Wolał zachować dyplomatyczne milczenie na kolejne uwagi Victorii, bo jeszcze by go poniosło i wygłosiłby kolejną tyradę na temat tego, jak wielką wariatką była Cressida, a przecież nie musiał. Lestrange sama widziała ją w akcji. Zresztą mogła słyszeć jakieś plotki, bo to nie tak, że to była jedyna urządzona przez nią scena. No i Chris opowiadał jej, jak postanowiła zrujnować ślub i wesele bogom ducha winnej pary, byle mu dopiec: nawet jeżeli jego wtedy najbardziej bolało ryzyko utraty najwspanialszej kreacji, jaką uszył do tamtego momentu, to w wypadku większości panna młoda pozbawiona sukni w takich okolicznościach na pewno odpowiednio poruszała wyobraźnię.
– Jest to pocieszające – przyznał, bo jednak wolał, aby nie chodzili za nią maniakalni mordercy. – Za to dużo mniej to, co mówisz o Ministerstwie. Kraj z dykty i papieru… jakby to lepiej działało, już dawno wyłapali by tych szaleńców w szlafrokach – ocenił, chociaż pewnie się trochę mylił. Spalona Noc pokazywała w końcu, jak potężnymi mocami władał Voldemort. Chris po prostu niezbyt chciał tę świadomość do siebie dopuścić, wciąż tak daleki od wojny, jak to było możliwe, w ogóle mieszkając w czarodziejskiej Anglii lat siedemdziesiątych. – Nie, właściwie to nie. Po prostu kiedy udało się opanować zamieszanie… a powstało dość mocne, bo najpierw nie można było znaleźć właściwej modelki do właściwej sukienki, potem okazało się, że działanie eliksiru nie przechodzi, doszło w międzyczasie do paru wypadków, na przykład gdy modelka się przebierała wpadł na nią ktoś niosący rzeczy… okazało się, że nikt nie wie, gdzie jest jedna dziewczyna. Po prostu rozpłynęła się w powietrzu. Obstawialiśmy, że znudziło się jej czekanie aż eliksir przestanie działać i sobie poszła, ale nie pojawiła się nigdy więcej. Co wywołało znowu trochę zamieszania - mruknął, opowieść kończąc już trochę sennym głosem.