Prowadziłem Rudą na ukos przez sielskie aktywa Yaxley-Greengrassów, przecinając kolejne połacie terenu, omijając większe skupiska krzewów i przeskakując przez niespodziewane przeszkody pod postacią rowów oraz innych nierówności, aż w końcu drzewa zaczęły się przerzedzać i wyszliśmy na szeroką łąkę. Przez jakiś czas nie działo się nic szczególnego, więc szedłem dalej, tylko od czasu do czasu odtrącając gałęzie, które zahaczały mi się o ubranie, poza tym zerkałem głównie przed siebie, próbując ustalić kierunek dalszego marszu - znałem ten teren wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć, którędy mniej więcej powinienem był nas poprowadzić, ale nie na tyle dobrze, by zagwarantować Heather, że po drodze nie mieliśmy trafić na coś, czego sam wcześniej nie widziałem. Właśnie dlatego, kiedy przekroczyliśmy niewysoki kamienny murek i znaleźliśmy się na kolejnej części posiadłości, zwolniłem.
Nie pamiętałem tego miejsca…
Zatrzymałem się na skraju niewielkiego zagajnika, mając wiązkę chrustu przewieszoną przez ramię, i przez chwilę patrzyłem przed siebie, próbując zrozumieć, co właściwie znajdowało się między drzewami - mgła była tutaj znacznie rzadsza niż w Lesie Wisielców, ale powietrze miało podobną wilgotność, a ziemia pod naszymi stopami była przykryta równie grubą warstwą gnijących liści - dopiero po kilku sekundach dostrzegłem pierwsze kamienne płyty wystające spomiędzy trawy. Cmentarz… Nie wyglądał na miejsce, które ktoś odwiedzał szczególnie często, nagrobki były stare, niektóre przekrzywione, inne niemal całkowicie pochłonięte przez florę, porośnięte mchem i niską roślinnością, co najmniej kilka z nich miało popękane kamienne krawędzie. W głębi, pomiędzy pokrzywionymi topolami i starymi wiązami, znajdowało się ich znacznie więcej, tworząc niewielką, odizolowaną nekropolię. Stałem przez moment bez ruchu, patrząc na najbliższy nagrobek, którego inskrypcji nie byłem w stanie odczytać, nawet z tej odległości.
- O kulwa. - Powiedziałem to znacznie głośniej, niż zamierzałem, przesunąwszy spojrzenie dalej, na kolejne kamienie, a potem na zarośniętą alejkę prowadzącą gdzieś w stronę starego dworu, którego nie było stąd widać. Wcześniej bywałem w tej posiadłości w wielu różnych celach, ostatnio odwiedzałem ją nawet wielokrotnie, znałem główną część terenu, widziałem zabudowania gospodarcze, ogród i kawałek lasu, ale o tym miejscu nie miałem pojęcia - najwyraźniej kupując dom, moi przyjaciele nabyli również kawałek historii, o której nikt specjalnie nie wspomniał, chociaż raczej powinien, bo przecież ogniska klątw nie brały się znikąd; przekleństwo ciążące na dworku może już nie istniało, lecz kto wiedział, co się tu kryło - zrobiłem kilka kroków naprzód, ostrożnie, żeby nie nadepnąć na któryś z płytkich, prawie niewidocznych nagrobków. Dopiero z bliższej odległości zacząłem zauważać szczegóły - stare nazwiska wyryte w kamieniu, daty sprzed wielu dziesięcioleci, czasem nawet setek lat, ornamenty na płytach, które dawno straciły swój pierwotny kształt pod warstwą mchu - jeden z grobów miał żelazne ogrodzenie, całkowicie zardzewiałe i miejscami przechylone, za nim znajdowała się kamienna płyta z herbem, którego nie rozpoznawałem.
- Ale zajebiście. Nie miałem pojęsia, sze oni mają tu cmentasz. - Odstawiłem wiązkę chrustu na chwilę na ziemię i przetarłem dłonią kark, nadal patrząc na nagrobki - właściwie nie powinienem być aż tak zdziwiony - dwór był znacznie starszy niż większość budynków w okolicy i zanim trafił w ręce moich przyjaciół, należał przez pokolenia do jednej rodziny, prywatny cmentarz na terenie posiadłości nie był więc niczym szczególnie niezwykłym, zwłaszcza jeżeli mieszkali tu ludzie, którzy mieli dość pieniędzy, ziemi i przekonania o własnej wyjątkowości, żeby po śmierci nie chcieli przenosić się na zwyczajną wiejską nekropolię.
Ruszyłem jeszcze kawałek między grobami, nie zamierzałem niczego dotykać ani przeszkadzać zmarłym, ale skoro już znalazłem się w części posiadłości, o której nie wiedziałem, to trudno było udawać, że mnie to nie interesowało, poza tym perspektywa znalezienia się na starym cmentarzu zupełnie przypadkiem, tuż po zebraniu drewna na Samhain, miała w sobie coś tak absurdalnego, że aż trudno było tego nie docenić.
Spojrzałem w stronę Heather i wzruszyłem ramionami, no cóż, skrót okazał się być znacznie ciekawszy, niż przewidywałem.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)