żeby poprawnie wymawiały je tylko drzewa i wiatr
like oceans love the moon:
with a pull too strong to soothe,
with tides that bruise.
żeby poprawnie wymawiały je tylko drzewa i wiatr
some women are built from it
– Czasami – odparła i zawiesiła się nad swoją filiżanką herbaty. – W naszym życiu mają miejsce takie wydarzenia, które zmieniają nasz pogląd na niektóre sprawy. A czasami i na życie – Victoria przez całe swoje życie nie była jakoś bardzo religijna na ten przykład. Obchodziła sabaty bardziej z potrzeby tradycji, a nie wiary, ale wiele ten aspekt zmienił się w niej o sto osiemdziesiąt stopni. Wierzyła. Naprawdę wierzyła i teraz sabaty obchodziła zupełnie inaczej. I wiedziała, że kto jak kto, ale Dægberht był w stanie to zrozumieć, był przecież głęboko wierzący. – Na razie nie planuję za nikogo wychodzić – stwierdziła tylko, marszcząc brwi na tego matematyka. Przez gbura rozumiała, że chodzi mu o Rookwooda – ale nie byli zaręczeni. Trudno było w ogóle powiedzieć co dokładnie było między nimi, a już na pewno Victoria nie miała bladego pojęcia na czym stoją, zresztą od czasu Spalonej nie widywali się za bardzo. A po ostatniej kłótni z matką naprawdę miała to na myśli – nie planowała. Bo nie zamierzała się zgodzić na kolejne wymysły rodziny rujnujące jej życie.
– Tak, ale tym razem bardziej, naprawdę. Gdyby nie Arcykapłanka, to nie wiem jakby to się dla niego skończyło – westchnęła, ale uśmiechnęła się do Flinta. – Część rzeczy spisałam. Ale to bardziej takie notatki dla mnie… jakbym miała o czymś zapomnieć. Jakby się miało okazać, że każdy szczegół jest istotny – przyznała, mrużąc do niego w tym uśmiechu oczy. – Co u Abby? – zapytała w końcu.
like oceans love the moon:
with a pull too strong to soothe,
with tides that bruise.
@Victoria Lestrange
żeby poprawnie wymawiały je tylko drzewa i wiatr
some women are built from it
– Pokłóciłam się o to z matką. Uznała, że to moja wina, że Rookwoodowie zerwali zaręczyny – odpowiedziała po prostu i wzruszyła ramionami. – A ja sobie obiecałam, że to ostatni raz, kiedy rodzina mi mówi, z kim, jak i kiedy mam założyć rodzinę – powiedziała to z przekąsem, bo „zakładanie rodziny” z wampirem brzmiało jak nieśmieszny żart. Victoria miała serdecznie dość kierowania jej życiem i wyjątkowo kiepskimi wyborami na jej partnerów, jakie miała rodzina. Wierzyła, że sama lepiej potrafi o siebie zadbać. I o znalezienie sobie męża, o ile zachce takowego mieć. Nie z przymusu. – A skoro nie jestem z nikim zaręczona to i nie planuję żadnego ślubu – dodała jeszcze, bo z Saurielem na żaden się nie zanosiło. Od czasu Spalonej widziała go może ze dwa razy, miała za dużo roboty, a on tak się miotał w tej ich relacji, czymkolwiek ona była, że Lestrange gdzieś w głębi ducha czuła, że to po prostu nie wyjdzie, choć starała się o tym nie myśleć i sobie nie dokładać, tym bardziej że nie miała czasu na roztrząsanie tego w tej chwili.
– Chce sama coś zrobić, czy będziesz jej pomagać? – uśmiechnęła się na myśl o córce Flinta biegająca po domu z koszykiem liści, kasztanów, żołędzi i innych rzeczy, by własnoręcznie przygotować dary dla Matki. Victoria nie miała na to niestety czasu i musiała zamówić coś gotowego, i jeszcze za to trochę zapłacić, bo nie każdy miał teraz czas i miejsce na takie robótki, to i kolejki były większe. – Mhhmm – wymruczała i zmierzyła Dægberhta swoim mocnym spojrzeniem, ale ostatecznie lekko uniosła jeden kącik ust w górę. – Tak tak, pamiętam, że masz jeszcze sprawy do załatwienia. Ja zresztą też… Chwila przerwy i powrót do pracy – westchnęła, ale nie uskarżała się. Mieli braki kadrowe, mieli w cholerę roboty, a Victoria miała jeszcze eliksiry do dokończenia, bo po Spalonej miała braki, a potrzebowała tych mikstur.
like oceans love the moon:
with a pull too strong to soothe,
with tides that bruise.
– Naprawdę ci na nim zależy – spostrzegł od razu. – A może raczej zależało. – Tego jeszcze bardziej nie wypadało mówić, ale potrzeba usłyszenia prawdy okazała się o stokroć silniejsza niż wyuczone przez wujostwo konwenanse. Zresztą, miał wrażenie, że gdyby nie zadawał jej czasem pytań tak samo odważnych jak innym, szybko połapała by się w tym, jak nieszczery z nią był w najważniejszym temacie na świecie. Manipulacja… przyszła mu z taką lekkością, że dzisiaj wieczorem nie zaśnie dobrze.
– Ah, jest coraz bardziej samodzielna – powiedział spokojnie, chociaż nie lubił godzenia się z myślą jak wiele miał w tym zasług i odrobinę go to uwierało. Narastająca w nim nerwowość zrobiła się nieznośna. – Ja… wiesz, że herbaty nigdy nie odmówię, ale muszę jeszcze odwiedzić dzisiaj Lorraine i Helloise i to wyprawa do Doliny… – odchrząknął. – Nie to, żeby na mnie czekały… – dodał nieco ciszej.
Istniała właściwie jedna rzecz dzieląca go od ostatecznie ucieczki. Kot, którego próbował nieudolnie przełożyć ze swoich kolan na wolną część kanapy bez irytowania zwierzęcia zmianą pozycji.
@Victoria Lestrange
żeby poprawnie wymawiały je tylko drzewa i wiatr
some women are built from it
Czy to była jej wina? Nie nazwałaby tego tak, ale też nie wiedziała, jakie argumenty Rookwoodowie przedstawili jej rodzinie na zerwanie tego układu, o ile jakieś w ogóle. Victoria wiedziała co się stało od drugiej strony: miłosny rytuał Beltane zamieszał w relacji jej i Sauriela i choć nie powinno to mieć znaczenia, biorąc pod uwagę, że i tak byli zaręczeni, to dla wampira miało to znaczenie ogromne. A później, z zupełnie innego powodu próbował wyjść na słońce. I niedługo później zdołał namówić ojca do zerwania tych zaręczyn. Może i tak, może i Victoria była tego powodem, choć wiedziała, że w głowie Sauriela wyglądało to tak, że nie chciał jej skazywać na siebie i cały ten syf, który ze sobą niósł. Tyle, że nie zapytał jej nawet o zdanie o to, co ona o tym myśli.
Wpatrywała się przez moment w Dægberhta, w emocje, jakie wypłynęły na jego piękną twarz. Nie rozumiała ich, a przecież powinna. Nie było już uśmiechu. A Victoria ostatecznie westchnęła.
– Tak, chociaż to nie takie proste jak myślisz – powiedziała, patrząc na chwilę gdzieś w bok. – Sauriel został przemieniony w wampira – powiedziała w końcu i ponownie spojrzała na Flinta. Nie było tu mowy o klasycznym zakładaniu rodziny, o dzieciach i tak dalej. Ale tak, zależało jej na nim. I to w czasie teraźniejszym, a nie przeszłym. Zależało jej, martwiła się, chociaż w głębi duszy wiedziała, że to nie wyjdzie i prędzej czy później ta bańka po prostu pęknie. I gdyby ktoś jej powiedział, że za miesiąc będzie próbowała jakoś zadusić ból po nieudanym związku, to byłaby w stanie w to uwierzyć.
Uśmiechnęła się za to słysząc, że Abigail jest coraz bardziej samodzielna, nie odczuwając w tym niczego negatywnego, w przeciwieństwie do Berhta.
– Nie musisz się tłumaczyć, naprawdę. Rozumiem – odparła i odłożywszy swoją filiżankę wstała, by uwolnić przyjaciela od kota, który ewidentnie lgnął do ciepła, którego nie mogła dać Victoria. Nie przejmowała się tym, że to spowoduje gwałtowną zmianę pozycji i po prostu bezceremonialnie złapała Lunę i przytuliła ją do siebie. – Chodź tu, łobuzie – mruknęła do kici, która mruczała sobie cicho, najwyraźniej zadowolona z atencji. – Dziękuję za ten syrop – dodała uśmiechając się do Flinta.
like oceans love the moon:
with a pull too strong to soothe,
with tides that bruise.
– Oh, nie miałem pojęcia, że byłaś świadkinią jego śmierci. – No bo tak to przecież brzmiało. Jakby przemienił się na jej oczach, a ona… na jego? Przecież to całe bycie zimną stanowiło nowość, zapewne… wcale nie tak odległą od wampiryzmu jak mogło się wydawać. – Gdybyś… zechciała kiedyś powiedzieć mi o tym więcej, mam nadzieję że wiesz, że wysłucham cię z szacunkiem.
Szybko zdał sobie sprawę jak zmieniło się jego nastawienie do Luny, której próbował pozbyć się ze swoich kolan. To pewnie brzmiało głupiutko, ale sporo oddałby za to, żeby na chwilę zamienić się z nim miejscami.
Zamiast tego wstał.
– No to pójdę już, bo mnie nogi niosą… – I myśli skręcające w kierunku, w którym skręcać nie powinny. Myśli, że mógłby pocałować ją na pożegnanie, skoro przy objęciu dzieliłby ich kot. – Tylko pamiętaj o mnie. Żebyśmy się spotkali szybciej niż nad Londynem zawisną znów ciemne chmury. – Te ze Spalonej Nocy dopiero co rozgonił wiatr.
@Victoria Lestrange
żeby poprawnie wymawiały je tylko drzewa i wiatr
some women are built from it
Była w stanie uwierzyć w to, że większość ludzi chciała mieć kogoś, dla kogo jest się ważnym. Kogoś, przy kim mocniej bije serce, przy kim uczucia są bezpieczne. A przynajmniej większość tych ludzi, która była w stanie kochać, którzy mieli duszę do tego zdolną. Nigdy nie wypominała Dægberhtowi nieudanego małżeństwa czy nastoletniej ciąży, jedyne komentarze dotyczyły tego, że trochę za mało czasu spędza ze swoją córką. To, że Berht uciekał, było oczywiste – uciekał na morze, bo tak było prościej, niż wziąć całą odpowiedzialność w swoje ręce.
– Nie, nie byłam. To było zanim nasze rodziny uznały, że to taki wspaniały pomysł, żeby nas zeswatać. Ale nie wiedziałam o tym od początku – westchnęła i pokręciła głową, bo do teraz nie wiedziała, co jej rodzicom, a zwłaszcza matce, strzeliło do głowy, ze uznała, że to dobry pomysł. Owszem, zapałali do siebie sympatią, co chyba było dla nich obojga zaskoczeniem, ale sam pomysł u podstaw był zwyczajnie idiotyczny. – Za to byłam świadkiem tego, jak próbował całkowicie świadomie wyjść na słońce i popełnić samobójstwo – dodała ciszej, patrząc gdzieś w ścianę, nim pokręciła głową i ponownie spojrzała na Flinta, uśmiechając się przy tym może nawet nieco smutno. A potem kiwnęła głową; wiedziała, że może na niego liczyć, że wysłuchałby, gdyby potrzebowała coś z siebie zrzucić.
– Zawsze o tobie pamiętam, Berht – stwierdziła z uśmiechem, tuląc do siebie kociaka. – Mam nadzieję, że świat trochę się uspokoi – dodała, bo obecne dni były… były zwariowane. Pracowała znacznie więcej niż normalnie, a miała jeszcze w pamięci problem czarnych róż, do którego nie miała – cóż – czasu porządnie przysiąść bo Spalona Noc i wszystkie jej implikacje pochłaniały pełnię uwagi. Ale ten stan nie mógł trwać wiecznie, prawda?
Tak jak Flint przywitał ją pocałunkiem w policzek, tak samo Victoria chciała go pożegnać, wspięła się więc na palce, by sięgnąć jego policzka. I życząc mu miłego wieczoru.