16.07.2026, 20:13 ✶
15.10.1972, Późny wieczór, Pokątna, Mieszkanie Brynji
Kontynuacja bingo C3
Październikowy wieczór na ulicy Pokątnej tchnął rzadko spotykanym o tej porze roku spokojem. Powietrze, wciąż nietypowo ciepłe i suche jak na londyńską jesień, niosło ze sobą leniwy szum rozmów dobiegających z otwartych wciąż restauracji i pubów. Choć witryny większości sklepów zdążyły już pociemnieć, a handlarze sprzątnęli swoje stragany po minionym tygodniu, niedzielna cisza nie była ponura. Czarodzieje i czarownice spacerowali niespiesznie brukiem, korzystając z wytchnienia, jakie dawał ten rześki, bezdeszczowy czas.
W ten spokojny pejzaż wtopiła się sylwetka szczupłej blondynki. Panna Burke poruszała się wolnym, spacerowym krokiem. Jej długi, czarny płaszcz kołysał się przy każdym kroku, a głęboka, purpurowa podszewka co rusz błyskała w ciepłym świetle ulicznych latarni. Spod rozchylonego materiału wyłaniała się długa, ciemna spódnica. Luźny materiał układał się w głębokie fałdy i szeleścił cicho. Eleganckie hafty mieniły się obsydianowym blaskiem układając się w hipnotyzujący wzór wzburzonych fal. Szpiczasty kapelusz, osadzony lekko na jasnych włosach wyłapywał światło w swój elegancki, matowy granat niemal jak burzowa chmura. Naturalnie dostojeństwo ruchów zmiękczane było przez swobodną ich płynność co przynosiło przyjemny dla oka efekt pozbawiony aroganckiego wydźwięku.
Gdy zatrzymała się przed drzwiami niewielkiej, schludnej kamienicy gdzie znajduje się mieszkanie Brynji. Miejsce którym Urd uczyniła swoją tymczasową przystań. Odruchowo cofnęła ramiona, chcąc wyprostować sylwetkę przed spotkaniem. Gest ten okazał się jednak błędem. Przez jej twarz natychmiast przemknął nagły, ostry grymas dyskomfortu, a kąciki ust zadrgały mimowolnie, gdy uszkodzone zaledwie dwa dni temu we Włoszech żebra dały o sobie znać. Ceolsige na moment wstrzymała oddech, pozwalając, by ból odpłynął, po czym powolnym, kontrolowanym ruchem wygładziła poły płaszcza. Uniosła dłoń, by poprawić rondo kapelusza. Wtedy też w blasku latarni ukazał się biały, czysty bandaż, ciasno i profesjonalnie owijający jej lewy kciuk oraz wnętrze dłoni. To już jednak bardziej pamiątka po tej samej, nieco zbyt brawurowej eskapadzie z trzynastego października.
Kiedy jej wzrok spoczął na chłodnym metalu kołatki, na twarz Ceolsige powrócił uśmiech. Początkowo usta ułożyły się w charakterystycznym uprzejmym grymasie. Kiedy jednak sięgnęła dłoniom kołatki uśmiech ten rozszerzył się i zmiękł przechodząc w zupełnie szczery i przyjacielski wyraz.
Zastukała kilkukrotnie. Czysty, metaliczny dźwięk rozniósł się po cichej klatce schodowej. Ceolsige cofnęła rękę, chowając ją do kieszeni purpurowego płaszcza, i rozluźniła postawę, opierając się zdrowym bokiem o framugę. Czekała na reakcję ze środka, przypominając sobie w duchu by zbyt wylewnie nie omawiać swojego życia emocjonalnego. Zagadnienie było pozornie niegroźnie. Jej postawa i styl bycia były wystarczająco szczere, w swoich retorycznych maskach by dodatkowy przymus nie krycia uczuć nie wywoływał poważnych szkód w krótkim okresie czasu. Miała w sobie jednak wewnętrzny sprzeciw wobec efektów zaklinania i opętania. Wzmocniony jeszcze po Włoskich doświadczeniach.