08.06.2026, 14:24 ✶
Rodolphus nawet nie drgnął, gdy rzuciła w jego stronę tę subtelną, słowną szpilę. Pozwolił jej słowom zawisnąć w gęstym od sadzy powietrzu, idealnie odmierzając moment, w którym cisza przestała być komfortowa, a stała się polem bitwy na spojrzenia. Na jej uwagę o ukrytych intencjach uśmiechnął się tylko kącikiem ust – niespiesznie, z tą irytującą, magnetyczną pewnością siebie, która mówiła wyraźnie, że doskonale wie, jakie wrażenie wywołuje.
– Ukryte intencje, Astorio? – powtórzył nisko, nienagannie akcentując jej imię. Nie odwrócił się do niej, gdy płynnym ruchem różdżki unosił nadpalony regał, rzucając na niego bezgłośne zaklęcie stabilizujące. – Przeceniasz moją skomplikowaną naturę. Czasem mężczyzna po prostu nie potrafi patrzeć, jak piękna kobieta marnuje swoje idealne dłonie na szorowanie podłóg, z którymi prosty chłoczyść poradzi sobie w trzy sekundy.
Kątem oka zarejestrował jej nieudaną próbę naprawienia szafki. Widział, jak jej różdżka drgnęła, jak zaklęcie rozmyło się w powietrzu, a jej spojrzenie znów powędrowało w jego stronę. To go bawiło. Fakt, że jego obecność wybijała ją z rytmu, był o wiele lepszą zapłatą za to poniedziałkowe popołudnie niż jakakolwiek inna forma wdzięczności. Nie skomentował jednak jej porażki. Czystokrwiści dżentelmeni nie wytykali damom chwilowej dekoncentracji, zwłaszcza gdy sami byli jej powodem.
Kiedy w końcu rzuciła rzadkim, choć nieco ostrożnym komplementem, Rodolphus opuścił różdżkę i odwrócił się do niej całym ciałem. Przesunął dłonią po mankiecie koszuli, jakby sprawdzał, czy pył z podłogi ośmielił się naruszyć jego nienaganny wizerunek, po czym spojrzał na nią z góry, mrużąc lekko oczy o niepokojąco jasnych, stalowych tęczówkach.
– Staram się, jak mogę – odparł z lekkim ukłonem głowy. – Choć muszę przyznać, że gdyby mój ojciec zobaczył mnie teraz z podwiniętymi rękawami, machającego różdżką nad zniszczoną komodą w zapomnianym przez Merlina domu, prawdopodobnie wydziedziczyłby mnie przed kolacją.
Zrobił dwa kroki w jej stronę, a podeszwy jego butów chrupnęły na drobinach szkła. Zatrzymał się tuż obok szafki, przy której klęczała. Nachylił się odrobinę, skracając dystans na tyle, by poczuła od niego subtelny zapach wody kolońskiej, całkowicie gryzący się z otaczającym ich sproszkowanym węglem.
- Chociaż nie ukrywam, że mój… Pedantyzm, jak to nazywał ojciec, sam w sobie doprowadzał go do pasji - uśmiechnął się nieco kpiąco, znowu machając różdżką. Szafka była wyczyszczona, podobnie jak podłoga pod nią, ale pozostała reszta. Kolejno sadza, drobinki kurzu i inne nieczystości metodycznie, upierdliwie wolno acz dokładnie, zmieniały się w świeżą, pachnącą świeżo wypraną pościelą czystość. - Mawia, że od sprzątania są skrzaty. Ale zawsze omijał jeden punkt w swoim rozumowaniu. Satysfakcję.
Zerknął na Astorię przelotnie. Satysfakcja z układania czegoś ręcznie, poprawiania metodycznie ułożenia kubków czy ścierania kurzu - to było coś, co kochał i nienawidził, gdy skrzaty mu to odbierały.
– Ukryte intencje, Astorio? – powtórzył nisko, nienagannie akcentując jej imię. Nie odwrócił się do niej, gdy płynnym ruchem różdżki unosił nadpalony regał, rzucając na niego bezgłośne zaklęcie stabilizujące. – Przeceniasz moją skomplikowaną naturę. Czasem mężczyzna po prostu nie potrafi patrzeć, jak piękna kobieta marnuje swoje idealne dłonie na szorowanie podłóg, z którymi prosty chłoczyść poradzi sobie w trzy sekundy.
Kątem oka zarejestrował jej nieudaną próbę naprawienia szafki. Widział, jak jej różdżka drgnęła, jak zaklęcie rozmyło się w powietrzu, a jej spojrzenie znów powędrowało w jego stronę. To go bawiło. Fakt, że jego obecność wybijała ją z rytmu, był o wiele lepszą zapłatą za to poniedziałkowe popołudnie niż jakakolwiek inna forma wdzięczności. Nie skomentował jednak jej porażki. Czystokrwiści dżentelmeni nie wytykali damom chwilowej dekoncentracji, zwłaszcza gdy sami byli jej powodem.
Kiedy w końcu rzuciła rzadkim, choć nieco ostrożnym komplementem, Rodolphus opuścił różdżkę i odwrócił się do niej całym ciałem. Przesunął dłonią po mankiecie koszuli, jakby sprawdzał, czy pył z podłogi ośmielił się naruszyć jego nienaganny wizerunek, po czym spojrzał na nią z góry, mrużąc lekko oczy o niepokojąco jasnych, stalowych tęczówkach.
– Staram się, jak mogę – odparł z lekkim ukłonem głowy. – Choć muszę przyznać, że gdyby mój ojciec zobaczył mnie teraz z podwiniętymi rękawami, machającego różdżką nad zniszczoną komodą w zapomnianym przez Merlina domu, prawdopodobnie wydziedziczyłby mnie przed kolacją.
Zrobił dwa kroki w jej stronę, a podeszwy jego butów chrupnęły na drobinach szkła. Zatrzymał się tuż obok szafki, przy której klęczała. Nachylił się odrobinę, skracając dystans na tyle, by poczuła od niego subtelny zapach wody kolońskiej, całkowicie gryzący się z otaczającym ich sproszkowanym węglem.
- Chociaż nie ukrywam, że mój… Pedantyzm, jak to nazywał ojciec, sam w sobie doprowadzał go do pasji - uśmiechnął się nieco kpiąco, znowu machając różdżką. Szafka była wyczyszczona, podobnie jak podłoga pod nią, ale pozostała reszta. Kolejno sadza, drobinki kurzu i inne nieczystości metodycznie, upierdliwie wolno acz dokładnie, zmieniały się w świeżą, pachnącą świeżo wypraną pościelą czystość. - Mawia, że od sprzątania są skrzaty. Ale zawsze omijał jeden punkt w swoim rozumowaniu. Satysfakcję.
Zerknął na Astorię przelotnie. Satysfakcja z układania czegoś ręcznie, poprawiania metodycznie ułożenia kubków czy ścierania kurzu - to było coś, co kochał i nienawidził, gdy skrzaty mu to odbierały.