- Ymh? - Uniosłem brew, spoglądając na nią z udawanym wyrzutem, bo chociaż sam to zasugerowałem, nie mogłem jej przepuścić tego, jak łatwo dokończyła urwane przeze mnie zdanie - niby nie próbowała wygrać, teoretycznie wcale nie chciała, lecz później do tej pięści w jaja, wbiła mi też nóż w plecy. - Po plawsie, cofam to. - Nie mogła mieć przecież pełnego ostatniego zdania. Łajza. - Nie pszypominam sobie, szeby nasze popszednie spotkania kiedykolwiek kończyły się plóbą pozbawienia mnie męskości. Ewoluowałaś. Fenomenalnie. Nie musisz się asz tak stalaś. - Stwierdziłem, znowu odsuwając włosy z oczu i prostując się trochę bardziej. Wiele dało się powiedzieć na temat naszych relacji na różnych etapach życia, lecz nigdy nie czułem, by chciała trwałe mnie uszkodzić, to był chyba pierwszy raz, gdy czegoś takiego próbowała. Była jednak wyjątkowo skuteczna, po fakcie, gdyby na moim miejscu stał ktoś obcy, pewnie jeszcze pogratulowałbym jej refleksu - umiała się bronić, fakt - po prostu nie przyszło mi do głowy, że tym kimś, przed kim to robiła, będę akurat ja.
Machnąłem lekko ręką, gdy kolejny raz mnie przeprosiła - nie zamierzałem pozwolić, żeby naprawdę się tym zadręczała - przestraszyła się, zareagowała instynktownie i trafiła z wyjątkowym szczęściem, albo pechem, zależnie od punktu widzenia. Uznałem, że jeśli miałem zapamiętać ten wieczór na długo, to zdecydowanie wolałem pamiętać go jako kolejny dowód na to, że moja żona potrafiła zadbać o siebie, nawet jeśli przy okazji omal nie wyeliminowała własnego męża z dalszego udziału w życiu rodzinnym.
- Dopsz, jusz wystalszy. Jeszcze chwila i zacznę ci pszyznawaś lasję s pszyswyczajenia. A tego przeciesz oboje byśmy nie chcieli. - Kącik ust drgnął mi w półuśmiechu. - Gdybyś wiedziała, sze to ja, pewnie dostałbym najwyszej w lamię. - Naprawdę chciałem w to wierzyć. - Cała leszta to efekt mojego wyjątkowo błyskotliwego planowania. - Sam się podłoszyłem, dosłownie - to była całkowicie prosta, najprostsza możliwa prawda - nie potrzebowałem kolejnych przeprosin, wystarczyło, że widziałem po niej, iż naprawdę zrobiło jej się głupio, przynajmniej na chwilę, później zaczęła być coraz bardziej rozbawiona.
- Nie wiem, czy balsiej boli mnie to, co zlobiłaś, czy to, sze jeszcze potlafisz mnie s tego losliczaś. - Mruknąłem, poprawiając mokry kołnierz płaszcza, po czym zmrużyłem oczy, kiedy z całkowitą powagą oznajmiła, że będzie trzymać obie ręce z dala ode mnie. Przez chwilę patrzyłem na nią w milczeniu, próbując ustalić, czy właśnie usłyszałem groźbę, czy sugestię kary, czy przerwę techniczną, na którą wcale się nie pisałem. Owszem, przed momentem wyraźnie zaznaczyłem, żeby nie próbowała mnie badać na środku ulicy, ale bynajmniej nie miałem na myśli wszystkich pozostałych okoliczności. Robiłem zupełnie inne plany na ten wieczór i zdecydowanie nie obejmowały one dobrowolnego zachowywania bezpiecznego dystansu…
- Chwileczkę. - Uniosłem dłoń, jakbym właśnie chciał zatrzymać wyjątkowo niekorzystny bieg wydarzeń. Miałem zupełnie inne pomysły niż życie w niedobrowolnym celibacie, nawet takim krótkim, przez zbyt szeroko idące nadinterpretację. - Mówiłem o najbliszszych kilku minutach i o ślodku ulicy. Ani słowem nie wspominałem o późniejszym wieczosze. - Wskazałem na nią palcem. - Nie plóbuj telas pszemycaś do naszej umowy dodatkowych punktów dlobnym dlukiem. - Pokręciłem głową z udawanym oburzeniem, bo przecież byłem świadomy, iż uwielbiała to robić, inaczej zupełnie nie byłaby sobą. - Nie zgadzam się na takie walunki. Stanowczo plotestuję. - Podkreśliłem, zanim dodała coś, co jeszcze bardziej pogorszyło obraz naszej - mojej - sytuacji… Uniosłem brwi, gdy wspomniała o fioletowym kolorze i konieczności badania.
- Jesteś oklopnym lekaszem. Wiesz o tym? Zamiast uspokoiś pacjenta, malujesz mu pszed oczami najgolsze moszliwe scenaliusze. Gdybym cię nie znał, jusz bym zaczął pisaś testament. - Parsknąłem cicho, tym razem bez przykrych konsekwencji, co uznałem za dobry znak. Wiedziałem, że blefowała, a przynajmniej bardzo chciałem wierzyć, że blefowała - próbowała mnie sprowokować i prawdopodobnie trochę postraszyć, ale nie zamierzałem dawać jej satysfakcji z tego, że przez chwilę zwątpiłem we własny osąd… Najgorszy ból powoli odpuszczał, zostawiając po sobie głównie urażoną dumę, zdecydowanie łatwiej było mi teraz myśleć niż kilka minut wcześniej, dlatego mogłem z czystym sumieniem przyznać, że jeśli ta sytuacja miała jakąś zaletę, to przynajmniej wiedziałem już, że Prudence w razie potrzeby potrafiła o siebie zawalczyć. Wolałbym tylko, żeby następnym razem celem był ktoś inny.
- I nie, nie zmienię zdania. Nie manipuluj mną wiedzą medyczną. Jeszeli cokolwiek zlobi się fioletowe, zielone albo w klopki, poladzę sobie s tym balso dzielnie i balso sam. Zachowaj swoje zawodowe zaintelesowanie na godziny pracy. - Zasugerowałem, chociaż wiedziałem, iż oznaczało to identyfikację problemów na znacznie mniej żywych obiektach, na szczęście dla mnie.
Skinąłem głową, gdy zgodziła się na naszą umowę.
Brzmiało to uczciwie, nie zamierzałem więcej wystawiać jej instynktu samozachowawczego na próbę, a ona, na to liczyłem, miała ograniczyć spontaniczne wymierzanie sprawiedliwości przynajmniej do osób, które rzeczywiście na to zasłużyły. Tym razem nie kombinowałem z żadnym uroczystym przypieczętowaniem naszych słów uściskiem dłoni ani małym palcem - uznałem, że po dzisiejszych doświadczeniach lepiej było nie wykonywać żadnych gwałtownych gestów - nadal jednak trzymałem się wystarczająco blisko, żeby nie było wątpliwości, iż byliśmy tu wspólnie, a jednocześnie z narastającym niedowierzaniem obserwowałem, jak usiłowała zachować powagę, choć wyraźnie kosztowało ją to coraz więcej.
Kiedy w końcu przywitała się ze mną jak z własnym mężem, zamiast z podejrzanym typem z ciemnej uliczki, uśmiechnąłem się szerzej.
- Cześć, kochanie. - Spojrzałem na nią dłużej, mokry kaptur nadal osłaniał część jej twarzy, a deszcz uparcie spływał po materiale płaszcza, ale wyglądała naprawdę dobrze w światłach zamglonych latarni - morderczo magnetycznie, można by rzec. - Ciebie tesz dobsze widzieś. - Tak rzeczywiście było, nawet jeśli początek naszego spotkania był… Odrobinę bardziej dynamiczny, niż zakładałem.
- Chodź. Zmaszłem, jesteśmy cali mokszy, a poza tym chciałbym zakończyś ten dzień czymś pszyjemniejszym nisz dyskusją o kolosze części mojego ciała. - Odchrząknąłem - jeśli nadal miałem jakikolwiek wpływ na plan tego wieczoru, bardzo chciałem, żeby jednak nie trzymała się zbyt długo tej deklaracji o niedotykaniu mnie, w tej kwestii miałem zupełnie inne oczekiwania… Ostrożnie wsunąłem dłoń do kieszeni płaszcza, drugą wyciągając w jej stronę, już całkiem otwarcie, bez żadnych niespodzianek i podejrzanych manewrów.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)