To słowo któego użyła. Nienawiść. Nie powinno brzmieć w jej ustach w ten sposób. Wychwycił to niemal natychmiast. Nie tylko sam sens, ale sposób, w jaki ułożyło się pod jej językiem. Nienawiść, jeśli rzeczywista, to winna być żywa i impulsywna. A w jej ustach brzmiała jak tęsknota i nostalgia. Dla niego znaczyło to jakby zdążyła się pogodzić, ale nie w ten zdrowy sposób jaki tłumaczyliby terapeuci. Pogodzona z brakiem możliwości działania. Z niemocą i bezsilnością. I to właśnie było niepokojące. Przez moment miał ochotę zobaczyć więcej. Zbyt wiele rzeczy umykało mu przez tę maskę, którą wciąż nosiła. Zakrywała fragmenty, które dopiero na ułamek sekundy odsłaniały się w jej spojrzeniu, zanim znów wracała do tej samej, kontrolowanej formy. A Louvain nie lubił niepełnych obrazów. Lubił wiedzieć. Rozumieć. Albo przynajmniej mieć wystarczająco dużo danych, by złożyć sobie własną wersję prawdy. Mógł więc tylko snuć domysły. Najprostsze prowadziły do straty. Do tego, co zostawia po sobie pustkę, której nie da się wypełnić ani słowami, ani pięknymi i okrągłymi zdaniami. Wiedział, że coś takiego ją spotkało. Ale wiedza i zrozumienie to nie było to samo. Śmierć Juliana wydarzyła się już poza jego światem, w czasie, kiedy Louvain był zbyt zajęty sobą, by zauważyć cokolwiek poza własnym odbiciem. Sport, adrenalina, przyjemność podniesiona do rangi stylu życia. Hedonizm. W tamtym czasie rzadko myślał o kimkolwiek innym. A już na pewno nie o tym, co zostawił za sobą. Nie analizował swoich decyzji. Nie wracał do nich. Nie zadawał sobie pytania, czy mógł coś zrobić inaczej. Lepiej. Uczciwiej wobec ludzi, którzy byli mu kiedyś bliscy. Więc nie mógł wiedzieć. Nie mógł naprawdę zrozumieć, co nosiła w sobie Astoria. Nie znał wszystkich szczegółów, nie znał momentu, w którym coś w niej pękło. Nie mógł więc uczciwie odpowiedzieć na pytanie, co powinna zrobić z tym, co nazywała , albo czego nie chciała nazywać miłością. Wiedział tylko jedno. Granica między jednym a drugim była niemal niewidoczna. Od miłości do nienawiści było bliżej niż krok. Bliżej niż ktokolwiek chciałby przyznać. W jego własnym przypadku nie było to nawet kwestią śmierci. Loretta żyła. A jednak to, co między nimi zostało, nie przypominało niczego, co można by łatwo naprawić. Relacja rozciągnięta do granic, których nie dało się już cofnąć. I choć nigdy nie powiedziałby tego na głos, świadomość, że jego bliźniaczka może już nie wrócić do Londynu przyniosła mu coś na kształt ulgi. To była myśl, której nie dało się obronić. I której nie zamierzał dziś odsłaniać. Bo to nie był wieczór na takie rzeczy. Nie balkon, nie ta rozmowa, która balansowała na granicy czegoś znacznie lżejszego. Zamiast słów Louvain pozwolił sobie tylko na spojrzenie. Nie próbował nadać mu kształtu zrozumienia, którego nie miał prawa sobie przypisywać. Nie udawał empatii, nie budował iluzji wspólnego doświadczenia. Ale nie było w nim też pustki. Było w nim coś innego. Ciche przyznanie, że ciężar, o którym mówiła, nie jest mu całkowicie obcy. Że on również coś niesie. I że jeszcze nie jest gotów, by to komuś oddać.
Lekki cień rozbawienia nie zniknął z jego twarzy nawet wtedy, gdy przestał mówić. Louvain pozwolił jej patrzeć, nie odwracał wzroku, nie skracał chwili, nie próbował rozproszyć jej uwagi kolejnym słowem. Wręcz przeciwnie, jakby świadomie ją wydłużał, jakby chciał sprawdzić, ile jeszcze można z niej wycisnąć. Było w tym coś przyjemnego. Sposób, w jaki mu się przyglądała, uważnie, bez pośpiechu, bez skrępowania. To nie było powierzchowne zainteresowanie, ani spojrzenie rzucone od niechcenia, było skupione i to właśnie mu się podobało. Louvain ogrzewał się nim niemal bezwstydnie, pozwalał, by to spojrzenie przesuwało się po nim jak ciepło, które powoli rozlewa się po skórze, docierając głębiej, niż powinno. Karmił nim własne ego z tą samą naturalnością, z jaką inni sięgają po kolejny łyk alkoholu, bez refleksji i bez potrzeby uzasadnienia. Wyciągał z tej chwili więcej, niż było w niej naprawdę, znacznie więcej, ale to nie miało znaczenia, bo właśnie tego szukał. Uwagi, atencji, skupienia drugiej osoby, które nie było wymuszone ani przypadkowe, a jeszcze bardziej uwagi kogoś, kto nie należał do przeciętnych, kogoś, kogo Louvain sam uznał za wartego tej wymiany. Bo to zdarzało się rzadko. Nie interesowało go każde spojrzenie, nie każda aprobata miała dla niego wartość, potrzebował czegoś więcej, pewnego poziomu, który sam wyznaczał i do którego dopuszczał niewielu. A Astoria, niezależnie od wszystkiego, co między nimi było i czego już nie było, należała do tej wąskiej grupy. Nie tylko dlatego, że była atrakcyjna w oczywisty sposób, ale dlatego, że przypisywał jej coś więcej. Szczególność, którą rozpoznawał i, co ważniejsze, uznawał za równą własnej, a to w jego świecie było jedną z najwyższych form uznania.
Uśmiech powrócił na jego usta w tej lżejszej, niemal bezczelnie swobodnej formie, jakby cała duszność poprzednich myśli została na moment odsunięta gdzieś na bok. Przechylił lekko głowę, pozwalając sobie na tą odrobinę teatralnej lekkości, która zawsze pryzchodziła mu naturalnie, gdy sytuacja zaczynała iść bardziej ku jego myśli. - A jednak - mruknął z rozbawieniem - W całym tym tłumie anonimowych i tak dostrzegłem tylko Ciebie. Przez chwilę przyglądał się jej jeszcze uważniej, ale tym razem bez tej analitycznej ostrości, bardziej jak ktoś, kto pozwala sobie cieszyć się samym faktem, że ma na czym zawiesić wzrok. - Świetny instynkt? - rzucił półżartem. - Czy po prostu dobry gust? I choć skracał dystans, choć igrał z granicą, Louvain wciąż wyglądał, jakby nic go to nie kosztowało. Jakby stał o krok dalej, niż w rzeczywistości był. Nie wyglądał na kogoś, kto choćby przez chwilę rozważał cofnięcie się o krok. Ten typ nigdy nie miał w zwyczaju traktować granic jak czegoś, co należy omijać z ostrożnością, raczej jak linię, którą można przesunąć, jeśli tylko ma się na to wystarczającą pewność siebie. To, że balansował gdzieś pomiędzy tym, co wypadało, a tym, co mogło sprowadzić kłopoty, nie było dla niego niczym nowym. Nie od wczoraj przypisywano mu niepoprawne sympatie polityczne. Nie od wczoraj patrzono na niego jak na kogoś, kto zbyt łatwo pozwala sobie na swobodę myślenia i jeszcze większą swobodę w jej wyrażaniu.
Przez krótką chwilę miał niemal absurdalne wrażenie, że to nie ona stoi na balkonie i prosi o dystans, tylko ktoś zupełnie obcy, kto pomylił drzwi i wszedł na niewłaściwą scenę. Myśl była tak szybka, że równie szybko zniknęła, ale zostawiła po sobie ślad rozbawienia, który przemknął przez jego spojrzenie. Bo Astoria i bezpieczna odległość nigdy nie należały do tej samej kategorii. Nie w jego pamięci. - Dla ciebie? - powtórzył cicho, jakby testował brzmienie tych słów. Kącik jego ust uniósł się lekko. - Mógłbym. Nie było w tym przesadnej deklaracji ani teatralnej powagi. Raczej spokojna pewność, że jeśli zdecyduje się coś zrobić, znajdzie sposób. - Tylko że… - dodał po chwili, a w jego głosie pojawiła się ta znajoma nuta, balansująca między ironią, a czymś ostrzejszym - mam wrażenie, że to nie do końca w twoim stylu. Przechylił lekko głowę, jakby przyglądał się jej na nowo, tym razem nie przez pryzmat wspomnień, tylko tego, kim była teraz. Ile z nowej Astorii, było tego samego z Astorii którą pamiętał. - Masz więcej ambicji niż to. Nie było w tym zarzutu. Bardziej stwierdzenie faktu. - Czy nie wolałabyś mieć w swoich dłoniach czegoś więcej niż tylko obserwację? Więcej sprawczości?