30.05.2026, 08:16 ✶
Zielona Sala restauracji Zorza tętniła łagodnym, niedzielnym życiem, zupełnie odciętym od ponurego cienia, jaki od tygodni kładł się na ulicach Londynu. Po białych i zielonych ścianach piął się gąszcz roślin o drobnych, mlecznych kwiatach, a pośrodku pomieszczenia szemrała cicho fontanna, kołysząc lustro srebrzystej, połyskującej wody. Choć zapach świeżej zieleni i luksusu unosił się w powietrzu, Ceolsige wciąż wyczuwała przyjemną woń perfum Urd. Wrażenie zapachu spalenizny i dymu została całkowicie usunięty z jej świadomości przez obecność towarzyszki. Obecność, która słodko rozpraszała kolejne jej zmysły.
Siedziały naprzeciwko siebie przy niewielkim, okrągłym stoliku. Ceolsige była pochylona do przodu, a chłodna, ciemna tkanina jej rękawa marszczyła się miękko na blacie, gdy lewy łokieć opierała o wypolerowane drewno. Głowa paserki spoczywała ciężko na zwiniętych palcach lewej dłoni, co pozwalało jasnym, gładkim pasmom włosów spływać swobodnie w dół, niemal dotykając krawędzi stołu. Prawą dłonią, powolnym, hipnotyzującym ruchem głaskała ściankę kryształowego kieliszka, w którym połyskiwał głęboki, niemal czarny płyn o niecodziennym aromacie dojrzałych wiśni i czegoś co przywodziło na myśl soczystą pieczeń.
Na jej twarzy malował się rzadki, wyjątkowo miękki i zadowolony uśmiech. Błękitne oczy, zazwyczaj tak czujne i oceniające, teraz z nieskrywaną, rozmarzoną uwagą śledziły każdy gest Urd, chłonąc opowieść o rozgrzanej słońcem Grecji. Powolnie niemal degustująco spojrzenie jej błękitnych oczu tonęło w źrenicach towarzyszki, spijało słowa z jej ust by w rozmarzeniu na krótką chwilę przepłynąć przez krzywiznę odsłoniętej szyi.
Nawet stolik obok nie potrafił zmącić tej atmosfery. Prawie…
Siedząca tam czarownica w rzucającej się w oczy, szykownej szacie w odcieniach głębokiej zieleni, z każdą minutą perorowała coraz głośniej. Jej monolog o rzekomych romansach i małości urzędników w Ministerstwie Magii zyskiwał na sile, a głos – im bardziej stawał się piskliwy – tym mocniej ranił uszy, nabierając wyjątkowo nieprzyjemnej, skrzekliwej barwy. Straszliwy kontrast do odcienia, jakim raczył jej uszy głos Urd. Naprzeciwko niej, tyłem do Ceolsige i Urd, siedział mężczyzna średniego wzrostu. Jego przygarbione plecy okrywała klasyczna, grafitowa szata ze srebrnym wykończeniem, które bezwolnie falowało, gdy jego ramiona lekko drgały. Mężczyzna milczał, lecz co jakiś czas unosił dłonie, a z jego palców wydobywał się głośny, chroboczący trzask stawów.
Gdy kobieta w zieleni uniosła głos do granic przyzwoitości, opisując kolejny pikantny szczegół z życia departamentu, Ceolsige drgnęła. Jej rozmarzony uśmiech na moment zgasł, ustępując miejsca chłodnemu, dystyngowanemu dystansowi. Powoli odsunęła skroń od wspierających ją palców, prostując się lekko na krześle. W tym samym ułamku sekundy, jakby w odruchu czystej, nieświadomej irytacji na panujący obok hałas, jej lewa dłoń wsunęła się w prawą. Palce panny Burke naprężyły się gwałtownie.
Chrup.
Krótkie, trzaśniecie stawów, niemal idealnie naśladujące trzaśniecie mężczyzny wybrzmiało po nim jak echo. Ceolsige, zupełnie nieświadoma tej czynności powróciła dłoniom do kieliszka. Uniosła podbródek, przeniosła na moment spojrzenie na głośną parę. W jej oczach nie zalśniła jednak typowa dla niej potrzeba konfrontacji. Wypuściła z płuc ciche, pełne rezygnacji westchnienie i ostentacyjnie przewróciła błękitnymi oczami, dając upust swojemu niezadowoleniu z cudzego braku manier.
Niemal jednocześnie uświadomiła sobie jak niewielki wzbudziło to napiecie i jak włatwo spłynęło ono z ramion. Mogło to być zmęczenie lub alkohol ale była pewna, że powodem jej nastroju było urocze towarzystwo. Poprawiła rękawy szaty i z powrotem oparła głowę na dłoni, przenosząc całą swoją roziskrzoną, pełną ciepła uwagę na twarz kuzynki. Wygięła usta w zapraszającym uśmiechu, jakby niemo prosząc Urd, by ta nie przerywała swojej greckiej historii przez tak mało istotne tło.