Prychnął, wyraźnie tym odgrażaniem się rozbawiony, bo co jak co, ale Basiliusa w kuchni sobie nie wyobrażał na pełen etat. Mógł sobie warzyć eliksiry, albo usmażyć jajecznicę czy inny makaron, ale oprócz tego? Nawet nie chodziło o to, że by nie potrafił, tylko nie wydawał się mieć na to odpowiednio dużo zasobów czasowych. W końcu kto będzie leczył tych chorych, kiedy on będzie stał w kuchni? No kto?
— O, i to jest pomysł niemalże doskonały — zachwycił się wyraźnie, chociaż brakowało w nim typowego entuzjazmu. Ale od śmierci Florence brakowało w nim wielu rzeczy. Uśmiechał się trochę mniej, śmiał tak samo, przygaszając pod ciężarem tego, z czym nie do końca chciał się zmierzyć. Brakowało mu jej każdego cholernego dnia, a mimo tego życie toczyło się dalej i starał się o tym zwyczajnie nie myśleć. Przez to sprawy piętrzyły się na biurku, od kiedy tylko wrócił do pracy. Ba, nawet przestał Orionowi aż tak często spychać swoje raporty, chociaż wypełniał je tak samo niechętnie jak zawsze. — Rozumiem to aż za dobrze — westchnął. — Może po sabacie? Dzisiaj kolacja, ale jak stoisz z najbliższymi dniami? — zapytał, nawet podłapując ten plan. Myślenie tylko o kartach brzmiało niemalże jak bajka, w aktualnych okolicznościach.
Zatrzymali się przy jednym ze stoisk z jabłkami, a Bulstrode nawet się nie przejął szczególnie tym, że Basilius wydawał się zignorować to, co o nich przed chwilą powiedział.
— Jabłuszka, pyszne jabłuszka panowie — ekspedientka uśmiechnęła się do nich zachęcająco. Była kobietą o zmęczonej twarzy poznaczonej zmarszczkami, ale jakimś cudem krzesała z siebie bardzo dużo entuzjazmu. — Nie dajcie się zwieść temu, jak wyglądają. Po pierwsze są pyszne, a po drugie koją sny. Te przychodzą łatwiej, niesamowite remedium — zapewniła, chociaż Atreus i tak zdążył się już zdecydować.
— To ja poproszę. Da ich pani trochę więcej. Tak od serca. Spokojnie, zapłacę za tę odrobinę więcej emocji — uśmiechnął się do niej, kiedy ta najpierw prychnęła, że co ma tutaj dawać mu cokolwiek od serca, a potem zachichotała no bo z takim klientem to nie było się sprzeczać. Zaraz też zabrała się do nakładania jabłek i po chwili Bulstrode stał z torbą w ręku, już zapłaciwszy. — Dawaj, bierz. Pewnie na kompot też się nadadzą — zachęcił kuzyna, klepiąc go po ramieniu.