• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Little Hangleton v
1 2 3 4 Dalej »
[15.10.1972] Devil on my shoulder (Astoria Avery, Louvain Lestrange)

[15.10.1972] Devil on my shoulder (Astoria Avery, Louvain Lestrange)
Dzieło sztuki
które chcesz polizać
wiek
24
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
kustoszka sztuki
Brunetka o jasnej cerze i zielonych oczach. Mierzy 166 cm wzrostu przy wadze 50 kg. Bardzo dba o swój wygląd. Poczucie estetyki rozwinięte na wysokim poziomie sprawia, że przywiązuje ogromną wagę do detali - od ubioru, przez makijaż, po dodatki. Ubraniami stara się przykryć swoją niedowagę. Jej arystokratyczna postawa, pełna powściągliwości i elegancji, dodaje jej szyku, co niektórzy odbierają jako dystans i wyniosłość.

Astoria Avery
#1
03.07.2026, 01:13  ✶  
15.10.1972
posiadłość Louvaina
[Obrazek: a8984ab3029f46dfad73fcff12e48c8c72c931c7.jpg]

Przez ostatnich kilka dni próbowała uporządkować własne myśli. Z początku sądziła, że wystarczy kilka godzin namysłu. Później uznała, że potrzebuje jednej nocy. Ostatecznie minęło kilka dni, a ona nadal miała wrażenie, że zamiast porządkować własne wątpliwości, jedynie dokłada kolejne do stosu. Najbardziej irytowało ją jednak coś innego. Bała się, że kiedy w końcu stanie z nim twarzą w twarz, zapomni o czymś naprawdę ważnym. Lubiła wiedzieć, na czym stoi, znać konsekwencje każdego wyboru, przewidywać choć kilka ruchów naprzód. Tymczasem od chwili opuszczenia tamtego balkonu miała wrażenie, że porusza się po gruncie, który z każdym krokiem staje się coraz bardziej grząski. Dlatego potrzebowała odpowiedzi. Dlatego poprosiła o spotkanie. Sama nadal mieszkała w posiadłości rodowej, gdzie nie byłoby sposobności bezpiecznej rozmowy, więc postanowiła odwiedzić Louvaina. Dotarła do jego domu za pomocą sieci Fiuu, a choć podróż nie należała do najbardziej eleganckich sposobów przemieszczania się, jedno krótkie zaklęcie wystarczyło, by z bogato haftowanej szaty zniknęły ostatnie ślady sadzy. Na jej ramieniu siedział Vulcor. Smoczognik, najedzony do tego stopnia, że ciężko było mu nawet utrzymać otwarte oczy, wtulił łeb w zagłębienie pomiędzy jej szyją a kołnierzykiem szaty. Co jakiś czas poruszał końcówką ogona albo wydawał ciche, gardłowe pomruki świadczące raczej o błogim zadowoleniu niż zainteresowaniu otoczeniem. Astoria nie miała dziś z kim go zostawić, a on, syty i senny, należał do stworzeń wyjątkowo mało problematycznych.
Została wprowadzona do przestronnego salonu spokojnym, niespiesznym krokiem, który doskonale współgrał z dostojnym charakterem rezydencji. Wnętrze przywitało ją przyjemnym półmrokiem rozświetlanym miękkim światłem wpadającym przez wysokie okna. Zanim gospodarz zdążył do niej dołączyć, pozwoliła sobie na kilka spokojnych kroków w głąb salonu. Nie poruszała się bez celu. Był to raczej odruch człowieka, którego wzrok od lat wykształcił nawyk nieustannej obserwacji, wyłapywania proporcji, materiałów i świadomych decyzji estetycznych ukrytych w pozornie przypadkowych elementach wnętrza. Zatrzymała się przed pierwszym z obrazów. Potem drugim. Kolejnym. Ich rozmieszczenie nie było przypadkowe. Tworzyły spójną narrację, podporządkowaną podobnej gamie kolorystycznej i ciężarowi kompozycji. Każde płótno sprawiało wrażenie, jakby zostało dobrane nie tylko ze względu na własną wartość, ale również na dialog, jaki prowadziło z pozostałymi dziełami. Dlatego dostrzegła go niemal natychmiast. Obraz, który wyłamywał się z całego tego porządku. Nie dlatego, że był gorszy. Różnił się językiem. Podeszła bliżej odruchowo przechylając lekko głowę. Punkt ciężkości został przesunięty niepokojąco daleko poza geometryczny środek płótna, przez co wzrok zamiast płynnie krążyć po obrazie, nieustannie wracał do jednego, pozornie mało istotnego fragmentu. Warstwa malarska również odbiegała od pozostałych prac. Reszta kolekcji zdawała się dążyć do harmonii, ten jeden obraz świadomie odrzucał podobny komfort. Pozostawiał odbiorcę w stanie lekkiego dysonansu poznawczego.
Dźwięk kroków niosących się po posadzce dotarł do niej, zanim jeszcze zobaczyła jego sylwetkę. Odwróciła się płynnie i posłała mu uśmiech na powitanie.
- Dziękuję, że znalazłeś dla mnie czas - powiedziała i od razu ponownie zwróciła się ku płótnu. Etykieta etykietą, ale przecież nie byli teraz w sytuacji formalnej, a przez wzgląd na ich znajomość pozwalała sobie na odrobinę większą swobodę. Przez kilka sekund jeszcze milczała, przesuwając spojrzeniem po kompozycji, jakby upewniała się, że pierwsze wrażenie nie było pomyłką. Dopiero wtedy odezwała się spokojnym głosem.
- Ten nie pasuje do reszty - co, zresztą, zabrzmiało jak fachowa obserwacja. Zerknęła na mężczyznę, by ocenić, czy był to zabieg celowy, czy jednak brak konsekwencji, spowodowany przez niekompetencję osoby odpowiedzialnej za urządzanie wnętrza.
- A, proszę - podała mu torebkę, w której znajdowała się ognista whisky. Dobry gatunek, chwalona przez koneserów. Nie był to przesadnie wyszukany prezent, ale wystarczająco dobry, by podkreślić, że przybyła tutaj jako gość, nie petent. Nawet jeśli to ona prosiła o spotkanie.
Na samym początku była kwestia odbiegająca od ich głównego tematu, którą musiała poruszyć, żeby wyjaśnić i mieć ją z głowy. Coś, co również nie dawało jej spokoju.
- Rozmawiałam z Desiderią na balu. Nie wtrącam się w waszą relację, ale będę zobowiązana, jeśli nigdy więcej nie użyjesz mojego imienia przeciwko niej - nie musiała mówić dosadnie "nie życzę sobie tego", by jej niezadowolenie wybrzmiało w tonie i mimice twarzy. Louvain potrafił uderzyć w czuły punkt jak mało kto, tyle że Astoria nie chciała być tego częścią, nie chciała być "używana" w ten sposób i komunikowała to głośno. Bo teraz właśnie taka była - konkretna. - Czy możemy tu rozmawiać bezpiecznie? Chciałabym, żebyśmy tym razem mogli pozwolić sobie na możliwie największą bezpośredniość. Mam już dość rozmów, w których każde zdanie trzeba obracać trzy razy, zanim będzie wiadomo, co naprawdę znaczy. Nie chcę zgadywać, czego nie możesz powiedzieć ani co próbujesz ukryć między wierszami. Potrzebuję konkretnych odpowiedzi. Nawet jeśli nie wszystkie będą dla mnie wygodne.


learn the rules
then
break some

evil twink
i ain't got no type
bad witches
is the thing that I like
wiek
26
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Asystent sędziny
Zimna cera i jeszcze chłodniejsze spojrzenie. Kruczoczarne włosy i onyksowe tęczówki bardzo wyraźnie kontrastują ze skórą bladą jak kreda. Buta oraz wyższość wylewa się z każdego gestu i słowa. Mierzy 187 centymetrów o szczupłej sylwetce, która coś jeszcze pamięta ze sportowych czasów. W godzinach pracy zawsze ubrany elegancko, zaczesany, a swoje tatuaże ukrywa pod zaklęciami transmutacji. Po godzinach najczęściej nosi się w skórzanych kurtkach i ciężkich butach.

Louvain Lestrange
#2
05.07.2026, 20:31  ✶  

Przez kilka dni od tamtego balu od czasu do czasu wracał myślami do ich rozmowy.  Interesowało go to, czy Astoria znajdzie w sobie wystarczająco odwagi, by ponownie otworzyć drzwi, które uchylił przed nią tamtej nocy. Maskarada sprzyjała śmiałości. Zabawa i odrobina alkoholu, wyciągały z ludzi odwagę ponad ich zwyczajowy standard. Codzienność była znacznie mniej romantyczna. W codzienności płomienne postanowienia zderzały się z obowiązkami, wygodą i zdrowym rozsądkiem. Właśnie dlatego tak wiele wzniosłych deklaracji umierało jeszcze przed pierwszym śniadaniem. Nie miałby jej tego za złe. Przynajmniej nie otwarcie. Byłby jednak rozczarowany jej tchórzostwem wobec własnej ciekawości. Dlatego, kiedy w jego dłoniach znalazł się list opatrzony jej podpisem, kącik ust uniósł mu się jeszcze zanim przeczytał pierwsze zdanie. Malutki triumf i ciche zadowolenie czarodzieja, którego przypuszczenia po raz kolejny okazały się trafne. Nie dociekał co ostatecznie skłoniło ją do tej decyzji, najważniejsze, że nie zaniechała tematu. Louvain nie wierzył, by chłodna analiza kiedykolwiek zaprowadziła kogokolwiek aż do Little Hangleton. Za podobnymi decyzjami zawsze kryło się coś więcej. Odrobina ciekawości i ambicji to jednak zawsze dobry początek. Reszta mogła wydarzyć się sama. A ścieżki prowadzące do najważniejszych miejsc coraz częściej mogły być usłane pięknymi słowami.

Kiedy Astoria przekroczyła próg jego domu, przyjął ją z uprzejmą powściągliwością, którA dobrze wiedziała, gdzie kończy się gościnność, a zaczyna własne terytorium. Skinieniem dłoni zaprosił ją do środka, uprzedzając skrzata, który pojawił się niemal natychmiast, gotów odebrać okrycie i zadbać o wszystko, czego mogła potrzebować. Na pierwszy rzut oka łatwo było zauważyć, że posiadłość nie żyła rytmem wielkich rodowych posiadłości. Żadnych odgłosów służby, nie sprawiała wrażenia miejsca, przez które nieustannie przewijali się domownicy. - To dla mnie przyjemność. Na jej podziękowanie odpowiedział bez cienia zwłoki, jakby podobna uprzejmość należała do rzeczy całkowicie oczywistych. Oprócz Louvaina był tu tylko jeden skrzat. I nawet on nie należał do tego domu. Okazjonalnie wypożyczany z Maida Vale, pojawiał się wyłącznie wtedy, gdy wymagała tego sytuacja. Na co dzień Louvain nie potrzebował nikogo więcej. Zbyt wiele sekretów zdążyło przewinąć się przez te ściany, by pozwalać sobie na nadmiar cudzych oczu i uszu.  Samotność była więc nie tylko kaprysem ale i środkiem ostrożności. W tym domu niemal wszystko mogło zostać zastąpione. Z wyjątkiem dyskrecji. Ta pozostawała wartością, której Louvain nie zamierzał oddawać nikomu. Jego spojrzenie zatrzymało się na smoczogniku dopiero po kilku chwilach. Westchnął niemal niezauważalnie. Łuskowate gadziny wyjątkowo przestały ostatnio należeć do jego ulubionych stworzeń. Im dłużej obracał się w ich towarzystwie, tym bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że natura niepotrzebnie obdarzyła je aż tak dużą pewnością siebie. Na szczęście ten egzemplarz zdawał się stanowić rzadki wyjątek. Wiedział gdzie jego miejsce i siedział tam, gdzie powinien.

Jej uwaga zaskoczyła go bardziej, niż zamierzał okazać. Spojrzał na wskazane płótno, a potem powiódł wzrokiem po pozostałych obrazach, zestawiając je ze sobą z uwagą, której sam nie poświęcał im od dłuższego czasu. Po chwili musiał przyznać jej rację.  Bez cienia zawahania uniósł różdżkę. Jedno krótkie zaklęcie wystarczyło, by obraz oderwał się od ściany i zawisł w powietrzu. Nie oglądali go długo. Kolejny ruch nadgarstka był równie oszczędny. Płótno wraz z ramą pękło z suchym trzaskiem dokładnie na dwie części. Nie pozwolił mu nawet opaść na posadzkę. Następne machnięcie różdżki posłało obie połówki prosto w rozpalony kominek. Płomienie przyjęły je z zachłannością. Olejna farba zasyczała, werniks zapachniał gorzką spalenizną. Obraz wyszedł spod pędzla Loretty. To wystarczało. Nie zamierzał pozwolić, by cokolwiek noszącego ślad jego siostry nadal wisiało na ścianach tego domu. - Rzeczywiście. Raził.

Prezent przyjął z uprzejmym skinieniem głowy, choć whisky od dawna nie należała do trunków, po które sięgał z własnej woli. Tym razem nie miało to jednak większego znaczenia. Sięgnął po butelkę, odkręcił ją i spokojnym ruchem rozlał bursztynowy alkohol do dwóch ciężkich szklanek, jakby uznał, że skoro rozmowa zapowiada się wystarczająco gorzko, oboje równie dobrze mogą zanurzyć w tej goryczy również podniebienia. Słuchał jej w milczeniu. Ani na moment nie przerywał, pozwalając, by kolejne słowa wybrzmiały do końca. Włożył przy tym zaskakująco wiele wysiłku, by nie pozwolić kącikom ust unieść się w ten charakterystyczny, niemal szatański uśmiech, który zwykle pojawiał się zawsze wtedy, gdy ktoś próbował wyznaczać mu granice. - Oczywiście. Tylko tyle. Nie zamierzał podporządkowywać się jej oczekiwaniom w kwestii prowadzenia własnych relacji. Imienia Astorii użył tamtego wieczoru całkowicie świadomie, doskonale rozumiejąc, jaki efekt wywoła. Wiedział aż nazbyt dobrze, że Desideria nigdy nie przepracowała przeszłości związanej z nimi obojgiem. Fakt, że przed laty wybrał Astorię zamiast niej, pozostawał niezabliźnioną raną, wystarczyło więc lekko nacisnąć w odpowiednim miejscu, by odezwał się stary ból. Nie odczuwał z tego powodu wyrzutów sumienia. W jego oczach był to jedynie kolejny ruch wykonany z pełną świadomością konsekwencji. Mimo to nie widział żadnego powodu, by wdawać się z Astorią w spór właśnie o to. Jeżeli zależało jej na podobnym zapewnieniu, mogła je otrzymać. Nie dlatego, że ktoś wymógł je na nim stanowczością, lecz dlatego, że uznał je za całkowicie nieistotne wobec spraw, o których mieli za chwilę rozmawiać. Przez chwilę nie odpowiedział. Zamiast tego powoli zakręcił szklanką, pozwalając bursztynowej whisky zatoczyć leniwy krąg po grubym dnie. W ciszy było coś przewrotnego. Astoria przyszła tutaj właśnie po to, by się jej pozbyć. Prawdę mówiąc, odbierała mu jedną z ulubionych zabawek. Znacznie bardziej cenił rozmowy, które można było prowadzić półsłówkami, ironią i prowokacją. W takim tańcu sam dochodził do właściwych wniosków i nie musiał wykładać wszystkich kart na stół. - Jeśli taka jest twoja wola i zamierzasz zamordować nas nudą… - Ironia miękko rozlała się po jego głosie - będę wyjątkowo uczciwym trupem. Mimo wszystko nie zamierzał dopuścić do tego, by była to transakcja jednostronna. Szczerość, zwłaszcza ta naprawdę niewygodna, nigdy nie powinna płynąć wyłącznie w jedną stronę. Zbyt dobrze znał wartość informacji, by rozdawać je za darmo, nawet komuś, kogo znał dłużej od własnej brutalności. Spojrzał na nią uważnie, pozwalając, by przez krótką chwilę jego spojrzenie nie było okraszone żadną ironią lub sarkastycznym tonem. - Ja również chcę od ciebie odrobiny szczerości. Odłożył szklankę na blat z cichym stuknięciem. - Pytanie za pytanie? Wybrzmiało to jak propozycja, choć w rzeczywistości było jedynym warunkiem, jaki zamierzał postawić. Ustąpił już w kwestii tonu rozmowy, zgodził się porzucić ulubioną grę półsłówek i odsłonić więcej, niż zwykle pozwalał komukolwiek zobaczyć. Oczekiwał więc tylko tego jednego.

Dzieło sztuki
które chcesz polizać
wiek
24
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
kustoszka sztuki
Brunetka o jasnej cerze i zielonych oczach. Mierzy 166 cm wzrostu przy wadze 50 kg. Bardzo dba o swój wygląd. Poczucie estetyki rozwinięte na wysokim poziomie sprawia, że przywiązuje ogromną wagę do detali - od ubioru, przez makijaż, po dodatki. Ubraniami stara się przykryć swoją niedowagę. Jej arystokratyczna postawa, pełna powściągliwości i elegancji, dodaje jej szyku, co niektórzy odbierają jako dystans i wyniosłość.

Astoria Avery
#3
08.07.2026, 02:10  ✶  
Już od progu odniosła wrażenie, że ten dom nie próbował nikogo olśnić swoją wielkością. Nie potrzebował tego. W jego wnętrzach panowała cisza tak gęsta, że prawie materialna, nieprzerywana pospiesznymi krokami służby ani szmerem codziennych obowiązków, do których przywykły podobne rezydencje. Nie było tu tego nieustannego ruchu, który w wielu arystokratycznych domach zdawał się wpisany w architekturę równie mocno jak marmurowe schody czy rodowe portrety. Dostrzegła jednego skrzata. Tylko jednego. Pojawił się na krótką chwilę, spełniając swoją funkcję z niemal niewidzialną sprawnością, po czym równie szybko zniknął, pozostawiając za sobą jedynie wrażenie doskonale naoliwionego mechanizmu. Reszta domu zdawała się należeć wyłącznie do ciszy. I do niego.
Ku własnemu zaskoczeniu poczuła coś na kształt cichego uznania. Rozumiała podobną potrzebę. Od miesięcy sama coraz mocniej chroniła własną przestrzeń przed ludźmi, którzy pojawiali się w niej bez zaproszenia. Galeria była miejscem otwartym, pełnym rozmów, negocjacji i nieustannego ruchu, lecz jej atelier pozostawał azylem, do którego wpuszczała niewielu. Tam również wszystko miało swoje miejsce, cisza nie była pustką, lecz świadomym wyborem, a samotność przestała oznaczać coś przykrego. Z czasem stała się luksusem. Być może właśnie dlatego ta rezydencja wydała jej się zaskakująco naturalna.
Podążyła za jego wzrokiem, zatrzymując się na Vulcorze, który wciąż spał z godnym podziwu spokojem, zupełnie nieświadomy, że właśnie stał się przedmiotem cichej oceny. Kącik jej ust uniósł się odrobinę.
- Wybacz, nie mogłam go zostawić samego. Powinien być grzeczny - wyjaśniła spokojnie. Było to raczej krótkie stwierdzenie faktu, niż prośba o wyrozumiałość. Na moment zawiesiła spojrzenie na niewielkim stworzeniu, które poruszyło lekko końcówką ogona, lecz nawet nie otworzyło ślepi. - W najgorszym wypadku spali twoje zasłony - zerknęła z powrotem na Louvaina z niewinną powagą, która trwała zaledwie ułamek sekundy, zanim w jej oczach zamigotało rozbawienie. - Czym właściwie wyświadczyłby ci przysługę.
Powiodła wzrokiem po salonie jeszcze raz. Większość kompozycji tworzyła zaskakująco konsekwentną całość. Może dlatego te kilka zgrzytów raziło ją bardziej niż zwykle. Były jak fałszywe nuty w doskonale wykonanym utworze. Wciąż zastanawiała się, czy to wynik błędu dekoratora, czy jednak dodatki pojawiające się spontanicznie. Niemniej nie zamierzała o tym rozprawiać, nie była tu w charakterze doradczyni wnętrz. Dopóki nie skomentowała obrazu, była przekonana, że na tym się skończy. Że jej uwaga pozostanie jedynie uwagą rzuconą mimochodem, jednym z tych komentarzy, które wybrzmiewają i po chwili rozpływają się w rozmowie, nie pozostawiając po sobie nic poza lekkim śladem refleksji. Nawet przez myśl jej nie przeszło, że Louvain potraktuje ją z tak dosłowną stanowczością.
Dlatego, gdy uniósł różdżkę, początkowo obserwowała go z zaciekawieniem. Obraz oderwał się od ściany z miękką lekkością, a ona odruchowo cofnęła się o pół kroku, sądząc, że zamierza jedynie przenieść go w inne miejsce albo odłożyć do magazynu. Dopiero kiedy dostrzegła kolejny ruch nadgarstka, zrozumiała. Za późno. Suchy trzask przeciętego płótna rozdarł ciszę salonu z brutalnością znacznie większą, niż pozwalałaby na to sama siła zaklęcia. Astoria drgnęła.
- Nie, zacze… - nie zdążyła dokończyć, bo obraz, a właściwie jego części wylądowały w kominku. - …kaj.
Płomienie objęły płótno z bezmyślną zachłannością, a ona przez krótką chwilę patrzyła w kominek nieruchomo, jakby wciąż liczyła, że za moment wszystko cofnie się o kilka sekund i ktoś zatrzyma ten gest. Tam nie płonęła już tylko własność Louvaina. Tam znikało dzieło. Niezależnie od tego, kto je namalował. Niezależnie od tego, jakie wspomnienia w nim budziło. Było świadectwem czyjegoś warsztatu, godzin pracy, decyzji podejmowanych każdym kolejnym pociągnięciem pędzla. Było dziedzictwem kultury. Jako kustoszka potrafiła oddzielić wartość emocjonalną od wartości kulturowej. Rozumiała, że niektóre przedmioty bolały samą swoją obecnością. Wiedziała, że istnieją obrazy, których właściciele nie byli w stanie oglądać każdego dnia. Ale właśnie dlatego oddawało się je innym. Bo sztuka nigdy nie należała wyłącznie do jednego człowieka.
- Jeśli Matka ma jakiekolwiek poczucie sprawiedliwości, istnieje gdzieś w cyklu szczególnie bolesne miejsce dla osób, które niszczą dzieła sztuki - jej ton pozostał neutralny, ale w oczach czaił się niebezpieczny błysk. Czy w tym momencie życzyła mu odrodzenia jako żuk gnojarz? Być może. Mógł przecież ten obraz schować, zamknąć w magazynie, sprzedać lub oddać do galerii. Mógł też odwrócić płótnem do ściany, gdyby sam jego widok był nie do zniesienia. Żadne dzieło nie zasłużyło na taki koniec, wystarczająco dużo egzemplarzy zmarnowało się podczas Spalonej Nocy.
Zacisnęła zęby, bo jednak przyszła tu z konkretnego powodu. Gdy podał jej szklankę, przyjęła ją ostrożnie, czując pod palcami chłód grubego szkła. Whisky nie należała do alkoholi, po które sięgała z własnej przyjemności. Zdecydowanie bliżej było jej do lekkich win czy nalewek, których smak nie próbował udowodnić człowiekowi własnej przewagi. Zamoczyła usta, a alkohol rozlał się po języku cierpką, dymną nutą, by po chwili spłynąć do gardła i pozostawić po sobie znajome pieczenie. Mimowolnie zacisnęła mocniej palce na szkle, pozwalając temu ciepłu rozchodzić się powoli po ciele. Nie miała mocnej głowy. Wiedziała o tym aż za dobrze. Niemniej potrzebowała odrobiny, by złagodził napięcie, tóre od chwili przekroczenia progu tej posiadłości siedziało gdzieś pod mostkiem. Na jego krótkie "oczywiście" odpowiedziała jedynie lekkim skinieniem głowy. Nie była naiwna. Nie sądziła, że od tej chwili już nigdy nie wykorzysta jej imienia, jeśli uzna to za korzystne. Nie wierzyła również, że jedno wypowiedziane życzenie mogło nagle zmienić człowieka, który całe życie traktował słowa jak narzędzia równie użyteczne jak różdżkę. Ale zrobiła to, co mogła. Nazwała granicę. Wyznaczyła ją wyraźnie, bez niedopowiedzeń, pozostawiając odpowiedzialność po jego stronie. To, czy zdecyduje się ją uszanować, należało już wyłącznie do niego. Powoli opuściła wzrok na bursztynową taflę alkoholu, która zadrżała delikatnie, gdy poruszyła szklanką.
- Twoje życie wydaje się wystarczająco ekscytujące - mruknęła niewinnie, nawet jeśli słowa były podszyte złośliwością. - Odrobina nudy ci nie zaszkodzi.
Nawet teraz, kiedy zgodził się prowadzić rozmowę w sposób bardziej otwarty, musiał ozdobić ją ironią, jakby obawiał się, że zbyt duża ilość prostych zdań odbierze mu część jego tożsamości. Astoria znajdowała się w zupełnie innym miejscu. Nie przyszła tutaj wygrać pojedynku na błyskotliwość. Nie próbowała sprawdzić, które z nich sprawniej operowało ironią ani kto skuteczniej potrafił ukryć prawdę pod warstwą eleganckich metafor. o Louvain był człowiekiem, który mógł pozwolić sobie na komfort prowadzenia rozmowy jak intelektualnej gry. On już znał odpowiedzi. A ona stała po drugiej stronie, próbując zdecydować, czy postawić stopę na ścieżce, z której być może nie będzie już odwrotu. Nie zamierzała podejmować takiej decyzji na podstawie domysłów.
- Naprawdę? Co dalej, prawda czy wyzwanie? - rzuciła z ironią, unosząc lekko brew. Była to jedna z tych chwil, kiedy łatwiej było zażartować, niż przyznać, że oboje w pewien sposób wracali do dawnych schematów. Przypomniała sobie wieczory w lochach Slytherinu, kiedy atmosfera w pokoju wspólnym zawsze wydawała się mieszaniną ambicji, rywalizacji i młodzieńczej pewności, że nic na świecie nie jest w stanie ich naprawdę zranić. Wtedy te gry i wyzwania były śmieszne i pozbawione konsekwencji. Ale nawet wtedy Louvain potrafił obrócić najprostsze pytanie w pojedynek, niewinne wyznanie w grę, a żart w coś, co jeszcze długo potem krążyło między ludźmi jako temat rozmów.
Usiadła wygodnie na sofie, choć nie całkowicie swobodnie. Nadal była gościem w jego domu, a on nadal pozostawał człowiekiem, którego intencje próbowała rozgryźć.
- Dobrze - zdecydowała. - Ale jako hojny gospodarz zagwarantujesz mi dwa pytania na jedno twoje.
Jej spojrzenie przesunęło się na chwilę po jego twarzy, jakby oceniała, czy już przygotowuje jakąś błyskotliwą odpowiedź, czy może tym razem pozwoli sobie po prostu zaakceptować zasady.
- W końcu ty masz tę niewielką przewagę, że od kilku dni wiesz, nad czym ja się zastanawiam, a ja nadal próbuję ustalić, ile prawdy mieści się w twoich pięknych, bardzo starannie dobranych zdaniach - dodała z nutą zaczepności, która pojawiała się między nimi od zawsze. Unosząc szklankę, upiła kolejny, niewielki łyk whisky.
- Zacznijmy od tego, co ja tak naprawdę będę z tego miała. Czy moja rodzina będzie bezpieczna? - to najbardziej ją nurtowało, bo nigdy w życiu nie chciała narazić bliskich na niebezpieczeństwo. Jeśli już, to właśnie próbowała zbliżyć się do źródła ataków i tym samym chronić tych, na których jej zależało.


learn the rules
then
break some

evil twink
i ain't got no type
bad witches
is the thing that I like
wiek
26
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Asystent sędziny
Zimna cera i jeszcze chłodniejsze spojrzenie. Kruczoczarne włosy i onyksowe tęczówki bardzo wyraźnie kontrastują ze skórą bladą jak kreda. Buta oraz wyższość wylewa się z każdego gestu i słowa. Mierzy 187 centymetrów o szczupłej sylwetce, która coś jeszcze pamięta ze sportowych czasów. W godzinach pracy zawsze ubrany elegancko, zaczesany, a swoje tatuaże ukrywa pod zaklęciami transmutacji. Po godzinach najczęściej nosi się w skórzanych kurtkach i ciężkich butach.

Louvain Lestrange
#4
15.07.2026, 01:28  ✶  

Nie miał złudzeń, że wnętrze mogło sprawiać wrażenie niedokończonego.  Nabył posiadłość dopiero z początkiem roku, a sama przeprowadzka przeciągała się miesiącami. Niektóre pomieszczenia zdążyły nabrać własnego charakteru, inne nadal wyglądały tak, jakby dopiero czekały na ostateczną decyzję. Prawdę mówiąc, z częścią z nich świadomie zwlekał. Desideria miała przecież zamieszkać tu razem z nim i uznał za rzecz naturalną pozostawienie jej wpływu na przestrzeń, którą mieli kiedyś wspólnie nazywać domem. Jej niespodziewany wyjazd na długie miesiące sprawił, że kolejne decyzje zawisły w próżni, a on nie widział powodu, by podejmować je samodzielnie. Nie pomagał również fakt, że zwyczajnie nie miał na to ochoty. Trudno było przejmować się odcieniem zasłon, czy wyborem kolejnego obrazu, kiedy od wielu miesięcy nie potrafił przypomnieć sobie takie, podczas którego nie ryzykowałby własnym życiem, lub wolnością. Wobec takiej perspektywy estetyczne dylematy traciły całą swoją powagę i przyjemność. Dlatego nie próbował stworzyć miejsca, które zachwycałoby gości. Wystarczało, że dom spełniał swoją najważniejszą funkcję. Był schludny i funkcjonalny, a przede wszystkim cichy. Pod koniec dnia, właśnie tego potrzebował najbardziej.

Spojrzenie, którym obdarzał smoczoognika, pozostawało wymownie chłodne. Ale też swoją postawą ani przez chwilę nie próbował udawać, że łuskowaty pasażer Astorii jest mile widzianym gościem. Gdyby spotkanie dotyczyło spraw mniej istotnych, gdyby nie zależało mu na tej rozmowie, najprawdopodobniej poprosiłby, by zwierzę zostało za drzwiami. Ostatniego domu w Wali. - Obawiam się, że skończyłby przerobiony na antipasti. Desideria wybierała zasłony. Kącik jego ust drgnął nieznacznie. Oczywiście, że temat jego narzeczonej musiał wrócić do niej jak bumerang, skoro była taka śmiała by wypominać mu to i owo. Może i była to nieco naciągana prawda, ale podobna uszczypliwość pasowała tutaj jak ulał. Do tego widok zaskoczonej Astorii sprawił mu cichą satysfakcję. Kącik ust drgnął mu jeszcze bardziej. Jak zwykle nie przepuścił okazji, by wytrącić rozmówcę z równowagi. - Oh, nie bądź taka drobiazgowa. Nie każde pociągnięcie pędzlem zasługuje na nieśmiertelność. Lubił przypominać, że przy nim rzeczywistość nie była zobowiązana do zachowywania się rozsądnie. Przy Louvainie wszystko mogło wydarzyć się w każdej chwili. I właśnie ta nieprzewidywalność należała do jego ulubionych. Nie musiał stale demonstrować siły. Wystarczało, że od czasu do czasu przypominał, iż nie ma nawet po co próbować przewidywać jego zachowania.

Astoria była obrzydliwie metodyczna w swojej dociekliwości. Nie zadawała pytań po to, by pozwolić rozwijać się napięciu chwilii. Nie szukała pojedynczych odpowiedzi. NIe pozwalała rozmowie oddychać. Tamta rozmowa na balkonie była o wiele bardziej interesująca, już na tym etapie. Oczywiście, że była, bo wyszła z jego inicjatywy. Chociaż właściwie potrafił to zrozumieć. Ostrożność stała się walutą rozsądnych ludzi, zwłaszcza w obecnej sytuacji.  Z drugiej jednak strony podobna skrupulatność była niemal kompletną impotencją dla źródła rozrywki, jakim mogła stać się rozmowa ze swoim/swoją ex. Zamiast wdzięcznie odbijać piłeczkę, prowokować, pozwalać, by słowa nabierały własnego życia, Astoria konsekwentnie sprowadzała wszystko do chłodnej analizy. Jakby przyszła przeprowadzić sekcję zwłok ich rozmowy zanim ta jeszcze zdążyła się rozkręcić. - Przecież powiedziałem, że będę szczery. Nie musisz być tak chorobliwie ostrożna. Wystarczy, że będziesz słuchać. Westchnął cicho, z tą odrobiną przesadnej, niemal teatralnej rezygnacji. Z każdą kolejną minutą coraz wyraźniej dawała do zrozumienia, że nie interesuje jej ani flirt ani intelektualna szermierka. Przyszła po odpowiedzi. A Louvain, choć nie zamierzał jej ich odmawiać, nie potrafił oprzeć się wrażeniu, że gdzieś po drodze umierała cała przyjemność płynąca z nieprzewidywalności, która kiedyś stanowiła najciekawszą część ich wzajemnych potyczek. Jej ostatnie pytanie nie doczekało się natychmiastowej odpowiedzi. Louvain zamilkł, pozwalając, by cisza wypełniła pomieszczenie. Powoli odwrócił wzrok i utkwił go w płomieniach, które jeszcze przed chwilą pożerały resztki obrazu. Patrzył w nie długo, jakby odpowiedź leżała gdzieś między płomieniami, wystarczało tylko odczytać z ognia, a dopiero później ubrać w słowa. - Wszystko zależy od twojego zaangażowania. Jeśli będziesz w stanie spełnić postawione przed tobą oczekiwania, z całą pewnością kolejny gniew Czarnego Pana ominie ciebie i twoich bliskich. Odezwał się, a z jego głosu zniknęła charakterystyczna nuta prowokacji. Nie było ironii, nie było teatralności ani tej figlarnej pewności siebie, którą tak chętnie drażnił rozmówców. Pozostała jedynie chłodna rzeczowość człowieka mówiącego o zasadach większych od własnych przekonań.

Chwila powagi okazała się wystarczająca. Dał jej dokładnie tyle szczerości, ile uznał za stosowne. Teraz przyszła pora, by odebrać należną zapłatę. Skoro sam odsłonił przed nią fragment świata, którego większość ludzi nigdy nie miała oglądać, ona również mogła pozwolić sobie na odrobinę niewygody. Przez krótką chwilę przyglądał jej się w milczeniu. W końcu kącik jego ust uniósł się w tym dobrze znanym, prowokującym uśmiechu. - Wciąż nosisz ten pieprzyk… pod lewą piersią? Zapytał z rozbrajającym spokojem, jakby interesował się pogodą, nie czymś, czego pamięć nie powinna przechowywać przez tyle lat. W jego onyksowym spojrzeniu błysnęła złośliwa satysfakcja. Pytanie było bezwstydne, intymne i całkowicie zamierzone. Nie chodziło nawet o odpowiedź. Chciał jedynie zobaczyć, czy jest w stanie wytrzymać tego typu grę.

Dzieło sztuki
które chcesz polizać
wiek
24
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
kustoszka sztuki
Brunetka o jasnej cerze i zielonych oczach. Mierzy 166 cm wzrostu przy wadze 50 kg. Bardzo dba o swój wygląd. Poczucie estetyki rozwinięte na wysokim poziomie sprawia, że przywiązuje ogromną wagę do detali - od ubioru, przez makijaż, po dodatki. Ubraniami stara się przykryć swoją niedowagę. Jej arystokratyczna postawa, pełna powściągliwości i elegancji, dodaje jej szyku, co niektórzy odbierają jako dystans i wyniosłość.

Astoria Avery
#5
22.07.2026, 02:12  ✶  
Przesunęła spojrzeniem po jego twarzy, kiedy wspomniał o przerobieniu Vulcora na antipasti. Nie odpowiedziała od razu. Zamiast tego uniosła jedną brew, a na jej ustach pojawił się ledwie dostrzegalny grymas, balansujący gdzieś pomiędzy pobłażaniem a cichym rozbawieniem. Smoczognik tymczasem spał niewzruszenie, zwinięty na jej ramieniu w ciasny kłębek. Nie zmartwiła się groźbą, Desideria nigdy nie zrobiłaby krzywdy jej zwierzakowi. Znała ją wystarczająco długo, by wiedzieć, że nawet jeśli ich relacja od lat przypominała bardziej pole minowe niż dawną przyjaźń, pewne granice pozostawały dla niej oczywiste.
Na podrzuconą przynętę poczuła znajome ukłucie gdzieś pod mostkiem. Nie zazdrość. Raczej instynktowną potrzebę wyrównania rachunku, tę samą, która pojawiała się zawsze, gdy Louvain z rozmysłem próbował przesunąć rozmowę na teren osobistych przytyków.
- Tak, cóż - odezwała się ze wzorowym spokojem. - Zauważyłam, że od skończenia Hogwartu jej gust uległ znacznemu pogorszeniu.
Nie była złośliwa bez powodu. Po prostu uznała, że skoro mężczyzna z taką swobodą rozdawał drobne uszczypliwości, powinien być równie gotowy, by kilka z nich do niego wróciło.
Przez krótką chwilę nie odrywała wzroku od płomieni, które powoli pożerały płótno. Ogień nie znał się na kompozycji, harmonii ani historii sztuki. Nie rozróżniał dzieła wybitnego od przeciętnego. Pochłaniał wszystko z jednakową zachłannością, sprowadzając miesiące czy lata pracy do garści popiołu, który po chwili stawał się niemożliwy do odróżnienia od każdego innego. Słowa mężczyzny zawisły między nimi z pozorną lekkością. Nie mogła odmówić im pewnej racji. Oczywiście, że nie każdy obraz zasługiwał na nieśmiertelność. Przez ręce Astorii przewinęły się setki obrazów. Oglądała prace mistrzów, ale i dzieła przeciętne, wtórne, pozbawione odwagi, stworzone bardziej z rzemieślniczej poprawności niż z prawdziwej potrzeby tworzenia. Wiedziała, że historia sztuki była bezlitosna. Większość nazwisk ginęła wraz z pokoleniem, które je pamiętało. Nie każdy artysta zostawiał po sobie coś, co zasługiwało na wieczność. Ale istniała zasadnicza różnica między naturalnym zapomnieniem a świadomym odebraniem dziełu prawa do istnienia.
Nie miała wątpliwości, że potrafił podejmować trudne decyzje. Jednocześnie nie potrafiła pozbyć się myśli, że w sprawach sztuki jego pewność siebie znacznie wyprzedzała kompetencje. Nie miał wystarczającej wiedzy.
- Nie wiedziałam, że jesteś ekspertem - mruknęła i mimowolnie zastanawiała się, czy ona może kiedyś skończyć w podobny sposób, co płótno. Nie dosłownie. Ale przecież ludzi również można było usuwać z własnego życia z niemal identyczną stanowczością. Wystarczyło uznać, że przestali pasować do kompozycji. Obiecał jej, że jej nie zdradzi. To zdanie wciąż pozostawało w pamięci z zadziwiającą wyrazistością. Jego obietnica nadal tkwiła gdzieś pomiędzy rozsądkiem a intuicją, drażniąc obie strony jednakowo mocno. Ile warte było słowo Louvaina? Nie znała odpowiedzi. Być może nie znał jej nawet on sam. Takich rzeczy nie mierzyło się pięknymi deklaracjami ani błyskotliwymi ripostami. Mierzył je dopiero czas.
Naprawdę nie musiała być tak chorobliwie ostrożna? Jej brwi uniosły się nieznacznie, a w spojrzeniu pojawiło się coś pomiędzy autentycznym niedowierzaniem a cichym rozbawieniem. Gdyby nie znała go tak dobrze, mogłaby uznać, że mówił poważnie. Ale znała. I właśnie dlatego nie potrafiła oprzeć się wrażeniu, że albo celowo prowokował, albo naprawdę nie dostrzegał ironii własnych słów. Spojrzenie, które mu posłała, mogłoby z powodzeniem zastąpić całą odpowiedź. Było w nim pytanie tak oczywiste, że aż nie wymagało wypowiedzenia - Żarty sobie robisz?
To właśnie przy nim ostrożność przestała być wyborem. Stała się odruchem. To dzięki niemu nauczyła się, że nawet ludzie, którym ufa się najbardziej, potrafią zranić i odejść bez ostrzeżenia. Nie nosiła w sobie gniewu, który domagałby się zadośćuczynienia. Nie przyszła tutaj rozdrapywać dawnych ran ani wypominać mu przeszłości przy każdej nadarzającej się okazji. Była zbyt dojrzała, by budować swoją tożsamość na dawnych rozczarowaniach. Ale zaufania nie dało się tak łatwo odbudować. Dzisiaj siedziała w jego domu, bo rozważała decyzję, która mogła odmienić jej życie. Nie zamierzała podejmować jej na podstawie domysłów tylko dlatego, że rozmowa stałaby się ciekawsza. Jeżeli odbierało to jemu część przyjemności płynącej z ich dawnych potyczek, będzie musiał się z tym pogodzić.
Cieszyła się, że odpowiedział poważnie, ale jednocześnie nie przyniosła jej ulgi - przeciwnie. Zamiast rozwiać jedną z jej największych wątpliwości, otworzyła kilka następnych, znacznie mniej wygodnych. Przez chwilę milczała, obracając w dłoniach ciężką szklankę. Bursztynowy alkohol zafalował leniwie przy delikatnym ruchu nadgarstka, lecz ona patrzyła niewidzącym wzrokiem. Cała uwaga skupiła się na jednym zdaniu. Powoli uniosła wzrok znad szklanki. Nie było w nim lęku. Była ostrożność kobiety, która próbowała zawczasu odnaleźć miejsce, w którym kończy się kompromis, a zaczyna granica, której nie przekroczy za żadną cenę.
- Może żądać ode mnie czegokolwiek? - zapytała bez dramatyzmu. - Nie jestem morderczynią.
Jej dłonie przywykły do trzymania pędzla, ołówka, dłuta konserwatorskiego, starych pergaminów i delikatnych fragmentów ram wymagających cierpliwej renowacji. Tworzyły, naprawiały i chroniły rzeczy, którym czas próbował odebrać istnienie. Nie niszczyły. Owszem, lubiła myśleć, że potrafiła się bronić. Ale walka nigdy nie była jej żywiołem. W Hogwarcie omijała Klub Pojedynków szerokim łukiem, Louvain doskonale o tym wiedział. Jeżeli miał proponować jej miejsce w świecie, którego zasady opierały się na bezwzględnym posłuszeństwie, musiała wiedzieć, gdzie przebiega granica.
O ile w ogóle potrafił ją wytyczyć, biorąc pod uwagę to, że sam zdawał się nie mieć żadnych granic. Przez moment po prostu na niego patrzyła, szacując skalę bezczelności. Dawniej prawdopodobnie by się speszyła. Może odwróciłaby wzrok. Ale nie teraz.
- Tak, dlaczego? - odpowiedziała bez najmniejszego zawahania z pozornie słodkim uśmiechem. - Wciąż rozpamiętujesz?
Jeżeli chciał sprawdzić, czy nadal potrafił jednym zdaniem wywołać w niej dawne zawstydzenie niewinnej dziewczyny, czekało go rozczarowanie. Potrafiła grać w tę samą grę, może nawet lepiej od niego, ale miała teraz ważniejsze kwestie na głowie niż zabawianie jegomościa.
- To nie było oficjalne pytanie - dodała szybko, żeby nie zmarnować drugiego z przysługującej puli, po czym westchnęła cicho, a na jej twarzy pojawił się cień rozbawienia wymieszanego z cierpliwością kogoś, kto zna czyjeś nawyki aż nazbyt dobrze. - Wolałabym, żebyś traktował mnie poważnie. - powiedziała ciszej i uniosła szklankę do ust i pociągnęła niewielki łyk, jednocześnie nie przerywając kontaktu wzrokowego. Vulcor zsunął na jej kolana i rozciągnął ciałko w wygodniejszej do spania pozycji.
- Mogę zobaczyć? Tatuaż? - przechyliła lekko głowę. Wiedziała o Mrocznych Znakach od Leviathana, widziała taki u niego. I teraz chciała potwierdzenia, czegoś namacalnego, co udowodniłoby, że Louvain nie bawi się w jakąś pokręconą grę ku własnej uciesze, tylko naprawdę mógłby ją wprowadzić za kurtynę, gdyby się na to zdecydowała.


learn the rules
then
break some

evil twink
i ain't got no type
bad witches
is the thing that I like
wiek
26
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Asystent sędziny
Zimna cera i jeszcze chłodniejsze spojrzenie. Kruczoczarne włosy i onyksowe tęczówki bardzo wyraźnie kontrastują ze skórą bladą jak kreda. Buta oraz wyższość wylewa się z każdego gestu i słowa. Mierzy 187 centymetrów o szczupłej sylwetce, która coś jeszcze pamięta ze sportowych czasów. W godzinach pracy zawsze ubrany elegancko, zaczesany, a swoje tatuaże ukrywa pod zaklęciami transmutacji. Po godzinach najczęściej nosi się w skórzanych kurtkach i ciężkich butach.

Louvain Lestrange
#6
26.07.2026, 01:43  ✶  

Na odbitkę o Desiderii nie odpowiedział już ani jednym słowem. Zamiast tego cicho cmoknął z kącikiem ust uniesionym w złośliwym rozbawieniu, jakby przyznawał jej punkt wyłącznie dlatego, że znał swoją własną prawdę o wiele lepiej. Do czego była zdolna Zabini, wiedział aż nazbyt dobrze. Z niemałą wprawą wydobywał z niej temperament, który na co dzień skrywała pod chłodną, angielską powściągliwością. Wystarczyło cierpliwie i z wyczuciem naciskać właściwe miejsca. O przekraczaniu cudzych granic przecież wiedział aż zbyt wiele. Gdy cierpliwość Desiderii w końcu się wyczerpywała, sycylijski gniew był żywiołem, który trawił wszystko jednakowo i bezlitośnie. A  zasłony? Nimi zapewne nie zawracałaby sobie głowy. Ale gdyby do jej rąk trafił list, w którym Astoria z własnej inicjatywy wpraszała się do domu jej oraz jej narzeczonego? Tutaj nie miał najmniejszych złudzeń. Wtedy najpewniej wydłubałaby im oczy z tą samą, złowieszczą satysfakcją. Było w tym coś chorobliwie przyjemnego. Nie chodziło nawet o próżność faceta liczącego własne podboje. Znacznie bardziej pociągała go sama świadomość, że w ich historiach pozostawał punktem wspólnym. I gdyby tylko bardzo zapragnął, z łatwością mógłby zamienić tę zbieżność w źródło konfliktu. Wystarczyła tylko zręcznie uknuta intryga, jedno podsunięte nieporozumienie i odrobina cierpliwości. Nastawić jedną przeciwko drugiej, a potem już tylko delektować się sztuką destrukcji.

Ile warte były jego słowa? To zależy. Pragmatyzm od zawsze stawiał ponad wszystkie romantyczne wyobrażenia o honorze, lojalności czy uczciwości. Słowa nie posiadały dla niego wartości same z siebie. Ich cena zmieniała się wraz z człowiekiem, któremu były składane. Zanim komukolwiek coś obiecał, mimowolnie dokonywał rachunku. Czy czuł do tej osoby respekt? Czy widział w niej dość siły, ciała lub charakteru, by uznać ją za partnera, a nie jedynie pionka? Jak wysoko wyceniał jej sprawczość, zdolność wpływania na świat i ludzi? Dopiero wtedy decydował, ile warte będzie jego własne słowo. Nie był to jednak rachunek całkowicie chłodny. Istniały zobowiązania, których nie dało się sprowadzić do użyteczności. Sentyment, nazwisko, pochodzenie, dawne przysługi czy więzy krwi potrafiły zmienić wynik równie skutecznie jak partykularny interes. Louvain nie uważał się za człowieka kierującego emocjami, ale był wystarczająco przebiegły, by wiedzieć, że nawet one miały swoją wartość i należało uwzględniać je w bilansie. - Nie jestem. Mam tylko dobrą intuicję. Z uśmiechem pod nosem, patrzył na dogadające płomienie. Nie ujmując nic z godności Avery, przy większości z tych kryteriów jej notowania pozostawały co najmniej stabilne. Nie imponowała brutalnością ani bezwzględnością, lecz posiadała coś własnego. Coś co zdążył zauważyć do tej chwili. Charakter, który nie uginał się pod pierwszym jego naporem.

Na jej pytanie spojrzał z dokładnie tym samym pobłażliwym niedowierzaniem, którym jeszcze przed chwilą sama go obdarzyła. - Nikt nie będzie od ciebie oczekiwał kompetencji których nie posiadasz. Ale jeśli będziesz chciała je poszerzyć, służę pomocą w każdej godzinie. Kącik jego ust drgnął w cieniu uśmiechu. Było to zresztą jedno z niewielu założeń Kromlechu, które uważał za bezdyskusyjnie rozsądne. Każdy wnosił to, w czym był naprawdę wartościowy. Jedni zdobywali informacje, inni zdobywali zadoby, jeszcze inni byli od rozwiązań siłowych. Świat nie potrzebował armii identycznych wykonawców, lecz ludzi potrafiących zagospodarować własną niszę.

Ukrył szelmowski uśmiech za grubym szkłem szklanki. To prawda, było w tym coś niemal nastoletniego - ta cicha, zupełnie niepotrzebna satysfakcja z rzucenia zakazanego słowa tylko po to, by sprawdzić, jak wybrzmi ono na jej twarzy. Doskonale wiedział, że nie uchodziło i tym bardziej nie potrafił sobie tego odmówić. Skoro już była tu naprzeciw niego, pod jego własnym dachem, i z własnej woli weszła z nim w otwartą dyskusję, nie zamierzał rezygnować ze swoich małych gierek tylko dlatego, że od czasu do czasu krzywiła się na ich zasady. - Nie odbieram sobie miłych wspomnień. Odpowiedział bardzo zwiewnie, niby jakby tylko wzdychając przy tym. Szkoda jedynie, że poskąpiła mu większej satysfakcji. Liczył przynajmniej na krótkie zawahanie, może odwrócone spojrzenie albo rumieniec. Zamiast tego dostał jedynie błyskawiczną kontrę i chłodną przytomność umysłu. Cóż, miała do tego pełne prawo. Na wspomnienie tatuażu uśmiech zniknął z jego twarzy tak nagle, jakby nigdy go tam nie było. Spoważniał momentalnie. Zamilkł, odwracając od niej wzrok. Bez słowa wrócił do karafki. Bursztynowy alkohol spłynął do szklanki cichym strumieniem. Dopiero wtedy sięgnął po różdżkę. Jedno niedbałe machnięcie skierował ku drzwiom prowadzącym na korytarz. Zatrzasnęły się z głuchym hukiem. Drugie - ku wejściu do bibloteczki. Tamte również zamknęły się z wyraźnym trzaskiem. Atmosfera zgęstniała niemal natychmiast. To ona sprawiła, że rozmowa wkroczyła na teren, z którego nie było już wygodnego odwrotu. Nawet jeśli w domu nie powinno być nikogo więcej, dalsze słowa - i to, co za chwilę miała zobaczyć - nie należały do rzeczy, którym powinien przysłuchiwać się choćby rodowy skrzat. Dopił większy łyk whisky, odstawił szklankę i dopiero wtedy ponownie na nią spojrzał. W jego oczach znów zamigotała znajoma przekora. - A jednak chcesz mnie rozbierać. Pozwolił sobie na cień uśmiechu, lecz zniknął równie szybko, jak się pojawił. Bez dalszych komentarzy zsunął z ramion marynarkę i niedbale przerzucił ją przez oparcie fotela. Chwilę później zrobił to samo z kamizelką. Rozpiął mankiet lewej koszuli, podwinął rękaw powyżej przedramienia i odsłonił skórę. Mroczny Znak od razu przykuwał wzrok. Nie przypominał zwykłego tatuażu, był inny niż cała reszta tego sortu. Czerń zdawała się głębsza od każdej innej, jakby tusz nie tyle spoczywał na skórze, ile pochłaniał padające na niego światło. Wijący się wąż wychodzący z czaszki sprawiał wrażenie niemal żywego, a całość wyglądała bardziej jak wypalone piętno, niż dzieło ludzkiej ręki. Louvain przez chwilę pozwolił jej patrzeć, nie próbując niczego tłumaczyć. - Od kogo się o nim dowiedziałaś? Tym razem nie brzmiało to jak kolejne pytanie w ich grze. W jego głosie nie było już ani śladu ironii. Została jedynie chłodna czujność, bo właśnie zorientował się, że rozmówczyni wie o świecie znacznie więcej, niż powinna. Wbijał w nią swoje groźne spojrzenie, bo od tego co zaraz powie może zależeć całkiem sporo.

Dzieło sztuki
które chcesz polizać
wiek
24
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
kustoszka sztuki
Brunetka o jasnej cerze i zielonych oczach. Mierzy 166 cm wzrostu przy wadze 50 kg. Bardzo dba o swój wygląd. Poczucie estetyki rozwinięte na wysokim poziomie sprawia, że przywiązuje ogromną wagę do detali - od ubioru, przez makijaż, po dodatki. Ubraniami stara się przykryć swoją niedowagę. Jej arystokratyczna postawa, pełna powściągliwości i elegancji, dodaje jej szyku, co niektórzy odbierają jako dystans i wyniosłość.

Astoria Avery
#7
26.07.2026, 20:30  ✶  
Dobra intuicja. To określenie zabrzmiało zbyt lekko jak na człowieka, który najwyraźniej podejmował decyzje po uprzednim rozważeniu ich użyteczności, opłacalności i potencjalnych strat. Intuicja kojarzyła jej się z czymś niemal instynktownym, z nieuchwytnym przeczuciem, które prowadziło człowieka mimo braku dowodów. Tymczasem Louvain nie wyglądał na kogoś, kto pozostawiał podobne rzeczy przypadkowi. Każde jego słowo zdawało się wcześniej przejść przez sito chłodnej kalkulacji. Każdy gest był odrobinę zbyt świadomy. Być może łatwo było wierzyć własnym osądom, kiedy ewentualne konsekwencje w przeważającej mierze spadały na barki innych ludzi. Człowiek znacznie odważniej stawiał żetony na stole, jeśli wiedział, że w razie porażki to nie on zapłaci najwyższą cenę. Nie potrafiła jeszcze rozstrzygnąć, czy zmienił się aż tak. Wydawało jej się, że mógł zasłaniać się intuicją w momencie, gdy podejmował ryzyko, które nie zagrażało bezpośrednio jemu samemu. Spojrzała na niego ponad krawędzią szklanki. Ogień tańczył na jego profilu, podkreślając ostrość rysów i cienie kryjące się pod spojrzeniem, którego od początku tej rozmowy nie potrafiła odczytać do końca. Im dłużej z nim rozmawiała, tym bardziej dochodziła do wniosku, że największą umiejętnością mężczyzny nie było manipulowanie ludźmi. Było nią sprawianie, że każde wyjaśnienie brzmiało wiarygodnie, nawet jeśli równie dobrze mogło okazać się tylko kolejną, starannie dobraną wersją prawdy.
Jego odpowiedź nieco rozluźniła napięcie, którego dotąd nie potrafiła się pozbyć. Nie zdawała sobie nawet sprawy, jak mocno przygotowywała się na usłyszenie czegoś zupełnie innego. Poleceń, które wymagałyby od niej rzucania zaklęć bojowych, śledzenia ludzi po ciemnych ulicach albo odbierania życia z zimną krwią. To nie był jej świat. Niemniej potrafiła udowodnić swoją wartość na wielu innych polach, co sam zdążył dostrzec, skoro składał jej propozycję.
- Tak? Nauczysz mnie zabijać, jeśli zechcę? - przekręciła delikatnie głowę, jakby naprawdę była zainteresowana. A w rzeczywistości Astoria znała własne granice, a przemoc nigdy nie była językiem, którym posługiwała się z łatwością. Z drugiej strony nie uważała się za pacyfistkę. Wojna skutecznie oduczała podobnych złudzeń. Wiedziała, że istnieją ludzie, z którymi nie da się negocjować. Wiedziała, że czasami jedynym sposobem na ocalenie skóry, pozostaje permanentne powstrzymanie przeciwnika. Umysł wbrew woli podsunął jej obraz mężczyzny odpowiedzialnego za śmierć Juliana. Gdyby wyszedł z Azkabanu, gdyby stanął przed nią z szyderczym uśmiechem, czy potrafiłaby zachować zdrowy rozsądek? Nie potrafiłaby przed sobą przysiąc, kim okaże się w chwili, gdy ból, gniew i poczucie niesprawiedliwości spotkają się w jednym miejscu, dając jej możliwość wyrównania rachunków.
Przez ostatnie lata życie zbyt wiele razy udowodniło jej, że największą władzę nad człowiekiem zdobywa ten, kto potrafi wyprowadzić go z równowagi. Nie zamierzała oddawać tej przewagi dobrowolnie, a już na pewno nie Louvainowi. Spojrzała na niego spokojnie ponad krawędzią szklanki, gdy wysuwał kolejną zaczepkę.
- Masz to szczęście, że pamięć nie podlega konfiskacie - zawiesiła odrobinę rozbawione spojrzenie na jego twarzy. Czuła satysfakcję, że musiał obejść się smakiem w grze, którą próbował prowadzić. Wciąż zdawał się sądzić, że wystarczy odpowiednio dobrane słowo, odrobina wspólnej przeszłości i szczypta bezczelności, by zajrzeć pod powierzchnię jej opanowania. Jeśli chciał zobaczyć coś więcej niż starannie utrzymany spokój, musiałby zdobyć się na coś znacznie trudniejszego od kolejnej błyskotliwej prowokacji.
A potem uśmiech zniknął z jego twarzy tak gwałtownie, że niemal odniosła wrażenie, jakby ktoś zgasił światło. Jedna chwila wystarczyła, by lekkość ustąpiła miejsca chłodnej rozwadze. Astoria śledziła tę zmianę z uwagą, nie przerywając ciszy. Gdy drzwi prowadzące na korytarz zatrzasnęły się z głuchym hukiem, a chwilę później to samo spotkało wejście do biblioteczki, nie drgnęła nawet o milimetr. Na zewnątrz pozostała równie spokojna jak dotąd, siedząc z wyprostowanymi plecami i dłońmi opartymi o szklankę. Jedynie serce zabiło odrobinę szybciej, jakby organizm instynktownie rozpoznał moment, w którym rozmowa przekroczyła granicę zwykłej ciekawości. Nie był to jednak lęk. Raczej świadomość, że za chwilę zobaczy coś, czego nie oglądało wielu ludzi.
- Gdybym chciała cię rozebrać, nie zaczynałabym od rękawa - obserwowała z uwagą, gdy zsunął marynarkę, potem kamizelkę i podwinął rękaw koszuli. - Nie martw się, nie zamierzam przeprowadzać pełnej inwentaryzacji. Interesuje mnie tylko jeden szczegół.
Dopiero gdy ciemne piętno ukazało się na skórze, jej spojrzenie zatrzymało się na nim z całą uwagą, jaką zwykle poświęcała szczególnie cennym dziełom sztuki.
- Bliżej, poproszę - mruknęła, a jej wzrok przesuwał się powoli po liniach czaszki i wijącym się wokół niej wężu, analizując grubość kresek, proporcje, sposób, w jaki czerń zdawała się pochłaniać światło zamiast je odbijać. Z zawodowego przyzwyczajenia mimowolnie rozkładała znak na elementy kompozycji, szukając odstępstw, nieregularności, indywidualnych cech. Mimowolnie porównywała go z tatuażem Leviathana. Zastanawiała się, czy każdy nosił dokładnie taki sam symbol, jak żołnierze odziani w identyczny mundur, czy może istniały subtelne różnice, niewidoczne dla postronnego obserwatora, lecz znaczące dla tych, którzy należeli do tego kręgu. Czy znak był wyłącznie pieczęcią przynależności, czy również czymś bardziej osobistym, odzwierciedlającym człowieka, który go nosił.
Podniosła wzrok i spojrzała mu w oczy. Jeszcze przed chwilą pozwalał sobie na drobne zaczepki, a teraz cała ta lekkość zniknęła. Pojawiła się ostrożność, kalkulacja, być może ocena zagrożenia. Nie spodziewał się, że wie aż tyle, że nie jest głupią gąską, której może wcisnąć każde głupstwo. Może dlatego teraz widząc jego groźną minę… zachichotała. Sama nie była pewna, czy winna była temu ognista whisky, która zdążyła przyjemnie rozgrzać jej myśli i poluzować ostrożność, czy może po prostu napięcie, które przez ostatnią godzinę budowało się między nimi, w końcu znalazło ujście w najmniej oczekiwany sposób.
- Merlinie, twój wzrok… przypomniało mi się jak… - urwała, po czym pokręciła głową, jakby przypomniała sobie, że nie przyszła tu wspominać dawnych lat. Odchrząknęła i na powrót spoważniała. Bo przecież spodziewała się, że będzie dopytywał. Właściwie byłoby bardziej zaskakujące, gdyby tego nie zrobił, czego nie miała mu za złe, ba, rozumiała tę potrzebę. Zaryzykowała, ale musiała mieć pewność. I teraz miała dowód tuż przed sobą.
- Czy to ważne? - uśmiechnęła się lekko, niemal beztrosko, jakby odpowiedź była najzwyklejszą rzeczą na świecie. - Gdzieś podsłuchałam, coś podejrzałam. Jestem zwyczajnie spostrzegawcza - wypowiedziała to z taką naturalnością, że prawie sama uwierzyła. Potrafiła doskonale kłamać, gdy potrzebowała ukryć jakiś istotny fakt, a tym razem był to nie kto inny, tylko jej najlepszy przyjaciel. Nigdy w życiu by go nie wydała, więc Louvain musiał zadowolić się półprawdą, którą mu zaserwowała.
Jej spojrzenie jeszcze raz przesunęło się po czarnym piętnie, a potem wróciło do jego oczu.
- Złożyłeś mi propozycję, więc zakładam, że nie wykonujesz jedynie ślepo rozkazów. Wydajesz się mieć jakąś władzę - nie brzmiało to jak oskarżenie, bardziej analiza. - Czy każdy Śmierciożerca ma taką możliwość? Czy to raczej kwestia pozycji? Hierarchii?
Chciała wiedzieć konkretnie, czy on jako śmierciożerca ma większą władzę, czy jest kimś z kim ona sama w przyszłości mogłaby negocjować, czy jednak podążał tylko za poleceniami i nie miał żadnej sprawczości. Miała swoje podejrzenia, ale chciała to usłyszeć od niego.


przewaga kłamstwo ;*


learn the rules
then
break some

evil twink
i ain't got no type
bad witches
is the thing that I like
wiek
26
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Asystent sędziny
Zimna cera i jeszcze chłodniejsze spojrzenie. Kruczoczarne włosy i onyksowe tęczówki bardzo wyraźnie kontrastują ze skórą bladą jak kreda. Buta oraz wyższość wylewa się z każdego gestu i słowa. Mierzy 187 centymetrów o szczupłej sylwetce, która coś jeszcze pamięta ze sportowych czasów. W godzinach pracy zawsze ubrany elegancko, zaczesany, a swoje tatuaże ukrywa pod zaklęciami transmutacji. Po godzinach najczęściej nosi się w skórzanych kurtkach i ciężkich butach.

Louvain Lestrange
#8
16.08.2026, 20:53  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: Dzisiaj, 00:48 przez Louvain Lestrange.)  

Odpowiedział dopiero po chwili, rozważając ile z tej odpowiedzi powinien jej podarować. W końcu kącik jego ust uniósł się w sadystycznym uśmiechu. - Jeśli zasłużysz. Wypowiedział to spokojnie, lecz w jego głosie było coś, co odbierało tym słowom pozór żartu. Wojna posługiwała się tylko jednym językiem i był nim język przemocy. Sens polegał jedynie na tym, kto potrafił mówić nim biegle, a kto pozostawał skazany na milczenie. Człowiek, który nie umiał odpowiedzieć siłą na siłę, mógł co najwyżej patrzeć, jak rzeczy dzieją się wokół niego. Jak odbiera się mu bezpieczeństwo, dom, wpływy, aż w końcu samo życie. Na nic zdawały się czyste dłonie, jeśli w godzinie śmierci swojej, lub bliskich nie było z nich żadnego pożytku. Louvain gardził tą bezbronną cnotą. Pogardzał ludźmi, którzy szczycili się tym, że nigdy nie pobrudzili sobie rąk krwią, jakby sama odmowa ubrudzenia ich była dowodem moralnej wyższości.A jednak w przypadku Astorii jej niechęć do przemocy nie była dla niego szczególnym problemem. Wręcz przeciwnie. Bezbronnym było łatwiej manipulować. Niektórzy byli znacznie cenniejsi jako ludzie, którzy wiedzieli, gdzie ostrze przyłożyć. A jeśli przy okazji musiałby czasem przypomnieć tej pyskatej lalce, jak cienka jest granica między pewnością siebie a bezsilnością, nie zamierzał odczuwać z tego powodu najmniejszych wyrzutów sumienia. Nic tak skutecznie nie prostowało zbyt śmiałego języka jak świadomość własnej słabości.

Uśmiechnął się pobłażliwie na jej słowa o pamięci, która rzekomo nie podlega konfiskacie. Nie odpowiedział. Zamiast tego pozwolił, by na jego twarzy pozostał ten łagodny, niemal protekcjonalny uśmiech, podczas gdy w myślach westchnął z cierpliwością patrząc na jej niewinność umalowaną za pewność siebie. Najwyraźniej Astoria była bardziej naiwna, niż chciała pokazać. Pamięć to nie żadna świętność, ani żadna twierdza nie do zdobycia. Istniały sposoby, by wedrzeć się do ludzkiego umysłu i wyrwać z niego wspomnienia jak kartki z księgi. Bardzo brutalne, odzierające czarodzieja z godności. Louvain wiedział o tym aż nazbyt dobrze. Właśnie dlatego nauczył się oklumencji. Nie po to, by pielęgnować sekrety dla samej przyjemności ich posiadania, ale żeby potrafić się przed tym obronić. Ta swawolność zaczynała mu się coraz mniej podobać, szczególnie w odniesieniu do jednej z niewielu rzeczy, których nie traktował jak materiału do gierek. Mroczny Znak nie był tylko jakimś elementem garderoby czy ciekawostką do oglądania. Był świętością, choć taką, której znaczenie nie miało nic wspólnego z niewinnością. Astoria najwyraźniej zbyt łatwo poczuła się przy nim na tyle bezpiecznie, by pozwalać sobie na żarty, i chyba wciąż nie rozumiała, jakim żywiołem właśnie igrała. Kiedy jej spojrzenie zaczęło przesuwać się po Znaku zbyt długo i zbyt dociekliwie, odsunął przedramię, odbierając jej widok bez żadnego wyjaśnienia. Czarny wąż wijący się wokół czaszki zdawał się poruszyć niespokojnie, ogon zakręcił się nerwowo, jakby sama magia piętna podzielała jego irytację. Prawdziwe poirytowanie przyszło jednak dopiero chwilę później. Astoria tak swobodnie ominęła jego kolej, jakby zasady, na które przed chwilą przystała, obowiązywały wyłącznie wtedy, kiedy były dla niej wygodne. Zmarszczył brwi i przez kilka sekund patrzył na nią w zupełnym milczeniu. Tym razem nie było w tym ani rozbawienia, ani figlarności. Powoli zaciągnął z powrotem rękaw koszuli i zapinając w niej guziki, nie spuszczając z niej wzroku. - Zapamiętam to sobie. Wiele gróźb cisnęło mu się na język, ciężkich i wystarczająco dosadnych, by natychmiast wyjaśnić jej, jak bardzo niemądrym ruchem było lekceważenie go. Wszystkie jednak zatrzymał za zębami. Nie dlatego, że zabrakło mu odwagi, lecz dlatego, że groźba wypowiedziana w gniewie była zbyt tanim narzędziem. Nieopłacony rachunek, w końcu kiedyś zostanie opłacony, w najmniej oczekiwanym przez nią momencie. Przestroga miała smakować lepiej, jeśli sama zrozumie ją dopiero wtedy, gdy przyjdzie czas na wyrównanie należności.

[a] Nie zwracając już uwagi na to, co mówiła w jego kierunku, odwrócił się do niej plecami. Jej słowa przestały mieć dla niego jakiekolwiek znaczenie. Bez pośpiechu zaczął zakładać z powrotem ubrania, które przed chwilą zrzucił. Wsunął ramiona w marynarkę, poprawił kamizelkę, a następnie z chłodną dokładnością wyrównał krawat. Na koniec sięgnął po szklankę. Obie szklanki. Jedną zatrzymał w dłoni, drugą zabrał ze stolika po jej stronie. - Wystarczy. Skoro nie zamierzasz być ze mną szczera, nic więcej ode mnie nie usłyszysz.  Nie czekał na odpowiedź. Podszedł do kominka i z ostentacyjnym spokojem przechylił obie szklanki, wylewając ich zawartość prosto w płomienie. Alkohol syknął gwałtownie, ogień zacharczał i przygasł, aż po chwili z całego paleniska została jedynie wilgotna czerń,. Nie było już czego podtrzymywać. Ani ognia, ani rozmowy. Odłożył puste szkło i spojrzał na nią po raz ostatni. Tym razem bez uśmiechu. - Czekaj na list z dalszymi instrukcjami. Na dzisiaj to już wszystko. Trafisz sama do wyjścia.
Koniec sesji
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Astoria Avery (4191), Louvain Lestrange (3502)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa