• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Poza Wyspami v
1 2 Dalej »
[25/26.10.1972] Whistling in the dark | Benjy, Geraldine

[25/26.10.1972] Whistling in the dark | Benjy, Geraldine
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#1
05.09.2026, 00:58  ✶  
noc z 25.10. na 26.10.1972, gdzieś na zadupiu we Francji
Szedłem przez rozmokłą połać terenu, chyba tylko z czystej ironii nazywaną przez lokalsów „drogą”, zapadając się butami w błoto, które z każdym krokiem próbowało zatrzymać mnie na zawsze w jednym miejscu, czemu zdecydowanie pomagało to, że byłem ciężki, więc zostawiałem głębokie ślady - ciężki i zdecydowanie ospały - próbowałem nie myśleć o tym, że kilka godzin wcześniej znajdowałem się w miejscu posiadającym dach, ściany oraz przynajmniej teoretyczną możliwość rozpalenia kominka, o ile akurat drewno zostało przeze mnie narąbane. Teraz miałem nad głową wyłącznie czarne, bezgwiezdnej niebo, po lewej i prawej stronie pola i góry ciągnące się aż do niewidocznego horyzontu, a przed sobą trasę, której końca nie było widać nawet wtedy, gdy bardzo chciałem go zobaczyć. Mapa przestała być użyteczna mniej więcej dwadzieścia minut temu, kompas zachowywał się bezsensownie, natomiast różdżka, której próbowałem użyć do rozświetlenia drogi, dawała światło tak nędzne, że równie dobrze mogłem nieść kaganek, niczym wiktoriańska sierota, albo przywiązać sobie do nosa świeczkę.
Minęliśmy jeszcze bardziej zarośnięty rów, potem drewniany słupek z wyblakłym oznaczeniem, którego nie potrafiłem odczytać, a chwilę później drogę przecięła nam niespodziewanie szeroka rzeka znajdująca się na dole ostrej skarpy, na której widok bez słowa podszedłem bliżej brzegu spadku, oświetliłem wodę w wyrwie różdżką i przez chwilę w milczeniu przyglądałem się kamieniom pod powierzchnią. Nie było mostu, była za to kładka, wąska, spróchniała i wyglądająca tak, jakby ostatni człowiek, który z niej korzystał, zmówił paciorek I zostawił testament przed wejściem. Przez chwilę rozważałem możliwość znalezienia innego przejścia, ale alternatywa oznaczała zejście jeszcze głębiej w pole, następnie przedzieranie się przez mokre krzaki i prawdopodobnie zgubienie drogi po raz kolejny, być może tylko po to, aby na sam koniec znowu napotkać ten sam problem pod postacią głębokiego koryta zawijającego kilkadziesiąt mil dalej. Oczywiście, mogliśmy spróbować teleportować się na drugą stronę, lecz żadne z nas nie miało pewności, co kryło się w ciemnościach przed nami - kładka miała tę przewagę, że prowadziła dokładnie tam, gdzie teoretycznie chcieliśmy się znaleźć, a jednocześnie odrobinę eliminowała możliwość nagłego znalezienia się w czyjejś paszczy.
- Pozwolisz, sze tym lasem panie nie pójdą pszodem… - Odezwałem się przez ramię, samowolnie decydując się podjąć taką, nie inną decyzję, z wiadomych nam przecież obojgu względów - byłem cięższy, bardziej zbity, miałem grubsze kości i doświadczenie w dochodzeniu do siebie po zostaniu zabawką do rzucania dla wilkołaka, i chociaż niespecjalnie widziała mi się kąpiel, zwłaszcza bez światła księżyca i w towarzystwie kuzynki, jeszcze mniej chciałem ją wydobywać z dna.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#2
07.09.2026, 20:06  ✶  

Warunki z którymi przyszło im się mierzyć nie należały do najbardziej przyjemnych. Wiatr wiał jej w mordę, podłoże próbowało zatrzymać ją w miejscu, do tego wszystkiego marzyła o tym, żeby właśnie w tej chwili opierdolić stek. Miała wrażenie, że gdy tylko zamykała na chwilę oczy przed nosem pojawiał jej się zapach idealnie wysmażonego mięsa. Starała się więc tego unikać, szła przed siebie z szeroko otworzonymi oczyma, by nie daj Merlinie nie kusić losu. Jeszcze musiałaby się zawinąć stąd właśnie w tej chwili, aby spełnić swoją zachciankę. To nie tak, że była głodna, nie, zjadła przed tym nim się tu pojawili solidny posiłek, po prostu podczas tego uroczego spaceru naszła ją ochota na kawał mięsa.

Pogodziła się z tym, że musieli się poruszać w ciemności. Znajdowali się na jakimś zadupiu, które najwyraźniej nie pozwalało się chociaż odrobinę rozświetlić. Kaptur co chwilę spadał jej na twarz, przez co poprawiała go co chwila prawą rękę, w lewej oczywiście miała różdżkę, której póki co nie zamierzała używać, ale nigdy nie wiadomo kiedy coś postanowi zaznaczyć swoją obecność w miejscu jak to.

Tak naprawdę trudno było stwierdzić, czy szli w dobrym kierunku, wolała się nastawić na to, że rzeczywiście tak jest, chociaż ciężko było czytać znaki, które powinno dawać otoczenie. Było tu ciemno niczym w czarnej dupie. Czuła, że jej spodnie są umorusane w błocie, zrobiły się już bowiem dużo cięższe niż na początku wędrówki, tak samo jak i buty.

Benjy przystanął i świecił w miejscu swoją różdżką, przez co podeszła do niego i spojrzała w tamtym kierunku. Była to rzeka, strumyk? Trudno było to stwierdzić w tych warunkach. Przeniosła wzrok nieco wyżej, dostrzegła w mroku tę nieszczęsną kładkę, która nie wyglądała na najbardziej stabilną. Spojrzała na swojego kompana, później na siebie, znowu na swojego kompana… Cóż, jeśli i on i ona ją pokonają zdecydowanie będzie ją można uznać za funkcjonalną.

- Nie krępuj się, chętnie pójdę za Tobą. - Fenwick był od niej cięższy, jeśli jemu uda się przejść bez zmoczenia się, to jej tym bardziej. Była od niego nieco mniejsza i szczuplejsza, chociaż i tak nie należała przecież do drobnych osób.

- Mam Cię asekurować, czy coś? - Wolała się upewnić, bo nie ma się co oszukiwać warunki nie należały do najprzyjemniejszych, nie ufałaby tej kładce, nie mieli jednak zbyt wielkiego wyboru, musieliby nadrobić drogi gdyby wybrali inną opcję.

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#3
07.09.2026, 20:55  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.09.2026, 20:55 przez Benjy Fenwick.)  
Wiatr wciskał lodowate, zimne podmuchy pod wysoko postawiony kołnierz mojego skórzanego płaszcza, raz na jakiś czas usiłując zerwać mi przy tym z głowy kaptur, który musiałem założyć praktycznie od razu po tym, jak znaleźliśmy się pośrodku niczego, w pięknej, dzikiej Francji - „ta, jasne, gdybyśmy tylko jeszcze mogli podziwiać jakieś widoki” - słonawa wilgoć bezustannie osiadała na mojej twarzy, a błotnisty piach, w który nienaumyślnie zapadłem się tuż po teleportacji, przy każdym ruchu przypominał o sobie ciężarem na przemoczonych nogawkach spodni, więc było to raczej naturalne, iż szybko zacząłem się zastanawiać, czy przypadkiem nie popełniłem jakiegoś wyjątkowo szkolnego, banalnego błędu życiowego, skoro o tej porze znajdowałem się tutaj zamiast siedzieć przy kominku z czymś mocniejszym w dłoni.
- Okej. - Spojrzałem jeszcze raz na deski rozciągnięte nad czarną dziurą i jeszcze czarniejszą wodą, potem na Geraldine, która zadała całkiem rozsądne pytanie, a następnie znowu na kładkę, bo odpowiedź wymagała ode mnie przede wszystkim ustalenia, czy miałem ochotę umrzeć szybko, czy jednak powoli i w wyjątkowo nieprzyjemnych okolicznościach - wcale nie pomagała mi świadomość, iż kuzynka znajdowała się dosłownie kilka kroków za mną, nawet jeśli oferowała mi asekurację, wręcz przeciwnie, zacząłem nagle bardzo wyraźnie wyobrażać sobie, jak wyglądałoby moje życie po tym, gdybym wpadł do wody po pas, a ona musiałaby mnie wyciągać, jak to członek rodziny, mając przy tym pełne prawo przez resztę życia przypominać mi, że koleś, który zwykle uważał się za całkiem sprawnego, został pokonany przez trzy deski zbite ze sobą w konstrukcję wyglądającą, jakby ostatni remont przeszła za panowania któregoś z Ludwików, i kogoś, kto najwyraźniej nie posiadał pojęcia o stolarstwie.
- Nie tszeba. - Odpowiedziałem w końcu, zerkając na nią przez ramię. - Jeszeli mam spaść, wolę zlobiś to samodzielnie. - Miałem w końcu pewną dumę, której chciałbym przynajmniej przez najbliższe pięć minut nie stracić - zrobiłem krok, stając na pierwszą deskę, która od razu odpowiedziała głuchym jękiem, przez co przez moment poczułem, że moje przekonanie o własnej nieśmiertelności było jednak nieco przesadzone. Potem było odrobinę lepiej, choć złudnie, przeszedłem jeszcze dwa kroki, sprawdzając mostek stopą przed każdym kolejnym ruchem, podczas wykonywania przeze mnie trzeciego kroku jedna z desek ugięła się nagle pod moim ciężarem, tak mocno, że musiałem gwałtownie przenieść ciężar na bok, jednak - o dziwo - nie pękła w momencie, w którym najbardziej spodziewałem się, iż mogła to zrobić.
- No jusz, kulwa… - Mruknąłem, spróbowawszy rozłożyć ciężar ciała w znacznie kontrolowany sposób niż na początku. - Nie lóbmy scen… - Przesunąłem stopę powoli, szukając miejsca, które wyglądało na najmniej zgniłe, dopiero kiedy upewniłem się, że wybrana przeze mnie podpora nie runęła w dół, ruszyłem dalej, krok po kroku, bardzo ostrożnie. W połowie kładki zatrzymałem się ponownie, bo jedna z desek pod moją prawą stopą znów wydała z siebie dźwięk, którego nie chciałem już słyszeć - było to krótkie, suche chrupnięcie, po którym drewno opadło o kilka centymetrów - zacisnąłem zęby, przeniosłem ciężar na drugą nogę i przez chwilę stałem absolutnie nieruchomo, patrząc przed siebie.

Czy kładka zacznie pękać?
Rzut TakNie 1d2 - 1
Tak


Jeśli tak, to af ◉◉◉◉○ na uniknięcie wpadnięcia w dziurę.
Rzut PO 1d100 - 58
Sukces!


Jeśli tak, to która część się psuje, przyjąwszy, że idziemy na północ, więc północ jest z przodu.
Rzut Strony 1d4 - 3
Wschód


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#4
07.09.2026, 21:19  ✶  

Bywała w wielu malowniczych miejscach, nieczęsto jednak miała przyjemność podziwiać te widoki. Zazwyczaj jej wizyty wiązały się po prostu z wykonaniem zadania, najczęściej w samym środku nocy, pośrodku niczego. Taka robota, czy coś, rzadko kiedy był czas na przyjemności. Drzewa, krzaki, błoto w większości miejsc wyglądały właściwie podobnie, zwłaszcza w samym środku nocy.

Stała więc za swoim kuzynem, spoglądając w dół. Woda była ciemna, musiała być kurewsko zimna, zważając na to, że mieli końcówkę października, niby w Walii zdarzało jej się morsować, jednak nie miała w dzisiejszym bingo kąpieli w rzece chuj wie gdzie. Zdecydowanie wolałaby nie sprawdzać, czy ta kładka nadaje się do użytku, a jako, że Benjy sam zgłosił się na ochotnika - to przecież nie mogła mu odmówić tej przyjemności. Pewnie też nie chciał zaliczyć kąpieli w zimnej wodzie, ale jednak zadecydował, że to właśnie on pójdzie pierwszy. Wyjątkowo nie wchodziła mu w drogę, nie sugerowała, że to ona powinna pójść pierwsza, zamiast tego zaoferowała, że może go asekurować, to wydawało jej się być całkiem w porządku. Nie mogła pozwolić, żeby wpadł do tej nieszczęsnej rzeki, wystarczyło, że ostatnio podczas wspólnej wyprawy prawie wyzionął ducha, musiała o niego dbać…

- Jak chcesz, nie będę się narzucać. - Cóż, chciała być miła - wyszło jak zawsze. Nie chciała być nadgorliwa, jeśli nie chciał jej wsparcia, to nie zamierzała się wpierdalać, prosta sprawa.

Przystanęła jednak tuż za nim, kiedy powoli zaczynał swoją wędrówkę. Obserwowała mężczyznę uważnie, trzymała różdżkę w górze, gdyby pojawiły się jakieś okoliczności, których nie przewidzieli, ale tylko po to. Nie zamierzała łagodzić jego ewentualnego upadku, bo tego nie chciał.

Szedł powoli, ostrożnie - było to całkiem rozsądne, chociaż Ger zastanawiała się, czy bardziej skuteczne nie byłoby po prostu przebiegnięcie przez nią i nie patrzenie pod nogi. Jak wiadomo jednak, każdy miał swoje metody. Pierwsze kroki poszły nie najgorzej - nadal stał, jednak nie mogło być zbyt kolorowo, prawda? Widziała jak przeniósł gwałtownie ciężar na jedną stronę, to sugerowało, że z podłożem było coś nie tak. Przymknęła jedno oko, chyba nie do końca chcąc patrzeć na jego upadek. Udało mu się jakoś uniknąć nieprzyjemnego lądowania. Mimo swojej dosyć sporej masy był bardzo zwinny, czmychnął przed dziurą w desce. Zrobił to naprawdę fenomenalnie, chociaż oczywiście nie powiedziała tego na głos, jeszcze za bardzo by to wziął do siebie.

Prawa część kładki zaczęła pękać, nie sądziła, żeby miała wytrzymać zbyt długo. - Lepiej zapierdalaj, jeśli nie chcesz wylądować w wodzie. - Rzuciła jeszcze w eter, chcąc go nieco popędzić, wolałaby, aby uniknął spotkania z rzeką. Sama zaś wiedziała już w jaki sposób przemierzy tę nieszczęsny, niestabilny mostek.

Wyciągnęła różdżkę, mruknęła pod nosem zaklęcie, mogło wydawać się, że rozpłynęła się w ciemności, nie pozostał po niej żaden ślad, ale były to tylko pozory. Jej ludzkie ciało nie należało do lekkich, jednak jako skunks? Jako skuns ważyła tyle, co nic, bez problemu powinno jej się udać utrzymać je na kładce.

Ruszyła przed siebie, trzymając się lewej strony kładki, szła bardzo zwinnie, szybko, omijała wszelkie ubytki w deskach. Uważała na nie, bo w zwierzęcej formie łatwiej było jej po prostu wpaść w jakąś dziurę.

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#5
07.09.2026, 22:35  ✶  
Geraldine miała tę irytującą cechę, że nawet kiedy próbowała być miła, potrafiła zabrzmieć tak, jakby właśnie udzielała mi ostatniej szansy na zachowanie godności - „jak chcesz, nie będę się narzucać” - usłyszałem za plecami i przez chwilę zastanawiałem się, czy powinienem był się odwrócić i powiedzieć jej, że „doceniałem troskę, ale” resztę mogła sobie dopowiedzieć. Ostatecznie tego nie zrobiłem, bo lubiłem dostrzegać głównie pozytywne aspekty naszej współpracy, zwłaszcza w sytuacjach, w których znajdowaliśmy się razem na zapomnianym przez Merlina zadupiu i byliśmy zdani wyłącznie na swoje wzajemne towarzystwo, poza tym może nie powiedziałbym tego na głos, ale odpowiadał mi styl bycia mojej kuzynki, bo dzięki niemu nie mieliśmy żadnych zbędnych niejasności w naszej relacji, zarówno zawodowej, jak również towarzyskiej. A tych nam dzisiaj nie brakowało z zewnątrz.
Strumień był szerszy, niż początkowo sądziłem, chociaż przy tej temperaturze i po tylu godzinach marszu wszystko zaczynało wyglądać na większe, głębsze i zdecydowanie bardziej nieprzyjazne, niż zapewne było w rzeczywistości - nie widziałem jednak ani śladu dna, ani jednego kamienia wystającego ponad płynącą wodę, o którą mógłby się rozbijać szybki nurt rzeki, co zdecydowanie byłoby pocieszającym widokiem - nie podobało mi się to spostrzeżenie. Jeszcze mniej podobało mi się to, że poczułem nagle znajome ukłucie pod czaszką, tuż przy płacie czołowym, był to ten rodzaj instynktownego napięcia, który zwykle pojawiał się wtedy, kiedy coś w moim otoczeniu nie pasowało do reszty, co prawda, nie musiało oznaczać niczego konkretnego, równie dobrze mogłem być zwyczajnie przemęczony, zmarznięty i wkurwiony, ale doświadczenie nauczyło mnie, że właśnie takie drobiazgi najlepiej było traktować poważnie.
Przez chwilę patrzyłem to na kładkę, to na dziurę ziejącą w dole, robiąc to z rosnącym przekonaniem, że gdzieś po drodze, najpewniej nie tak dawno temu, by zwalić to na „błędy młodości”, popełniłem kilka nieprzemyślanych decyzji, które doprowadziły mnie właśnie do tego miejsca, i że żadna z nich ewidentnie nie była szczególnie dobra - drewno wyglądało na mokre, stare i zmęczone nawet własnym istnieniem, część desek miała kolor gnijących liści, a pomiędzy nimi prześwitywała toń, która znajdowała się chuj wiedział, ile metrów pod spodem. Do tego wiatr szarpał konstrukcją na tyle, że pojedyncze skrzypnięcia dochodziły do nas nawet wtedy, kiedy żadne z nas jej nie dotykało - no, nie napawało to optymizmem - zrobiłem krok w stronę kładki, zatrzymałem się jeszcze na brzegu i poświeciłem różdżką pod nogi, próbując znaleźć przynajmniej trzy deski, które nie wyglądały na bezpośrednio zainteresowane moją śmiercią - bardzo możliwe, że była funkcjonalna, równie możliwe, że właśnie dlatego jeszcze stała, ponieważ wszyscy poprzedni użytkownicy okazali się być wystarczająco rozsądni, żeby z niej nie skorzystać.
Skupiłem wzrok na drugim brzegu i ruszyłem sprawnie, ale nadal nie na tyle szybko, żeby całość zamieniła się w przedstawienie pod tytułem „Benjy Fenwick kontra prawa fizyki”, każdy krok stawiałem możliwie blisko słabiej uszkodzonej krawędzi, wybierając fragmenty, które wyglądały na mniej zdegenerowane od pozostałych, a kiedy jeden z nich ugiął się pod moim ciężarem, przeniosłem ciało w bok z takim impetem, że przez chwilę sam nie byłem pewien, czy właśnie uniknąłem dziury, czy tylko zmieniłem kierunek własnego upadku. Na szczęście skończyło się na tym pierwszym.
Nie byłem sarenką - sarenka przebiegłaby po tej kładce, przeskoczyła dziurę, odbiłaby się od powietrza i prawdopodobnie znalazłaby się po drugiej stronie, zanim zdążyłbym powiedzieć „kurwa” - ja, próbując zrobić dokładnie to samo, albo odciąłbym drogę kuzynki, trwale niszcząc strukturę kładki, albo popełniłbym błąd w ocenie sytuacji i najpewniej przebiłbym się przez trzy deski, uderzyłbym się o czwartą i wpadłbym ze wszystkim do wody, zarywając cały most i dodatkowo odbierając Gerdzie możliwość przejścia na drugą stronę, podczas gdy moja własna droga w zaświaty zaczęłaby się z impetem. Dlatego szedłem dalej ostrożnie, stawiając stopy tam, gdzie deski wyglądały na najmniej zainteresowane natychmiastową śmiercią, ich i moją, ignorując fakt, że Geraldine za moimi plecami najwyraźniej obserwowała każdy mój ruch.
- Nie patsz tak. - Rzuciłem przez ramię, czując spojrzenie na karku, chociaż go nie odwzajemniłem. - Pszeciesz idę. - I rzeczywiście szedłem, trochę krzywo, trochę bokiem, raz prawie tracąc równowagę, kiedy prawa część kładki ugięła się pod moją nogą, ale nadal szedłem, a potem… Potem już zapierdalałem, zgodnie z sugestią, którą wziąłem sobie do serca naprawdę, naprawdę na serio.
Geraldine wcale nie zamierzała powtórzyć mojego wyczynu, lecz z początku wcale to do mnie nie dotarło, gdyż z mojej perspektywy trudno mi było dostrzec to, co działo się na drugim brzegu - wiedziałem tylko, że musiała tam jeszcze być, bo nie słyszałem tego, co robiła, by przeprawić się przez rzekę, a potem tak po prostu jej sylwetka zniknęła. Nie chodziło o zwykłe zniknięcie, nie było charakterystycznego trzasku teleportacji ani żadnego innego zjawiska, zwyczajnie przez moment wydawało mi się, że wyczuwałem jej obecność, chwilę później miałem za sobą pustą przestrzeń, ciemność, kładkę, a sekundy później również poczucie, że ktoś właśnie postanowił zrobić ze mnie idiotę.
- Gelda? - Zmarszczyłem brwi i uniosłem różdżkę - nie dostałem odpowiedzi - spojrzałem na drugi brzeg, potem na kładkę, potem znowu na drugi brzeg i… Wtedy coś małego przemknęło po lewej stronie pomostu. - Co do… - Urwałem, bo skunks zatrzymał się na chwilę, uniósł łeb i spojrzał w moją stronę, więc odruchowo się od niego odsunąłem, na ile mogłem, z początku uznałem bowiem, że to musiał być szczur albo inne podobne cholerstwo, chociaż wydawało mi się, iż szczury raczej nie żyły naturalnie w podobnych, dzikich środowiskach. Potem zobaczyłem jednak, że to coś poruszało się zdecydowanie zbyt sprawnie i inteligentnie, żeby było zwyczajnym zwierzęciem, a kiedy przemknęło przez deskę, która jeszcze chwilę wcześniej wyglądała na gotową do złamania pod najmniejszym naporem ciężaru, coś zaczęło mi mocniej świtać.
- Nie. - Cofnąłem różdżkę, odrobinę mrużąc oczy, podczas gdy małe stworzenie mknęło dalej, trzymając się lewej strony kładki - miało cztery łapy, ogon i poruszało się z zadziwiającą pewnością siebie, omijając dziury w deskach, które mnie kosztowały dobre kilka sekund życia - zeskakując wreszcie na twardy grunt, zrobiłem dwa kroki wzdłuż brzegu, próbując lepiej zobaczyć to, co do mnie dołączyło, wtedy stworzenie spojrzało w moją stronę i wszystko stało się jasne.
- Ty sobie chyba, kulwa, szaltujesz… - Spojrzałem na nią jeszcze raz i prychnąłem pod nosem.
Skunks - Geraldine była skunksem - sekundy temu patrzyłem, jak zasuwała po kładce, i musiałem przyznać przed samym sobą, że jej rozwiązanie było znacznie rozsądniejsze od mojego, kurwa, cholera. W tej formie ważyła niewiele, mogła poruszać się szybko, a jej łapy dawały jej znacznie lepszą kontrolę nad naciskiem ciała - że też sam nigdy o tym nie pomyślałem…


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#6
08.09.2026, 18:14  ✶  

Nie da się ukryć, że Ger nie należała raczej do osób szczególnie miłych. Wyrażała swoją troskę o osoby na których jej zależało w bardzo specyficzny sposób. Nie miała oczywiście złych intencji, ale nigdy nie była szczególnie wylewna, czy przyjemna dla otoczenia. Wychowanie na łowczynię potworów robiło swoje, czyniło z niej osobę raczej pragmatyczną. To było jednak mało istotne, bo przecież najważniejsze były intencje, a te miała dobre, czyż nie?

Chciał iść przodem - poszedł przodem. Geraldine obserwowała to w jaki sposób się poruszał, w ciszy, a przynajmniej tak to wyglądało na samym początku, jakby samo to, że się odezwie mogło spowodować, że ta kładka się rozsypie. Benjy radził sobie całkiem nieźle, wydawał się być pewny tego co robi, no do momentu, w którym kładka postanowiła pokazać, że jednak nie jest taka stabilna, jakby się mogło wydawać. Nie zignorował jej sugestii, wziął ją sobie do serca, mówiła, żeby spierdalał to spierdolił, bardzo efektownie.

Ona nie zamierzała pokonywać tej kładki w podobny sposób, przeczuwała, że gdyby na nią weszła ta zapadłaby się do reszty, co wiązałoby się z nieprzyjemną kąpielą w zimnej wodzie. Miała jednak swojego asa w rękawie, zawsze potrafiła zaskakiwać, bardzo mało osób wiedziało o tym, że była animagiem. Nie lubiła się tym chwalić, zresztą nie bez powodu nie zamierzała zarejestrować się w ministerstwie magii. Wolała, aby pozostało to tajemnicą, ciekawostką którą mogła pokazać temu, komu chciała, to znaczy tym najbardziej zaufanym osobom.

Tak więc postanowiła zmienić się w swoją zwierzęcą wersję, oczywiście bez uprzedzenia, bo przecież dlaczego miałaby informować o tym, że zamierza przyjąć postać skunksa? Jak postanowiła tak zrobiła, trwało to ledwie kilka sekund, po chwili bowiem już wchodziła na kładkę, wcale nie bała się tego, że się uszkodzi, bo w tej postaci była bardzo lekka.

Nie umknęło jej pytanie Benjy'ego, który nie dostrzegł jej po drugiej stronie prowizorycznego mostu. Nie mogła się jednak teraz odezwać, ewentualnie pisnąć, czy syknąć, a to raczej nie przyniosłoby mu jakiejkolwiek odpowiedzi. Szła więc nadal przed siebie, podnosząc łapkę za łapką, aż w końcu znalazła się na drugim brzegu tej nieszczęsnej rzeki.

Zatrzymała się na końcu kładki, wtedy uniosła głowę do góry, przez chwilę wpatrywała się w kuzyna, myślał, bardzo intensywnie myślał, niemalże tak, że nad jego głową dało się dostrzec żarówkę, gdy połączył kropki.

Nie żartowała sobie wcale, nawet odrobinę, po prostu skorzystała z jednej z niewielu umiejętności, które mogły jej to ułatwić. Gdy znalazła się w końcu na drugiej stronie, pewnie stała na podłożu przemieniła się znowu w człowieka.

- Niespodzianka. - Rzuciła jeszcze lekko. Lubiła widzieć zdziwienie w oczach innych, kiedy korzystała z tych zdolności związanych z transmutacją. - Transmutacja od początku była jednym z moich ulubionych, szkolnych przedmiotów. - Dodała jeszcze.

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#7
08.09.2026, 20:09  ✶  
Nie mogłem powiedzieć, że jej sposób okazywania troski był szczególnie przyjemny, ale akurat tutaj trudno było mi się obrażać, ponieważ znałem się Geraldine już wystarczająco długo i zażyle - zwłaszcza na poziomie zbijania sobie z nią pięści, niekoniecznie z innymi pięściami - żeby rozumieć, że jeżeli mówiła komuś, żeby „spierdalał”, w jej słowniku mogło to oznaczać zarówno „natychmiast wykonaj polecenie”, jak i „zależy mi na tym, żebyś nie umarł, więc rusz dupę”. Była pragmatyczna do granic irytacji, oszczędna w okazywaniu uczuć i zdecydowanie bardziej skłonna przypierdolić  człowiekowi w kość ogonową niż powiedzieć mu, że martwiła się o jego zdrowie, ale z czasem nauczyłem się tłumaczyć jej zachowanie na własny użytek - nie oznaczało to, że zamierzałem jej za każdym razem dziękować za troskę, ponieważ miałem na ten temat swoje zdanie, po tylu latach znoszenia różnorakich typów charakterów, z jakimi spotykałem się w branży, uważałem, że pewne rzeczy należało przyjmować z adekwatną dozą wyjebanizmu, uporu i „chuj ci w dupę, nawet jeśli dobrze prawisz”, poza tym żywiłem przekonanie, że jeśli naprawdę będziemy się publicznie lubić, ktoś w końcu uzna to za podejrzane, a nie chciałem stawać w obliczu pytań, jak to się stało. Jak do tego doszło? Nie wiem. Po prostu zostaliśmy zawodowymi partnerami, dlatego też, kiedy powiedziała mi, żebym zapierdalał, potraktowałem to dokładnie tak, jak należało, czyli ruszyłem szybciej, jednocześnie próbując nie umrzeć.
Kładka jednak nie zamierzała ułatwiać mi życia, jej kolejne skrzypnięcia przypominały mi bardzo wyraźnie, że stosunek mojej odwagi do ciężaru ciała pozostawały ze sobą w pewnej niefortunnej zależności - mogłem być zwinny, mogłem mieć naprawdę niezły refleks, mogłem nawet pochwalić się kilkoma sytuacjami, w których uniknąłem rzeczy zdecydowanie bardziej niebezpiecznych niż dziura w desce, ale nadal ważyłem swoje i miałem sylwetkę, która świetnie sprawdzała się przy wyważaniu drzwi, przepychaniu przeszkód oraz innych czynnościach wymagających kontaktu z materią, natomiast zdecydowanie gorzej wypadała przy delikatnym przemieszczaniu się po konstrukcji pamiętającej czasy, kiedy gwoździe były prawdopodobnie najnowszym osiągnięciem technologicznym przemysłu budowlanego. Gerda mogła sobie świdrować wzrokiem koniec moich pleców, najpewniej myśląc, że powinienem był pobiec, lecz gdybym rzeczywiście posłuchał tej rady, po kilku krokach zmienilibyśmy lokalizację powtórnego spotkania z drugiego brzegu na reunion w pobliżu dna rzeki.Zamiast elegancko przeskakiwać nad dziurami, raczej wprawiłbym kładkę w stan, który w dokumentacji budowlanej określało się zapewne mianem „utraty ciągłości konstrukcji nośnej”, dlatego przesuwałem się ostrożnie, pilnując każdej deski, aż wreszcie dotarłem na drugi brzeg.
Dopiero wtedy zorientowałem się, że Geraldine zniknęła… Przez chwilę naprawdę nie wiedziałem, co się stało, obejrzałem się na kładkę, potem na pustą przestrzeń za sobą, następnie jeszcze raz na kładkę, ponieważ najwyraźniej mój mózg potrzebował kilku sekund, żeby zaakceptować fakt, że kobieta, która sekundę wcześniej stała za mną, nagle przestała istnieć, nie reagując na hasła głosowe - odpowiedziało mi tylko szemranie wody i wiatr tłukący witkami wierzby płaczącej zwieszającymi się gdzieś nad moją głową. Oczywiście, że nie uznała za stosowne powiedzieć mi o tym, co potrafiła, przed rozpoczęciem całej wyprawy - po co miałaby informować własnego kuzyna i jednoczesnego wspólnika o jednym z bardziej praktycznych atutów, skoro mogła poczekać, aż będzie stał po drugiej stronie rzeki i zastanawiał się, gdzie do cholery podziała się jego towarzyszka.
- Pszes cały ten czas - zacząłem, prostując się powoli - mogłaś byś sobie skunksem? - Nie otrzymałem odpowiedzi, rzecz jasna, chociaż sposób, w jaki na mnie patrzyła tymi oczami przypominającymi świecące paciorki, sprawił, iż przez moment odniosłem wrażenie, że gdyby miała ludzkie usta, powiedziałaby mi coś wyjątkowo niemiłego. Kilka sekund później stała już zresztą przede mną w ludzkiej postaci, całkowicie spokojna, a następnie rzuciła swoje krótkie „niespodzianka”. - Tlansmutacja? Selio? Twoim ulubionym pszedmiotem? - Powtórzyłem. - W takim lasie zaczynam losumieś, dlaczego nigdy nie zachowywałaś się nolmalnie. - Patrzyłem na nią jeszcze przez chwilę, po czym pokręciłem głową z kpiarskim niedowierzaniem. - Ja tutaj lysykuję szycie - podjąłem, wskazując na kładkę - waszę kaszdą deskę, kombinuję, gdzie postawiś nogę, zastanawiam się, czy mam wystalszająco duszo czasu na napisanie pieldolonego, kulwa, testamentu, a ty lobisz „puf” i wychodzi s ciebie jebany animag? Wiesz, sze mogłaś mi powiedzieś? Zanim wszedłem na tę pszeklętą kładkę. Mogłaś powiedzieś „Benjy, jestem pieldolonym animagiem, mogę się zmieniś w jebanego skunksa i pszetestowaś to gówno bes lysyka złamania karku”. Oszczędziłabyś mi pszynajmniej pięciu minut szycia. - Zrobiłem krótką pauzę, po czym wypuściłem powietrze nosem, w gruncie rzeczy mnie to bawiło, ale nie mogłem jej tak łatwo popuścić tego, jak bardzo mnie wykolegowała.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#8
09.09.2026, 17:58  ✶  

Benjy mimo swojej postury pokonał kładkę całkiem zgrabnie. Udało mu się nie zamoczyć tyłka w rzece, co było w tym przypadku całkiem sporym sukcesem. Ona musiała improwizować, aby przypadkiem nie być tą, która wyjdzie z tej wyprawy mokra, na szczęście miała swoje ukryte talenty, które bardzo jej to ułatwiały.

W końcu i ona znalazła się po odpowiedniej stronie rzeki, no zrobiła to bardzo efektownie, nie ma co, widziała, że Benjy był zaskoczony, co tylko ją ucieszyło. Lubiła wyciągać akurat te kartę, nie wydawało jej się, aby ktokolwiek spodziewał się, że była całkiem niezła w transmutacji, bo była to raczej nauka dla kujonów, a przynajmniej tak wyglądało to w Hogwarcie.

- Od wielu lat mogę być skunksem. - Mogła być nim teraz, piętnaście minut temu, wczoraj i przedwczoraj, od lat przyjmowała tę postać. Miał prawo jednak o tym nie wiedzieć, naprawdę niewiele osobom zdradzała akurat tę informację. Nigdy nie zarejestrowała się w rejestrze ministerstwa, nie chcąc, aby ktokolwiek kto nie powinien o tym wiedział.

- Jednym z moich ulubionych przedmiotów, nie ulubionym. Trudno byłoby mi zresztą wybrać najbardziej ulubiony, bo uwielbiałam też latanie na miotle i opiekę nad magicznymi stworzeniami. - W końcu grała w quidditcha, a jeśli chodzi o magiczne stworzenia, to miała wiedzę wykraczającą poza szkolne materiały, bo Gerard dbał o to, by od najmłodszych lat przygotowywać ją do tego, co miała robić w przyszłości. Nie chodziło tylko o zabijanie stworzeń, ale też o to, aby posiadała informacje na temat wszystkich, możliwych gatunków. Wiadomo, że dzięki temu w szkole było jej bardzo łatwo.

Prychnęła, gdy usłyszała dalszą część jego wypowiedzi - odrobinę na pokaz, wiedziała przecież, że nie była całkiem normalna. - Ja? Nigdy nie zachowywałam się normalnie. No co Ty. - Nie wydawało jej się jednak, aby miało to jakąś korelację z tym, że lubiła akurat transmutację.

- Co by to zmieniło? - Zapytała całkiem poważnie. Nieco zdziwiła się, że był już na etapie pisania testamentu, przecież wcale daleko by nie poleciał, gdyby kładka jeszcze bardziej odmówiła posłuszeństwa. - Przeszłabym tak samo jak teraz, a gdybyś na nią wlazł to by pękła, ważę tyle co nic jako skunks, więc to co mówisz mija się z prawdą. Moim zdaniem niczego by to nie zmieniło, czy wlazłbyś przede mną, czy po mnie ona i tak zachowałaby się tak samo. - To, co mówiła wydawało jej się całkiem logiczne. Jasne, mogłaby sprawdzić po kolei każdą deskę, zwrócić uwagę na szczegóły, ale czy naprawdę mieli na to tyle czasu. - Grunt, że wszystko się udało, nie zmoczyłeś sobie dupy, wszyscy są zadowoleni, co nie? - Przynajmniej na pierwszy rzut oka. - No i poznałeś moją tajemnice kuzynie. - Podkreśliła słowo tajemnica, nie sądziła, że musiała mu wyjaśniać co to właściwie znaczyło, był z tych, którzy potrafili łączyć kropki, na pewno zrozumiał przekaz.

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#9
10.09.2026, 11:55  ✶  
Mimo wszystko musiałem przyznać, że przeszła to wyzwanie znacznie efektowniej ode mnie, nawet biorąc pod uwagę nagłe skoki i zwroty akcji związane z pękającym podłożem, chociaż nie zamierzałem mówić tego na głos, przynajmniej nie w tej chwili, by z futra nie obrosła jeszcze w piórka - stanąłem po pożądanej stronie kładki, na nie mniej zarośniętym i zabłoconym brzegu koryta rzeki, z rękami wsuniętymi do kieszeni płaszcza i bez dalszego słowa patrzyłem, jak w jednej chwili z niewielkiego, czarnego skunksa znowu stała się swoją ludzką wersją.
To, że oboje pokonaliśmy dotychczasowe przeszkody bez zaliczenia niechcianej kąpieli, rzeczywiście należało uznać za sukces, szczególnie biorąc pod uwagę stan techniczny konstrukcji, moją i jej ludzką masę oraz fakt, że przez większą część przeprawy byłem przekonany, że wystarczył jeden źle postawiony krok, żebym razem z połową mostu znalazł się w rzece - właściwie - miałem nawet pewność uzasadnioną doświadczeniami, iż mój ciężar niekoniecznie lubił się ze starofrancuską myślą techniczną. Nie zamierzałem jednak dawać Geraldine satysfakcji zbyt łatwym przyznaniem, że obrana przez nią metoda, najwyraźniej sięgająca zresztą daleko wstecz, okazała się zdecydowanie bardziej praktyczna od mojej, bo miałem jeszcze pokłady nienaruszonej przez nią kiedyś dumy, a poza tym przez lata nauczyłem się, że w stosunkowo bliskich relacjach pewne wnioski należało skrzętnie ukrywać, zanim druga strona zaczęła je wykorzystywać przeciwko tobie przy każdej możliwej okazji - kiedy więc oznajmiła mi, że od wielu lat mogła przyjmować postać zwierzęcia, uniosłem brwi i przez moment patrzyłem na nią w milczeniu, próbując przyswoić sobie fakt, że właśnie dowiedziałem się czegoś, co najwyraźniej było jedną z jej pilniej strzeżonych tajemnic.
- „Od wielu lat”, powiadasz… - Przejechałem dłonią po mokrych włosach, zgarniając je sobie z czoła, po czym przetarłem dłonią twarz z wilgoci, chociaż niewiele to dało.
Uniosłem brwi, słuchając wyliczenia jej ulubionych zajęć szkolnych, przy czym naprawdę zastanawiałem się, ile jeszcze rzeczy trzymała przede mną w zanadrzu, bo z każdą kolejną informacją zaczynałem nabierać przekonania, że znałem ją wyłącznie w wersji podstawowej, podczas gdy reszta funkcji była dostępna dopiero po odblokowaniu odpowiedniego poziomu wtajemniczenia. Nie miałem jej jednak za złe, że zachowywała tę informację dla siebie, bo doskonale rozumiałem, dlaczego ktoś posiadający taką umiejętność nie zamierzał rozgłaszać jej po okolicy, zwłaszcza jeśli nie miał najmniejszej ochoty tłumaczyć się Ministerstwu z tego, co robił po godzinach i w jakiej postaci, mimo wszystko nie zamierzałem natomiast przepuścić sobie okazji do wbicia jej kilku szpilek, ponieważ rodzina praktycznie była od tego, żeby znać twoje nieoczywiste punkty, a potem bezlitośnie wykorzystywać je przy każdej nadarzającej się okazji.
- Latanie jeszcze losumiem. Opiekę nad magicznymi stwoszeniami lówniesz, chociasz w twoim przypadku podejszewam, że glanica pomiędzy opieką a plóbą ustalenia, ile czasu zajęłoby ci zajebanie danego stwoszenia, była… Dość płynna. - Uśmiechnąłem się pod nosem i spojrzałem przed siebie, próbując wypatrzyć w ciemności jakiekolwiek oznaki tego, że wreszcie zbliżaliśmy się do miejsca, które posiadało dach i ogrzewanie. - Ale tlansmutacja? Selio? - Prychnąłem i kopnąłem niewielki kamień, który potoczył się po błotnistej drodze, niestety, nie trafiając o żadną ścianę gospody na końcu świata. Nie to, bym się tego zresztą szczególnie spodziewał.
- Zajebiście. Wleszcie jakaś szesz, co do któlej moszemy się zgodziś bes plowadzenia dochodzenia. - Odpowiedziałem od razu, słysząc przytaknięcie, właściwie nie potrzebowałem żadnych dodatkowych dowodów, Geraldine była Geraldine, z całym tym zestawem dziwnych talentów, specyficznych sposobów okazywania troski i skłonności do rozwiązywania problemów metodami, które większość osób uznałaby za co najmniej niekonwencjonalne.
- Uwielbiam, kiedy ktoś plóbuje mi udowodniś, sze moje poświęcenie było całkowicie pozbawione sensu. Zachciało mi się szalmanckości wobec dam, kulwa. - Odburknąłem, pochmurnie zmarszczywszy brwi, dochodząc do wniosku, że właśnie zostawałem przebijany argumentem opartym na masie mojego własnego ciała, co było wyjątkowo upokarzającym sposobem przegrania dyskusji. Najwyraźniej nikt nie uświadomił mojej drogiej kuzynki, iż kiedy ktoś wchodził na konstrukcję, która wyglądała na gotową do natychmiastowego przeprowadzenia eksperymentu z zakresu grawitacji, można było mu powiedzieć, że samemu potrafiło się wpłynąć na swoje wymiary, zwłaszcza kiedy ten ktoś ważył tyle, co średniej wielkości szafa i właśnie próbował ustalić, która deska miała największą nośność.
- „Co by to zmieniło?” - Spojrzałem na nią z niedowierzaniem, po czym rozłożyłem ręce. - Wszystko. Pszede wszystkim wiedziałbym, sze nie muszę się zachowywaś na tej kładce jak inspektol podczas kontloli. Po dlugie, wiedziałbym, sze kiedy znikasz mi spszed nosa, niekoniecznie oznacza to, sze właśnie wpadłaś do szeki. Po tszecie, oszczędziłbym sobie tej balso pszyjemnej sekundy, w któlej zastanawiałem się, jak mam splóbowaś wyłowiś twoje zwłoki. - Zrobiłem krótką pauzę i wskazałem na kładkę. - A po czwalte, wiedziałbym, sze cała moja heloiszna pszeplawa była kompletnie niepotszebna, poniewasz wystalczyło pozwoliś ci zamieniś się w skunksa i samemu pszebiec tę cholelną konstlukcję, bo szebyś, kulwa, wiedziała, sze nie zamieszam po niej wlacaś. To zasadnicza lósznica techniczna, Gelda. - Spojrzałem na swoje zabłocone buty, potem na nogawki spodni, następnie na jej twarz - tak, dupę miałem jeszcze suchą - wspaniały sukces, zajebisty.
- Następnym lasem moszesz mnie upszedziś. Chociaszby po to, szebym nie stał po dlugiej stlonie i nie loswaszał, czy właśnie tam się nie spotkamy. - Rzuciłem ostatecznie, chociaż przeszło mi przez myśl, że teraz mogłem wkopać się rozważania na temat tego, czy czuła się „damą” i co to właściwie znaczyło w stosunku do kogoś, kto miał więcej siły od niejednego chłopa.
- Pszyjąłem. Twoja tajemnica to moja tajemnica. Od dzisiaj, kiedy znikniesz bez słowa, najpielw splawdzę kszaki, potem śmietniki, a dopielo na końcu zacznę się maltwiś. - Prychnąłem pod nosem i pokręciłem głową. - Poza tym nie będę pszeplaszał za to, sze wolę najpielw splawdziś, czy coś wytszyma mnie, zanim pozwolę ci na to wejść. Taki mam paskudny chalaktel. - Westchnąłem teatralnie, ale zaraz ruszyłem dalej, bo zatrzymywanie się na tym wietrze było wyjątkowo głupim sposobem na nabawienie się zapalenia płuc, a tego bym już chyba nie zdzierżył.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#10
10.09.2026, 20:34  ✶  

- Tak, od wielu lat. Być może nie jest to specjalnie imponujące… - Cóż, nie mogła sobie wybrać zwierzęcia, w które się zmieniało. Gdy dotarło do niej, że jej zwierzęca postać to skunks była nieco rozczarowana. Liczyła na coś bardziej imponującego, ale wyszło, jak wyszło. Musiała się z tym pogodzić, z czasem nawet polubiła to, że jako zwierzę była taka drobna, mogła wchodzić w różne miejsca, nie rzucała się w oczy, co też czasem było wskazane, zwłaszcza gdy chciała podsłuchać rozmowy osób, które niekoniecznie za nią przepadały.

- Była dość płynna, co nie zmienia jednak faktu, że potrafię tresować niektóre zwierzęta, kojarzysz Floreta, co nie? Mojego jastrzębia, nauczyłam go ze sobą polować. Psy też potrafią różne sztuczki, może nie jestem w tym jakaś wybitna, ale radzę sobie. - Nie była specjalistką od hodowli, czy opieki nad magicznymi stworzeniami, ale posiadała większą wiedzę od lwiej części społeczeństwa mimo tego, że była myśliwą, co pewnie dla niektórych mogło wydawać się nie do końca kompatybilne.

- Co mam Ci powiedzieć, nie uważasz, że transmutacja jest cool? Możesz zmieniać rzeczy w coś innego, bawić się formą, sprawiało mi to zawsze przyjemność, no McGonagall miała swój urok. - Profesor była wymagająca, szorstka, ale potrafiła zafascynować przedmiotem, który wykładała. Zresztą ta szorstkość wcale nie przeszkadzała Geraldine, sama nie była szczególnie wylewna, nigdy nie potrzebowała głaskania po głowie.

- Nie przyzwyczajaj się do tego. - Uśmiechnęła się do niego. Raczej rzadko byli zgodni, przynajmniej nie od razu, musieli przeprowadzać dyskusje na temat swojego punktu widzenia, aby ustalić wspólną wersję, co wcale nie było takie łatwe, bo nie należeli do osób, które tak po prostu odpuszczały.

- Skąd w ogóle pomysł, że masz do czynienia z damą? - Oj przeliczył się, nie chciała wpierdalać mu się w drogę, więc puściła go przodem, bo dlaczego by nie. Zresztą zagrożenie było niewielkie, nic poważnego by mu się nie stało gdyby ta kładka doszczętnie się rozsypała.

- Musisz mieć o mnie bardzo słabe zdanie, skoro wydaje Ci się, że mogłabym pozwolić się zabić jakiejś rzece… - Zdecydowanie te argumenty do niej nie przemawiały. - Możesz mieć rację co do tego znikania, ale właściwie to zapomniałam, że nie wiesz i nie było okazji, aby ci to pokazać. - Musiał jej wybaczyć, nie miał zresztą innego wyjścia.

- Następnym razem nie będzie już tak fajnie, bo teraz wiesz, karta została odkryta, chociaż wymyślę może coś nowego, żebyś się nie nudził. - Geraldine lubiła wprowadzać nieco chaosu, zwłaszcza w momentach, w których znajdowali się na kompletnym zadupiu - przynajmniej nie nudzili się podczas swoich, wspólnych wędrówek.

- Sprawdź jeszcze kieszenie swojego płaszcza, tam też potrafię się dostać niezauważona. - Jeśli chciała potrafiła być bardzo delikatna, zwłaszcza gdy coś odwracało uwagę zainteresowanych. - Nie spodziewałam się, że aż taki paskudny. - Skomentowała jeszcze, po czym w końcu ruszyli przed siebie.


Koniec sesji
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (3672), Geraldine Greengrass-Yaxley (2266)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa