• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn Whitecroft Street [Jesień 1972] Równonoc Jesienna - Ołtarz (Wątek główny)

[Jesień 1972] Równonoc Jesienna - Ołtarz (Wątek główny)
szamanka
Kochajcie mnie, kochajcie, wy
—
 gęstwy zieleni
I wy, senne gromady powikłanych cieni
wiek
33
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
zielarka, twórczyni eliksirów i sztuki w drewnie
Tchnie czymś dzikim, nosi na sobie okruchy lasu: czasem we włosy zaplącze się uschnięta gałązka, czasem w materiał szaty wczepią nasiona czy wkleją niteczki pajęczyn, a czasem sama czarownica dokłada intencjonalnie atrybuty natury: ozdoby z ptasich piór, polnych kwiatów czy zwierzęcych kłów. Ciągnie się za nią woń suszonych ziół i palonych kadzideł. Kobieta szczupła i przeciętnego wzrostu (164 cm), niebieskie oczy. Długie blond włosy o średnim skręcie, rzadko ułożone i wystylizowane, zwykle znajdzie się wśród nich kołtun. Spódnice szat Helloise są długie i mają głębokie kieszenie, w których zawsze znajdzie się nieco ziarna dla ptaków. Lubi mięsiste tkaniny, warstwy, ubrania swobodnie płynące za sylwetką, nie boi się wzorów ani koloru, choć wybiera głównie barwy głębokie i niezbyt nasycone lub bliskie ziemi: zielenie, brązy, zgaszone pomarańcze. Stawia przede wszystkim na praktyczność: materiały solidne, które posłużą długie lata i nie zaszkodzi im praca w ogrodzie. Zamiast sakwy często nosi pas na wzór dawnych châtelaine, do którego na skórzanych rzemykach przymocowane są drobne przedmioty: różdżka, futeralik z nożem, woreczek soli czy miniaturowe buteleczki eliksirów, w tym zawsze jedna z solami trzeźwiącymi. Helloise nie nosi klasycznej biżuterii. Posiada jedynie ozdoby z drewnianych koralików i elementów zwierzęcych.

Helloise Rowle
#51
27.06.2026, 19:02  ✶  
napastuję Savaša


Malfoyowie odeszli, lecz Helloise nie potrafiła oddalić się zupełnie od ołtarza. Zmówiła już wszelkie modlitwy, jakie zamierzała zmówić, lecz interesowali ją ludzie. Obserwowała pochód ludzi znoszących bogini swoje dary. Zastanawiała się, którzy z nich byli obłudnikami. Większość — brzmiała odpowiedź, którą wyczytywała z obojętnego, mechanicznego sposobu, w jaki czarodzieje składali dary. Ślepe dłonie, rozkojarzone spojrzenia, półgębkiem dokańczane nad ołtarzem rozmowy z rodziną. Widziała to i po samych darach — wiele z nich było sobie identycznych. Ludzie zamówili je u rzemieślników, którzy z okazji sabatu wykonywali ich setki i sprzedawali za kilka galeonów. Wszystkie według jednego wzoru, wyzbyte osobistego elementu, wyzbyte duszy — produkt.
Potrafiła rozpoznać, kiedy ludzie tworzyli swoje dary sami. Przedmiot w rękach bladego, smutnego chłopaka zwrócił jej uwagę jeszcze zanim znalazł się na ofiarnym stole. Wydawał się osobisty, a dłonie, które go trzymały, były dłońmi rzemieślnika. Savaš trzymał drewniany amulet jak coś, co dobrze znał — w kontraście do tylu zebranych tu osób, które swoje dary pierwszy raz trzymały w dłoniach i dało się u nich dostrzec subtelną niepewność chwytu. Smutek. Helloise nie mogła wyrzucić z głowy myśli o tym, jak smutny wydawał się ów nieznajomy chłopiec. Drżące dłonie i łzy, gdy wypowiadał modlitwę, której słów nie mogła usłyszeć, ściągnęły uwagę wmieszanej między ludzi czarownicy. Poruszyła ją jego szczerość.
Gdy oddalił się od ołtarza, Helloise przesunęła się przez tłum, aby znaleźć się u boku Savaša i z nim zrównać krok tak naturalnie, jakby przyszli tu razem i do tej pory jedynie na niego czekała. Znalazłszy się tak blisko, poczuła otaczający chłopaka swąd śmierci. Nieprzyjemnie ścisnął się od niego jej pusty żołądek. Niczego tego dnia nie zdążyła zjeść. Roztargnionym ruchem kobieta poprawiła jesienny wieniec w swoich włosach; bezwiednie sprawdzała, czy aby nie wykruszyły się wszystkie kolorowe liście i czy nie powypadały zioła. Skórę na palcach miała odbarwioną w czerwone zacieki, czerwień czaiła się również w zmęczonych niewyspaniem, przekrwionych oczach.
— Sam zrobiłeś swój dar — stwierdziła bardziej, niż zapytała. Słowa te wypowiadała jak pochwałę. — To bardzo piękny amulet. Niech go dobrze przyjmie boski ogień wraz z twoją intencją.
Nie patrzyła na młodego Gregorovitcha. Szli przez chwilę w ciszy, kierując się na ubocze kowenowego dziedzińca, gdzie nie było aż tylu ludzi.
— Jesteś tu sam. — Choć i w tym zdaniu trudno było się dopatrzeć zapytania, brzmiało mniej pewnie niż poprzednie. Pozostawiało miejsce na wątpliwość.


dotknij trawy
Technically Alive
Pod dłutem nie umiera,
tylko zmienia imię.
wiek
20
sława
IV
krew
czysta
genetyka
ghoul
zawód
rzemieślnik
Wygląda jak ktoś, kto zapomniał, że kiedyś żył. Jego skóra ma barwę chłodnego popiołu, a rude włosy, splątane i matowe, płoną w świetle świec jak zgaszona miedź. Twarz szczupła, o ostrych rysach, przypomina bardziej wyrzeźbione drewno niż ludzką tkankę, a duży, wyrazisty nos nadaje jej uporu i charakteru. Oczy ma jasne, blade jak poranny dym, patrzą uważnie, lecz jakby z innego miejsca niż reszta jego ciała. Ruchy są ostrożne, ciche, niemal bezgłośne, jakby bał się, że każdy dźwięk mógłby coś obudzić. Dłonie ma chude, z drobnymi nacięciami, zawsze pachną drewnem, woskiem i kurzem. Ubrany skromnie, w ciemne tkaniny przesiąknięte zapachem warsztatu, wygląda jak cień rzemieślnika, który nigdy nie odszedł z miejsca pracy. W jego postawie jest pokora, ale i ciężar. Nawet w bezruchu widać w nim napięcie, które nie zna ukojenia. Kiedy zaś podnosi wzrok, ma się wrażenie, że widzi więcej, niż ktokolwiek chciałby, by zobaczył.

Savaš Gregorovitch
#52
28.06.2026, 22:07  ✶  

Przez kilka pierwszych kroków nawet nie zorientował się, że nie idzie już sam. Wciąż myślami był przy ołtarzu i przy ogniu, który pochłonął drewno nasiąknięte długimi godzinami pracy i wszystkim tym, czego od lat nie potrafił wypowiedzieć żadnemu żywemu człowiekowi. W piersi czuł silne drżenie, jakby wraz z modlitwą wyrwał z siebie coś ciężkiego, lecz rana po tym geście pozostawała jeszcze otwarta. Na co dzień nie pozwalał sobie na podobną szczerość. Nie miał do niej prawa. Jego prawda należała wyłącznie do niego i do Matki. Nie istniały uszy, którym mógłby ją powierzyć, ani słowa, które bezpiecznie mogłyby opuścić jego usta. Milczenie było jedyną formą przetrwania, choć z każdym kolejnym rokiem ciążyło sercu. Bywały chwile, gdy pragnienie, by zostać usłyszanym, stawało się niemal fizycznym bólem. Nie zrozumianym. Jedynie wysłuchanym. Tylko Matka znała całe jego życie. Była świadkiem wszystkiego, co mu przyniosły mu zarówno życie, jak i śmierć. Nie musiał ukrywać przed nią własnych lęków, win ani tęsknot, bo znała je, zanim zdążył nadać im imiona. Dlatego nawet przez myśl nie przeszło mu, by złożyć na jej ołtarzu coś, czego sam nie stworzył. Był jedyną formą wdzięczności, jaką uważał za godną bogini. Dar składany na ołtarzu mówił przecież więcej o pokorze czarodzieja niż najpiękniejsza modlitwa.

- To nie wiele wobec tego, ile od niej otrzymałem. Powoli uniósł wzrok, lecz nie zatrzymał go na niej na długo. Potrzebował kilku oddechów, by uspokoić nierówny rytm serca i przywrócić własnemu wnętrzu choć odrobinę porządku. Nie mógł pozwolić sobie odpłynąć z powrotem ku wspomnieniom. Dzisiaj i tak odsłonił przed Matką więcej, niż odważyłby się przed kimkolwiek innym. Przetarł twarz rękawem ciemnej szaty. Materiał wchłonął wilgoć pozostawioną przez łzy, zacierając ich ślady równie pospiesznie, jak on sam próbował zatrzeć ślady własnego rozedrgania. - Przepraszam… Dopiero wtedy odchrząknął cicho. Zatrzymał się przy kobiecie, choć każda rozsądna myśl podpowiadała mu, by zniknąć. Oddalić się od ludzi, od spojrzeń, od pytań, zanim emocje zdążą ponownie wypłynąć na powierzchnię. Najchętniej schowałby się we własnym domu przed całym światem. Mimo to nie odszedł. Być może dlatego, że od dawna był głodny życzliwości. Tak głodny, że kilka prostych słów uznania potrafiło zatrzymać go w miejscu skuteczniej niż cokolwiek innego. Nie oczekiwał podziwu, lecz miło było mu zostać przez kogoś dostrzeżony. Słowa kobiety trafiły więc w miejsce, o którego istnieniu sam starał się na co dzień zapominać. W miejsce boleśnie spragnione tego, by  ktoś spojrzał na niego nie przez pryzmat śmierci, lecz tego, co potrafiły stworzyć jego dłonie.

Savaš na moment odwrócił wzrok ku tłumowi. Przesuwał się powoli między ich dwójką, przychodzili i odchodzili całymi rodzinami, parami lub w gronach przyjaciół. Przez krótką chwilę śledził ich sylwetki z trudną do nazwania tęsknotą, nim cicho wypuścił powietrze. - Tak. Nie próbował zaprzeczać ani usprawiedliwiać tego faktu. Samotność nie była dla niego czymś niezwykłym. Stała się stanem tak powszednim, że przestał się nad nim zastanawiać. - Łatwiej nikogo nie martwić własnym ciężarem. Wypowiedział te słowa cicho, bez cienia użalania się nad sobą. Było to raczej stwierdzenie, do którego zdążył przywyknąć. - Przed Matką i tak wszyscy stajemy samotnie. Nawet jeśli otoczeni tłumem. Człowiek po pewnym czasie przestawał nawet próbować sprawdzać, czy ktoś zechciałby ponieść z nim część jego drogi. Łatwiej było założyć, że nie powinien o to prosić.

szamanka
Kochajcie mnie, kochajcie, wy
—
 gęstwy zieleni
I wy, senne gromady powikłanych cieni
wiek
33
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
zielarka, twórczyni eliksirów i sztuki w drewnie
Tchnie czymś dzikim, nosi na sobie okruchy lasu: czasem we włosy zaplącze się uschnięta gałązka, czasem w materiał szaty wczepią nasiona czy wkleją niteczki pajęczyn, a czasem sama czarownica dokłada intencjonalnie atrybuty natury: ozdoby z ptasich piór, polnych kwiatów czy zwierzęcych kłów. Ciągnie się za nią woń suszonych ziół i palonych kadzideł. Kobieta szczupła i przeciętnego wzrostu (164 cm), niebieskie oczy. Długie blond włosy o średnim skręcie, rzadko ułożone i wystylizowane, zwykle znajdzie się wśród nich kołtun. Spódnice szat Helloise są długie i mają głębokie kieszenie, w których zawsze znajdzie się nieco ziarna dla ptaków. Lubi mięsiste tkaniny, warstwy, ubrania swobodnie płynące za sylwetką, nie boi się wzorów ani koloru, choć wybiera głównie barwy głębokie i niezbyt nasycone lub bliskie ziemi: zielenie, brązy, zgaszone pomarańcze. Stawia przede wszystkim na praktyczność: materiały solidne, które posłużą długie lata i nie zaszkodzi im praca w ogrodzie. Zamiast sakwy często nosi pas na wzór dawnych châtelaine, do którego na skórzanych rzemykach przymocowane są drobne przedmioty: różdżka, futeralik z nożem, woreczek soli czy miniaturowe buteleczki eliksirów, w tym zawsze jedna z solami trzeźwiącymi. Helloise nie nosi klasycznej biżuterii. Posiada jedynie ozdoby z drewnianych koralików i elementów zwierzęcych.

Helloise Rowle
#53
06.07.2026, 13:34  ✶  
— Darów od Matki nie trzeba spłacać. Nie trzeba na nie zasługiwać. To jest w naturze matek, aby dbać o swoje dzieci i nie oczekiwać niczego w zamian, prócz miłości i wdzięczności — rzekła Helloise, zupełnie nieświadoma tego, w jakim domu mieszkał ów chłopiec.
Ufność w Matkę — fundament wiary i samej ludzkiej natury — zawsze działała na nią wyjątkowo kojąco. Matki były pierwszym i najpewniejszym bezpieczeństwem, jakie poznawał człowiek i już do końca instynktownie ku niemu lgnął. Czarownica nie miała powodów, by wierzyć, że może być inaczej. Jej własna matka nie przestała jej kochać nawet po tym, jak w młodości córka popełniała jeden błąd za drugim. I mimo że Helloise o własnym macierzyństwie myślała zawsze jako o czymś poza jej zasięgiem, to wiedziała, że gdyby powiła własne dziecko, największym sensem jej życia stałoby się je kochać.
Nie oczekiwała od Savaša niczego, nie mówiła mu pochwał z litości. Zawsze chętnie dzieliła się swoimi myślami głośno, jeśli tylko nie widziała definitywnego powodu, aby pozostawić je dla siebie.
Gdy przystanęli z boku, czarownica znów przesunęła spojrzeniem po smutnym chłopaku, który o Bogini mówił tak delikatnie. Równie delikatnym był jego smutek. W tym smutku Helloise dopatrywała się skromności; nienachalności kogoś, kto rzeczywiście nie chciał sobą świata obciążać. Miłą jej to czyniło odmianę, bo ilekroć w ostatnich tygodniach oddalała się od swojej chaty, widziała na każdym kroku ludzi pogrążonych w ciężkich, intensywnych rozpaczach po Spalonej Nocy. Wyzwalali oni w niej męczące współczucie, które dopominało się skrócenia ich cierpień.
— Słyszałeś o objawieniach lithowych? — zagadnęła, swobodnie kontynuując temat samotności. — Kilkoro stanęło przed Matką wspólnie. — Leviathan stanął przed Matką i z nieodgadnionego dla Helloise powodu zaczął odcinać się od Bogini jeszcze zajadlej niż wcześniej. Nie potrafiła tego zrozumieć. Przerażała ją kondycja ducha Leviathana, ilekroć uświadamiała sobie, że nawet objawienie nie było w stanie go odmienić. — Choć rację masz, że każdy w relacji z Nią jest sam, to nigdy nie powiedziałabym, że stajemy przed Nią samotnie. Matka to najpełniejsza obecność, o jaką można prosić. Stoimy przy Niej. — Przed Nią brzmiało zbytnio jak postawienie przed sąd, pod ocenę, trwanie w oczekiwaniu na wyrok. Helloise natomiast w stanach religijnej euforii obecności Matki doświadczała niczym przytulenia do matczynego serca, które gorzało bliskością i ciepłem, najdoskonalszym pokrzepieniem w duchu. — Rozpędza samotność, trudno się z nią rozstać.
Zapach Savaša dostarczał pewnej wskazówki, za którą wiedźma podążyła po bladych policzkach i dziwacznie głębokim smutku. Savaš pachniał, jakby dotknęła go śmierć.
— Długo jesteś sam? — zainteresowała się troskliwie.
Ludzie od dawna nieumarli szczególnie przygnębiający przędli bowiem los: zmuszeni do wędrowania po ziemi setkami lat, podczas gdy umierały ich rodziny, i umierał cały znany im świat. Gregorovitch mówił z melancholijną ciężkością kogoś, kto przeszedł już wiele, niewspółmiernie wiele do wieku, na jaki wyglądał.


dotknij trawy
Technically Alive
Pod dłutem nie umiera,
tylko zmienia imię.
wiek
20
sława
IV
krew
czysta
genetyka
ghoul
zawód
rzemieślnik
Wygląda jak ktoś, kto zapomniał, że kiedyś żył. Jego skóra ma barwę chłodnego popiołu, a rude włosy, splątane i matowe, płoną w świetle świec jak zgaszona miedź. Twarz szczupła, o ostrych rysach, przypomina bardziej wyrzeźbione drewno niż ludzką tkankę, a duży, wyrazisty nos nadaje jej uporu i charakteru. Oczy ma jasne, blade jak poranny dym, patrzą uważnie, lecz jakby z innego miejsca niż reszta jego ciała. Ruchy są ostrożne, ciche, niemal bezgłośne, jakby bał się, że każdy dźwięk mógłby coś obudzić. Dłonie ma chude, z drobnymi nacięciami, zawsze pachną drewnem, woskiem i kurzem. Ubrany skromnie, w ciemne tkaniny przesiąknięte zapachem warsztatu, wygląda jak cień rzemieślnika, który nigdy nie odszedł z miejsca pracy. W jego postawie jest pokora, ale i ciężar. Nawet w bezruchu widać w nim napięcie, które nie zna ukojenia. Kiedy zaś podnosi wzrok, ma się wrażenie, że widzi więcej, niż ktokolwiek chciałby, by zobaczył.

Savaš Gregorovitch
#54
11.07.2026, 22:07  ✶  

Przyjął jej słowa spokojnym skinieniem głowy. Dostrzegał ich piękno. Chciał wierzyć, że taka właśnie była natura matek. Że ich miłość nie znała rachunku, nie domagała się zapłaty ani dowodów szczerości. - Dlatego chciałbym oddać jej wszystko. Może nawet więcej niż mogę… Przez krótką chwilę pozwolił tej myśli ogrzać własne wnętrze, niczym dłonie wyciągnięte ku ognisku. Jego spojrzenie zatrzymało się na płomieniach trawiących kolejne dary. Ogień przyjmował wszystko jednakowo, nie pytając o wartość drewna ani o ręce, które je ukształtowały. Ludzie nie byli równie prości. Nie wszystkie matki miały tę samą naturę. Myśl pozbawiona gniewu i pretensji, bo z biegiem lat nauczył się, że jedne rodziły życie, inne zaś próbowały je zatrzymać przy sobie za wszelką cenę. Bywały matki, których miłość była tak osobliwa, że wymykała się schematom. Tak głęboko wrastały w swoją rolę, że gotowe były podarować dziecku więcej niż jedno życie, nie pytając nigdy, czy był to dar, o który ktokolwiek prosił. Nie potrafił powiedzieć, czy była to najwyższa forma miłości, czy jej wypaczenie. Wiedział jedynie, że nie zamierzał odbierać Helloise jej przekonań. W jej głosie brzmiała czułość człowieka, który naprawdę wierzył w matczyne ciepło i bezpieczeństwo. Nie miał prawa kłaść na tej wierze własnych doświadczeń.

Z zewnątrz mógł sprawiać wrażenie łagodnego, niemal niewinnego. Ciche spojrzenie i pokorne gesty cierpliwego rzemieślnika łatwo pozwalały zapomnieć, że serce człowieka rzadko było równie świetliste jak jego twarz. Własne wnętrze nosił ciężkie od rzeczy, których nie potrafił nazwać inaczej niż winą. W taki dzień jak ten nietylko dziękował Matce, ale prosił Matkę o wybaczenie. Nie wszystkie jego przedmioty rodziły się z wdzięczności. Wiele z nich powstawało z powinności znacznie mroczniejszej. By wydobyć z magii to, co najbardziej spaczone, należało najpierw zanurzyć w niej własne dłonie. Nie dało się dotykać ciemności, nie wynosząc jej okruchów pod paznokciami. Pracownia Gregorovitchów nie była miejscem, z którego Matka mogłaby być dumna.  Źródła ich nauk sięgały zbyt głęboko w to, co przeklęte i wynaturzone. Tworzone tam przedmioty nie miały nieść ukojenia. Niejednokrotnie rodziły się po to, by utrwalać cudzy ból, wzmacniać nienawiść i tworzyć narzędzia jej uwolnienia. Tego wszystkiego nie miał jednak odwagi powiedzieć. Nie wszystkie prawdy muszą wyjść na światło.

Łagodny ton jej głosu skutecznie odciągnął jego myśli od ciężaru, który jeszcze przed chwilą spoczywał na sercu. Spojrzał na nią z cichym zaciekawieniem. - Nie Pani. Nie znam. Odpowiedział łagodnie, bez cienia skrępowania własną niewiedzą. Pobożne przypowieści miały w sobie niezwykłą moc. Nawet jeśli nie przynosiły odpowiedzi, przypominały, że Matka nie odwracała wzroku od swoich dzieci, a sama ta myśl wystarczała. - Opowiedz mi, proszę. O objawieniach nie słyszał, a wszelkie opowieści o znakach pozostawianych przez Matkę budziły w nim szczere zainteresowanie. Niezależnie od tego, czy były świadectwem cudu, czy jedynie ludzkiej wiary, potrafiły pokrzepić ducha bardziej niż zwykłe ludzkie słowa. Za to jej słowa budziły w nim pokorne uznanie. Nie czuł potrzeby spierać się z nimi ani udowadniać własnych racji. Odnajdywał w nich ukojenie, nawet jeśli nie wszystkie potrafił odnieść do własnego życia. Wierzył, że wiara tak szczera zasługiwała na szacunek niezależnie od tego, kto ją wypowiadał. - Chciałbym kiedyś umieć cieszyć się Jej miłością we wspólnocie, z którą czułbym prawdziwą więź. Może Matka uzna, że kiedyś będę na to gotów. Tak dokończył w myślach. Choć wierzył w to co przekazywała mu Pani przed nim, wciąż odczuwał raniącą go potrzebę, że na miłość musi sobie zapracować. Tak był już nauczony. Wytresowany strachem. Nie pozwolił jednak żeby trwoga znowu dzisiaj odebrała mu nad sobą kontrolę.

- Ja, nie jestem tak całkiem sam. Samotność była słowem zbyt prostym. Zamykała w sobie pustkę, podczas gdy jego życie od dawna wypełniali ludzie. Ich głosy, oczekiwania oraz obecność. Nie brakowało mu rodziny. Brakowało mu miejsca, w którym mógłby pozwolić sobie być wobec niej całkowicie szczery. - Mam rodzinę. Na samą myśl o nich poczuł ciężar rozlewający się pod mostkiem. Rodzina nie zawsze oznaczała możliwość złożenia głowy na czyimś ramieniu. Czasem była przede wszystkim zobowiązaniem. Każdy wypełniał w niej własną rolę, a role rzadko pozostawiały miejsce na całkowitą prawdę. - Po prostu… nie wszystko, co noszę w sercu, powinno docierać do ich uszu. Na moment zamilkł. Nie chciał, by zabrzmiało to jak skarga. Nie było nią. Raczej pogodzeniem z czymś, co od dawna uważał za naturalny porządek rzeczy.

szamanka
Kochajcie mnie, kochajcie, wy
—
 gęstwy zieleni
I wy, senne gromady powikłanych cieni
wiek
33
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
zielarka, twórczyni eliksirów i sztuki w drewnie
Tchnie czymś dzikim, nosi na sobie okruchy lasu: czasem we włosy zaplącze się uschnięta gałązka, czasem w materiał szaty wczepią nasiona czy wkleją niteczki pajęczyn, a czasem sama czarownica dokłada intencjonalnie atrybuty natury: ozdoby z ptasich piór, polnych kwiatów czy zwierzęcych kłów. Ciągnie się za nią woń suszonych ziół i palonych kadzideł. Kobieta szczupła i przeciętnego wzrostu (164 cm), niebieskie oczy. Długie blond włosy o średnim skręcie, rzadko ułożone i wystylizowane, zwykle znajdzie się wśród nich kołtun. Spódnice szat Helloise są długie i mają głębokie kieszenie, w których zawsze znajdzie się nieco ziarna dla ptaków. Lubi mięsiste tkaniny, warstwy, ubrania swobodnie płynące za sylwetką, nie boi się wzorów ani koloru, choć wybiera głównie barwy głębokie i niezbyt nasycone lub bliskie ziemi: zielenie, brązy, zgaszone pomarańcze. Stawia przede wszystkim na praktyczność: materiały solidne, które posłużą długie lata i nie zaszkodzi im praca w ogrodzie. Zamiast sakwy często nosi pas na wzór dawnych châtelaine, do którego na skórzanych rzemykach przymocowane są drobne przedmioty: różdżka, futeralik z nożem, woreczek soli czy miniaturowe buteleczki eliksirów, w tym zawsze jedna z solami trzeźwiącymi. Helloise nie nosi klasycznej biżuterii. Posiada jedynie ozdoby z drewnianych koralików i elementów zwierzęcych.

Helloise Rowle
#55
28.08.2026, 17:36  ✶  
— To bardzo piękny gest, chcieć oddać wiele, ale czy czasem przychodzi ci do głowy, żeby brać? — Na ustach kobiety zagościł tajemny uśmiech, jakby testowała Savaša. Była ciekawa tego chłopca. Dostrzegała w nim wiele pokory, lecz choć pokora w relacji z bogami była cenna, to Helloise w pokorze nie widziała nigdy dobrej doradczyni przy ustalaniu swojej relacji z tym, co ziemskie i ludzkie.
Słusznie Savaš posądzał czarownicę o uproszeczenie archetypu matki. Wiele w poglądach wiedźmy było oparte o ideał, a ideały to miały do siebie, że były człowiekowi nieosiągalnymi. Głęboko wierzyła jednak ona, że nie ma nic szlachetniejszego niż zdążanie do tej doskonałej harmonii. Wierzyła więc w konieczność rozdzielenia gatunków, ustanowienia między nimi właściwych relacji, ale i dochowania rytuałów związanych z cyklami przyrody oraz kultem bóstw. Wśród tych ideałów zawierała również ideał matki znajdujący swój doskonały obraz w jednym z oblicz Trójbogini.
Nie było to wszystko wizją rajskiego ogrodu wiecznej szczęśliwości. Było w nim miejsce na cierpienie, ofiarę i drapieżcę. Nierówność była wpisana w projekt świata. Nierówność była naturalnym stanem rzeczy, a próby jej zniesienia oznaczały walkę z naturą. Śmierć była naturalnym stanem rzeczy, Bogowie uczynili bowiem istoty śmiertelnymi. Czasem śmierć okazywała się darem. Nie był nim jednak z pewnością długi i bolesny mord, którego doświadczył Gregorovitch. Niekiedy cierpienie okazywało się konieczne dla osiągnięcia wyższych celów, lecz ból zadany dla samego bólu zasługiwał na potępienie. Było to najbliższe złu, co Helloise wyróżniała w swoim światopoglądzie.
Podobnie liberalnie czarownica spoglądała na czarną magię. Bogowie bywali okrutni i bywali miłosierni. Czy rzeczywiście oburzyłyby Bogów czarnoksięskie praktyki Gregorovitchów? Każda magia mogła być magią właściwą tak długo, jak używało się jej z należytą odpowiedzialnością. Dlatego tak groźne było mugolstwo i płodzenie dzieci z niemagicznymi kobietami. Potworki z takich związków nie zostały przeznaczone do tego, aby się świętą mocą czarodziejską posługiwać.
— Nie większa ze mnie pani niż z ciebie pan — zbyła tytulaturę Helloise, która nigdy do niej nie przywiązywała większej uwagi.
W niewiedzy Savaša Helloise widziała szansę. W gazetach rytuał tegorocznej Lithy przedstawiono jako usiłowanie zabójstwa, co budziło w czarownicy głębokie zdegustowanie. Informacja przewijała się bowiem tuż obok stwierdzenia, że kobieta, która miała zostać złożona w ofierze, sama zadeklarowała, że chce w ten sposób zostać poświęcona bogom, i był to wielki powód do chluby. Z całą pewnością nie należało przypisywać winy arcykapłance będącej wykonawczynią jej woli. Ktoś taki jak Philomena Mulciber proponowałby zmianę kwalifikacji czynu zarzucanego pani Macmillan na pomoc w samobójstwie, a że samobójstwo udaremniono, śmiało można byłoby próbować umorzenia sprawy Isobell. W Helloise budziło to wyłącznie oburzenie moralne; dopatrywała się w tym rządowego spisku oraz prób zastraszenia ludzi wiary, aby odsunąć ich od praktykowania ważnych obrzędów.
— Zapewne słyszałeś, że tego roku podczas Lithy odprawiono w Stonehenge rytuał — zaczęła czarownica, chwytając Savaša w pułapkę swojego spojrzenia. Chciała, aby czuł na sobie jej wzrok i nie przyszło mu do głowy oczyma uciekać w tłum. Pozostawała cały czas uprzejma i uśmiechnięta, ale pilnowała, czy słucha jej odpowiednio uważnie. — Czego nie opisali w prasie, to, że ten rytuał nie pozostał bez odpowiedzi. Bogini objawiła się pod trzema postaciami czarodziejom, którzy byli podczas rytuału obecni. Spotkali ją. Naprawdę ją spotkali i otrzymali podarki. Widziałam niektóre z tych przedmiotów na własne oczy, mogę poświadczyć, że mówili prawdę. Ministerstwo nigdy nie podałoby takiej wiadomości, bo nie ma u nich miejsca na rzeczy boskie i się ich lękają. To ze strachu mszczą się na arcykapłance.
Zasmuciło wiedźmę, że Gregorovitch nie doświadcza siły kowenowego zgromadzenia w pełni, lecz nad brakiem poczucia wspólnoty z ludźmi zawsze można było pracować. Klucz do tego stanowiła ufna modlitwa, nieustająca nadzieja oraz cierpliwość w oczekiwaniu na łaski.
Gdy chłopak zwierzył się z tego, że nie może być otwarty z rodziną, Helloise odpowiedziała mu ze szczerym współczuciem i rozczarowaniem:
— Przykro mi. Wielka to szkoda, że żyjemy w świecie, w którym to, co słuszne, jest tak często karane i musi pozostać w ukryciu. — Choć zapewne myśleli z Savašem o zupełnie różnych kwestiach. Czarownica bolała otóż nad tym, że jej rodzina musi chować się za maskami, a Gregorovitch… cóż. Nie jest grzechem kochać i nie powinno się oceniać pięknego uczucia, jakim jest miłość. To, co się z tą miłością robi… to już słusznie podlega ocenie, jako że wszyscy mamy swoje boskie obowiązki.


dotknij trawy
hold me like a grudge
and what an ugly thing
– to have someone see you.
wiek
26
sława
V
krew
czysta
genetyka
aurowidz
zawód
auror
Stosunkowo wysoki mężczyzna, mierzący sobie 183 centymetry wzrostu. Posiada włosy barwy ciemnego blondu i jasne, błękitne oczy. Budowa jego ciała jest atletyczna, a na twarzy często widnieje lekki, szelmowski uśmieszek. Porusza się z nonszalancją i pewną niedbałością. Jest nienaturalnie zimny w dotyku.

Atreus Bulstrode
#56
02.09.2026, 02:11  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.09.2026, 02:11 przez Atreus Bulstrode.)  

Można było pomyśleć, że nigdy nie należał do przesadnie religijnych osób i cóż, nie było to złe wrażenie. Niekoniecznie bawiła go religia, ale wydarzenia Beltane, to co zobaczył w limbo. To, czego dokonała Arcykapłanka… przynajmniej nauczyło go to nieco pokory. Ta natomiast, była jedną z ważnych cech religijności. Może dlatego pamiętał w tym roku, żeby zamówić wieniec trochę wcześniej, a nie robić wszystko na ostatnią chwilę.

Od maja bywał tutaj nieco częściej. Na mszach, gdzieś pośród kowenowych murów, jakby mógł zrobić przynajmniej tyle, oprócz przekazywania co jakiś czas datków na to miejsce i jego potrzeby. Z tego co zauważył, Victoria zachowywała się podobnie, ale może o to chodziło. Może takie przeżycia były czymś, co musiało chociaż trochę zmienić człowieka w taki czy inny sposób.

Przyszedł więc z wieńcem, by złożyć go na ołtarzu. Poczekał na swoją kolej, a potem podszedł do stołu, gdzie wszyscy układali swoje podarunki. Odłożył na nim plecionkę, a następnie sięgnął po świecę, by pomodlić się w intencji. Za bliskich. Prosił, by byli bezpieczni; jego rodzice, brat, ale też kuzynostwo, z którym przecież miał się widzieć jeszcze tego dnia na uroczystej kolacji. Wreszcie też, prosił o bezpieczeństwo Brenny. Tak, o niej też nie mógł zapomnieć. Z resztą, to na pewno miało się przydać, biorąc pod uwagę jak często wpadała w różne doły i sytuacje.

Skończył i cofnął się, nie oglądając nawet i nie czekając aż jego wieniec zostanie zabrany przez kapłana, by trafić do rytualnego ognia.


// mój wianek: 88

Postać opuszcza sesję
constant extreme
when sister and brother stand shoulder to shoulder,
who stands a chance against us?
wiek
29
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
snowidz
zawód
Brygadzistka na chorobowym
Drobna (157cm, niedowaga), blada i czarnowłosa, o oczach złotych jak miód.

Millie Moody
#57
23.09.2026, 10:59  ✶  
Miles przyszła tutaj o jakiejś pojebanej porze super rano, ponieważ nie mogła spać a też chciała uniknąć tłumów. Może się wstydziła, że chciała ten wieniec złożyć u stóp pani boginii. Może właśnie wyszła o świcie z cmentarza, gdzie była pochowana jej własna osobista matka i zajrzenie do kowenu uważała za zbytek łaski, wobec boginii, która ukarała ją takim życiem.

Wszystkie rozmowy, które miała odbyć z duchami już odbyła przy zimnym nagrobnym kamieniu. Tutaj, pozostało tylko pozostawić wieniec. To było głupie. To było przesądne. To było… z jakiś powodów właściwe.

– Miej ich w swojej opiece – powiedziała cicho, mając wyjebane w to co miałoby się stać z nią. Alastor. Tommy i Liszek. Cały Zakon. Mieli przesrane. Może ten ładny wianuszek sprawi, że będą mieli przesrane jakkolwiek cokolwiek mniej. Byłaby bardzo wdzięczna losowi, gdyby tak się właśnie okazało.

Odłożyła swój własny wieniec i poszła nie mówiąc już nic więcej.

Postać opuszcza sesję
Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#58
03.10.2026, 02:12  ✶  
Na dziedziniec Kowenu Whitecroft dotarliśmy już długo po zapadnięciu zmroku, po kolacji odbytej na przedmieściach Londynu, w domu państwa Bletchleyów, którą z pewnością mógłbym zaliczyć do jednego z najbardziej nieudanych wydarzeń tego rodzaju, jakie kiedykolwiek przyszło mi odbyć, gdyby nie fakt, że w moim życiu zdarzały się wydarzenia rodowe wymagające znacznie większych nakładów sił niż przetrwanie kilku godzin w towarzystwie przemiłej gospodyni i wprost proporcjonalnie gburowatego gospodarza. Nie zamierzałem udawać, że „pierwsze” spotkanie z rodzicami mojej tymczasowej dziewczyny przebiegło pomyślnie, skoro jeszcze przed opuszczeniem domu rodzinnego Prue i Eliasa miałem ochotę sprawdzić, czy drzwi wejściowe nie zatrzasnęłyby się za mną z odpowiednio satysfakcjonującym hukiem, gdybym tylko pozwolił nerwom wymknąć się spod kontroli - powstrzymałem się, rzecz jasna, głównie ze względu na kobietę idącą teraz obok mnie, której nie zamierzałem dokładać kolejnych powodów do zmartwień i wyrzutów sumienia - szczególnie że doskonale odczułem, jak niewiele potrzeba było, by z pozoru normalna rozmowa zamieniła się w jednostronne przesłuchanie prowadzone pod przykrywką uprzejmej pogawędki. Nie byłem też na tyle obłąkany, by uznać, że najlepszym sposobem na poprawienie jej nastroju będzie natychmiastowe rozpoczęcie szczegółowej analizy wszystkich popełnionych przy stole przewinień, chociaż lista, którą zdążyłem sporządzić sobie w głowie podczas spaceru, była zaskakująco długa. Zamiast tego szedłem obok niej, trzymając dłonie w kieszeniach płaszcza i od czasu do czasu zerkając w jej stronę, gotów zaoferować Prudence swoje ramię, jeśli kamienny trakt okazałby się bardziej zdradliwy, niż sugerował jego wygląd.
Chłód wieczoru szybko otrzeźwił mnie po dusznej atmosferze kolacji, przynosząc zaskakująco kojący zapach wilgotnej ziemi, opadłych i częściowo już gnijących liści oraz dymu unoszącego się gdzieś ponad zabudowaniami Kowenu - woń wosku, suszonych ziół, owoców i palonego drewna mieszała się z kadzidlaną mgłą rozlewającą się od strony świątyni, tworząc atmosferę, której nie potrafiłem odmówić pewnego uroku, nawet jeśli wciąż byłem zbyt zirytowany, żeby w pełni docenić ten klimat - nie miałem pewności, czy przybycie tutaj było najlepszym pomysłem po takim początku wieczoru, lecz skoro już zdecydowaliśmy się wspólnie świętować Mabon, nie zamierzałem pozwolić, żeby kilka nieprzyjemnych uwag przy stole odebrało nam resztę tego sabatu. Przynajmniej tutaj nikt nie oczekiwał ode mnie, że będę udawał kogoś, kim nie byłem - no, technicznie, rzecz jasna - chociaż nie miałem złudzeń, że spędzenie wieczoru w Kowenie Whitecroft miało całkowicie uwolnić nas od cudzych opinii.
Przed fontanną z posągiem bogini o trzech twarzach ustawiono szeroki, dębowy ołtarz przykryty ciężkim płótnem w kolorach ochry i rdzawego brązu, na którym piętrzyły się kosze z owocami, haftowane tkaniny, ozdobne pasy oraz wieńce wykonane z gałęzi, szyszek i wszystkiego, co udało się znaleźć w okolicznych lasach lub na polach, niektóre wieńce wykonano z prawdziwym kunsztem, inne zaś przypominały rezultat wyjątkowo niefortunnego spotkania jutowego sznurka z fragmentami jeżynowego krzewu. Zatrzymałem się na moment, przyglądając się zgromadzonym darom, po czym wypuściłem powietrze przez nos, kiedy dostrzegłem konstrukcję złożoną z kilku wyjątkowo krzywych gałązek związanych warkoczem z drutu, której twórca najwyraźniej przecenił swoje zdolności manualne i uznał, że wystarczyło nadać całości okrągły kształt, by spełniała wszystkie wymagania stawiane rytualnemu darowi. Nie zamierzałem się jednak naśmiewać, ponieważ sam znałem się na tego typu pracy ręcznej w stopniu, powiedzmy, umiarkowanym i przy okazji tworzenia mojego własnego wieńca nairytowałem się wystarczająco dużo, by rozumieć, ile cierpliwości wymagało przygotowanie nawet prostego przedmiotu, szczególnie gdy dysponowało się ograniczonymi materiałami i jeszcze uboższym warsztatem - miałem na koncie ozdobę wykonaną z elementów, które w normalnych warunkach powinny były trafić do ogniska, nie zostać częścią jakiejkolwiek dekoracji - w tym roku takich darów było wyjątkowo dużo, co dało się zauważyć już na pierwszy rzut oka, nawet jeśli nie było się tu rok wcześniej, ich twórcy musieli najwyraźniej zadowolić się tym, co znaleźli w pobliskich lasach, zamiast kupować gotowe ozdoby u rzemieślników. Nie wiedziałem, pod jakim kątem Matka oceniała jakość składanych jej darów, ale jeśli miała kierować się przede wszystkim intencją, przynajmniej część zgromadzonych wieńców mogła liczyć na przychylne przyjęcie, niezależnie od tego, jak bardzo ich wygląd obrażał poczucie estetyki paru mamroczących starszych pań, które minęły nas przy bramie wejściowej.
- Muszę pszyznaś, sze po dzisiejszym dniu zaczynam losumieś, dlaczego ludzie składają ofialy. - Mruknąłem, nachyliwszy się ku towarzyszce, unosząc kącik ust, bo przecież oboje doskonale wiedzieliśmy, że już wcześniej dysponowałem zarówno wiedzą, jak i doświadczeniem w tym zakresie, dokładnie tak jak sama Prudence. - Sam chętnie poświęciłbym coś w intencji spokojniejszego miesiąca. - Skinąłem głową w stronę ołtarza, po czym ruszyłem z nią dalej w stronę stołu, gdzie mogliśmy złożyć nasze dary, zostawiając za sobą przynajmniej tę część wieczoru, której nie dało się już naprawić. Szedłem powoli, przyglądając się płomieniom świec drżącym na chłodnym wietrze, podczas gdy kapłani w odświętnych szatach zabierali kolejne dary do świątyni, gdzie miały zostać złożone w świętym ogniu - nie byłem szczególnie pobożny, ale szanowałem tradycje, zwłaszcza te, które przypominały o wdzięczności za rzeczy wciąż należące do nas.

!Strach przed imieniem


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Czarodziejska legenda
Przeciwności losu powodują, że jedni się załamują, a inni łamią rekordy.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Los musi się dopełnić, nie można go zmienić ani uniknąć, choćby prowadził w przepaść. Los objawia nam swoje życzenia, ale na swój sposób. Los to spełnione urojenie. Los staje się sprawą ludzką i określaną przez ludzi.

Pan Losu
#59
03.10.2026, 02:12  ✶  
Chociaż nie doznajesz żadnych omamów słuchowych, nie jesteś w stanie wydusić z siebie Jego imienia. Kogo? Sam-wiesz-kogo... T-tego, którego imienia nie wolno wymawiać... Tego, który zasiał w ludziach strach.
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#60
03.10.2026, 21:55  ✶  

Spacer jej się przydał. Mogła uspokoić myśli… miała tę niefortunną przyjemność zapamiętywania każdego słowa, które padło podczas wymiany zdań przy stole. Niestety przetwarzała je w głowie, ciągle, przez co nie mówiła zbyt wiele, kiedy zmierzali w kierunku kowenu. Starała się o tym nie myśleć, ale w jej przypadku dużo łatwo było o tym powiedzieć, niż faktycznie to zrobić. Nie potrafiła tak po prostu przestać analizować, jej głowa nie działała w ten sposób.

Nie miała najlepszego humoru, bo wizyta u jej rodziców nie poszła po jej myśli. Liczyła na nieco cieplejsze przywitanie swojego wybranka, ojciec jednak nie do końca potrafił grać, wręcz przeciwnie, wyjątkowo pokazywał co sądzi na temat mężczyzny, który siedział obok niej podczas kolacji. Prue była bardzo rozczarowana jego zachowaniem, przez co teraz co chwilę się zamyślała. Analizowała wszystko bardzo dokładnie, starała się to sobie poukładać w głowie, chociaż nie miało to najmniejszego sensu. Ta kolacja okazała się być bowiem katastrofą, przynajmniej w jej oczach, chociaż jeszcze nie nazwała jej tym słowem.

Wizyta w Kowenie mogła nieco oczyścić atmosferę, jeśli kadziła i Matka tego nie zrobią, to raczej szkody będą nieodwracalne. Naprawdę chciała, aby jej rodzice byli życzliwi, Penny jak zawsze nie zawiodła. Prue miała wrażenie, że ta kobieta byłaby w stanie zaakceptować każdy jej wybryk, chociaż w sumie dzisiaj przecież nie zrobiła niczego złego - ojciec zdecydowanie miał swoje zdanie na ten temat, co nie do końca potrafiła ignorować. Gryzło ją to od środka i powodowało dyskomfort, szczególnie, że nie powiedział do końca o co mu chodziło, no, na pewno nie jej. Benjy niby nie mówił wiele na temat wizyty u jej rodziców, nie wątpiła jednak w to, że i dla niego było to na swój sposób dyskomfortem. Ojciec potraktował go nieodpowiednio, Prue musiała nieco zweryfikować swoją opinię na temat człowieka, który zawsze wydawał jej się być raczej opanowany i rozsądny. To był pierwszy raz, kiedy przy niej zachował się podobnie i nie podobało jej się to wcale. Nadużył jej zaufania.

Dotarli w końcu do Kowenu, gdzie mieli złożyć dary Bogini. Otaksowała wzrokiem pomieszczenie, na ołtarzu znajdowało już się sporo prezentów dla Bogini, większość osób zapewne pojawiła się tutaj wcześniej, nie wydawało jej się jednak, aby miało to jakieś znaczenie. Grunt, że pamiętali o tym, aby tutaj wstąpić, prawda?

Prudence przygotowała się do wizyty w tym miejscu. Stworzyła podarunek od siebie, wieniec znajdował się w jej torebce, miała nadzieję, że nie uszkodził się podczas transportu, tak samo jak ten Benjy'ego. Nie miała pojęcia, jakie cudo stworzył, ona jednak była całkiem zadowolona z efektu swojej pracy. W sumie to niekoniecznie im się musiały one podobać, najważniejsze było przecież zdanie Bogini, miała nadzieję, iż oceni ich całkiem łaskawie, bo przecież liczyły się chęci.

- Nieźle, musiałeś zaliczyć kolację z moją rodziną, aby sobie to uświadomić, to może być spore osiągnięcie… - Wiedziała, że żartował, starała się podejść do tego tematu równie lekko, ale jednak coś ukłuło ją gdzieś głębiej. Nie znosiła kiedy sprawy nie układały się tak jak zakładała.

- Jesteśmy chyba do tego przygotowani. - Przynajmniej tak się jej wydawało. Torebka była całkiem ciężka, na pewno zapakowała do niej wszystko, co miała, chociaż kto wie, być może znowu coś poszło nie po jej myśli? Ten dzień nie należał w końcu do najlepszych.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (2053), Anthony Shafiq (1588), Astoria Avery (1771), Atreus Bulstrode (243), Baldwin Malfoy (1793), Benjy Fenwick (3365), Brenna Longbottom (332), Cameron Lupin (2261), Cathal Shafiq (609), Ceolsige Burke (1634), Christopher Rosier (269), Deirdre Malfoy (1666), Dora Crawford (544), Electra Prewett (479), Eutierria (196), Geraldine Greengrass-Yaxley (1569), Guinevere McGonagall (785), Heather Wood (1738), Helloise Rowle (2398), Leviathan Rowle (1543), Lorien Mulciber (492), Lorraine Malfoy (1725), Millie Moody (148), Pan Losu (109), Prudence Fenwick (1588), Robert Albert Crouch (485), Savaš Gregorovitch (2162), Victoria Lestrange (368)


Strony (7): « Wstecz 1 … 3 4 5 6 7 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa