• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Little Hangleton Las Wisielców [16/09/1972] It's always darkest before the dawn | Benjy, Prue

[16/09/1972] It's always darkest before the dawn | Benjy, Prue
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#11
11.09.2026, 21:36  ✶  

Niełatwo było o tym rozmawiać ze świadomością, jak wyglądała jego przeszłość. Jak na to, co przeżył i tak całkiem lekko podszedł do tematu. Wydawało jej się, że znalazłyby się osoby, które nie chciałyby wracać do miejsc, które przywoływałyby takie wspomnienia. On jednak wydawał się być zupełnie niewzruszony. Zawsze był silny, to też się nie zmieniło, nie miał za bardzo innego wyjścia, zważając na to, co przeżył. Naprawdę było jej przykro, że nie szukała wtedy prawdy, że pozwoliła sobie uwierzyć w to, że po prostu postanowił rzucić ją w kąt i znaleźć sobie inne zabawki. Teraz wiedziała, że to nie było takie proste, ale nie było sensu żałować tego, na co już nie mieli wpływu, zdecydowanie lepiej było się skupić na teraźniejszości, bo przecież nie na przyszłości, bo ta raczej też miała nie być im pisana.

- Nie tylko dlatego, po prostu chciałam Ci się odwdzięczyć za te wszystkie atrakcje, które Ty mi ostatnio zapewniałeś. - Organizował im wolny czas, dzięki czemu się nie nudzili, w jej życiu dawno nie działo się tak wiele jak teraz. Chciała więc też dać mu coś od siebie. Nie, żeby uważała, iż było to, aż tak fajne, ale wydawało jej się, że wiedza, którą chciała mu przekazać mogła mu się kiedyś przydać. No i być może dzięki temu kiedyś o niej pomyśli, gdy będzie po drugiej stronie świata, to też było całkiem przyjemną wizją.

- Ja też je lubię, chociaż nie zakładałam innej odpowiedzi, to jednak wolałam się upewnić, że chcesz, wiesz tak głupio byłoby Cię do tego zmuszać. - Nie spodziewała się odmowy, bo pamiętała, że zawsze chętnie przystawał na jej pomysły, najwyraźniej to też się nie zmieniło. Tym razem jednak miała mu wyłożyć wiedzę w nieco inny sposób niż w przeszłości, co też ją odrobinę ekscytowało.

- Nie przesadzaj, bo jeszcze Ci uwierzę. - Pokręciła głową, naprawdę cieszyło ją to, że było między nimi tak dobrze. Zapomniała jak to jest mieć go po swojej stronie, było to naprawdę wyjątkowym uczuciem.

- Nie zakładałam, że jesteś ignorantem. - Od tego zaczęła, wręcz przeciwnie uważała Benjy'ego za cholernie biegłego w teorii magii, ale również w praktyce, wiedziała, że jest świetny. Posiadał ogromną wiedzę, której niejeden mógłby mu pozazdrościć.

- Tak, teorię masz w małym palcu, nie mam się do czego przyczepić. - No, może to wspomnienie, które wyciągnął. Tylko, czy na pewno? Tak naprawdę nie mogła mieć pewności, co do tego, czy to nie wiązało się z momentem w którym był okropnie szczęśliwy. Wyjdzie w praniu, mieli czas, aby sprawdzić, co zadziała na jego zaklęcie.

Wyciągnęła różdżkę przed siebie - Spójrz. - Kiedy miała pewność, że patrzy na jej rękę wykonała bardzo powoli i dokładnie odpowiedni ruch nadgarstkiem. - Powtórz go, najlepiej kilka razy. - Czuła się nieco jak w szkole, chociaż zakończyli ją dawno temu, kiedyś też często testowali razem nowe zaklęcia.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#12
Wczoraj, 00:33  ✶  
Chociaż mówiliśmy o tym wszystkim zaskakująco lekko i swobodnie, pod powierzchnią tej rozmowy rzeczywiście leżało zdecydowanie więcej, niż którekolwiek z nas miało ochotę wyciągać na wierzch w samym środku Lasu Wisielców. Nie miałem szczególnego problemu z tym miejscem, to znaczy, miałem problem z pogodą, wilgocią, błotem i faktem, że moje terenowe buty po dziesięciu minutach wyglądały tak, jakbym postanowił osobiście sprawdzić stan wszystkich okolicznych kałuż, ale sam las nie budził we mnie tego rodzaju emocji, których Prue najwyraźniej się spodziewała - znałem go przecież z czasów, kiedy świat był znacznie prostszy, chociaż czy aby na pewno, moje życie w końcu raczej wcale takie nie było - pamiętałem, gdzie dawniej zaczynała się ścieżka, które drzewa rosły przy strumieniu, gdzie można było przejść suchą nogą, a gdzie miało się gwarantowane spotkanie z błotem sięgającym kostek, pamiętałem również rzeczy, o których nie zamierzałem jej teraz opowiadać, bo nie wszystkie wspomnienia zasługiwały na to, żeby wyciągać je z zakamarków głowy tylko dlatego, że wróciłem w miejsce, z którym były związane. Poza tym przeżyłem gorsze rzeczy niż powrót w rodzinne strony, niektóre z nich przeżyliśmy nawet wspólnie i to całkiem niedawno. Przeszłość nie zniknęła, ale dawno przestała być właścicielem mojego życia, przynajmniej w tym konkretnym kontekście, bo w innym - w innym powróciła może nawet aż nazbyt łatwo… Zawiesiłem na niej wzrok odrobinę dłużej, nie chciałem o tym teraz myśleć, kartki w kalendarzu i tak przesuwały się zbyt szybko, a ja nie zamierzałem dokładać sobie do tego świadomości, że każdy kolejny dobry dzień był również jednym dniem mniej. Dawniej potrafiliśmy siedzieć obok siebie godzinami, wymieniać uwagi, testować zaklęcia i spierać się o drobiazgi, potem wszystko się rozpadło, zostawiając po sobie znacznie więcej pytań niż odpowiedzi, teraz dostaliśmy absurdalną możliwość zrobienia czegoś, czego wtedy nie potrafiliśmy zrobić, mianowicie zwyczajnego spędzania czasu razem bez ciągłego roztrząsania tego, co wydarzyło się wcześniej, nie zamierzałem nam tego odbierać. Nie wszystko, co mnie spotkało, było moim wyborem, nawet jeśli przez lata wolałem udawać, że było, nie musiałem jednak mówić o tym w tej chwili, nie tego ranka.
- Czyli to plesent zwlotny? - Zapytałem, unosząc brwi w zaciekawieniu, po czym uśmiechnąłem się pod nosem, bo słowo „atrakcje” w naszych ustach miało osobiste, zdecydowanie szersze znaczenie niż w normalnym świecie i obejmowało wszystko od włóczenia się po Exmoor po sytuacje, w których rozsądny człowiek zastanowiłby się dwa razy, zanim w ogóle wyszedłby z domu.
- No weś, Sun, to akulat mamy wspólne. - Przechyliłem lekko głowę, nie powiedziałem jednak, ile przyjemności sprawiało mi to, że nadal reagowała na mnie w podobny sposób jak kiedyś, że wciąż mogłem coś zaproponować, a ona potrafiła odpowiedzieć własnym pomysłem, zamiast tylko przyjąć wszystko bez słowa. - Nie musiałaś pytaś. Do niczego mnie nie zmuszasz. - Była to prawda, która dotyczyła zarówno naszych dawnych eksperymentów, wspólnego sprawdzania opcji i godzin spędzonych nad eksperymentami, jak i tego całego dziwacznego momentu teraz, w którym znowu znaleźliśmy drogę do siebie. Różnica polegała na tym, że kiedyś sądziłem, iż mieliśmy przed sobą nieograniczoną ilość czasu, teraz wiedziałem, że czas był właśnie tym, czego mieliśmy najmniej, dlatego tym bardziej nie zamierzałem marnować go na ostrożność, która nie dawała nam niczego poza poczuciem bezpieczeństwa.
- Za póśno. Właśnie miałem zamial zacząś pszesadzaś jeszcze balsiej. - Wyszczerzywszy zęby, przyjrzałem jej się przez moment w bardzo wymowny sposób, nie spuszczając z niej wzroku ani na sekundę, bez mrugania. - Ale dobsze. Będę oszczędny s komplementami. Nie chciałbym pszeciesz, szebyś pszypadkiem odklyła, sze naplawdę uwaszam cię za taaaaaaką… - Ostatnie słowo przeciągnąłem odrobinę, z tym samym rozbawieniem, które pojawiało się we mnie za każdym razem, kiedy próbowała udawać, że nie wiedziała, jak dużo o niej myślałem, na razie jednak zatrzymywałem się na inteligencji, wiedzy, charakterze i tym cholernie pociągającym sposobie patrzenia na świat, o reszcie jeszcze nie zamierzałem mówić, chociaż coraz trudniej było mi udawać przed samym sobą, że nie zauważam, jak dobrze wyglądała we mgle i w tym chłodnym świetle poranka.
- Powinnaś uwaszaś, jeszcze zacznę myśleś, sze imponuję ci czymś więcej nisz mocnymi plecami i wyglądem odstlaszająsym innych ulicznych pojebów. - To było, oczywiście, również czyste drażnienie się z nią, ale nie mogłem sobie odmówić, szczególnie że rozmowa zaczynała nabierać tego znajomego rytmu, który pojawiał się między nami coraz częściej, i był zarówno drogocenny, jak i odrobinę zbyt złudny - złoto głupców? - nie chciałem tak myśleć o naszej relacji. Potem jednak Prue wyciągnęła różdżkę przed siebie i całe moje rozbawienie ustąpiło miejsca skupieniu, spoważniałem, bo zdawałem sobie sprawę z tego, że teoria była najłatwiejszą częścią całego przedsięwzięcia - można było znać formułę, mechanizm działania i wszystkie piękne słowa, które profesorzy lubili umieszczać w podręcznikach, a potem stanąć w praktyce i otrzymać z różdżki żałosną smugę dymu lub nic - patrzyłem więc uważnie na jej dłoń, kiedy powoli wykonała ruch nadgarstkiem, nie był skomplikowany, ale wiedziałem wystarczająco dużo o zaklęciach, żeby rozumieć, że prostota ruchu wcale nie oznaczała prostoty wykonania.
- Tak jest, pani plofesol. - Odpowiedziałem z przesadną powagą, po czym uniosłem własną różdżkę i powtórzyłem ruch - raz, drugi, trzeci - za każdym razem robiłem odrobinę dokładniej, aż w końcu zatrzymałem nadgarstek w odpowiedniej pozycji, przynajmniej według własnego mniemania. - Tak? - Spojrzałem na nią, ale nie czekałem na odpowiedź, tylko wykonałem ruch jeszcze kilka razy, tym razem płynniej, po czym ponownie zerknąłem na nią znad różdżki. - Czy mosze powinnaś jednak pomóc mi s tym tlochę balsiej? Wiesz, jak w golfie? - Rzecz jasna, całkowicie się zgrywałem, chociaż wizja bycia obejmowanym od tyłu przez jej ramiona, którymi zapewne nie dosięgnęłaby nawet do celu, była przezabawnie zachęcająca.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#13
Wczoraj, 13:38  ✶  

- Można to chyba tak ująć. - Wypadało przecież dać coś od siebie. Być może nie było to nic szczególnie imponującego, miejsce przecież też było mu znajome, ale wydawało jej się, że i tak może mu się to spodobać. No i najważniejsze, ta atrakcja miała być całkiem praktyczna, być może faktycznie kiedyś będzie musiał skorzystać z podobnych praktyk. Prue lubiła użyteczne prezenty, one świadczyły też o tym, że się kogoś znało i wiedziało, co kiedyś może się mu przydać.

- Fakt, niektóre rzeczy się nie zmieniają. - Zawsze tacy byli. Lubili sprawdzać granice, testować swoje umiejętności, badać możliwości. Najwyraźniej miało tak być zawsze. W sumie dobrze było wiedzieć, że mimo tego, iż minęło tyle lat nadal pozwalali sobie być ciekawymi świata. Niektórzy ludzie gubili to w dorosłości.

- Nie musiałam, ale chciałam. Wolałam się upewnić wiesz, żeby nie było, no i sprawdzić, czy nadal ufasz mi tak jak kiedyś. - Jeszcze ktoś by ją posądził o to, że zmuszała go do tych nekromantycznych praktyk. Nie zdziwiło ją to, że tak po prostu stwierdził, że chce to zrobić, w jego przypadku nie było to zupełnie zaskakujące. Zapewne często się dokształcał i poznawał najróżniejsze praktyki magiczne, bo bywał w miejscach, które znacząco różniły się od tego, co było im znane.

- To nie jest odpowiedni moment. Nie możesz mnie rozpraszać. - W końcu za chwilę mieli zacząć lekcję, jeszcze coś poszłoby nie tak przez to, że nie do końca skupiała się na wykładanym materiale. Jasne, miło było usłyszeć, że tak ją widział, było to dla niej raczej nietypowe, bo nikt wcześniej tak o niej nie mówił, jednak w tej chwili powinni się skupić na czymś innym. Doceniała jednak oczywiście te komplementy, chociaż jeszcze niekoniecznie w nie wszystkie wierzyła.

- Nie wiem, czy pamiętasz, ale imponowałeś mi wtedy, kiedy jeszcze nie odstraszałeś wyglądem i nie miałeś takich mocnych pleców. - Od kiedy go poznała patrzyła na niego z podziwem, uważała, że miała spore szczęście, że to właśnie on wszedł wtedy do tamtego przedziału w pociągu. Miała szansę spędzić z nim sporo czasu, o którym nigdy nie zapomniała, mimo, że później ich relacja bardzo się rozjechała.

Prue spoglądała na niego uważnie, kiedy powtarzał jej ruchy. Nie komentowała jednak tego, tylko się w niego wpatrywała. Zresztą, czy było co komentować, jak zawsze złapał wszystko w mig. - Tak, jest dobrze. - To była jednak ta łatwiejsza część, później mogło być różnie.

- Myślę, że niestety nie mam ku temu predyspozycji. - Nie było szansy, aby była w stanie go objąć swoimi rękoma, był zbyt wielki.

- Expecto Patronum to inkantacja, ale podejrzewam, że i to wiesz. - Nie był przecież ignorantem, teorię miał opanowaną całkiem nieźle, pozostawało tylko sprawdzić, jak pójdzie mu z praktyką.

Wypadało, aby i ona pokazała mu, jak powinno to wyglądać. Złapała mocniej różdżkę w ręku, machnęła ją pewnie w powietrzu, a jej umysł wrócił do momentu, w którym się poznali, było to jedno z tych wspomnień do których lubiła wracać, świat wydawał się być wtedy bardzo przyjaznym miejscem.


Rzut Z 1d100 - 12
Akcja nieudana
nekromancja, na patronusa


Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#14
7 godzin(y) temu ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 7 godzin(y) temu przez Benjy Fenwick.)  
Minęło tyle lat, każde z nas zdążyło przejść przez wystarczająco dużo, żeby móc spokojnie uznać, że dawnych wersji nas już nie było, a jednak wystarczyło tak naprawdę kilka dni razem, żebym znowu znalazł się w tym samym schemacie, w którym Pruey coś wymyślała, ja zaś zgadzałem się na to bez większego zastanowienia, po czym oboje sprawdzaliśmy, czy rzeczywistość miała pozwolić nam przeżyć konsekwencje naszych pomysłów. Pasowaliśmy do siebie już wtedy, nie pod każdym względem, rzecz jasna, bo ona miała więcej rozsądku w jednym małym palcu niż ja w całym ciele, ale ciekawość, upór i ta przeklęta potrzeba sprawdzania rzeczy na własną rękę były nam wspólne, chociaż w tamtym czasie testowanie granic z pewnością było dla nas obojga prostsze, mieliśmy bowiem zdecydowanie mniej powodów, żeby zastanawiać się, co stanie się po przekroczeniu kolejnej. Świat wydawał się znacznie bardziej przyjazny, nie dlatego, że rzeczywiście taki był, tylko dlatego, że nie wiedzieliśmy jeszcze, ile mogła kosztować próba przeżycia kolejnych lat.
Przez długi czas sądziłem, że wspomnienia o niej będą wyłącznie czymś, co trzeba było przechowywać w miejscu niedostępnym dla bieżącego życia, tymczasem stała przede mną we wrześniowej mgle i znowu patrzyła na mnie tym samym skupionym wzrokiem, a ja po raz kolejny miałem ochotę sprawdzić z nią coś, czego nie powinienem był prawdopodobnie próbować, bo nawet nie wiedziałem, czy będę w stanie dotrzymać jej w tym kroku, czy przypadkiem nie odkryję przed nią czegoś, o czym niekoniecznie chciałem mówić. Nie powiedziałem jej też, oczywiście, że właśnie ta znajoma wersja nas dwojga działała na mnie zaskakująco mocno, jednak było to raczej jasne, tym bardziej, iż właśnie przyprowadziła mnie do Lasu Wisielców, cholernie blisko mojego dawnego domu, wyciągnęła różdżkę i oznajmiła, że nauczy mnie zaklęcia, którego wcześniej nie potrafiłem rzucić, i gdybym jej nie ufał, zdecydowanie nie stałbym tutaj tak grzecznie.
Przyglądałem jej się z pewnym rozbawieniem, kiedy mówiła o dawaniu czegoś od siebie, bo chyba dopiero teraz tak naprawdę dotarło do mnie, że dla Prue ten cały wypad rzeczywiście był prezentem, a nie tylko kolejnym punktem na bardzo długiej liście rzeczy, które uznała za warte zrobienia we dwoje, przyjąłem zatem ten jej praktyczny sposób myślenia z lekkim uśmiechem, bo właściwie pasował do niej aż za dobrze - faktycznie, nigdy nie była dziewczyną od przypadkowych gestów, jeśli zatem już coś komuś dawała, musiało mieć jakiś sens, zastosowanie albo przynajmniej drugie dno, którego można było nie zauważyć przy pierwszym spojrzeniu. Ja natomiast byłem człowiekiem, który przez większą część życia przekonywał się na własnej skórze, nie zawsze trwale, że wiedza zdobyta odpowiednio wcześnie potrafiła później oszczędzić jej posiadaczowi wielu bardzo bolesnych doświadczeń, więc trudno było mi narzekać na prezent, który mógł kiedyś uratować mi skórę.
- No, to chyba właśnie dostałaś odpowiedź. - Wzruszyłem ramionami, w dalszym ciągu nie powiedziawszy otwarcie, że zaufanie w stosunku do niej przyszło mi zaskakująco łatwo, szczególnie biorąc pod uwagę wszystko, co wydarzyło się między nami w tych mrocznych latach. Kiedyś wystarczyłoby mi kilka godzin spędzonych obok, żeby uznać, że miałem w swoim życiu kogoś, komu mogłem powierzyć własną skórę, później życie nauczyło mnie, że nawet takie rzeczy potrafiły się rozpaść bez ostrzeżenia, ale najwyraźniej nie nauczyło mnie to zupełnej ostrożności wobec naszej skomplikowanej więzi. Nie musiała mnie przekonywać, nie potrzebowałem gwarancji ani instrukcji bezpieczeństwa ani umowy podpisanej własną krwią - znałem ją - może nie znałem już każdego szczegółu, może przez te wszystkie lata oboje zdążyliśmy zmienić się bardziej, niż chcieliśmy przyznać, ale pewne rzeczy pozostawały zaskakująco łatwe do rozpoznania. Była dokładnie tym rodzajem kobiety, przy którym człowiek powinien był zachować zdrowy rozsądek, ale od pewnego czasu coraz wyraźniej podejrzewałem, że zdrowy rozsądek został gdzieś po drodze i nie zamierzał nas dogonić.
Prychnąłem cicho, lecz posłusznie odsunąłem się o pół kroku, unosząc obie dłonie w geście kapitulacji, nie zamierzałem być szczególnie grzeczny w najbliższej przyszłości, ale mogłem przynajmniej przez kilka minut pozwolić jej prowadzić lekcję.
- Dopsz, dopsz. Jusz się zamykam. - Mruknąłem, chociaż mój uśmiech wyraźnie sugerował, że złożona przeze mnie obietnica była co najwyżej częściowa, oczywiście, nie zamierzałem obiecywać więcej, bo jej reakcje były zbyt zabawne, a poza tym sama świadomość, że mogłem ją odrobinę speszyć, miała w sobie coś cholernie przyjemnego. Lubiłem patrzeć, gdy mówiła o rzeczach, które ją interesowały, bo wtedy cała jej ostrożność ustępowała miejsca koncentracji i pewności siebie, i zaczynałem dostrzegać w niej kobietę, która wyrósłszy z tamtej dziewczyny, zrobiła z własnej ciekawości coś naprawdę niebezpiecznie interesującego.
- To miało byś pocieszenie? - Zmierzyłem ją wzrokiem od góry do dołu, wróciłem oczami do jej twarzy i spojrzałem na nią z udawanym oburzeniem, po czym wyprostowałem się nieco. - Ale miło wiedzieś, sze imponowałem ci jusz wtedy, kiedy byłem małym, chudym gnojkiem s ploblemami. - Parsknąłem śmiechem, posłałem jej znaczące spojrzenie, po czym wróciłem do różdżki, zanim rzeczywiście znowu zaczęła mnie karcić za rozpraszanie. Jeszcze kilka dni wcześniej nie przypuszczałem, że będę mógł znowu robić to, co robiłem z nią kiedyś, tylko tym razem z całą wiedzą dorosłego człowieka i świadomością, że pociągało mnie w niej znacznie więcej niż dawniej, na razie jednak nie zamierzałem nazywać tego wszystkiego zbyt dokładnie. Mieliśmy wrzesień, mieliśmy umowę, mieliśmy świadomość, że ta historia miała swój koniec, nie potrzebowałem dodatkowych powodów, żeby zacząć komplikować coś, co już samo w sobie było wystarczająco skomplikowane.
- Tylko „dobsze”? - Upewniłem się, wyłącznie dla zasady, naśladując jej wcześniejszy ton, po czym przyzezowałem na nią z pełnym politowania rozbawieniem. - To stlaszna tlagedia. - Wyciągnąłem przed siebie ręce. - No, ale będę musiał jakoś pszeszyś fakt, sze nie jesteś w stanie zapewniś mi pełnego doznania. - Opuściłem je po chwili, żeby nie przeciągać żartu, następnie pokręciwszy głową. - Na szczęście są sposoby na lasenie sobie s takimi niedogodnościami. - Przesunąłem wzrok na jej różdżkę, zanim moje własne skojarzenia poszły w kierunku, którego lepiej było nie rozwijać podczas lekcji patronusa w środku Lasu Wisielców.
- Dziękuję, sze nie zaczęłaś od łacińskiego alfabetu. - Zrobiłem przesadnie poważną minę. - Nie jestem ignolantem, pamiętasz? Wiem, czym jest inkantasja, Plue. Naplawdę. Co ciekawsze, zazwyczaj nawet udaje mi się ją wymawiaś. - Pozwoliłem sobie na niewielką, lecz wymowną pauzę, po czym dodałem. - Ale chętnie dowiem się, czego nie ma w podlęsznikach. - To zresztą właśnie interesowało mnie najbardziej - nie samo zaklęcie, tylko jej sposób myślenia o nim, wiedza zdobyta poza szkołą, praktyka, którą wypracowała własnymi metodami. - Czyli mam wykonaś luch, wypowiedzieś zaklęcie i zlobiś coś, co wymaga ode mnie wspomnienia chwili, w której byłem szczęśliwy. To ostatnie mosze byś balsiej skomplikowane nisz sama magia, ale okej. - Podsumowałem jeszcze, obróciłem różdżkę między palcami i zrobiłem to, co robiłem zawsze, kiedy ktoś pokazywał mi coś wartego zapamiętania - patrzyłem uważnie, nie tylko na różdżkę, na nią również. Przez ułamek sekundy dostrzegłem zmianę w jej twarzy, coś bardzo subtelnego, co sugerowało, że myślami znalazła się gdzieś indziej, nie wiedziałem jeszcze, do jakiego wspomnienia wróciła, ale nie przerywałem tego, co robiła ani tego nie komentowałem. Dopiero wtedy dotarło do mnie zrestt, że jeżeli mój patronus miał kiedykolwiek powstać, będę musiał znaleźć w sobie coś równie mocnego, może niekoniecznie scenę bójki w barze… Patrzyłem na nią uważnie, a potem na koniec jej różdżki, czekając, aż magia odpowie, i pierwszy raz od bardzo dawna nie byłem pewien, czy najbardziej przerażała mnie możliwość, że niczego takiego nie znajdę, czy też to, co mogłoby się pojawić, gdybym znalazł.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (4785), Pan Losu (42), Prudence Fenwick (2657)


Strony (2): « Wstecz 1 2


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa