• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Little Hangleton v
1 2 3 4 Dalej »
[19.10.1972] blablabla | Benjy, Heather

[19.10.1972] blablabla | Benjy, Heather
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#1
08.09.2026, 20:39  ✶  
Po jakimś czasie uznaliśmy chyba oboje, że chrustu mamy już wystarczająco dużo, żeby tradycja nie mogła nam zarzucić niedbalstwa, więc ruszyliśmy w kierunku miasteczka, każde z nas obciążone własną częścią tego, co udało się znaleźć. Zamiast jednak wracać tą samą drogą, postanowiłem poprowadzić Heather na skróty, ponieważ po pierwsze nie miałem szczególnej ochoty ponownie przedzierać się przez cały Las Wisielców, a po drugie droga przez drzewa, łąkę i należące do moich przyjaciół tereny wydawała mi się zwyczajnie szybsza - było to, oczywiście, wejście na teren bez uprzedniego pozwolenia, czyli po prostu wtargnięcie na cudzą posesję, ale znałem właścicieli i byłem niemal pewien, że nikt nie zamierzał robić z tego afery, zresztą trudno byłoby mi wyobrazić sobie, żeby moi przyjaciele zaczęli mnie ścigać za przejście przez kawałek ich ziemi, szczególnie że nie zamierzałem niczego kraść, niszczyć ani nawet szczególnie oglądać, chciałem tylko dostać się do miasteczka, najlepiej zanim absynt miał przestać działać na tyle, żebym zaczął zauważać, jak absurdalnie dużo chrustu taszczyłem na własnych plecach.
Prowadziłem Rudą na ukos przez sielskie aktywa Yaxley-Greengrassów, przecinając kolejne połacie terenu, omijając większe skupiska krzewów i przeskakując przez niespodziewane przeszkody pod postacią rowów oraz innych nierówności, aż w końcu drzewa zaczęły się przerzedzać i wyszliśmy na szeroką łąkę. Przez jakiś czas nie działo się nic szczególnego, więc szedłem dalej, tylko od czasu do czasu odtrącając gałęzie, które zahaczały mi się o ubranie, poza tym zerkałem głównie przed siebie, próbując ustalić kierunek dalszego marszu - znałem ten teren wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć, którędy mniej więcej powinienem był nas poprowadzić, ale nie na tyle dobrze, by zagwarantować Heather, że po drodze nie mieliśmy trafić na coś, czego sam wcześniej nie widziałem. Właśnie dlatego, kiedy przekroczyliśmy niewysoki kamienny murek i znaleźliśmy się na kolejnej części posiadłości, zwolniłem.
Nie pamiętałem tego miejsca…
Zatrzymałem się na skraju niewielkiego zagajnika, mając wiązkę chrustu przewieszoną przez ramię, i przez chwilę patrzyłem przed siebie, próbując zrozumieć, co właściwie znajdowało się między drzewami - mgła była tutaj znacznie rzadsza niż w Lesie Wisielców, ale powietrze miało podobną wilgotność, a ziemia pod naszymi stopami była przykryta równie grubą warstwą gnijących liści - dopiero po kilku sekundach dostrzegłem pierwsze kamienne płyty wystające spomiędzy trawy. Cmentarz… Nie wyglądał na miejsce, które ktoś odwiedzał szczególnie często, nagrobki były stare, niektóre przekrzywione, inne niemal całkowicie pochłonięte przez florę, porośnięte mchem i niską roślinnością, co najmniej kilka z nich miało popękane kamienne krawędzie. W głębi, pomiędzy pokrzywionymi topolami i starymi wiązami, znajdowało się ich znacznie więcej, tworząc niewielką, odizolowaną nekropolię. Stałem przez moment bez ruchu, patrząc na najbliższy nagrobek, którego inskrypcji nie byłem w stanie odczytać, nawet z tej odległości.
- O kulwa. - Powiedziałem to znacznie głośniej, niż zamierzałem, przesunąwszy spojrzenie dalej, na kolejne kamienie, a potem na zarośniętą alejkę prowadzącą gdzieś w stronę starego dworu, którego nie było stąd widać. Wcześniej bywałem w tej posiadłości w wielu różnych celach, ostatnio odwiedzałem ją nawet wielokrotnie, znałem główną część terenu, widziałem zabudowania gospodarcze, ogród i kawałek lasu, ale o tym miejscu nie miałem pojęcia - najwyraźniej kupując dom, moi przyjaciele nabyli również kawałek historii, o której nikt specjalnie nie wspomniał, chociaż raczej powinien, bo przecież ogniska klątw nie brały się znikąd; przekleństwo ciążące na dworku może już nie istniało, lecz kto wiedział, co się tu kryło - zrobiłem kilka kroków naprzód, ostrożnie, żeby nie nadepnąć na któryś z płytkich, prawie niewidocznych nagrobków. Dopiero z bliższej odległości zacząłem zauważać szczegóły - stare nazwiska wyryte w kamieniu, daty sprzed wielu dziesięcioleci, czasem nawet setek lat, ornamenty na płytach, które dawno straciły swój pierwotny kształt pod warstwą mchu - jeden z grobów miał żelazne ogrodzenie, całkowicie zardzewiałe i miejscami przechylone, za nim znajdowała się kamienna płyta z herbem, którego nie rozpoznawałem.
- Ale zajebiście. Nie miałem pojęsia, sze oni mają tu cmentasz. - Odstawiłem wiązkę chrustu na chwilę na ziemię i przetarłem dłonią kark, nadal patrząc na nagrobki - właściwie nie powinienem być aż tak zdziwiony - dwór był znacznie starszy niż większość budynków w okolicy i zanim trafił w ręce moich przyjaciół, należał przez pokolenia do jednej rodziny, prywatny cmentarz na terenie posiadłości nie był więc niczym szczególnie niezwykłym, zwłaszcza jeżeli mieszkali tu ludzie, którzy mieli dość pieniędzy, ziemi i przekonania o własnej wyjątkowości, żeby po śmierci nie chcieli przenosić się na zwyczajną wiejską nekropolię.
Ruszyłem jeszcze kawałek między grobami, nie zamierzałem niczego dotykać ani przeszkadzać zmarłym, ale skoro już znalazłem się w części posiadłości, o której nie wiedziałem, to trudno było udawać, że mnie to nie interesowało, poza tym perspektywa znalezienia się na starym cmentarzu zupełnie przypadkiem, tuż po zebraniu drewna na Samhain, miała w sobie coś tak absurdalnego, że aż trudno było tego nie docenić.
Spojrzałem w stronę Heather i wzruszyłem ramionami, no cóż, skrót okazał się być znacznie ciekawszy, niż przewidywałem.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Gówniara z miotełką
Nie strasz, nie strasz, bo się zesrasz.
wiek
21
sława
VI
krew
półkrwi
genetyka
klątwa żywiołów
zawód
BUMowiec
Heather mierzy 160 cm wzrostu. Jest bardzo wysportowana, od dzieciaka bowiem lata na miotle, do tego zawodowo grała w quidditcha. Włosy ma rude, krótkie, nie do końca równo obcięte - gdyż obcinał je Charlie po tym, jak większość spłonęła podczas Beltane. Twarz okrągłą, obsypaną piegami, oczy niebieskie, czają się w nich iskry zwiastujące kolejny głupi pomysł, który chce zrealizować. Porusza się szybko, pewnie. Ubiera się głównie w sportowe rzeczy, ceni sobie wygodę. Głos ma wysoki, piskliwy - szczególnie, kiedy się denerwuje. Pachnie malinami.

Heather Wood
#2
08.09.2026, 21:37  ✶  

Zbieranie chrustu okazało się być bardziej interesujące niż zakładała. Towarzyszył im w końcu fantastyczny akompaniament, za który był w dużej mierze odpowiedzialny jej towarzysz. Benjy okazał się być tak tajemniczy, jak zakładała - za każdym razem był w stanie ją czymś zadziwić. Dzisiaj była to znajomość kibolskich przyśpiewek. Kiedy mieli już wystarczającą ilość patyków i gałęzi - no gdy stwierdzili, że jest to tyle ile są w stanie unieść mogli zacząć wracać. Organizatorzy sabatu powinni być zachwyceni tym, jaką ilość chrustu przynieśli - nie miała wątpliwości co do tego, że powinni wyróżnić się na tle innych pomagierów. No, nie zakładała w ogóle innej opcji - bardzo mocno przecież się w to zaangażowali.

Nie miała zielonego pojęcia co to była za droga. Benjy wspomniał coś o skrócie - nie chciała nic mówić, że ona to już zna takie skróty… nieraz jej się zdarzyło nadrabiać kilometrów przez to, że ktoś wpadł na podobny pomysł. Postanowiła mu zaufać (mimo tego, że wypił bardzo dużo absyntu i mógł odrobinę bredzić).

Mijali krzewy próbujące wybić jej oko, rowy, dzięki którym mogła sobie skręcić kostkę, mimo wszystko nie narzekała, szła dzielnie do przodu przecież niczego się nie bała. Benjy prowadził, a ona podążała za nim, nie miała pojęcia gdzie się znajdują, niby wiedziała dokąd zmierzają, ale czy faktycznie była to dobra droga? Trudno jej było to zobaczyć z chrustem na rękach, całkiem mocno ograniczał jej pole widzenia.

Szła i szła przed siebie, aż w końcu zatrzymała się na swoim towarzyszu - nie zauważyła, że przystanął w miejscu, więc się od niego odbiła. Uratowała chrust który miała w rękach - nie wypuściła nawet jednego patyka z czego była kurewsko dumna.

- Co jest, czemu nie idziesz? - No i wtedy padło to stwierdzenie, które mogło znaczyć wszystko i nic. O kulwa. Najgorsze było to, że nie widziała zbyt wiele, bo w rękach miała ten nieszczęsny chrust, musiała więc poczekać, aż przekaże jej jakiego rodzaju o kurwa to była - czy powiedziana z zachwytu, czy ze zdziwienia, czy z wkurwienia, czy jeszcze z innego powodu. Musiała zaczekać - a wiadomo jak u Rudej z cierpliwością bywa.

- Cmentarz? - No tego, to nie mogła przegapić. Ale zajebiście bowiem oznaczało, że omijało ją właśnie coś fajnego, a tego nie mogłaby sobie wybaczyć. Opuściła bardzo ostrożnie chrust który trzymała w rękach, aby nieco polepszyć swoją widoczność, no i wtedy dostrzegła, gdzie się znajdowali. Faktycznie najwyraźniej trafili na cmentarz, co sugerowały nagrobki, które znajdowały się wokół nich. Nie sądziła, że ktoś może się ucieszyć aż tak na widok takiego miejsca, najwyraźniej była to jednak kolejna ciekawostka której dowiedziała się o Benjym.

Fenwick się ruszył, ona nie zamierzała stać w miejscu, widziała, że odłożył swój chrust, nie do końca była przekonana co do tego, że powinna zrobić to samo - zbyt długo go zbierała, żeby teraz tak po prostu odłożyć go na trawę, ruszyła więc z patykami w rękach tuż za mężczyzną.

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#3
08.09.2026, 23:18  ✶  
Rzeczywiście, kiedy ruszyliśmy z powrotem, miałem poczucie, że odwaliliśmy kawał dobrej roboty, chociaż granica pomiędzy „wystarczającą ilością chrustu” a „ilością, którą dwoje ludzi może jeszcze sensownie nieść i się nie zesrać” została ustalona przez nas raczej na zasadzie wzajemnego spojrzenia i uznania, że więcej byłoby już stanowczą przesadą, nawet jak na nas. Co jakiś czas oglądałem się przez ramię, żeby sprawdzić, czy moja towarzyszka nadal za mną szła, za każdym razem widziałem tę samą rudą głowę wystającą ponad gałęzie, więc chyba było spoko - ja tam uważałem ten skrót za całkiem udany…
Nie była to może droga, którą poleciłbym komuś planującemu lokalną wycieczkę krajoznawczą, ale prowadziła w odpowiednim kierunku, z każdym krokiem zbliżając nas do miasteczka, a to było dla mnie najważniejsze w tym momencie, przecinaliśmy więc kolejne fragmenty łąki, przechodziliśmy między drzewami, aby potem ruszyć przez teren prywatny, który z czystym sumieniem traktowałem jednak jako dedykowany i zasłużony szlak, ponieważ znałem właścicieli, pomogłem im zakupić tę działkę i byłem niemal pewien, że nie mieli mieć nic przeciwko temu, że przechodziliśmy przez ich ziemię bez pytania - w końcu nie włamaliśmy się do domu, nie wynosiliśmy sreber ani nie próbowaliśmy kraść koni, chociaż z Rudą byłoby to całkiem łatwe, nie było powodu robić z tego wielkiej sprawy - problem polegał na tym, że najwyraźniej wybrałem trasę, której sam wcześniej nie kojarzyłem tak dobrze, jakbym mógł zakładać. Zorientowałem się o tym natomiast dopiero wtedy, kiedy wyszliśmy spomiędzy jakiejś przecinki na teren, którego kompletnie nie kojarzyłem, zatrzymałem się zatem odruchowo, patrząc przed siebie i próbując rozeznać się w sytuacji, ale najwidoczniej byłem w tym sam, gdyż Heather, która to z kolei najwyraźniej była zajęta pilnowaniem własnej wiązki chrustu i nie spodziewała się, że nagle przestanę iść, wpadła na mnie z rozpędu. Poczułem uderzenie w plecy, zapewne całkiem znaczne z perspektywy Wood, ale niewystarczające, by mną zachwiać ani zrobić mi coś szczególnego, toteż obejrzałem się przede wszystkim po to, żeby sprawdzić, czy nie zgubiła drewna - nie zgubiła, na szczęście, nadal je trzymała - musiałem przyznać, że to było całkiem imponujące, bo po tym wszystkim, przez co przeszliśmy, spodziewałem się, że prędzej czy później połowa chrustu miała skończyć w jakimś rowie. Nie wypadł jej ani jeden patyk, co w tych warunkach należało uznać za osiągnięcie godne odnotowania, nie zdążyłem jednak powiedzieć niczego na ten temat, ponieważ moja uwaga natychmiast wróciła do tego, co znajdowało się przed nami.
Zamiast od razu odpowiedzieć, stałem przez chwilę i patrzyłem przed siebie, próbując zrozumieć, gdzie właściwie trafiliśmy, gdyż naprawdę nie poznawałem tego miejsca. Zamrugawszy, wytężyłem wzrok na teren przed nami i dopiero wtedy zobaczyłem nagrobki - najpierw jeden, potem drugi, trzeci i czwarty - kiedy przyjrzałem się uważniej, dostrzegłem ich znacznie więcej. Dalej między drzewami widać było kolejne groby, a jeszcze dalej fragment kamiennego ogrodzenia, które najwyraźniej wyznaczało granicę prywatnej nekropolii. Kamienne tablice wystawały z wysokiej trawy pod różnymi kątami, niektóre były popękane, inne porośnięte dziką lub zdziczałą roślinnością, kilka niemal całkowicie zniknęło pod ziemią, pomiędzy nimi rosły natomiast stare drzewa, których korzenie miejscami unosiły fragmenty płyt, przez co całość sprawiała wrażenie miejsca, o którym zapomniano wiele lat temu - wyglądało to na fragment terenu, którego nikt od dawna szczególnie nie doglądał, chociaż z pewnością kiedyś było to całkiem zadbane.
Nie myślałem, gdy pozbyłem się ciężaru chrustu, odłożywszy go na bok, ale zaraz potem potrząsnąłem głową i odchrząknąłem, zanim podjąłem temat naszego znaleziska. Gdybym wiedział o tym wcześniej, pewnie zainteresowałbym się sprawą znacznie szybciej, choć nie byłem pewien, czy moi przyjaciele sami mieli świadomość, co dokładnie kupili - nie miałem bladego pojęcia, czy ktoś miał w zwyczaju informować brytyjskich kupujących o takich rzeczach podczas podpisywania dokumentów, ale utwierdziłem się tym samym w przekonaniu, że w przypadku tego konkretnego dworu mogło być jeszcze kilka podobnych niespodzianek ukrytych w piwnicach, za ścianami albo pod podłogą. Przesunąłem wzrok na kolejne płyty, coraz bardziej zainteresowany tym, co właściwie znaleźliśmy. Najwyraźniej przy zakupie nieruchomości warto było sprawdzać nie tylko stan dachu i fundamentów, ale również to, czy na działce nie znajdowało się przypadkiem kilkadziesiąt grobów.
- Niby wiedziałem, sze moi znajomi kupili ten dwól lasem s całym inwentaszem, ale dopielo telas dowiaduję się, sze mają tutaj nawet własnych umalaków. Moja sona byłaby zachwycona. - Mruknąłem, przesuwając językiem po górnym rzędzie zębów - zresztą sam byłem wystarczająco zainteresowany, żeby nie przejść obok tego miejsca obojętnie i nie czułem się z tym ani trochę dziwnie - już sama myśl o reakcji Sunny na takie odkrycie była wystarczająco zabawna, abym uśmiechnął się pod nosem. Znałem ją i wiedziałem, że lekko makabryczne miejsce ukryte na terenie uprzednio zaklątwionej posiadłości zdecydowanie znalazłby się na liście rzeczy, które trzeba było natychmiast obejrzeć, zbadać i prawdopodobnie omówić z kimś, kto znał się na historii tego miejsca. Ja natomiast byłem zwyczajnie ciekawy, do kogo należały te groby i dlaczego nikt nigdy nie wspomniał mi o ich istnieniu. Majątek był stary, więc sama obecność truposzowni nie powinna była mnie dziwić, ale fakt, że przez pół dzieciństwa poruszałem się po różnorakich miejscówkach w okolicach Little Hangleton i nigdy wcześniej jej nie zauważyłem, był już znacznie ciekawszy. Biorąc pod uwagę to, jak często przypadkiem wpadałem na rzeczy, których zdecydowanie nie powinienem był znajdować, uznałem, że odkrycie czyjegoś rodzinnego składowiska na zwłoki było całkiem adekwatnym zwieńczeniem naszego zbierania chrustu.
- Cho. Zobaczymy, co jeszcze tu mają. - Rzuciłem jej krótkie spojrzenie i ruszyłem między nagrobkami, tym razem ostrożniej stawiając każdy krok. Dopiero po chwili zorientowałem się, że Heather nadal trzymała swój chrust, zamiast zostawić go na ziemi, toteż spojrzałem na nią, potem na jej ręce i pokręciłem głową z rozbawieniem.
- Moszesz to odłoszyś, wiesz? Nikt cię tutaj nie ukladnie. - Powiedziawszy to, podszedłem do jednego z najbliższych nagrobków i pochyliłem się nad nim, próbując odczytać wyryte tam nazwisko, chociaż litery były częściowo zatarte przez czas, mech zasłaniał kilka z nich, a data wyglądała na tak starą, że przez chwilę nie byłem nawet pewien, czy dobrze ją odczytałem, przesunąłem więc palcami po kamieniu, aby zeskrobać kilka porostów, ale zaraz cofnąłem dłoń, uznając, że lepiej było go nie dotykać bez potrzeby.
Tyle… Że… Za… Późno…


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Gówniara z miotełką
Nie strasz, nie strasz, bo się zesrasz.
wiek
21
sława
VI
krew
półkrwi
genetyka
klątwa żywiołów
zawód
BUMowiec
Heather mierzy 160 cm wzrostu. Jest bardzo wysportowana, od dzieciaka bowiem lata na miotle, do tego zawodowo grała w quidditcha. Włosy ma rude, krótkie, nie do końca równo obcięte - gdyż obcinał je Charlie po tym, jak większość spłonęła podczas Beltane. Twarz okrągłą, obsypaną piegami, oczy niebieskie, czają się w nich iskry zwiastujące kolejny głupi pomysł, który chce zrealizować. Porusza się szybko, pewnie. Ubiera się głównie w sportowe rzeczy, ceni sobie wygodę. Głos ma wysoki, piskliwy - szczególnie, kiedy się denerwuje. Pachnie malinami.

Heather Wood
#4
Wczoraj, 16:52  ✶  

Trudno było właściwie stwierdzić na jakiej podstawie powinni założyć ile to jest wystarczająco, tyle ile udźwigną brzmiało całkiem rozsądnie, czy było to jednak ich maksimum? Pewnie mogliby dorzucić jeszcze jeden patyk, czy dwa, ale bez sensu było to robić, bo równie dobrze dodanie kolejnej gałązki mogłoby spowodować, że ich konstrukcja spektakularnie jebnie. Była zadowolona z efektu swojej pracy, niosła cały ten chrust bardzo dzielnie, mimo, że przysłaniał jej widoczność, ale była przecież bardzo zwinna. Wszystko powinno się udać, nie miała wątpliwości, że doniesie każdą z tych gałązek na miejsce.

Szli i szli, skrót nie wydawał jej się być skrótem, pewnie przez to, że te gałęzie ważyły swoje, ale nie narzekała, nie należała do tych marudnych osób, którym nic się nie podobało. Benjy na pewno wiedział co robi, musiał wiedzieć, inaczej przecież nie szedłby tak pewnie przed siebie. No, aż w końcu stanął, przez co odbiła się od niego niemalże tak jak od ceglanego muru - on zapewne nawet tego nie poczuł w przeciwieństwie do niej. Na szczęście ani jeden patyczek nie wypadł z jej pięknej konstrukcji, wtedy bowiem mogłaby się zirytować.

Znaleźli się więc na opuszczonym cmentarzu, który leżał na działce jego znajomych. Fantastycznie, nie mogło być lepiej. Ruda nie była jakąś ogromną fanką cmentarzy, bo niby dlaczego? Co było ciekawego w trupach leżących pod ziemią? Zresztą Little Hangleton kojarzyło jej się z trupami wychodzącymi z błota… Tutaj pierwszy raz widziała żywe trupy, gdy znalazła się na mglistych mokradłach. Na samą myśl o tym wspomnieniu się skrzywiła, pamiętała jak wtedy obrzygała sobie buty.

- Byłaby zachwycona? Dziwne ma upodobania. - Nie do końca chyba znała kogoś kto lubiłby cmentarze, ludzie raczej pojawiali się na nich, zostawiali kwiaty, palili świeczkę i tyle ich widziano. Co mogło być fajnego w takich miejscach? Ludzie mieli różne zainteresowania…

Zaczęła iść z chrustem na rękach, bo szkoda by było, żeby ktoś jej go teraz podpierdolił, żywy, czy też martwy. Nie miała pojęcia, czy umarlaki również zbierały patyki na sabat, jeśli tak, to była dzisiaj wyjątkowo przezorna.

- Jesteś pewien, że żaden truposz nie postanowi podpierdolić mi moich zbiorów? - Niby zostawił swoje, to oznaczałoby, że ufał swojemu osądowi. W końcu ciężko westchnęła i nachyliła się tak, żeby zrzucić swoje patyki w jedną kupkę. Poprawiła ją tak, aby wszystko było ładnie ułożone i nie daj Merlinie nikt nie zabrał jej chociaż patyka.

Ruszyła w kierunku swojego towarzysza, przystanęła tuż za nim - obserwowała jak ten zeskrobywał mech z nagrobka. Nie wydawało jej się, aby nazwiska, które tutaj znajdą cokolwiek im powiedziały, no, ale skoro chciał sobie je sprawdzić, to nie zamierzała mu w tym przeszkadzać. No i wtedy, zupełnie znikąd pojawił się on…

Wyleciał chyba zza nagrobka, tak właściwie to tego nie zarejestrowała, bo zrobił to bardzo szybko. Był to duch, no wyglądał jak duch, jego postać wyglądała jednak bardzo charakterystycznie - włosy miał długie, ulizane, ubrany był w szaty sprzed kilku epok. Podleciał do Benjy'ego i wydusił z siebie - BLABLABLA - Potem odleciał na chwilę i zaatakował go z drugiej strony, zbliżając swoją twarz trochę zbyt blisko jego twarzy, kolejne BLABLABLA zostało przez niego powiedziane, wtedy kichnął i odpadł mu nos. Odfrunął nieco dalej, żeby odłożyć go sobie na miejsce.

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#5
Wczoraj, 17:51  ✶  
Wszystko, co razem zebraliśmy, wyglądało jak całkiem przyzwoity zapas materiału do palenia, szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że od samego początku nie mieliśmy pojęcia, ile właściwie tam tego potrzebowano, i nawet jeśli przez chwilę zastanawiałem się nad tym, czy nie powinniśmy jeszcze trochę dozbierać, uznałem, że gdyby organizatorzy sabatu oczekiwali od nas całego wozu drewna, mogli nas o tym jakoś uprzedzić, wywiesić plakaty, rozdać ulotki informacyjne - coś w tym rodzaju - skoro tego nie zrobili, mogli się bujać, mieliśmy im dostarczyć chrust wedle naszego własnego uznania, a że sama czynność zaczęła mnie nużyć…
Gdy stanęliśmy tuż za murkiem oddzielającym łąkę od nieoczekiwanej atrakcji turystycznej pod postacią zapomnianego cmentarza, mi również przypomniało mi się kilka miejsc, w których widziałem rzeczy zdecydowanie mniej martwe, niż powinny być. Nie musiałem nawet zbyt długo szukać ich w pamięci, Little Hangleton miało zresztą własną reputację, i gdy się w nim wychowywało, naprawdę trudno było być zaskoczonym, chociaż rozumiałem, dlaczego Heath nie podzielała mojego zainteresowania tym miejscem. Dla mnie sam fakt, że znalazłem coś, czego wcześniej nie widziałem na terenie należącym do moich przyjaciół, był wystarczającym powodem, żeby się tym zainteresować, natomiast dla niej najpewniej były to przede wszystkim kamienie ustawione nad ludźmi, którzy od dawna przestali mieć cokolwiek do powiedzenia - trudno było się zresztą z nią kłócić, bo większość zwyczajnych cmentarzy rzeczywiście sprowadzała się do kwiatów, zniczy, kilku szeptanych słów, udawanej modlitwy i powrotu do domu, ten jednak wyglądał inaczej, był stary, zapomniany i najwyraźniej pozostawiony sam sobie od wystarczająco dawna, żeby zacząć przypominać część lasu, właśnie dlatego moment później przykucnąłem przy jednym z nagrobków i zacząłem ostrożnie zeskrobywać mech z kamienia, chcąc odczytać nazwisko. Zanim to zrobiłem, spojrzałem przez ramię, krótko potrząsnąwszy głową.
- Nie mówię, sze cieszy się na widok kaszdego zdechlaka, któlego mosna znaleźć pod ziemią. - Nie dodałem, iż te na powierzchni z pewnością były dla niej bardziej interesujące. - Nie chodziło mi o to, sze siedzi wieczolami na Highgate i głaszcze naglobki. - Rzuciłem, prychnąwszy pod nosem, chociaż wydało mi się to całkiem przezabawną wizją. Nie uważałem się za wielkiego miłośnika krypt, nekropolii, trupów ani wszelkich innych atrakcji związanych z życiem pozagrobowym, ale potrafiłem znaleźć w nich pewien rodzaj przewrotnego uroku, nie zamierzałem jej jednak przekonywać, że powinna podziwiać nagrobki, skoro sam nie wiedziałem jeszcze, czy oglądaliśmy tutaj coś rzeczywiście interesującego, czy tylko bardzo stary kawałek ziemi, którego nikt nie raczył porządnie uprzątnąć.
- Zresztą, spójsz na mnie. Czy naplawdę sądzisz, sze kobieta o nolmalnych upodobaniach stwieldziłaby „a tego se wezmę”? - Nie musiała nawet odpowiadać, ponieważ odpowiedź była w tym przypadku całkowicie oczywista. Uśmiechnąłem się pod nosem i spojrzałem na rzędy starych nagrobków, zastanawiając się przez chwilę, czy przypadkiem nie przesadziłem z określeniem, że byłaby zachwycona, ale zaraz przypomniałem sobie kilka sytuacji, w których moja żona wykazywała podejrzanie duże zainteresowanie rzeczami, przy których większość ludzi wolałaby odwrócić wzrok. Stare nazwiska, historie rodzin, ślady ludzi, którzy żyli przed nami, takie rzeczy potrafiły być ciekawe, nawet jeśli ich bohaterowie od dawna mieli wyjątkowo mało do powiedzenia, a gdy jeszcze potrafiło się dosłownie zagłębić w meandry przeszłości, trudno byłoby nie być tym pochłoniętym, czasem bardzo dosłownie, to była różnica, chociaż przy Heather nie zamierzałem wdawać się w wykład dotyczący subtelności ludzkich zainteresowań.
Ruszyłem dalej między nagrobkami, przy okazji rozglądając się za czymś, co mogłoby wyjaśnić, do kogo właściwie należała ta ziemia, zanim kupili ją moi ziomkowie, kiedy jednak Heather zadała kolejne pytanie, zatrzymałem się i spojrzałem na stertę chrustu, którą tak pieczołowicie zabezpieczała, a potem na stare płyty nagrobne - po tylu godzinach zbierania odpowiedniego drewna również nie chciałbym odkryć, że jakiś przypadkowy człowiek, zwierzę albo, w tym konkretnym miejscu, duch postanowił sobie przywłaszczyć połowę naszej pracy, ale raczej nie wydawało mi się to zbyt prawdopodobne.
- Nie. - Odpowiedziałem, mimo to, bez większego namysłu, po czym wzruszyłem ramionami. - To po plostu lysyko, któle jestem w stanie zaakceptowaś. - Wróciłem do nagrobka, przesuwając paznokciem po szczelinie między literami - im więcej mchu usuwałem, tym wyraźniej zaczynał się pojawiać napis, chociaż, jak przy poprzednim przypadku, nazwisko było niemal całkowicie starte, ale pod nim nadal dało się odczytać datę - nie była szczególnie bliska, co tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że ten cmentarz musiał należeć do ludzi związanych z dworem na długo przed tym, zanim ktokolwiek z obecnych właścicieli pomyślał o kupieniu tej ziemi - zamierzałem powiedzieć coś na ten temat, lecz nie zdążyłem się odwrócić, ponieważ coś przemknęło mi nad ramieniem z taką prędkością, że poczułem jedynie lodowato zimny podmuch. Odruchowo odskoczyłem, kopiąc butem o kamienną płytę, a kiedy podniosłem głowę, zobaczyłem przed sobą ducha.
- Co, kulwa. - Nie potrafiłem powiedzieć nic bardziej elokwentnego, nie miałem nawet czasu odsunąć głowy, zanim widmowy typ pojawił się przede mną z prędkością, której zdecydowanie nie spodziewałem się po kimś wyglądającym na człowieka z poprzednich kilku stuleci, po czym wyrzucił z siebie potok słów, którego kompletnie nie rozumiałem. - Słucham? - Odchyliłem głowę, próbując zachować dystans między jego twarzą a moją. -Typie, nie losumiem ani słowa. - On jednak kontynuował, najwyraźniej kompletnie niezainteresowany moim problemem komunikacyjnym, ja tymczasem patrzyłem na niego z rosnącym zdumieniem, kiedy nagle kichnął. Usłyszałem ciche, bardzo nieprzyjemne „apsik”, a następnie zobaczyłem, jak jego nos po prostu odpadł od twarzy i zaczął spadać w dół. Przez chwilę nie byłem nawet w stanie się odezwać, ponieważ próbowałem zrozumieć, czy właśnie byłem świadkiem nadprzyrodzonego odpowiednika zgubienia kapelusza, patrzyłem na niego kilka sekund w kompletnej ciszy, po czym spojrzałem na Heather, nawet nie mrugnąwszy, duch tymczasem odfrunął kawałek, najwyraźniej zupełnie niezrażony utratą części własnej anatomii i zaczął ją sobie ponownie przymocowywać.
Przetarłem dłonią twarz, westchnąłem ciężko i napiłem się absyntu, doskonale zdając sobie sprawę z tego, iż był to dopiero początek, nie koniec rozmowy.
- No dawaj, dziadu, tym lasem splóbuj powoli. Blablabla? - Powiedziałem to głośniej niż zamierzenie, chociaż nie miałem pewności, czy problem polegał w jego języku, sposobie mówienia, czy może na tym, że byłem po zbyt wielu łykach alkoholu i mój mózg nie miał ochoty uczestniczyć w tej rozmowie.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Gówniara z miotełką
Nie strasz, nie strasz, bo się zesrasz.
wiek
21
sława
VI
krew
półkrwi
genetyka
klątwa żywiołów
zawód
BUMowiec
Heather mierzy 160 cm wzrostu. Jest bardzo wysportowana, od dzieciaka bowiem lata na miotle, do tego zawodowo grała w quidditcha. Włosy ma rude, krótkie, nie do końca równo obcięte - gdyż obcinał je Charlie po tym, jak większość spłonęła podczas Beltane. Twarz okrągłą, obsypaną piegami, oczy niebieskie, czają się w nich iskry zwiastujące kolejny głupi pomysł, który chce zrealizować. Porusza się szybko, pewnie. Ubiera się głównie w sportowe rzeczy, ceni sobie wygodę. Głos ma wysoki, piskliwy - szczególnie, kiedy się denerwuje. Pachnie malinami.

Heather Wood
#6
Wczoraj, 18:15  ✶  

Heather zaczęła uważnie rozglądać się po cmentarzu, kiedy położyła swoje patyki na trawie. W końcu mogła zobaczyć coś poza tymi chabaziami. Miejsce miało swój urok… no na pewno ktoś mógł stwierdzić, że było urocze, chociaż niekoniecznie uderzało to w akurat jej estetykę, ale wiadomo - o gustach się nie dyskutuje. Najwyraźniej Benjy nie kojarzył tego cmentarza, nie widział go wcześniej, bo wydawał się być zaskoczony tym, że się w nim znaleźli, co było całkiem zabawne, bo mial ich przeprowadzić przez skrót, który bardzo dobrze znał… Tak to bywa już z tymi skrótami.

- Jasne, jasne, nawet gdyby się cieszyła z widoku każdego zdechlaka, czy tam głaskała nagrobki to spoko. - Powiedziała jeszcze, bo przecież każdy mógł robić co chciał, być może uznała to za dziwne, ale nie miała nic przeciwko temu, jeśli sprawiało jej to radość, przy okazji nikogo przy tym nie krzywdziła, to niech się bawi. - Całkiem spoko, niech każdy robi to co lubi, różne są zainteresowania, co nie? Mnie by to w ogóle nie jarało, ale jeśli ją jara, to super. Najważniejsze, że znalazła coś, co lubi robić. - Nie zamierzała dalej ciągnąć tematu zainteresowań żony swojego kumpla, bo nie miało to większego sensu, widać ludzie są różni, każdy był odrobinę skrzywiony. Ona w końcu w wolnym czasie angażowała się w działania tajnej organizacji, która próbowała walczyć z Voldemortem… niech sobie każdy robi to, na co tylko ma ochotę.

Gdy wspomniał o tym, żeby na niego spojrzała dokładnie to zrobiła. Zmierzyła go wzrokiem od stóp do głów. Cóż, nie wydawało jej się, aby komentarz do tej wypowiedzi był potrzebny. Faktycznie ta kobieta musiała mieć bardzo specyficzny gust, skoro to on był jej wymarzonym księciem na białym koniu. Zdecydowanie nie wpasowywał się w ramy typowego kandydata na męża. - Myślę, że powiem pomidor, chociaż na pewno znasz odpowiedź. - Nie powiedziałby tego, gdyby nie zdawał sobie sprawy z tego, jakie wrażenie mogła sprawiać jego aparycja. Z drugiej strony ocenianie książki po okładce raczej nie prowadziło do odpowiednich wniosków, często bywało mylące, o czym sama się przekonała. W końcu przy ich pierwszym spotkaniu wzięła go za śmierciożercę… na samą myśl o tym się uśmiechnęła.

- No dobra, skoro tak mówisz to niech Ci będzie, ale jeśli ktoś mi zajebie moje patyki to nie wracam się po następne. - Była to groźba, zdecydowanie groźba. Tak naprawdę gdyby ktokolwiek chociażby postanowił na nie spojrzeć to Ruda nie miałaby oporów przed tym, aby mu przyjebać.

Heather patrzyła się na to co właśnie się przed nią działo niczym na jeden z najlepszych meczów quidditcha, nie mrugała, wpatrywała się w nich niczym zaczarowana. Duch podleciał do Benjy'ego i zaczął dziamdziać, później odleciał i wrócił z tą samą gadką, której nie dało się zrozumieć, aż w końcu kichnął i odpadł mu nos. Nie mogła być poważna, zachichotała całkiem głośno, cofnęła się też o krok, żeby obserwować to, co działo się między nimi. Nie zamierzała się w to wpierdalać, zwłaszcza, że duch najwyraźniej wybrał sobie Benjy'ego za swój cel.[/b]
[a]Duch nie zwlekał, miał mówić wolniej. Niech mu będzie. - BLA BLA BLA BLA BLA - Zmienił nieco ton swojej wypowiedzi, jakby to miało spowodować, że Benjy go zrozumie. Zrobił też salto w powietrzu i niespodzianka - po raz kolejny zgubił swój nos. Złapał go w locie i umieścił na twarzy mrucząc pod nosem nerwowo. - BLA BLA

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#7
Wczoraj, 23:40  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: Wczoraj, 23:43 przez Benjy Fenwick.)  
Z perspektywy kilku kroków dalej cmentarz rzeczywiście miał w sobie coś interesującego, stare kamienie, cisy, przekrzywione metalowe ogrodzenia i zarośnięte płyty tworzyły całkiem ciekawą całość, może nie powiedziałbym, że był szczególnie przytulny, bo trudno było nazwać „przytulnym” miejsce pełne rozłożonych ciał, popękanych płyt i drzew rosnących pomiędzy mogiłami, czasami nawet w nich, ale miał swoją atmosferę. Spojrzałem jeszcze raz na stare nagrobki, po czym kiwnąłem głową i wzruszyłem ramionami, właściwie Heather miała rację, nie było sensu rozwodzić się nad tym, co kogo bawiło, jedni lubili cmentarze, inni lubili Quidditcha, jeszcze inni najwyraźniej mieli wystarczająco dużo wolnego czasu, żeby pisać do mnie listy z pogróżkami - każdy znajdował sobie własny sposób na spędzanie życia - niektóre były tylko zdecydowanie bardziej angażujące od pozostałych. Podobało mi się raczej to, że miejsce było autentycznie stare i najwyraźniej przez lata pozostawione własnemu losowi, bo takie zwykle niosły ze sobą nawet więcej historii niż wypucowane rodzinne posiadłości, w których każdy kamień wmurowano pod odpowiednim kątem.
- Znam kogoś, kto hodował w słoikach własne baktelie i nazywał je „kolekcją”, więc naplawdę daleko mi do oceniania cudzych zaintelesowań. - Rzuciłem, dochodząc do wniosku, że w zestawieniu z kolekcjonowaniem niektórej materii ożywionej, martwi ludzie rzeczywiście zaczynali wyglądać całkiem sympatycznie.
Byłem zresztą ostatnią osobą, która powinna prowadzić wykład o normalności.
- No’ok, uznaję, pszynajmniej nie powiedziałaś „kaltofel”. - Pokręciłem głową, po czym napiłem się z butelki, znowu wzruszywszy ramionami. Nie zamierzałem nawet udawać, że nagle odkrywaliśmy wielką filozoficzną prawdę o nieocenianiu książek po okładce. Wiedziałem, jak wyglądałem, wiedziałem, co robiłem, wiedziałem też, że na pierwszy rzut oka nie sprawiałem wrażenia szczególnie bezpiecznej inwestycji jakichkolwiek towarzyskich zasobów, szczególnie małżeńskich czy przyjacielskich - po tylu latach życia z własnym odbiciem człowiek mojego pokroju raczej przyzwyczajał się do tego, że nie wszystkim przypadnie do gustu jego wygląd, sposób bycia czy decyzje podejmowane o trzeciej w nocy - nie miałem szczególnych złudzeń co do własnej aparycji, zresztą nigdy nie próbowałem wyglądać jak perfekcyjny, wymuskany, wylizany przez hipogryfa kandydat z katalogu eleganckich czarodziejów przeznaczonych do wydania za mąż przez konserwatywne rodziny, a skoro przy pierwszym spotkaniu można mnie było wziąć za Śmierciożercę, to chyba również nie świadczyło szczególnie dobrze o moim wizerunku.
- Spokojnie. Nikt ci ich nie zajebie. - Wskazałem jej kupkę brodą. - A jeśli jakiś tlup splóbuje, pozwolę ci go pobiś. - Fartownie te tu musiały mieć bardzo kruche kości. - Nie mam zamialu wchodziś między ciebie a chlust, to byłaby zwyczajna głupota. - Przy ostatnim zdaniu uśmiechnąłem się pod nosem, ale szybko wróciłem spojrzeniem do tego, co rozpościerało się przed nami, gdyż od pozostawionego chrustu nadal dużo bardziej interesowały mnie nazwiska na nagrobkach, szczególnie że niektóre były na tyle powycierane i naznaczone uszkodzeniami przez wilgotną, brytyjską aurę, iż trudno było je odczytać, więc musiały znajdować się tutaj przez szmat czasu - zastanawiałem się, czy znalazłoby się wśród nich nazwisko, które coś by mi powiedziało, ale na razie niczego nie rozpoznawałem - litery były niemal całkowicie niewyraźne, lecz pod warstwą zielonego nalotu zebranego przeze mnie paznokciem zaczynały pojawiać się kolejne fragmenty inskrypcji, pochyliłem się więc niżej, próbując je odczytać, i dopiero po chwili ponownie otworzyłem usta…
No, cóż, ewidentnie liczba lokatorów była większa niż podawano przy weryfikacji ksiąg wieczystych… Przez chwilę naprawdę nie wiedziałem, czy bardziej powinienem zająć się duchem, czy Heather, która najwyraźniej znalazła sobie najlepszą rozrywkę tego wieczoru i obserwowała całe przedstawienie z takim skupieniem, że brakowało jej chyba tylko popcornu - jej „nowy najlepszy przyjaciel” mógł być właśnie napastowany przez ducha o wyjątkowo kiepskiej dykcji, a ona stała sobie z boku i świetnie się bawiła, zamiast w czymkolwiek pomóc - zerknąłem na nią kątem oka, kiedy zachichotała, na dźwięk czego sam parsknąłem i pokręciłem głową, bo oczywiście, że nie zamierzała mi niczego ułatwiać. W sumie nie mogłem mieć o to pretensji, bo gdybym znalazł się na jej miejscu, prawdopodobnie robiłbym dokładnie to samo.
Duch najwyraźniej jednak uznał, że moja pierwsza prośba o mówienie wolniej była zaiste zaproszeniem do kontynuowania rozmowy, więc podleciał ponownie zbyt blisko mojej twarzy, tym razem wypowiadając swoje tajemnicze komunikaty znacznie wolniej i z przesadną starannością. Przechyliłem głowę, „słuchając” blablania z największym skupieniem, na jakie było mnie stać, pokiwałem nawet powoli głową, jakbym rzeczywiście analizował każde wypowiedziane przez niego słowo, chociaż w rzeczywistości nie zmieniło się absolutnie nic.
- Aha–a. - Mruknąłem twierdząco. - Blabla-bla. - Jasne, wszystko było już dla mnie kompletnie zrozumiałe. Najwyraźniej miał ogromną potrzebę przekazania mi jakiejś niezwykle ważnej informacji, ale przez śmierć utracił zdolność posługiwania się językiem, więc wdawanie się z nim w głębokie dyskusje wymagało zarówno otwartego umysłu, jak i umiejętności zachowania nieśmiertelnej powagi. Wskazałem na niego butelką absyntu, zachowując przynajmniej część z tego zestawu predyspozycji. - Nie podnoś na mnie głosu. To, sze jesteś tu gospodaszem - co prawda martwym od stu, czy iluśtam lat - nie oznacza jeszcze, sze masz plawo byś nieupszejmy. Ja tesz mam swoje glanice. - Zaznaczyłem, chociaż nie sądziłem, by miało to znacząco poprawić jakość naszego dialogu.
Duch zaczął coś mamrotać pod nosem, potem blablać głośniej, przyglądał mi się przez chwilę, po czym zrobił salto w powietrzu, najwyraźniej chcąc poprzeć swoją wypowiedź jakimś argumentem natury fizycznej, co skończyło się dokładnie tak, jak mogłem się spodziewać po poprzednim występie, czyli jego nos ponownie oderwał się od twarzy.
Nie miałem pojęcia, czy Heather gdzieś tam za mną nadal się śmiała, czy też zdążyła już umrzeć ze śmiechu, ale w tej chwili naprawdę przestało mnie to obchodzić, ponieważ po kolejnej poprawce natury pozagrobowej medycyny estetycznej powróciliśmy do dialogu, najwyraźniej znalazłszy sobie nową metodę porozumiewania się, a skoro jego język ograniczał się do jednego słowa, ja mogłem przynajmniej udowodnić, że również potrafiłem być człowiekiem niezwykle elastycznym kulturowo. - Bla? - Oparłem wolną dłoń na biodrze i przyjrzałem mu się uważnie.
Duch pokiwał głową.
- Blablabla.
Pokiwał ponownie.
- Bla-bla-bla?
Tym razem pokręcił głową.
- Bla–bla. - Zmrużyłem oczy.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (3732), Heather Wood (1557)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa