• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Pokój Życzeń Sny v
1 2 Dalej »
[Jesień 72, 15.09 sen | Henry & Anthony] When yellow leaves, or none, or few

[Jesień 72, 15.09 sen | Henry & Anthony] When yellow leaves, or none, or few
the web
Il n'y a qu'un bonheur
dans la vie,
c'est d'aimer et d'être aimé
wiek
43
sława
VI
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Szef OMSHM-u
187 cm | 75 kg | oczy szare | włosy płowo brązowe Wysoki. Zazwyczaj rozsądny. Poliglota. Przystojna twarz, która okazjonalnie cierpi na bycie przymocowana do osoby, która myśli, że pozjadała wszelkie rozumy.

Anthony Shafiq
#1
31.07.2026, 14:03  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.09.2026, 10:48 przez Anthony Shafiq.)  

—15/09/1972—
Anglia, Londyn
Henry Lockhart & Anthony Shafiq
[Obrazek: imgproxy.php?id=bpQIlTm.png]

Fair Youth, you can see in me a reflection of the autumnal and wintry time of year,
When yellow leaves, or none, or few, hang upon the trees;
The branches of such trees are like the choirs in monasteries,
Since they were once home to “sweet birds” who sang, but are now bare.

In me thou see’st the twilight of such day
As after sunset fadeth in the west;
Which by and by black night doth take away,
Death’s second self, that seals up all in rest.



Spalona Noc nigdy nie przychodziła we śnie jako wspomnienie. Nie znała porządku pamięci. Nie układała się w następstwo zdarzeń ani nie pozwalała odróżnić tego, co już minęło, od tego, co dopiero miało się wydarzyć. Powracała jak przypływ – bez początku, bez końca, z cichą pewnością złowrogiego morza. Anthony stał więc pośród Londynu, który płonął jednocześnie pierwszy i tysięczny raz.

Niebo nie było czarne. Miało barwę żółtej oślizgłej ochry, jakby ktoś wymieszał zachód słońca z jaskrawością czarnomagicznego płomienia, a potem rozlał go z blaszanego kubła nad dachami miasta. Popiół nie opadał z góry, a unosił się ku niej, powoli, spokojnie, niczym stado ciemnych ptaków wracających do gniazd ukrytych ponad chmurami. Każdy płatek sadzy zdawał się pamiętać czyjeś imię. Każda leniwie tańcząca w powietrzu iskra miał ciężar niewypowiedzianego słowa.

Kamienice oddychały nieregularnie i spazmatycznie.

Ich okna otwierały się i zamykały jak powieki ludzi pogrążonych w gorączce, cegły pulsowały pod warstwą sadzy, a bruk falował miękko pod stopami, przypominając powierzchnię czarnej rzeki. Anthony szedł przed siebie, choć nie poruszał nogami. Miasto samo przesuwało go pomiędzy płonącymi ulicami, jakby prowadziło go ku miejscom, których nie chciał pamiętać, a których nigdy nie zdoła zapomnieć.

Na twarzy i dłoniach miał czarną czerwień, ale w tym świecie, w tym świetle, w tym życiu nie wiedział, nie pamiętał czy lepkość była farbą, czy krwią. We śnie różnica wydawała się dziecinnym pytaniem, powracającym wciąż i wciąż, ale nie mającym zbyt wiele sensu. Kolor pokrywał jego skórę cienką warstwą, wnikał pod paznokcie, wżerał się we włosy, spływał za kołnierz i pod mankiety koszuli. Fluktuował, przemieszczał się, lecz gdy sięgał ziemi, zamieniał się w drobne maki wyrastające między kamieniami ulicy. Każdy kwiat otwierał płatki tylko na chwilę, po czym rozsypywał się w popiół.

Antykwariat Quintessy Longbottom wyrastał z tego krajobrazu jak samotna wyspa.

Nie był spalony.

Płomienie obchodziły go szerokim łukiem, jakby bały się przekroczyć niewidzialny magiczny próg. Szyby pozostawały całe, lecz za nimi nie było książek ani wiekowych artefaktów. Nie było też ludzi, ocaleńców, który widział przecież, podczas swojej drogi tej pamiętnej nocy. Przez szeroko otwarte drzwi widział, jak na półkach siedziały białe sowy o zamkniętych oczach, a ich pióra poruszały się zgodnie z oddechem budynku. Nad drzwiami wisiał mosiężny dzwonek, pozbawiony serca. Milczący. Kołysał się jednak nieustannie, poruszany wiatrem, którego Anthony nie czuł w duchocie umierającego miasta.

I wtedy go zobaczył.

Chłopiec siedział na stopniach.

Nie – już nie chłopiec.

Jeszcze nie mężczyzna.

Granica między jednym a drugim była cienka jak papier fotograficzny zanurzony w wywoływaczu.

Ruszył ku niemu choć każdy krok wydłużał ulicę. Antykwariat oddalał się i przybliżał jednocześnie. Dzwonek nad drzwiami kołysał się coraz szybciej, lecz cisza wokół pozostawała nienaruszona. W pewnej chwili zauważył, że wokół nie ma już nikogo. Londyn opustoszał, pozostawiając na całej płonącej żółcią nienawiści wyspie tylko ich dwóch.

Jakby świat skurczył się do oddechu dwóch ludzi w przepełnionym ciszą oczekiwaniu.

Chciał powiedzieć jego imię, ale popiół ugrzązł mu w gardle.

Z trudem wyciągnął rękę przed siebie.
malfoy z temu
You've got so much to do
And only so many hours in a day
wiek
20
sława
II
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Fotograf
1,85 m wzrostu, włosy [s]wcale nietlenione[/s] jasne, kręcone, zawsze w lekkim chaosie; błękitne oczy. Ubrany zazwyczaj w koszulę i dżinsy, często nosi krawat, skórzaną kurtkę i aparat fotograficzny zawieszony na pasku na szyi.

Henry Lockhart
#2
07.08.2026, 16:16  ✶  
Spalona Noc trwała tyle, że Heniowi zdawała się niemal całym życiem. Rozlała się na niebie gnijącą żółcią, a świat uczyniła otchłanią cierpienia, zła i obrzydliwości. Skończyła się pewna epoka. Londyn znajdował się gdzieś na finiszu swojego istnienia. Jeszcze nie umarł, a dogorywał, aby nie dopuścić, by z jego prochów wyłoniło się coś nowego, jakaś nadzieja. Koniec, jeszcze nie początek.

Henry nie wiedział, czemu przeżył. Co sprawiło, że oszczędzono akurat jego, a nie osoby o wiele bardziej warte ratunku. Jego przyjaciele znikali jeden po drugim, wciągani za Zasłonę. Nie wiedział, kiedy do ich śmierci doszło, a jednak miał tego bolesną świadomość. Electra, którą ścigał oszalały tłum. Dopadł ją i otoczył, a na skutki ich manii Henry nie odważył się spojrzeć. Wiedział tylko, że dziewczyna była dzielna i niepokorna do samego końca. To jej nie uratowało. Wtedy, gdy umierała, po drugiej stronie ulicy, chłopak ujrzał samotną sylwetkę. Mężczyznę ubranego w łachmany żółte jak niebo górujące nad miastem. W białej masce i złotej koronie. Nie wyglądał jak Śmierciożerca, lecz Henry miał teorię, że mógł to być Lord Voldemort doglądający swego dzieła.

Lockhart siedział na schodkach jedynego bezpiecznego miejsca. Ściskał w dłoni zmiętą kartkę. Ołówek, który pokrywał papier, już zdążył się rozmazać, sprawić, że rysunek nie przypominał nic konkretnego. Rzecz w tym, że tylko on mu po niej został. Po dziewczynie, której nie potrafił uratować. Dziewczynie, która rzuciła się przed niego, gdy zielony promień Avady Kedavry już prawie go dosięgnął. Która runęła wtedy na ziemię, bez ostatniego słowa, bez pożegnania. Jedynie ze zmiętym rysunkiem, chyba nawet nieudanym, w kieszeni i różdżką w ręku.

Hestia.

Strata kolejnej przyjaciółki opróżniła serce Henia ze wszelkiej nadziei. Przy śmierci Bletchley'ówny również widział owego człowieka. Znowu Król w Żółci postanowił pojawić się z orędziem, a raczej omenem, że Henry'ego również niedługo czeka ten sam los. Musi tylko popatrzeć, jak najbliżsi mu ludzie giną. Był sam. Kompletnie i niezaprzeczalnie. Bez przyjaciół, bez dziadków, bez rodziców.

Nie potrafił określić, od kiedy siedział na tych schodach. Od kilku minut? Godziny? Od lat? Złamaną rękę wciąż podtrzymywał prowizoryczny temblak. Bolała go, ale tylko w teorii. Bo boleć go powinna.

I wtedy go zobaczył. Człowieka. Nie tego w żółtej szacie, a znajomą twarz. Ten, który Spaloną Noc uczynił nieco mniej koszmarną. Człowiek, którego, wedle wszelkich przekonań chłopaka, Henryk w ogóle nie powinien obchodzić. Patrycjusz tego świata oblany krwią. Swoją? Innych? Kogo to w tej chwili obchodziło? Teraz jednak wszyscy byli równi w niedoli. Sojusz cementowały proste fakty. Na przykład bycie żywym.

Henry wstał. Wziął głęboki oddech i wyciągnął rękę. Był daleko od Shafiqa, a jednak ten gest sprawił, że na chwilę ulica przestała się poruszać i odciągać starszego mężczyznę, dając mu szansę na pochwycenie dłoni chłopaka.


Złoty chłopiec
Przymruż złociste światełka,
Ukryj się pod matki rąbek,
Nim cię zgubi śronu ząbek
Lub chłodnej rosy perełka.
the web
Il n'y a qu'un bonheur
dans la vie,
c'est d'aimer et d'être aimé
wiek
43
sława
VI
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Szef OMSHM-u
187 cm | 75 kg | oczy szare | włosy płowo brązowe Wysoki. Zazwyczaj rozsądny. Poliglota. Przystojna twarz, która okazjonalnie cierpi na bycie przymocowana do osoby, która myśli, że pozjadała wszelkie rozumy.

Anthony Shafiq
#3
06.09.2026, 11:30  ✶  
Dłoń była szczupła i młodzieńcza. Nie dziecięca, nie bezbronna, a jednak pozbawiona jeszcze tej ciężkości, którą dłonie nabierają z wiekiem, kiedy coraz więcej rzeczy trzeba nimi podnosić, podpisywać, odsuwać i przytrzymywać. Wyciągnięta ku niemu drżała lekko, choć nie z lęku. Anthony patrzył na nią przez chwilę z osobliwym zdumieniem, jakby ktoś podał mu przedmiot znaleziony pośród ruin i oczekiwał, że będzie wiedział, do czego służy. W końcu pochwycił ją swoją własną. Była ciepła. Z jakiegoś powodu poczuł wtedy, że nie powinien jej puszczać. Nie wiedział dlaczego. Nie znał przecież tego chłopaka na tyle, by rościć sobie prawo do podobnego odruchu. Nie był jego krewnym, opiekunem ani przyjacielem. A jednak coś w sposobie, w jaki Henry stał przed nim, sprawiało, że Anthony'emu trudno było myśleć o nim jak o kimś zupełnie obcym. Jakby sam widok wyciągniętej dłoni nakładał na niego obowiązek, którego nikt nigdy nie wypowiedział. Ulica pod ich stopami uspokoiła się. Płomienie zastygły w powietrzu, popiół zawisł pomiędzy nimi jak nieruchomy śnieg, a odległe budynki przestały oddychać. Anthony spojrzał na twarz Henry'ego i przez moment miał niepokojące wrażenie, że patrzy nie na kogoś, kogo powinien rozpoznać, lecz na kogoś, kogo powinien pamiętać z przeszłości, która nigdy nie miała miejsca.

Czerwień na jego dłoni zaczęła spływać ku nadgarstkowi, cienkimi strużkami przesuwając się pomiędzy palcami. Zamiast kapać, wsiąkała w skórę Henry'ego. Chłopak nie cofnął ręki. Anthony chciał ją wytrzeć, lecz im mocniej próbował, tym więcej koloru pojawiało się na obu dłoniach. Wtedy zrozumiał, że nie jest to jego krew i że nie jest również krwią Henry'ego. Pochodziła z miasta – z dachów, murów, różdżek, z popękanych ulic i spalonych domów, z rąk ludzi, którzy tej nocy podnosili innych z ziemi, z tych, którzy patrzyli, i tych, którzy odwracali wzrok, z tych, którzy byli pewni, że zdążą, oraz z tych, którzy już wiedzieli, że nie zdążą. Z każdego człowieka, który tej nocy zostawił po sobie coś na ulicach Londynu. Anthony spróbował zacisnąć palce, jakby mógł w ten sposób zatrzymać tę czerwień po swojej stronie, lecz wtedy Henry zachwiał się lekko i starszy mężczyzna przyciągnął go do siebie. Gest przyszedł zbyt łatwo. Nie było w nim namysłu ani decyzji, żadnego wyboru pomiędzy właściwym a niewłaściwym. Anthony po prostu objął chłopaka, jakby ciało samo wiedziało, co zrobić, zanim rozum zdążyłby zaprotestować. Nie było w tym geście polityki, nazwiska, różnicy wieku, krwi czy majątku. Nie było Ministerstwa, rodów, tytułów ani wszystkich tych murów, które ludzie tak pracowicie wznosili między sobą, by później odkrywać, że ogień przechodzi przez nie bez najmniejszego wysiłku. Był tylko ciężar drugiego człowieka i potrzeba, aby przez kilka oddechów nie pozwolić mu upaść. Nie pozwolić zapaść się w osamotnienie.

Anthony poczuł pod policzkiem jasne włosy Henry'ego, ciepło jego skroni i zapach dymu zmieszany z wonią papieru, ołówka i starego płótna fotograficznego. Chciał powiedzieć chłopcu, że dobrze sobie radzi, tak jak wtedy, tamtej nocy, tej samej nocy, gdy koszmar stał się rzeczywistością, aby rzeczywistość mogła zacząć tkać koszmary. Zamiast słów pociechy z jego ust wydobył się czarny obłok, który osiadł na ramieniu Henry'ego. Anthony spróbował ponownie, a wtedy z jego gardła wysypały się drobne, metaliczne klisze. Uderzały o bruk z cichym brzękiem, jedna po drugiej, a na każdej zatrzymany był fragment nocy: czyjaś twarz, czyjaś dłoń, płonące okno, dziecko wynoszone z ruin, mężczyzna klęczący na ulicy, kobieta patrząca w niebo. Obrazy nakładały się na siebie, mnożyły i rozmnażały bez końca, aż cały bruk pokrył się tysiącami maleńkich fotografii. Czy tylko to miał mu do zaoferowania? Czy tylko tym dla niego był chłopak o włosach jasnych jak len?

Pracuj. Rób zdjęcia. Zapamiętaj koszmar. Uczyń go rzeczywistością na wieczność.

Ponad dachami Londynu zaczęła wyrastać złota korona. Nie spadała z nieba – rosła z płomieni, z kominów, z wież i z czarnej ziemi, aż ogromniała i zasłoniła większą część horyzontu. Pod nią pojawiła się biała maska, pozbawiona twarzy, a za nią coś, czego Anthony nie chciał widzieć. Nie imię. Nie człowiek. Nie potwór. Raczej cień idei, która nauczyła ludzi, że cudze życie może być warte mniej od ich własnego. Anthony odruchowo przesunął dłoń na tył głowy Henry'ego, jakby mógł w ten sposób zasłonić mu widok, nie myśląc o tym że mógłby poczuć kapiącą lepką ciecz, ochrona infekująca zbrodnią… Dopiero po chwili zorientował się, co zrobił. Było w tym coś niemal absurdalnego. Jak można osłonić człowieka przed czymś, co zawisło nad całym światem? Jak można zasłonić oczy przed nocą, która już się wydarzyła? A jednak trzymał dłoń na jego karku, przyciskał go do siebie, nie chcąc wypuścić. Anthony pomyślał wtedy, że być może na tym właśnie polega cała różnica pomiędzy ocaleniem a pozostaniem przy kimś. Jednego można dokonać tylko raz. Drugie można powtarzać tak długo, jak długo starcza sił.

Londyn zaczął się zmieniać. Domy przesuwały się, jakby były zbudowane z papieru, ulice rozciągały się i zwijały, a schody antykwariatu rosły pod ich stopami, prowadząc coraz wyżej, choć za plecami wciąż pozostawała ta sama płonąca ulica. Wtedy usłyszał, usłyszeli głos. Nie należał do chłopaka, nie należał do miasta i nie należał do nikogo, kogo Anthony potrafiłby nazwać. Przyszedł zewsząd naraz, cichy jak oddech pod wodą.

Nie możesz go ocalić.

Anthony spojrzał na Henry'ego, potem na swoje ręce. Ręce całe we krwi. Tym razem również nie próbował jej zmyć. Wiedział już, że nie chodziło o ocalenie. Nie mógł cofnąć Spalonej Nocy, nie mógł przywrócić ludziom ich domów ani odebrać śmierci tych, których zabrała. Nie mógł również obiecać Henry'emu, że podobna noc nigdy więcej nie nadejdzie. Mógł jedynie zrobić coś znacznie mniejszego i przez to trudniejszego: pozostać. Anthony przyciągnął chłopaka do siebie ponownie i przez chwilę trzymał go bez słowa, czując pod dłonią ciepło młodego karku i ciężar głowy opierającej się o jego ramię. Nie wiedział, kiedy przestał myśleć o nim jak o obcym. Nie wiedział nawet, czy kiedykolwiek rzeczywiście przestał. Być może człowiek nie musi znać drugiego człowieka przez lata, żeby przez jedną noc poczuć odpowiedzialność za jego przyszłość.

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Anthony Shafiq (1550), Henry Lockhart (443)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa