31.07.2026, 14:03 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.09.2026, 10:48 przez Anthony Shafiq.)
—15/09/1972—
Anglia, Londyn
Henry Lockhart & Anthony Shafiq
![[Obrazek: imgproxy.php?id=bpQIlTm.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=bpQIlTm.png)
Fair Youth, you can see in me a reflection of the autumnal and wintry time of year,
When yellow leaves, or none, or few, hang upon the trees;
The branches of such trees are like the choirs in monasteries,
Since they were once home to “sweet birds” who sang, but are now bare.
In me thou see’st the twilight of such day
As after sunset fadeth in the west;
Which by and by black night doth take away,
Death’s second self, that seals up all in rest.
![[Obrazek: imgproxy.php?id=bpQIlTm.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=bpQIlTm.png)
Fair Youth, you can see in me a reflection of the autumnal and wintry time of year,
When yellow leaves, or none, or few, hang upon the trees;
The branches of such trees are like the choirs in monasteries,
Since they were once home to “sweet birds” who sang, but are now bare.
In me thou see’st the twilight of such day
As after sunset fadeth in the west;
Which by and by black night doth take away,
Death’s second self, that seals up all in rest.
Spalona Noc nigdy nie przychodziła we śnie jako wspomnienie. Nie znała porządku pamięci. Nie układała się w następstwo zdarzeń ani nie pozwalała odróżnić tego, co już minęło, od tego, co dopiero miało się wydarzyć. Powracała jak przypływ – bez początku, bez końca, z cichą pewnością złowrogiego morza. Anthony stał więc pośród Londynu, który płonął jednocześnie pierwszy i tysięczny raz.
Niebo nie było czarne. Miało barwę żółtej oślizgłej ochry, jakby ktoś wymieszał zachód słońca z jaskrawością czarnomagicznego płomienia, a potem rozlał go z blaszanego kubła nad dachami miasta. Popiół nie opadał z góry, a unosił się ku niej, powoli, spokojnie, niczym stado ciemnych ptaków wracających do gniazd ukrytych ponad chmurami. Każdy płatek sadzy zdawał się pamiętać czyjeś imię. Każda leniwie tańcząca w powietrzu iskra miał ciężar niewypowiedzianego słowa.
Kamienice oddychały nieregularnie i spazmatycznie.
Ich okna otwierały się i zamykały jak powieki ludzi pogrążonych w gorączce, cegły pulsowały pod warstwą sadzy, a bruk falował miękko pod stopami, przypominając powierzchnię czarnej rzeki. Anthony szedł przed siebie, choć nie poruszał nogami. Miasto samo przesuwało go pomiędzy płonącymi ulicami, jakby prowadziło go ku miejscom, których nie chciał pamiętać, a których nigdy nie zdoła zapomnieć.
Na twarzy i dłoniach miał czarną czerwień, ale w tym świecie, w tym świetle, w tym życiu nie wiedział, nie pamiętał czy lepkość była farbą, czy krwią. We śnie różnica wydawała się dziecinnym pytaniem, powracającym wciąż i wciąż, ale nie mającym zbyt wiele sensu. Kolor pokrywał jego skórę cienką warstwą, wnikał pod paznokcie, wżerał się we włosy, spływał za kołnierz i pod mankiety koszuli. Fluktuował, przemieszczał się, lecz gdy sięgał ziemi, zamieniał się w drobne maki wyrastające między kamieniami ulicy. Każdy kwiat otwierał płatki tylko na chwilę, po czym rozsypywał się w popiół.
Antykwariat Quintessy Longbottom wyrastał z tego krajobrazu jak samotna wyspa.
Nie był spalony.
Płomienie obchodziły go szerokim łukiem, jakby bały się przekroczyć niewidzialny magiczny próg. Szyby pozostawały całe, lecz za nimi nie było książek ani wiekowych artefaktów. Nie było też ludzi, ocaleńców, który widział przecież, podczas swojej drogi tej pamiętnej nocy. Przez szeroko otwarte drzwi widział, jak na półkach siedziały białe sowy o zamkniętych oczach, a ich pióra poruszały się zgodnie z oddechem budynku. Nad drzwiami wisiał mosiężny dzwonek, pozbawiony serca. Milczący. Kołysał się jednak nieustannie, poruszany wiatrem, którego Anthony nie czuł w duchocie umierającego miasta.
I wtedy go zobaczył.
Chłopiec siedział na stopniach.
Nie – już nie chłopiec.
Jeszcze nie mężczyzna.
Granica między jednym a drugim była cienka jak papier fotograficzny zanurzony w wywoływaczu.
Ruszył ku niemu choć każdy krok wydłużał ulicę. Antykwariat oddalał się i przybliżał jednocześnie. Dzwonek nad drzwiami kołysał się coraz szybciej, lecz cisza wokół pozostawała nienaruszona. W pewnej chwili zauważył, że wokół nie ma już nikogo. Londyn opustoszał, pozostawiając na całej płonącej żółcią nienawiści wyspie tylko ich dwóch.
Jakby świat skurczył się do oddechu dwóch ludzi w przepełnionym ciszą oczekiwaniu.
Chciał powiedzieć jego imię, ale popiół ugrzązł mu w gardle.
Z trudem wyciągnął rękę przed siebie.
Niebo nie było czarne. Miało barwę żółtej oślizgłej ochry, jakby ktoś wymieszał zachód słońca z jaskrawością czarnomagicznego płomienia, a potem rozlał go z blaszanego kubła nad dachami miasta. Popiół nie opadał z góry, a unosił się ku niej, powoli, spokojnie, niczym stado ciemnych ptaków wracających do gniazd ukrytych ponad chmurami. Każdy płatek sadzy zdawał się pamiętać czyjeś imię. Każda leniwie tańcząca w powietrzu iskra miał ciężar niewypowiedzianego słowa.
Kamienice oddychały nieregularnie i spazmatycznie.
Ich okna otwierały się i zamykały jak powieki ludzi pogrążonych w gorączce, cegły pulsowały pod warstwą sadzy, a bruk falował miękko pod stopami, przypominając powierzchnię czarnej rzeki. Anthony szedł przed siebie, choć nie poruszał nogami. Miasto samo przesuwało go pomiędzy płonącymi ulicami, jakby prowadziło go ku miejscom, których nie chciał pamiętać, a których nigdy nie zdoła zapomnieć.
Na twarzy i dłoniach miał czarną czerwień, ale w tym świecie, w tym świetle, w tym życiu nie wiedział, nie pamiętał czy lepkość była farbą, czy krwią. We śnie różnica wydawała się dziecinnym pytaniem, powracającym wciąż i wciąż, ale nie mającym zbyt wiele sensu. Kolor pokrywał jego skórę cienką warstwą, wnikał pod paznokcie, wżerał się we włosy, spływał za kołnierz i pod mankiety koszuli. Fluktuował, przemieszczał się, lecz gdy sięgał ziemi, zamieniał się w drobne maki wyrastające między kamieniami ulicy. Każdy kwiat otwierał płatki tylko na chwilę, po czym rozsypywał się w popiół.
Antykwariat Quintessy Longbottom wyrastał z tego krajobrazu jak samotna wyspa.
Nie był spalony.
Płomienie obchodziły go szerokim łukiem, jakby bały się przekroczyć niewidzialny magiczny próg. Szyby pozostawały całe, lecz za nimi nie było książek ani wiekowych artefaktów. Nie było też ludzi, ocaleńców, który widział przecież, podczas swojej drogi tej pamiętnej nocy. Przez szeroko otwarte drzwi widział, jak na półkach siedziały białe sowy o zamkniętych oczach, a ich pióra poruszały się zgodnie z oddechem budynku. Nad drzwiami wisiał mosiężny dzwonek, pozbawiony serca. Milczący. Kołysał się jednak nieustannie, poruszany wiatrem, którego Anthony nie czuł w duchocie umierającego miasta.
I wtedy go zobaczył.
Chłopiec siedział na stopniach.
Nie – już nie chłopiec.
Jeszcze nie mężczyzna.
Granica między jednym a drugim była cienka jak papier fotograficzny zanurzony w wywoływaczu.
Ruszył ku niemu choć każdy krok wydłużał ulicę. Antykwariat oddalał się i przybliżał jednocześnie. Dzwonek nad drzwiami kołysał się coraz szybciej, lecz cisza wokół pozostawała nienaruszona. W pewnej chwili zauważył, że wokół nie ma już nikogo. Londyn opustoszał, pozostawiając na całej płonącej żółcią nienawiści wyspie tylko ich dwóch.
Jakby świat skurczył się do oddechu dwóch ludzi w przepełnionym ciszą oczekiwaniu.
Chciał powiedzieć jego imię, ale popiół ugrzązł mu w gardle.
Z trudem wyciągnął rękę przed siebie.