– Nie, inaczej – mruknęła, podpierając się pod boki.
Stała właśnie w salonie i zamieniała miejscem donice z kolorowymi kalateami, mrużąc przy tym oczy. Wczorajszego dnia robiła tutaj małe przemeblowanie, żeby jakoś wpasować we wnęki te nieszczęsne akwaria – jedno całkiem spore krewetkarium, teraz prezentujące się już naprawdę dobrze, bo wypełnione w środku formacją skalną i wodnymi roślinami. Kolorowe krewetki najwyraźniej były zadowolone, bo pływały wesoło, zamiast się chować. Musiała jeszcze wkomponować w to całkiem spore pomieszczenie dwa trochę mniejsze akwaria (a w każdym był piękny, kolorowy bojownik; jeden kobaltowo-karmazynowy, a drugi krwistoczerwono-biały) oraz te rośliny, które chciała trzymać właśnie tutaj – wymyśliła sobie, że najlepiej sprawdzą się w salonie razem z akwariami te, które lubią wyższą wilgotność. I teraz ciągle coś przestawiała, bo najwyraźniej któryś element nadal zaburzał jej salonowe feng-shui. A jak ruszysz jedną część układanki, to zwykle było tak, że trzeba przy okazji ruszać też kolejne.
Siadała na minutę, maksymalnie dwie i znowu wstawała, nie przejmując się wcale tym, że ma tu teraz gościa, który zajął jeden z foteli.
Ani, że Luna zajęła jego kolana. Mała zdrajczyni mruczała w najlepsze, zupełnie nie przejmując się poruszeniem w pomieszczeniu, jakimś niespokojnym zachowaniem Victorii, która musiała mieć absolutnie wszystko poukładane tak, żeby pasowało i miało swoje miejsce w kompozycji, bo inaczej dostawała szału. Szał objawiał się jak wyżej. Przestawiała rzeczy. Kwiatki, jakieś książki czy inne drobiazgi. Aż w końcu założyła dłonie na piersi i nieco niecierpliwie zastukała trzy razy stopą. Jeśli Christopher chciał mieć potwierdzenie, że Victoria nie jest wcale niewzruszoną królową lodu, to miał to właśnie jak na dłoni przed swoimi oczyma.
– Wybacz, ciągle nie umiem tego ułożyć tak, żeby coś mnie nie denerwowało – powiedziała po chwili i usiadła, sięgając po swoją filiżankę z herbatą. Druga rzecz jasna stała przed Chrisem, tuż obok rysunków, które obiecała mu przynieść z biura: jeden portret pamięciowy przedstawiał starszego mugola w charakterystycznym ubraniu, ze strzelbą w ręce, a drugi faceta niepodobnego do nikogo innego, paskudnego jak najpaskudniejszy pająk (i który poruszał się jak on w ostatnim koszmarze, który o nim śniła). Błękitny kwiatuszek znalazł sobie miejsce na parapecie, obok tych roślinek, których Victoria nie ruszała co chwilę i wydawałoby się, że leżał całkiem spokojnie, gdyby nie to, że jego ogon chyba żył własnym życiem.
Za oknem było już całkiem ciemno. Ale o tej porze roku następowało to już szybciej niż później.