sprawia, że przywiązuje ogromną wagę do detali - od ubioru, przez makijaż, po dodatki. Ubraniami stara się przykryć swoją niedowagę. Jej arystokratyczna postawa, pełna powściągliwości i elegancji, dodaje jej szyku, co niektórzy odbierają jako dystans i wyniosłość.

Astoria Avery
#16
04.06.2026, 17:30  ✶  
Patrzyła uważnie, bo nauczyła się, że ludzie najwięcej zdradzają właśnie wtedy, gdy są przekonani, że nie zdradzają niczego. Nie chodziło o słowa. Słowa były najłatwiejsze do kontrolowania. Mężczyzna potrafił nimi operować z wprawą człowieka, który od dziecka obracał się wśród ludzi przywiązujących ogromną wagę do pozorów, odpowiednich sformułowań i starannie dobranych półprawd. Potrafił zamienić zwykłe zdanie w obietnicę, pytanie w prowokację, a milczenie w odpowiedź znacznie bardziej wymowną niż jakakolwiek deklaracja. Dlatego nie słuchała wyłącznie tego, co mówił. Obserwowała. Był to nawyk wykształcony przez lata funkcjonowania w świecie, gdzie prawdziwe intencje rzadko kiedy wypowiadano na głos, a największe katastrofy często zaczynały się od niewinnego uśmiechu i uprzejmego gestu. Dostrzegała rzeczy drobne.
W jego mechanizmach obronnych widziała odruchy, które doskonale znała z eutanazji autopsji. Choć ta myśl przyszła do niej niechętnie - nie lubiła dostrzegać między nimi podobieństw. Znacznie łatwiej było skupiać się na różnicach. Na tym, że ją zranił. Jak łatwo kiedyś odszedł. Jak bez wysiłku potrafił zostawić po sobie pustkę i żyć dalej. Ale stojąc teraz naprzeciw niego, widząc sposób, w jaki patrzył, sposób, w jaki ważył każde słowo, zaczynała rozumieć, że czas nie oszczędził również jego. Nie wiedziała, jakie ciężary nosił. Nie znała wszystkich historii zapisanych między liniami jego spojrzenia. Nie wiedziała, co ukrywało się pod tą pewnością siebie, która wciąż sprawiała wrażenie naturalnej jak oddychanie. Mimo to widziała pęknięcia. Nie dlatego, że je pokazywał. Właśnie dlatego, że robił wszystko, by ich nie pokazać.
Stali naprzeciw siebie jak dwoje ludzi noszących w pamięci dawne mapy, próbujących odnaleźć drogę po krajobrazie, który przez lata zmienił się nie do poznania. Pozostały nazwy. Pozostały wspomnienia. Pozostały pojedyncze punkty orientacyjne. Ale całe miasta zostały przebudowane. Rzeki zmieniły bieg. Niektóre mosty zawaliły się dawno temu. A inne prowadziły już zupełnie gdzie indziej. A oni stali naprzeciw siebie jak dwa zamki po przeciwnych stronach tej samej doliny. Każde z opuszczonym mostem zwodzonym. Każde z zamkniętymi bramami. Każde przekonane, że ostrożność jest warunkiem koniecznym. I każde po cichu pamiętające czasy, gdy mury były niższe, a wejście do środka nie wymagało oblężenia. Tyle że nie była już nastolatką, która każde zamknięte drzwi traktowała jak wyzwanie rzucone własnej dumie. Nie miała potrzeby rozbijać się o cudze mury tylko po to, by udowodnić, że potrafi przez nie przejść.
Celowo nie zdjęła maski. Louvain odsłonił twarz bez większego zawahania, jakby uznał, że anonimowość przestała mieć między nimi znaczenie. I rzeczywiście tak było. Oboje wiedzieli już przecież, z kim rozmawiają. A jednak nie zamerzała tego zrobić, nie dlatego, że bała się pokazać twarz, czy też podtrzymać jakąś grę. Powód był prostszy - nie ufała mu. Wolała zostawić na sobie to drobne zabezpieczenie, stanowiące minimalną barierę. Nie chciała dawać mu pełnego dostępu, tym bardziej, że on tez nie odsłonił siebie. Nie tak naprawdę.
Przez moment była niemal pewna, że wyśmieje jej obawy. Może nie głośno. Nie w sposób ostentacyjny, a bardziej okrutny. Ukrywała swój strach pod maską chłodu i opanowania, ale oczywiście, że się bała. Wszystkiego, co wymienił. Że narazi siebie i bliskich na niebezpieczeństwo. Lista była długa. Znacznie dłuższa, niż kiedykolwiek przyznałaby na głos. Ale wszystkie te rzeczy miały jedną wspólną cechę. Były ryzykiem. Konsekwencją. Skutkiem wyborów. Jeżeli weszłaby w coś niebezpiecznego i zapłaciła za to cenę, mogłaby przynajmniej spojrzeć w lustro i powiedzieć sobie, że wiedziała, na co się decyduje. Jeżeli popełniłaby błąd, byłby jej błędem. Jeżeli poniosłaby porażkę, byłaby to jej porażka. Zdrada była czymś innym, bo wymagała wcześniejszego zaufania. Wymagała otwarcia drzwi człowiekowi, który później sam zdecydował się przez nie wyjść, zostawiając po sobie ruinę. I może właśnie tego się po nim spodziewała.
Ale potem usłyszała te słowa. Tak zwyczajne, że aż nie pasowały do człowieka, który je wypowiedział.
"Nie zdradzę cię. Obiecuję"
Przez kilka chwil naprawdę nie wiedziała, co odpowiedzieć. Nie dlatego, że mu uwierzyła. Właśnie dlatego, że nie powinna. Dlatego pierwszą reakcją nie była ulga, a podejrzliwość - natychmiastowa i niemal odruchowa. Czy właśnie na to liczył? Czy to był kolejny ruch na planszy? Kolejne starannie dobrane słowa, które miały ją przesunąć dokładnie tam, gdzie chciał ją widzieć?
- Chciałabym ci wierzyć - westchnęła, będąc w tych słowach absolutnie szczerą. Nie chciała udawać, że wierzy w zapewnienie. Musiał zdawać sobie sprawę, że nie przyjdzie jej to lekko. Co, jeśli był teraz jeszcze bardziej przebiegły i bezwzględny? Może chce, żeby mu uwierzyła tylko po to, by wbić jej nóż w plecy przy dogodnej okazji, tylko dlatego, że może? I choć nie ufała jego słowom, choć nie była gotowa oprzeć na nich żadnej decyzji, choć zdrowy rozsądek podpowiadał jej, by traktować je z najwyższą ostrożnością, nie potrafiła pozbyć się dziwnego wrażenia, że ta obietnica kosztowała go więcej, niż chciałby pokazać. Nie umiała tego racjonalnie uzasadnić. Nie dostrzegła jednego konkretnego gestu ani jednej miny, która zdradzałaby prawdę, a jednak to wrażenie wbiło się pod jej skórę niczym uwierająca drzazga.
Na razie miała za mało danych. Była ostrożna niemal do przesady, a ostrożność wymagała informacji. Konkretów. Szczegółów. Możliwości przeanalizowania każdej strony problemu, zanim postawi się pierwszy krok. Tymczasem Louvain oferował jej jedynie zarys. Doskonale zdawała sobie sprawę, że nie stałby teraz na rodzinnym balkonie, podczas balu pełnego ludzi, odsłaniając wszystkie karty przed kimkolwiek; że pewnych rzeczy prawdopodobnie nie wolno mu było powiedzieć. To jednak nie zmieniało faktu, że nie cierpiała podobnej niejasności. Dlatego jego propozycja pozostawiała w niej dziwny rodzaj frustracji. Musiała wiedzieć jakie ryzyko bierze na siebie, jakie konsekwencje poniosą ludzie stojący obok. Co może zyskać, i co może stracić.
- To dobrze, bo muszę sobie to wszystko poukładać - kiwnęła lekko głową. Na krótką chwilę zamilkła, obracając w myślach wszystkie argumenty, które padły tego wieczoru. Było ich znacznie więcej, niż spodziewała się znaleźć na balkonie podczas maskarady. Przyszła tutaj zaczerpnąć świeżego powietrza, a zamiast tego otrzymała możliwość, która mogła wpłynąć na najbliższe miesiące, a może nawet lata jej życia. - Zastanowię się i wyślę ci list za kilka dni, jeśli podasz mi adres.
Przesunęła dłonią po materiale sukni w drobnym, porządkującym geście, który bardziej dotyczył jej niż stroju, jakby chciała z powrotem przywrócić sobie rolę, z której na chwilę została wytrącona. W kąciku jej ust pojawił się cień uśmiechu, bardziej zaczepny niż serdeczny, ale pozbawiony przesadnej ostrości - pozwalała sobie na drobną, kontrolowaną prowokację tylko dlatego, że rozmowa już nie wymagała pełnej powagi.
- Chodźmy. Liczę, że postawisz mi kolejne limoncello w nagrodę za to, że zmarnowałeś mi tak dużo czasu z potencjalnie wyśmienitej zabawy - powiedziała lekko, bo choć brzmiało to oskarżycielsko, to oboje wiedzieli, że nie było w tym ani grama prawdziwego żalu. Większość gości wymieniała między sobą uprzejmości tak wygładzone, że aż pozbawione znaczenia, krążyła wokół bezpiecznych tematów, plotek i starannie dobranych półprawd, podczas gdy oni balansowali nad przepaścią tematów, których większość obecnych nie odważyłaby się nawet nazwać. I to właśnie czyniło ją tak interesującą.


learn the rules
then
break some

evil twink
i ain't got no type
bad witches
is the thing that I like
wiek
26
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Asystent sędziny
Zimna cera i jeszcze chłodniejsze spojrzenie. Kruczoczarne włosy i onyksowe tęczówki bardzo wyraźnie kontrastują ze skórą bladą jak kreda. Buta oraz wyższość wylewa się z każdego gestu i słowa. Mierzy 187 centymetrów o szczupłej sylwetce, która coś jeszcze pamięta ze sportowych czasów. W godzinach pracy zawsze ubrany elegancko, zaczesany, a swoje tatuaże ukrywa pod zaklęciami transmutacji. Po godzinach najczęściej nosi się w skórzanych kurtkach i ciężkich butach.

Louvain Lestrange
#17
08.06.2026, 01:03  ✶  

To była zabawna myśl. Astoria mogła uznać, że jego deklaracja była zbyt ludzka. Zbyt prosta. Zbyt bardzo pozbawiona drugiego dna, by dobrze leżała w jego ustach. W ustach Louvaina podobne zapewnienie mogło brzmieć wręcz podejrzanie. Być może doszukiwała się w nim kolejnej manipulacji, kolejnego starannie wykonanego ruchu. Próby przesunięcia jej dokładnie tam, gdzie chciał ją widzieć. Prawda była jednak o wiele prostsza. Nie zdradzę cię. Nic go to nie kosztowało. Nie dlatego, że słowa te były aż tak tanie. Wręcz przeciwnie, były szczere. Oczywiście, gdzieś z tyłu głowy pracowała również zwyczajna kalkulacja. Nie ta wielka, mroczna i idealnie doszlifowana. Louvain po prostu nie wiedział jeszcze, jaką wartość Astoria mogłaby wnieść na Kromlechowe kamienie. Wiedział, że była inteligentna. Wiedział, że posiadała rozległą wiedzę. Już w Hogwarcie należała do tych zbyt ślicznych jak na poziom prymusa jaki reprezentowała. Tego zdecydowanie nie trzeba było sprawdzać. To wiedział od lat. Znacznie mniej wiedział o kobiecie, którą stała się później. Lata rozłąki pozostawiły między nimi czarną plamę. Nie wiedział, jakie kontakty zgromadziła. Nie wiedział, jakie kompetencje rozwinęła. Nie wiedział, gdzie kończą się jej ambicje, a gdzie zaczynają lęki. Nie wiedział nawet, czy po pierwszym zachłyśnięciu się wizją większej sprawczości nie uzna całego przedsięwzięcia za zbyt niebezpieczne i nie wróci do własnego życia. To wszystko miało dopiero zostać sprawdzone. Dlatego najbardziej brutalna wersja prawdy wyglądała znacznie mniej dramatycznie, niż mogłaby przypuszczać. Wysłużenie się nią niczym kartą w grze zwyczajnie nie miało sensu. Nie wtedy, kiedy nie znał jeszcze jej rzeczywistej wartości. Nawet jeśli ta figura była najlepsza przy stole, nawet jeśli ta dama była najlepsza w talii.

- Nie walcz z tym. Przez moment wyglądał tak, jakby zamierzał zostawić jej te wszystkie wątpliwości bez odpowiedzi. Jakby uznał, że najlepiej poradzą sobie same, pozostawione we własnym towarzystwie. Potem jednak dostrzegł coś niemal zabawnego w sposobie, w jaki próbowała utrzymać dyscyplinę własnych myśli. - Ciekawość zawsze była u ciebie silniejsza od rozwagi. Powoli opuścił wzrok na własne dłonie i poprawił jeden z pierścieni zdobiących palce. Gest był spokojny, niemal niedbały, ale jednocześnie nosił w sobie coś ostentacyjnego. Jakby świadomie wracał do znacznie wygodniejszej dla siebie pozycji. Do roli człowieka, który drażnił, prowokował i bawił się reakcjami rozmówców. - Tutaj akurat jesteśmy identyczni.

Na wzmiankę o adresie uśmiechnął się lekko, jakby dopiero teraz przypomniał sobie, że od ich ostatniej rozmowy minęło wystarczająco dużo czasu, by podobne informacje przestały być oczywiste. - Obecnie rezyduje w Little Hangleton. Louvain skinął lekko głową, przyjmując do wiadomości jej potrzebę namysłu. Nie miał z tym problemu. Wręcz przeciwnie. Wolał kilka dni ciszy od odpowiedzi wypowiedzianej pod wpływem impulsu. Potrzebował ludzi zdecydowanych. Takich, którzy po podjęciu decyzji nie budzą się tydzień później z nagłym pragnieniem odwrotu. Na wzmiankę o limoncello parsknął cicho, kręcąc głową z rozbawieniem, jakby właśnie usłyszał wyjątkowo niesprawiedliwy zarzut. - Okruszku, miałaś już swoją okazję na wspólnego drinka. Uniósł lekko brew. - I postanowiłaś wylać go na mnie. W jego głosie nie było ani odrobiny urazy. Wręcz przeciwnie. Brzmiał na czarodzieja, który do dziś uważał tamten incydent za całkiem udane otwarcie. Z obu stron. Albo przynajmniej za historię znacznie ciekawszą od większości, które przydarzały mu się na salonach. Nonszalancja wróciła równie naturalnie, jakby ostatnie kilkadziesiąt minut nie było wypełnione rozmowami o wojnie, poświęceniu i zdradzie. Kącik jego ust uniósł się nieco wyżej. - Ale skoro tak bardzo zależy ci na mojej obecności, mogę przyjąć Twoje przeprosiny przy barze. Powiedział to z taką pewnością, jakby była to najrozsądniejsza propozycja, jaka padła tego wieczoru. Noc wciąż była młoda. Muzyka nadal płynęła z sali balowej. Śmiechy i rozmowy mieszały się z dźwiękami orkiestry, a kilka dodatkowych chwil spędzonych w swoim towarzystwie nie mogły przecież zachwiać porządkiem świata. Zanim jednak ruszył w stronę wejścia, sięgnął po maskę. Czarna mgła natychmiast rozlała się po znajomych krawędziach, zasłaniając część twarzy i odbierając jego rysom odrobinę człowieczeństwa, które przez moment pozwolił jej oglądać. Dopiero wtedy otworzył przed nią drzwi balkonowe szerokim, teatralnym gestem.

Dzieło sztuki
które chcesz polizać
wiek
24
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
kustoszka sztuki
Brunetka o jasnej cerze i zielonych oczach. Mierzy 166 cm wzrostu przy wadze 50 kg. Bardzo dba o swój wygląd. Poczucie estetyki rozwinięte na wysokim poziomie sprawia, że przywiązuje ogromną wagę do detali - od ubioru, przez makijaż, po dodatki. Ubraniami stara się przykryć swoją niedowagę. Jej arystokratyczna postawa, pełna powściągliwości i elegancji, dodaje jej szyku, co niektórzy odbierają jako dystans i wyniosłość.

Astoria Avery
#18
10.06.2026, 00:17  ✶  
Słowa zawisły między nimi z nieprzyjemną lekkością, jak coś, co pozornie nic nie ważyło, a mimo to osiadało na barkach ciężarem znacznie większym, niż powinno. Przez krótką chwilę patrzyła na niego bez słowa, ale tak naprawdę nie widziała ani jego twarzy, ani rozbawienia czającego się w kąciku ust. Była już gdzieś indziej. W środku własnych myśli, które zaczęły splątywać się ze sobą jak nici pozostawione zbyt długo bez nadzoru. Bo część niej chciała walczyć. Walczyła z każdą myślą, która próbowała wyciągnąć ją poza granice bezpiecznego świata, jaki budowała wokół siebie cegła po cegle od dnia, w którym wszystko zaczęło się rozpadać. Przez moment zacisnęła mocniej palce na własnym przedramieniu, bo teraz sama nie wiedziała, czego chce. Stała pomiędzy dwiema wersjami siebie i nie chciała, żeby jeden nieostrożny krok doprowadził ją na skraj przepaści.
- To się akurat zmieniło - odpowiedziała automatycznie, z tym rodzajem pewności, który pojawia się szybciej od myśli, jakby przez lata powtarzała sobie tę samą prawdę tak często, że przestała odróżniać ją od rzeczywistości. Słowa opuściły jej usta gładko. Zbyt gładko. Bo niemalże natychmiast poczuła znajome ukłucie wątpliwości. Czy naprawdę? Była rozsądna, ostrożna, podejmowała wykalkulowane ryzyko. A jednak kiedy zaczęła przyglądać się własnym decyzjom uczciwie, bez wygodnych usprawiedliwień, obraz przestawał być tak jednoznaczny. W końcu rozważała propozycję człowieka, który był chodzącym symbolem wszystkich powodów, dla których należało zachować ostrożność. Irytował ją tą swoją pewnością. Tym, że wskazywał wspólne cechy, jakby to była oczywistość. Nie byli identyczni, pod żadnym względem. Tak sobie wolała wmawiać. Może problem polegał na tym, że znał pewne jej części lepiej, niż sama chciała przyznać. Powoli przeniosła na niego spojrzenie. W jego oczach czaiło się to irytujące rozbawienie człowieka, który rzucił kamień i teraz obserwował rozchodzące się kręgi na wodzie.
Na wzmiankę o Little Hangleton skinęła jedynie lekko głową, przyjmując tę informację bez komentarza. Niezależnie od tego, co mówił, niezależnie od tego, jak kusząco brzmiały jego propozycje i jak zręcznie potrafił ubierać je w słowa, nie zamierzała podejmować decyzji pod wpływem chwili. Dzisiejszy wieczór i tak dostarczył jej więcej tematów do przemyślenia, niż planowała. Musiała zostać z tym sama.
Tym bardziej odetchnęła z ulgą, gdy atmosfera wyraźnie się rozluźniła. Na wzmiankę o limoncello kąciki jej ust drgnęły od razu, zanim jeszcze zdążyła powstrzymać reakcję. I była to zdecydowanie najgorsza próba zachowania powagi, jakiej podjęła się tego wieczoru. Bo choć przez większą część rozmowy pilnowała każdego słowa, każdego spojrzenia i każdego gestu, teraz coś w niej zwyczajnie skapitulowało. Uniosła lekko podbródek, a w jej spojrzeniu pojawił się błysk tak nieskrywanego samozadowolenia, że właściwie nie musiała nic mówić. Jej twarz zdradzała wszystko. Nie było w niej ani grama skruchy. Ani odrobiny poczucia winy. Jeżeli cokolwiek czuła w związku z tamtym incydentem, była to satysfakcja granicząca z dumą. Jej oczy błyszczały rozbawieniem. Nie tym uprzejmym, salonowym. Prawdziwym.
Jednak gdy wspomniał o przeprosinach, przez krótką chwilę patrzyła na niego tak, jakby właśnie powiedział coś tak absurdalnego, że nie była pewna, czy powinna się oburzyć, czy roześmiać. Potem tylko powoli pokręciła głową.
- Przeprosiny? Za twoją arogancką zaczepkę powinnam była wylać ci tego drinka na twarz. A kieliszek rozbić na głowie - powiedziała to wyjątkowo swobodnie, a usta wygięły się w zadziornym uśmieszku. - Doceń moją wspaniałomyślność.
Prawda prawda była taka, że kilka lat temu prawdopodobnie rzeczywiście zaczęłaby przepraszać. Za podniesiony głos. Za nieuprzejmy ton. Za to, że zrobiła scenę. Za to, że sprawiła komuś dyskomfort. Tamta Astoria miała irytujący zwyczaj brania odpowiedzialności za emocje wszystkich ludzi wokół siebie. Uważała, że jeśli ktoś był zły, rozczarowany albo urażony, należało znaleźć sposób, żeby to naprawić. Dopiero później nauczyła się, jak bardzo wyczerpujące było życie spędzone na nieustannym wygładzaniu cudzych reakcji. I jak łatwo przy takim podejściu pozwalało się innym przesuwać własne granice. Dlatego teraz nie czuła najmniejszej potrzeby przepraszania za tamto limoncello. Zwłaszcza jego.
Przez moment miała nawet wrażenie, że czas cofnął się o kilka lat, do dni znacznie prostszych, kiedy największym problemem były urażone ambicje i zbyt duża pewność siebie, a nie wojna czająca się za rogiem. Wystarczył jednak jeden rzut oka na czarną mgłę wijącą się wokół jego maski, by złudzenie pękło. Nie spojrzała na nią ponownie.
- Ty stawiasz - zdecydowała ostatecznie, jakby była to najbardziej oczywista rzecz na świecie. Potem, zanim zdążył zaprotestować albo rzucić jedną ze swoich przewidywalnie bezczelnych odpowiedzi, wsunęła dłoń pod jego ramię. Miał teraz doskonałą okazję, by jako dżentelmen odprowadzić ją do baru, zanim ich drogi rozejdą się w różnych kierunkach.
Koniec sesji


learn the rules
then
break some

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Astoria Avery (10177), Louvain Lestrange (9759)


Strony (2): « Wstecz 1 2


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa