ok. 1:00 w nocy
Nie dbała o to, że miała sadzę rozsmarowaną na twarzy i popiół we włosach. Nie dbała o to, że mundur miała gdzieś rozerwany – nawet nie zauważyła, w którym momencie się to wydarzyło. Może wtedy, gdy wybiegała z płonącego budynku z dzieckiem na rękach? A może wtedy, gdy wyciągała faceta ze skoncentrowanej chmury dymu? Mogło być też wtedy, gdy aresztowała wariata będącego ewidentnie w trakcie jakiegoś rytuału, który mu przerwała… Nieistotne. Swój mundur też miała zakurzony, ale nie dbała o to: wystarczyło mieć trochę oleju w głowie i widać było, że jest to charakterystyczny mundur aurora, zwłaszcza te srebrne wstawki, ciągle gdzieś się przebijające poprzez kurz i sadzę.
Victoria przystanęła na chwilę, próbując złapać oddech, co spowodowało tylko, że rozkaszlała się potężnie. Jej gardło i płuca podrażnione były kilkugodzinnym wdychaniem wszystkiego, co właśnie latało w powietrzu: od tego pyłu, który wszystko zapalał, po spopielone części ulatujące w powietrze. Widoczność była przez to wszystko mocno ogarniczona, chociaż całkowita ciemność środka nocy rozświetlana była przez liczne ognie, których nadal nie opanowano, a które co jakiś czas powstawały w różnych miejscach.
Ale tutaj chyba był chwilowo spokój. To znaczy o ile można było tak nazwać przeróżne krzyki w tle; nawoływania, przerażenia, złości…
Nie miała wątpliwości, że to wszystko, to sprawka Voldemorta. Że w końcu dopiął swego, popieląc Anglię, napuszczając na siebie ludzi… Ofiarami byli wszak wszyscy, ogień nie patrzył na to, czy pali dom mugolaka czy czarodzieja półkrwi, a jak się miało okazać, również i domy czarodziejów czystej krwi, których supremację ogłaszano, stawały w płomieniach. Jaki był wzór? Któż to wie. Może nie było żadnego, a może był konkretny, ale nie był to czas, w którym Lestrange by się mogła nad tym w ogóle zastanowić – nie wiedziała jeszcze nawet, że jej rodzinny dom stał właśnie w płomieniach.
Miała odpocząć jeszcze przez chwilę, ale wtedy usłyszała jakiś męski głos, a sądząc po tonie, nie miał wcale dobrych zamiarów.
– To wszystko wina takich jak ty, wiedźmo! – krzyczał.
Wtedy właśnie Victoria puściła się biegiem w tamtą stronę, z różdżką w ręku.