• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Little Hangleton v
1 2 3 4 Dalej »
[19.10.1972] blablabla | Benjy, Heather

[19.10.1972] blablabla | Benjy, Heather
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#1
Wczoraj, 20:39  ✶  
Po jakimś czasie uznaliśmy chyba oboje, że chrustu mamy już wystarczająco dużo, żeby tradycja nie mogła nam zarzucić niedbalstwa, więc ruszyliśmy w kierunku miasteczka, każde z nas obciążone własną częścią tego, co udało się znaleźć. Zamiast jednak wracać tą samą drogą, postanowiłem poprowadzić Heather na skróty, ponieważ po pierwsze nie miałem szczególnej ochoty ponownie przedzierać się przez cały Las Wisielców, a po drugie droga przez drzewa, łąkę i należące do moich przyjaciół tereny wydawała mi się zwyczajnie szybsza - było to, oczywiście, wejście na teren bez uprzedniego pozwolenia, czyli po prostu wtargnięcie na cudzą posesję, ale znałem właścicieli i byłem niemal pewien, że nikt nie zamierzał robić z tego afery, zresztą trudno byłoby mi wyobrazić sobie, żeby moi przyjaciele zaczęli mnie ścigać za przejście przez kawałek ich ziemi, szczególnie że nie zamierzałem niczego kraść, niszczyć ani nawet szczególnie oglądać, chciałem tylko dostać się do miasteczka, najlepiej zanim absynt miał przestać działać na tyle, żebym zaczął zauważać, jak absurdalnie dużo chrustu taszczyłem na własnych plecach.
Prowadziłem Rudą na ukos przez sielskie aktywa Yaxley-Greengrassów, przecinając kolejne połacie terenu, omijając większe skupiska krzewów i przeskakując przez niespodziewane przeszkody pod postacią rowów oraz innych nierówności, aż w końcu drzewa zaczęły się przerzedzać i wyszliśmy na szeroką łąkę. Przez jakiś czas nie działo się nic szczególnego, więc szedłem dalej, tylko od czasu do czasu odtrącając gałęzie, które zahaczały mi się o ubranie, poza tym zerkałem głównie przed siebie, próbując ustalić kierunek dalszego marszu - znałem ten teren wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć, którędy mniej więcej powinienem był nas poprowadzić, ale nie na tyle dobrze, by zagwarantować Heather, że po drodze nie mieliśmy trafić na coś, czego sam wcześniej nie widziałem. Właśnie dlatego, kiedy przekroczyliśmy niewysoki kamienny murek i znaleźliśmy się na kolejnej części posiadłości, zwolniłem.
Nie pamiętałem tego miejsca…
Zatrzymałem się na skraju niewielkiego zagajnika, mając wiązkę chrustu przewieszoną przez ramię, i przez chwilę patrzyłem przed siebie, próbując zrozumieć, co właściwie znajdowało się między drzewami - mgła była tutaj znacznie rzadsza niż w Lesie Wisielców, ale powietrze miało podobną wilgotność, a ziemia pod naszymi stopami była przykryta równie grubą warstwą gnijących liści - dopiero po kilku sekundach dostrzegłem pierwsze kamienne płyty wystające spomiędzy trawy. Cmentarz… Nie wyglądał na miejsce, które ktoś odwiedzał szczególnie często, nagrobki były stare, niektóre przekrzywione, inne niemal całkowicie pochłonięte przez florę, porośnięte mchem i niską roślinnością, co najmniej kilka z nich miało popękane kamienne krawędzie. W głębi, pomiędzy pokrzywionymi topolami i starymi wiązami, znajdowało się ich znacznie więcej, tworząc niewielką, odizolowaną nekropolię. Stałem przez moment bez ruchu, patrząc na najbliższy nagrobek, którego inskrypcji nie byłem w stanie odczytać, nawet z tej odległości.
- O kulwa. - Powiedziałem to znacznie głośniej, niż zamierzałem, przesunąwszy spojrzenie dalej, na kolejne kamienie, a potem na zarośniętą alejkę prowadzącą gdzieś w stronę starego dworu, którego nie było stąd widać. Wcześniej bywałem w tej posiadłości w wielu różnych celach, ostatnio odwiedzałem ją nawet wielokrotnie, znałem główną część terenu, widziałem zabudowania gospodarcze, ogród i kawałek lasu, ale o tym miejscu nie miałem pojęcia - najwyraźniej kupując dom, moi przyjaciele nabyli również kawałek historii, o której nikt specjalnie nie wspomniał, chociaż raczej powinien, bo przecież ogniska klątw nie brały się znikąd; przekleństwo ciążące na dworku może już nie istniało, lecz kto wiedział, co się tu kryło - zrobiłem kilka kroków naprzód, ostrożnie, żeby nie nadepnąć na któryś z płytkich, prawie niewidocznych nagrobków. Dopiero z bliższej odległości zacząłem zauważać szczegóły - stare nazwiska wyryte w kamieniu, daty sprzed wielu dziesięcioleci, czasem nawet setek lat, ornamenty na płytach, które dawno straciły swój pierwotny kształt pod warstwą mchu - jeden z grobów miał żelazne ogrodzenie, całkowicie zardzewiałe i miejscami przechylone, za nim znajdowała się kamienna płyta z herbem, którego nie rozpoznawałem.
- Ale zajebiście. Nie miałem pojęsia, sze oni mają tu cmentasz. - Odstawiłem wiązkę chrustu na chwilę na ziemię i przetarłem dłonią kark, nadal patrząc na nagrobki - właściwie nie powinienem być aż tak zdziwiony - dwór był znacznie starszy niż większość budynków w okolicy i zanim trafił w ręce moich przyjaciół, należał przez pokolenia do jednej rodziny, prywatny cmentarz na terenie posiadłości nie był więc niczym szczególnie niezwykłym, zwłaszcza jeżeli mieszkali tu ludzie, którzy mieli dość pieniędzy, ziemi i przekonania o własnej wyjątkowości, żeby po śmierci nie chcieli przenosić się na zwyczajną wiejską nekropolię.
Ruszyłem jeszcze kawałek między grobami, nie zamierzałem niczego dotykać ani przeszkadzać zmarłym, ale skoro już znalazłem się w części posiadłości, o której nie wiedziałem, to trudno było udawać, że mnie to nie interesowało, poza tym perspektywa znalezienia się na starym cmentarzu zupełnie przypadkiem, tuż po zebraniu drewna na Samhain, miała w sobie coś tak absurdalnego, że aż trudno było tego nie docenić.
Spojrzałem w stronę Heather i wzruszyłem ramionami, no cóż, skrót okazał się być znacznie ciekawszy, niż przewidywałem.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Gówniara z miotełką
She had a mischievous smile, curious heart and an affinity for running wild.
wiek
21
sława
VI
krew
półkrwi
genetyka
klątwa żywiołów
zawód
BUMowiec
Heather mierzy 160 cm wzrostu. Jest bardzo wysportowana, od dzieciaka bowiem lata na miotle, do tego zawodowo grała w quidditcha. Włosy ma rude, krótkie, nie do końca równo obcięte - gdyż obcinał je Charlie po tym, jak większość spłonęła podczas Beltane. Twarz okrągłą, obsypaną piegami, oczy niebieskie, czają się w nich iskry zwiastujące kolejny głupi pomysł, który chce zrealizować. Porusza się szybko, pewnie. Ubiera się głównie w sportowe rzeczy, ceni sobie wygodę. Głos ma wysoki, piskliwy - szczególnie, kiedy się denerwuje. Pachnie malinami.

Heather Wood
#2
Wczoraj, 21:37  ✶  

Zbieranie chrustu okazało się być bardziej interesujące niż zakładała. Towarzyszył im w końcu fantastyczny akompaniament, za który był w dużej mierze odpowiedzialny jej towarzysz. Benjy okazał się być tak tajemniczy, jak zakładała - za każdym razem był w stanie ją czymś zadziwić. Dzisiaj była to znajomość kibolskich przyśpiewek. Kiedy mieli już wystarczającą ilość patyków i gałęzi - no gdy stwierdzili, że jest to tyle ile są w stanie unieść mogli zacząć wracać. Organizatorzy sabatu powinni być zachwyceni tym, jaką ilość chrustu przynieśli - nie miała wątpliwości co do tego, że powinni wyróżnić się na tle innych pomagierów. No, nie zakładała w ogóle innej opcji - bardzo mocno przecież się w to zaangażowali.

Nie miała zielonego pojęcia co to była za droga. Benjy wspomniał coś o skrócie - nie chciała nic mówić, że ona to już zna takie skróty… nieraz jej się zdarzyło nadrabiać kilometrów przez to, że ktoś wpadł na podobny pomysł. Postanowiła mu zaufać (mimo tego, że wypił bardzo dużo absyntu i mógł odrobinę bredzić).

Mijali krzewy próbujące wybić jej oko, rowy, dzięki którym mogła sobie skręcić kostkę, mimo wszystko nie narzekała, szła dzielnie do przodu przecież niczego się nie bała. Benjy prowadził, a ona podążała za nim, nie miała pojęcia gdzie się znajdują, niby wiedziała dokąd zmierzają, ale czy faktycznie była to dobra droga? Trudno jej było to zobaczyć z chrustem na rękach, całkiem mocno ograniczał jej pole widzenia.

Szła i szła przed siebie, aż w końcu zatrzymała się na swoim towarzyszu - nie zauważyła, że przystanął w miejscu, więc się od niego odbiła. Uratowała chrust który miała w rękach - nie wypuściła nawet jednego patyka z czego była kurewsko dumna.

- Co jest, czemu nie idziesz? - No i wtedy padło to stwierdzenie, które mogło znaczyć wszystko i nic. O kulwa. Najgorsze było to, że nie widziała zbyt wiele, bo w rękach miała ten nieszczęsny chrust, musiała więc poczekać, aż przekaże jej jakiego rodzaju o kurwa to była - czy powiedziana z zachwytu, czy ze zdziwienia, czy z wkurwienia, czy jeszcze z innego powodu. Musiała zaczekać - a wiadomo jak u Rudej z cierpliwością bywa.

- Cmentarz? - No tego, to nie mogła przegapić. Ale zajebiście bowiem oznaczało, że omijało ją właśnie coś fajnego, a tego nie mogłaby sobie wybaczyć. Opuściła bardzo ostrożnie chrust który trzymała w rękach, aby nieco polepszyć swoją widoczność, no i wtedy dostrzegła, gdzie się znajdowali. Faktycznie najwyraźniej trafili na cmentarz, co sugerowały nagrobki, które znajdowały się wokół nich. Nie sądziła, że ktoś może się ucieszyć aż tak na widok takiego miejsca, najwyraźniej była to jednak kolejna ciekawostka której dowiedziała się o Benjym.

Fenwick się ruszył, ona nie zamierzała stać w miejscu, widziała, że odłożył swój chrust, nie do końca była przekonana co do tego, że powinna zrobić to samo - zbyt długo go zbierała, żeby teraz tak po prostu odłożyć go na trawę, ruszyła więc z patykami w rękach tuż za mężczyzną.

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#3
Wczoraj, 23:18  ✶  
Rzeczywiście, kiedy ruszyliśmy z powrotem, miałem poczucie, że odwaliliśmy kawał dobrej roboty, chociaż granica pomiędzy „wystarczającą ilością chrustu” a „ilością, którą dwoje ludzi może jeszcze sensownie nieść i się nie zesrać” została ustalona przez nas raczej na zasadzie wzajemnego spojrzenia i uznania, że więcej byłoby już stanowczą przesadą, nawet jak na nas. Co jakiś czas oglądałem się przez ramię, żeby sprawdzić, czy moja towarzyszka nadal za mną szła, za każdym razem widziałem tę samą rudą głowę wystającą ponad gałęzie, więc chyba było spoko - ja tam uważałem ten skrót za całkiem udany…
Nie była to może droga, którą poleciłbym komuś planującemu lokalną wycieczkę krajoznawczą, ale prowadziła w odpowiednim kierunku, z każdym krokiem zbliżając nas do miasteczka, a to było dla mnie najważniejsze w tym momencie, przecinaliśmy więc kolejne fragmenty łąki, przechodziliśmy między drzewami, aby potem ruszyć przez teren prywatny, który z czystym sumieniem traktowałem jednak jako dedykowany i zasłużony szlak, ponieważ znałem właścicieli, pomogłem im zakupić tę działkę i byłem niemal pewien, że nie mieli mieć nic przeciwko temu, że przechodziliśmy przez ich ziemię bez pytania - w końcu nie włamaliśmy się do domu, nie wynosiliśmy sreber ani nie próbowaliśmy kraść koni, chociaż z Rudą byłoby to całkiem łatwe, nie było powodu robić z tego wielkiej sprawy - problem polegał na tym, że najwyraźniej wybrałem trasę, której sam wcześniej nie kojarzyłem tak dobrze, jakbym mógł zakładać. Zorientowałem się o tym natomiast dopiero wtedy, kiedy wyszliśmy spomiędzy jakiejś przecinki na teren, którego kompletnie nie kojarzyłem, zatrzymałem się zatem odruchowo, patrząc przed siebie i próbując rozeznać się w sytuacji, ale najwidoczniej byłem w tym sam, gdyż Heather, która to z kolei najwyraźniej była zajęta pilnowaniem własnej wiązki chrustu i nie spodziewała się, że nagle przestanę iść, wpadła na mnie z rozpędu. Poczułem uderzenie w plecy, zapewne całkiem znaczne z perspektywy Wood, ale niewystarczające, by mną zachwiać ani zrobić mi coś szczególnego, toteż obejrzałem się przede wszystkim po to, żeby sprawdzić, czy nie zgubiła drewna - nie zgubiła, na szczęście, nadal je trzymała - musiałem przyznać, że to było całkiem imponujące, bo po tym wszystkim, przez co przeszliśmy, spodziewałem się, że prędzej czy później połowa chrustu miała skończyć w jakimś rowie. Nie wypadł jej ani jeden patyk, co w tych warunkach należało uznać za osiągnięcie godne odnotowania, nie zdążyłem jednak powiedzieć niczego na ten temat, ponieważ moja uwaga natychmiast wróciła do tego, co znajdowało się przed nami.
Zamiast od razu odpowiedzieć, stałem przez chwilę i patrzyłem przed siebie, próbując zrozumieć, gdzie właściwie trafiliśmy, gdyż naprawdę nie poznawałem tego miejsca. Zamrugawszy, wytężyłem wzrok na teren przed nami i dopiero wtedy zobaczyłem nagrobki - najpierw jeden, potem drugi, trzeci i czwarty - kiedy przyjrzałem się uważniej, dostrzegłem ich znacznie więcej. Dalej między drzewami widać było kolejne groby, a jeszcze dalej fragment kamiennego ogrodzenia, które najwyraźniej wyznaczało granicę prywatnej nekropolii. Kamienne tablice wystawały z wysokiej trawy pod różnymi kątami, niektóre były popękane, inne porośnięte dziką lub zdziczałą roślinnością, kilka niemal całkowicie zniknęło pod ziemią, pomiędzy nimi rosły natomiast stare drzewa, których korzenie miejscami unosiły fragmenty płyt, przez co całość sprawiała wrażenie miejsca, o którym zapomniano wiele lat temu - wyglądało to na fragment terenu, którego nikt od dawna szczególnie nie doglądał, chociaż z pewnością kiedyś było to całkiem zadbane.
Nie myślałem, gdy pozbyłem się ciężaru chrustu, odłożywszy go na bok, ale zaraz potem potrząsnąłem głową i odchrząknąłem, zanim podjąłem temat naszego znaleziska. Gdybym wiedział o tym wcześniej, pewnie zainteresowałbym się sprawą znacznie szybciej, choć nie byłem pewien, czy moi przyjaciele sami mieli świadomość, co dokładnie kupili - nie miałem bladego pojęcia, czy ktoś miał w zwyczaju informować brytyjskich kupujących o takich rzeczach podczas podpisywania dokumentów, ale utwierdziłem się tym samym w przekonaniu, że w przypadku tego konkretnego dworu mogło być jeszcze kilka podobnych niespodzianek ukrytych w piwnicach, za ścianami albo pod podłogą. Przesunąłem wzrok na kolejne płyty, coraz bardziej zainteresowany tym, co właściwie znaleźliśmy. Najwyraźniej przy zakupie nieruchomości warto było sprawdzać nie tylko stan dachu i fundamentów, ale również to, czy na działce nie znajdowało się przypadkiem kilkadziesiąt grobów.
- Niby wiedziałem, sze moi znajomi kupili ten dwól lasem s całym inwentaszem, ale dopielo telas dowiaduję się, sze mają tutaj nawet własnych umalaków. Moja sona byłaby zachwycona. - Mruknąłem, przesuwając językiem po górnym rzędzie zębów - zresztą sam byłem wystarczająco zainteresowany, żeby nie przejść obok tego miejsca obojętnie i nie czułem się z tym ani trochę dziwnie - już sama myśl o reakcji Sunny na takie odkrycie była wystarczająco zabawna, abym uśmiechnął się pod nosem. Znałem ją i wiedziałem, że lekko makabryczne miejsce ukryte na terenie uprzednio zaklątwionej posiadłości zdecydowanie znalazłby się na liście rzeczy, które trzeba było natychmiast obejrzeć, zbadać i prawdopodobnie omówić z kimś, kto znał się na historii tego miejsca. Ja natomiast byłem zwyczajnie ciekawy, do kogo należały te groby i dlaczego nikt nigdy nie wspomniał mi o ich istnieniu. Majątek był stary, więc sama obecność truposzowni nie powinna była mnie dziwić, ale fakt, że przez pół dzieciństwa poruszałem się po różnorakich miejscówkach w okolicach Little Hangleton i nigdy wcześniej jej nie zauważyłem, był już znacznie ciekawszy. Biorąc pod uwagę to, jak często przypadkiem wpadałem na rzeczy, których zdecydowanie nie powinienem był znajdować, uznałem, że odkrycie czyjegoś rodzinnego składowiska na zwłoki było całkiem adekwatnym zwieńczeniem naszego zbierania chrustu.
- Cho. Zobaczymy, co jeszcze tu mają. - Rzuciłem jej krótkie spojrzenie i ruszyłem między nagrobkami, tym razem ostrożniej stawiając każdy krok. Dopiero po chwili zorientowałem się, że Heather nadal trzymała swój chrust, zamiast zostawić go na ziemi, toteż spojrzałem na nią, potem na jej ręce i pokręciłem głową z rozbawieniem.
- Moszesz to odłoszyś, wiesz? Nikt cię tutaj nie ukladnie. - Powiedziawszy to, podszedłem do jednego z najbliższych nagrobków i pochyliłem się nad nim, próbując odczytać wyryte tam nazwisko, chociaż litery były częściowo zatarte przez czas, mech zasłaniał kilka z nich, a data wyglądała na tak starą, że przez chwilę nie byłem nawet pewien, czy dobrze ją odczytałem, przesunąłem więc palcami po kamieniu, aby zeskrobać kilka porostów, ale zaraz cofnąłem dłoń, uznając, że lepiej było go nie dotykać bez potrzeby.
Tyle… Że… Za… Późno…


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 3 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (1782), Heather Wood (480)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa