Rozliczono - Benjy Fenwick - osiągnięcie Badacz Tajemnic II
Od samego rana czułem się dziwnie niespokojny, chociaż nie chciałem ulec temu wrażeniu, skoro nie miałem żadnych konkretnych pobudek, by być aż tak zaniepokojonym. Jasne, ostatnio wiele się zmieniło, pomimo wielu dobrych chwil, wydarzyło się więcej, niż moglibyśmy chcieć, szczególnie z Alice, ale przecież moja była chwilowo zniknęła z horyzontu, nie zrobiwszy uprzednio tak naprawdę niczego, z czym nie moglibyśmy sobie poradzić - nie było powodu, aby popadać w paranoję, tym bardziej, że z pewnością byłoby jej to na rękę. Nie należałem jednak do ludzi, którzy lubili stać z założonymi rękami i czekać, aż problem rozwiąże się sam, zazwyczaj jeżeli coś mogłem zrobić, robiłem to od razu, nawet jeżeli miało się później okazać, że była to pomyłka. Niestety, w tym konkretnym przypadku moje pole do manewru było ograniczone, a dotychczasowe próby dowiedzenia się czegoś więcej chwilowo zupełnie nic nie dały…
Przez cały dzień próbowałem więc wmówić sobie, że wystarczyło zająć czymś ręce i głowę, a wszystko wróci do normy. Nie miałem innego wyjścia, tym bardziej, iż zdarzało mi się już wcześniej zagłuszać różne rzeczy pracą - w robocie zawsze było mi łatwiej zapomnieć o tym, co permanentnie siedziało gdzieś z tyłu mojej czaszki - zlecenia, które wykonywałem miały to do siebie, że wymagały uwagi, cierpliwości i zdrowego rozsądku, toteż zwykle nie zostawiały miejsca na inne myśli. Jeden błąd potrafił kosztować zdrowie albo życie, więc zazwyczaj skupiałem się na tym, co miałem przed oczami - potrafiłem skupić się na zadaniu do tego stopnia, że reszta świata przestawała istnieć, co było zarówno darem, jak i przekleństwem - ale tym razem było inaczej.
Tego dnia nie działało nic z mojego zwyczajowego arsenału - im bardziej starałem się skupić na czymś konkretnym, co miałoby związek z tu i teraz, tym częściej łapałem się na tym, że dryfowałem w czasie i w przestrzeni - co chwilę zamiast wypatrywać subtelnych szczegółów albo zastanawiać się nad kolejnym ruchem, zawieszałem się na zupełnie innych rozważaniach. Myśli uciekały mi w jednym kierunku i wracały tam uparcie, choć za każdym razem próbowałem je od siebie odepchnąć. Kilka razy łapałem się na tym, że bez sensu spoglądałem na zegarek, jakby wskazówki miały nagle przyspieszyć tylko dlatego, że bardzo tego chciałem. Każde kolejne zajęcie wydawało się trwać dwa razy dłużej niż zwykle, nawet rozmowy z ludźmi ciągnęły się niemiłosiernie, bo odpowiadałem automatycznie, myśląc już o tym, że za parę godzin zamknę za sobą metaforyczne drzwi i pójdę tam, gdzie naprawdę chciałem być. Nie pamiętałem, żebym kiedykolwiek wcześniej aż tak się spieszył do kogokolwiek. Nie potrafiłem się na to nawet porządnie zdenerwować, nawet jeśli wiedziałem doskonale, z czego to wynikało.
Ostatnie dni wystarczyły, żeby wyprowadzić mnie z równowagi bardziej, niż chciałem przed sobą przyznać. Sama świadomość, że moja była żona znowu postanowiła wejść w nasze życie, była wystarczająco męcząca. Nie chodziło nawet o mnie - ze sobą już dawno się rozliczyłem i nie miałem najmniejszej ochoty wracać do tego, co było - najbardziej denerwowało mnie to, że przez jej zachowanie ktoś, kogo kochałem bardziej niż własny święty spokój, musiał znosić coś, czego wcale nie powinien doświadczać. Im dłużej o tym myślałem, tym bardziej czułem, że powinienem być obok, i nie uważałem, żeby było w tym cokolwiek nadzwyczajnego. Nigdy nie traktowałem Prue jak kogoś, kogo należało zamknąć pod kloszem, bo szybko skończyłoby się to co najmniej konkretną, bardzo wymowną reakcją z jej strony, ta sytuacja jednak nie miała nic wspólnego z zaufaniem, po prostu nie potrafiłem udawać, że wszystko było w porządku, skoro ktoś regularnie przekraczał granice, których przekraczać nie powinien.
Nigdy nie uważałem się za człowieka przesadnie wylewnego - łatwiej przychodziło mi coś zrobić, niż o tym mówić - tym razem nawet ja nie potrafiłem udawać, że wszystko było po staremu. Dawniej pewnie próbowałbym z tym walczyć, uznałbym, że takie przywiązanie było oznaką słabości albo niepotrzebnym uzależnieniem od drugiego człowieka, teraz wiedziałem już swoje. Kiedy w końcu mogłem wyjść, nie oglądałem się za siebie, skierowałem się pod Ministerstwo Magii, przystając w pewnym oddaleniu od gmachu, aby poczekać na właściwą porę. Znałem to miejsce wystarczająco dobrze, żeby wybrać taki punkt, z którego bez problemu dostrzegłbym wychodzących pracowników, a jednocześnie nie rzucałbym się w oczy bardziej, niż było to konieczne. Oparłem się o pobliski mur, wsunąłem dłonie do kieszeni płaszcza i… Cierpliwie… No, „cierpliwie"… Czekałem. Pogoda nie zachęcała ani do spacerów, ani do dłuższego pobytu na zewnątrz, ale akurat to obchodziło mnie najmniej - bywało, że wracałem do domu bardziej przemoczony i poobijany po jednym zleceniu, więc kilka kropli deszczu nie robiło na mnie żadnego wrażenia - miałem tylko jeden cel i pierwszy raz od dawna nie próbowałem udawać przed samym sobą, że chodziło o cokolwiek innego.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)