• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Dolina Godryka v
1 2 3 4 5 … 7 Dalej »
[31/10/1972] serca zmartwione, wiara gorejąca || sebastian & geraldine, benjy

[31/10/1972] serca zmartwione, wiara gorejąca || sebastian & geraldine, benjy
Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#21
21.10.2026, 01:28  ✶  
Kolejny raz przyznawałem Geraldine rację, skwitowawszy jej słowa krótkim skinieniem głowy, sam także nie widziałem powodu, żeby zmieniać zdanie tylko dlatego, że odwrócony dąb brzmiał jak coś, co powinno zaprzątać uwagę każdego szanującego się badacza magicznych osobliwości - to drzewo było abominacją, nie zamierzałem polemizować z tym określeniem ani udawać, że nie miałem ochoty dowiedzieć się, kto lub co doprowadziło do powstania takiego kuriozum, jednak dopóki nie próbowało nas zaatakować korzeniami czy tam koronami, nie widziałem powodu, żeby już na starcie poświęcać mu więcej uwagi niż istotom mającym stać nam na drodze do Polany Ognisk, które rzeczywiście stanowiły dla nas bezpośrednie zagrożenie. O ile dobrze zrozumiałem, obiekt obrazy religijnych uczuć towarzyszącego nam kaznodziei został wyrwany z poprzedniego miejsca podczas wichury i zaczął wrastać w nowe do góry nogami, lecz od tamtej pory tkwił na swoim kwadracie i chociaż oddziaływał na lokalną florę oraz faunę, tak jak to określiła Gerda, nie wykazywał szczególnej inicjatywy w zakresie przemieszczania się po lesie, podczas gdy widma miały do dyspozycji całą Knieję i zdecydowanie nie potrzebowały zaproszenia, żeby zainteresować się obecnością kilkunastu lub kilkudziesięciu nowych żywych istot przybywających na świąteczną kolację, co czyniło je problemem znacznie bardziej naglącym od pojedynczego drzewa o niewłaściwej orientacji.
„Po prostu nie widzę powodu, żeby stawiać je wyżej na liście priorytetów tylko dlatego, że wygląda na coś, co powinno zainteresować specjalistę. Właściwie to sam nim tak jakby jestem i mogę z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że drzewo, które nie próbuje mnie właśnie zabić, ma niewielkie szanse na zdobycie mojej niepodzielnej uwagi”, nie zamierzałem ulegać własnej ciekawości ani tym bardziej dać się jej zwieść, choć należała ona do nielicznych rzeczy zdolnych skutecznie odciągnąć moje myśli od perspektywy znalezienia się w śmiertelnym niebezpieczeństwie.
- No, nie szebym chciał bloniś dębu. - Oznajmiłem w końcu, uznając, że warto było ponownie zaznaczyć tę kwestię, zanim ktoś przypisałby mi podejrzane zainteresowanie botanicznymi wynaturzeniami, którego zresztą nie potrafiłbym uzasadnić nawet przy dużej dozie dobrej woli, dotychczas samą botanikę traktowałem bowiem podobnie do religii z aspektami rytualnymi, czyli głównie jako dziedzinę dostarczającą składników medycznych i powodów do przeklinania podczas zbierania ich w terenie. - Tak czy inaczej, abominacja pozostaje abominacją, ja tesz uwaszam, sze powinna znaleźć się wysoko na liście szeszy, któlymi naleszy się zająś, ale dopóki nie zacznie pełzaś za nami po polanie albo plóbowaś pszygwoździś nas koloną… czy tam koszeniami do ziemi, widma pozostają znacznie pilniejszym ploblemem. Jeśli zignolujemy ich liczebność, mosemy nawet nigdy nie dotsześ do tej części, gdzie konal zapłonie. - To ostatnie mówiło samo za siebie, jeśli chodziło o hierarchię, jak dla mnie na tym etapie trudno było o bardziej przekonujący argument.
Zdecydowanie bardziej odpowiadała mi perspektywa, w której to my wybieraliśmy, czym zajmiemy się w pierwszej kolejności, zamiast pozwalać, by o naszej kolejności działań decydowało coś, co mogło w każdej chwili wyłonić się spomiędzy drzew, ale oto byliśmy i próbowaliśmy radzić sobie z wieloma złożonymi kwestiami na raz, niekoniecznie mogąc operować dużą ilością czasu i zasobów. W tej chwili nie byłem już nawet pewien, czy brakowało mi kilku elementów układanki, czy też od samego początku próbowałem ułożyć ją według niewłaściwego wzoru, ale nie za bardzo miałem już przestrzeń, aby próbować złożyć to wszystko od nowa. Im więcej się dowiadywałem, tym mniej tak naprawdę wiedziałem, co z oczywistych względów wyjątkowo mocno mi się nie podobało, o ile bowiem wcześniej przynajmniej zdawałem sobie sprawę z tego, jak wiele pozostawało poza moim zasięgiem, o tyle teraz, gdy zacząłem powoli łączyć ze sobą poszczególne fragmenty układanki podsuwane mi z kilku różnych źródeł, odkrywałem, że wyłaniający się z nich obraz w niewielkim stopniu przypominał ten, którego dotąd się spodziewałem. Co gorsza, nie potrafiłem przy tym dalej zrzucać winy na mgliste teorie i brakujące informacje, bo te które otrzymywałem wcale nie ułatwiały mi zrozumienia sytuacji, przeciwnie, sprawiały, że coraz więcej rzeczy zaczynało budzić moje zastrzeżenia.
- „Posiekaś”? I… „Wepchnąś”? - Nawet nie zauważyłem momentu, w którym moje własne słowa niemal idealnie odbiły wcześniejszą reakcję Sebastiana, bo tym razem to ja wbiłem w Gerdę niezbyt rozumne spojrzenie. „Wspaniale, po prostu wspaniałe”, czyli w tym momencie zataczaliśmy jakieś pokrętne koło, powidok, można by rzec, pierwotnego planu Ministerstwa, tylko w bardziej słusznym celu pozbycia się dębu w Limbo, nie zaś rozniesienia jego fragmentów na cztery strony świata. Poza tym… „Magią? Siekierą? A jak siekierą, to czy poświęconą? Jakim sposobem?”
- Flakoniki… - Zawahałem się, bo tak naprawdę na tym etapie już wszystko i nic mogło nam realistycznie pomóc. - Będą… W posządku. Dzięki. - Stwierdziłem z niejakim wahaniem, samemu nie będąc do końca przekonanym, czy właśnie udzieliłem komukolwiek użytecznej odpowiedzi, czy jedynie próbowałem nadać pozory sensu sytuacji, która już dawno całkowicie wymknęła się spod kontroli.
Ograniczenia teleportacji mogły utrudnić nam drogę, rzeczywiście, lecz zaklęcia percepcyjne podważały zaufanie do samego sposobu, w jaki oceniałem miejsce, w którym się znajdowałem, co było o stokroć gorsze. Te pierwsze nałożone na terenie Kniei stanowiły, rzecz jasna, całkowicie poważną kwestię do rozpatrzenia, ale sam jakoś nigdy nie przepadałem za tym sposobem przemieszczania się, woląc polegać na własnych nogach albo na rozwiązaniach, których zasady działania znałem wystarczająco dobrze, żeby nie musieć ufać im na ślepo, potrafiłem zatem jeszcze zaakceptować istnienie podobnych zabezpieczeń. Translokacja nigdy nie należała do moich ulubionych dziedzin magii i nie zamierzałem udawać, że perspektywa utraty możliwości przenoszenia się z jednego miejsca w drugie stanowiła dla mnie szczególny powód do rozpaczy, nawet biorąc pod uwagę obecność Widm, zwłaszcza że w swojej pracy nauczyłem się nie przywiązywać nadmiernej wagi do jednego sposobu wydostawania się z kłopotów, bo tak naprawdę zawsze istniały inne wyjścia, nawet jeśli czasami wymagały większego nakładu energii, kombinowania i improwizacji pod presją, odrobiny szczęścia czy tam opatrzności bogów będących po naszej stronie albo po prostu gotowości do ubrudzenia sobie rąk. Informacja o zaklęciach percepcyjnych należała jednak do zupełnie innej kategorii, to właśnie ona sprawiła, że przestałem traktować ostrzeżenia przedstawiane nam przez Sebastiana jako zbiór upierdliwych, ale ostatecznie akceptowalnych ograniczeń, które ktoś tam w Ministerstwie uznał za konieczne do wprowadzenia na zamkniętym terenie, by ograniczyć szanse przedostania się gawiedzi na teren chroniony.
Nie podobała mi się sama myśl, że w obrębie lasu mogło znajdować się coś zdolnego wpływać na sposób postrzegania otoczenia, szczególnie jeśli działanie takich czarów nie ograniczało się do prostego oszukiwania wzroku, lecz również do zmuszania maszerujących, by stale zmieniali swoje miejsce pobytu, bez możliwości przystanięcia gdzieś na chwilę dłużej i rozważenia opcii. W moim fachu błędna ocena sytuacji potrafiła kosztować znacznie więcej niż utratę kilku godzin pracy czy zawartości sakiewki, dlatego przywykłem polegać na własnej percepcji szczególnie wtedy, gdy pozostałe okoliczności pozostawiały wiele do życzenia - miałem naprawdę dobre pojęcie o iluzjach i podobnych sztuczkach, między innymi dlatego, że jako łamacz klątw musiałem nauczyć się odróżniać to, co rzeczywiście znajdowało się przede mną, od tego, co ktoś bardzo chciał mi pokazać, jednak sama znajomość mechanizmów nie sprawiała przecież, że stawałem się odporny na ich działanie - wiedza pomagała rozpoznać pułapkę, kiedy miało się wystarczająco dużo czasu, żeby przyjrzeć się jej z bliska i mogło się ją jakoś obejść, znacznie gorzej przedstawiała się sytuacja, w której zaklęcia zaczynały działać tak naprawdę od razu, po przekroczeniu konkretnej, zapewne zamkniętej w formie okręgu granicy wyznaczonej przez zespół specjalistów. Poza tym zwyczajnie nie znosiłem sytuacji, w których ktoś próbował mieszać mi w głowie, odbierać mi pewność co do tego, co widziałem lub słyszałem, albo podsuwać mi fałszywe wnioski tak skutecznie, żebym jeszcze sam uznał je za własne, a tutaj ewidentnie właśnie o to chodziło Ministerstwu i badaczom.
Pytanie, jakie padło z ust Gerdy w odpowiedzi na słowa kaznodziei o ewakuacji wydawało mi się przy tym całkowicie zasadne, zwłaszcza że oboje z kuzynką byliśmy słusznego wzrostu i mieliśmy nogi, które pozwalały pokonywać długie dystanse, a także przekraczać przeszkody bez konieczności zatrzymywania się co kilkaset kroków pod pretekstem podziwiania okolicznej roślinności. Z wiadomych pobudek, w wyniku podjętych wyborów życiowych oboje przywykliśmy również do łażenia po dziczy i nie należeliśmy do tych, którzy po godzinie marszu zaczynali rozglądać się za najbliższym powozem, co dawało nam pewną potencjalną przewagę nad resztą towarzystwa mającego zamiar przedrzeć się przez bariery, choć wolałem nie wyciągać z tego zbyt daleko idących wniosków, szczególnie w miejscu, w którym nawet pozornie niewinna zmiana mogła okazać się częścią czegoś znacznie bardziej zabójczego. Nie dało się jednak zaprzeczyć, że do, ekhem, pielgrzymek w niekoniecznie słuszne miejsca, w niekoniecznie prawych celach również zdążyliśmy się przyzwyczaić, więc sama perspektywa konieczności szybkiego spierdalania nie budziła we mnie szczególnego niepokoju. Z tego samego doświadczenia wiedziałem zresztą, że w razie potrzeby potrafiłem poradzić sobie również z transportem pasażerów, którzy z jakiegoś powodu tracili zdolność samodzielnego pokonywania drogi, miałem bowiem za sobą wystarczająco wiele okazji do noszenia ludzi na barana, by uznać tę umiejętność za praktycznie udowodnioną, moje plecy zaś, póki co, ani razu nie odmówiły współpracy. Mimo wszystko wolałem nie sprawdzać, jakie niespodzianki skrywała sutanna Sebastiana, bo o ile byłem gotów zaakceptować pewien wysiłek fizyczny w imię Matki osiągnięcia celu, o tyle perspektywa odkrywania na własnej skórze, co jeszcze mogło kryć się pod kawałkiem odświętnego materiału, zdecydowanie wykraczała poza moje obecne ambicje. Miałem bowiem nieodparte wrażenie, że znajdowało się tam wystarczająco dużo, bym wolał zachować bezpieczny dystans, zamiast przekonywać się osobiście, czy duchowny skrywał wyłącznie święte tajemnice.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Pan Egzorcysta
here lies the abyss,
the well of all souls

wiek
34
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
kapłan kowenu | egzorcysta ministerstwa magii
ciemnobrązowe oczy; rozszczep tęczówki prawego oka (źrenica w kształcie dziurki od klucza); czarne włosy; przeciętny wzrost 173 cm; zimne dłonie; często ubrany cieplej niż sugeruje pogoda; okulary do czytania; srebrny łańcuszek z sygnetem na szyi (w oczku znajduje się zasuszony kwiat z rodzinnego ogrodu); niespieszny chód; cichy, nieco niewyraźny głos

Sebastian Macmillan
#22
Wczoraj, 20:28  ✶  
— Ja dalej jestem za spaleniem tego cholerstwa — mruknął Macmillan, wypuszczając głośno powietrze przez usta.

Naprawdę nie chciał się z nią kłócić, chociaż gdzieś z tyłu głowy rosła w nim irytacja, że kobieta akurat w tej chwili zachowywała się tak porządnie. Jak na kogoś, kto brnął przez życie tak żywiołowo, to w sprawie Kniei Godryka wykazywała się wyjątkowym profesjonalizmem. Aż dziwne, że w tej chwili uznaję to za wadę, pomyślał bezwiednie Sebastian. Co tu dużo mówić zbiło go to z tropu, a zmęczenie wywołane wszystkimi problemami związanymi z Polaną Ognisk tylko to poczucie wzmacniało.

— Nie jestem atletą — uświadomił swoich rozmówców Sebastian, unosząc niepewnie brwi. — Moja kondycja jest… w granicach dopuszczalnej normy. — Delikatnie mówiąc. Jego praca nie wymagała spędzania większości dnia w terenie jak w przypadku, chociażby funkcjonariuszy służb bezpieczeństwa. — Bardzo dawno nic sobie nie połamałem. To taki dar od Przenajświętszej. Zapewne jeszcze przed mymi narodzinami zasądziła, że zamiast bólu ciała mam dźwigać ciężar cierpienia duchowego. Swojego i innych wiernych.

Brał na swoje barki spory ciężar, biorąc pod uwagę obecny ”kryzys wiary” w kowenie. Jak nie przyspieszone nauki przedmałżeńskie, to zbuntowani wierni… Dobrze, że nie znał obecnego statusu cywilnego pana Fenwicka, bo chyba musiałby przeprowadzić ekstremalnie przyspieszony kurs dla niego i jego wybranki. Zmarszczył czoło. Był jeszcze jeden problem, o jakim wypadałoby poinformować tę parkę.

— Ale… Tak, mogę potrzebować wsparcia — przyznał z lekką niechęcią. — Znam te okolicę, więc opuszczenie samej Kniei nie powinno być wielkim problemem, ale jeśli potencjalni napastnicy rzucą się za mną w pościg, to poza lasem mogę im już nie uciec. — Chrząknął znacząco. — Nie radzę sobie z teleportacją. Nigdy nie zrobiłem licencji, więc…

Rozłożył ręce. Tutaj wiele zależało od tego, jak potoczy się przemarsz. Czy kiedy przyjdzie pora na ucieczkę, granica Kniei będzie pusta? A może Ministerstwo wezwie posiłki, żeby nikt nie zdołał się prześlizgnąć, próbując uciec z miejsca zdarzenia? A co jeśli Widma zdecydują się na kontr-atak i oficjalnie wyściubią nos poza las?

— Możemy się jeszcze razem pomodlić o to, żeby lepiej wam się celowało z różdżek i wasze zaklęcia rzadziej chybiały — dodał Macmillan, zauważając zawód w głosie Benjy'ego. — Chociaż ze względu na dobro nas wszystkich mam nadzieję, że to drugie uchodzi u was za wyjątkowo rzadki wypadek przy pracy. W końcu… — zawiesił na moment głos. — Jesteście najlepszą szansą naszej społeczności.Spoczywa na was ogromny obowiązek, ale i wielki zaszczyt. W tych czasach niewielu ma szansę walczyć w imieniu samej Przenajświętszej.

Niestety, było zbyt wcześnie na rozpoczęcie procesu beatyfikacyjnego, jednak kto wie… Jeśli faktycznie uda im się oczyścić Polanę Ognisk z zepsucia Widm i przeklętego dębu, to niewykluczone, że Matka mogła natchnąć nawet samego arcykapłana, aby jakoś odznaczył Geraldine Greengrass-Yaxley i Benjy'ego Fenwicka za ich odwagę w chwili kryzysu. Patroni od spraw beznadziejnych… To brzmiałoby dumnie.
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#23
Wczoraj, 21:15  ✶  

Benjy się z nią zgadzał, ponownie. To był naprawdę wyjątkowy dzień, chociaż w sumie czy powinno ją to, aż tak dziwić? Wiedziała, że mieli podobne podejście do wielu spraw. Najwyraźniej w ten sam sposób ustalali priorytety jeśli chodzi o zagrożenie. Doskonale, mogli się czasem ścierać między sobą, jednak przed innymi byli całkiem zgranymi wspólnikami. Wszystko działało tak jak powinno.

- No coś z tym trzeba zrobić, jeśli Sebastian tego chce, co nie? - Wzruszyła jedynie ramionami. Być może nie miała przy sobie siekiery, miała jednak inne ostre narzędzia no i różdżkę, którą potrafiła odcinać głowy trytonom, więc powinna też sobie dać radę z drzewem, to była bardzo prosta logika - przynajmniej dla Greengrass-Yaxley.

- Możemy wziąć, tak. - Kto wie, jeśli nie do walki, to może woda święcona przyda im się, kiedy dopadnie ich pragnienie, nie było sensu zastanawiać się nad tym, co realnie może się przydać, powinni brać tam ze sobą wszystko jak leci.

- Jasne, Seba, rozumiem. - No, widać było, że zależało mu na tym, aby spalić to cholerne drzewo. Tak właściwie to mogli zrealizować chyba wszystko po kolei, najlepiej byłoby jej zdaniem spalić drzewo w limbo, jak widma wejdą tam za nim, tylko obawiała się, że jak sami by tam weszli, to stamtąd nie wyjdą. Ogólnie w ich planie było kilka luk, miała nadzieję, że na bieżąco będą je łatać, na klej, ślinę, czy cokolwiek. To nie był pierwszy raz, kiedy przyjdzie im improwizować i może dzięki temu jakoś mocno się tego nie obawiała. Nie z takich rzeczy przecież wychodziła cało, złego diabli nie wezmą, czy coś. Na pewno jakoś sobie poradzą.

Wolała zapytać Sebastiana o to, jak miewała się jego kondycja, bo skoro miał wejść do lasu… to istniało ryzyko, że będzie musiał szybko stamtąd wiać, zawsze lepiej wiedzieć na czym się stoi… to znaczy na czym się biegnie.

- W tym przypadku chyba warto podziękować za to Bogini, bo ten dar może Ci się bardziej przydać od niecierpiącej duszy. - Dobrze, najwyraźniej nie było źle, Macmillan na pewno nie oszacowałby swoich umiejętności w nieodpowiedni sposób.

- Ja niby mam licencję, ale to też nie jest moja ulubiona umiejętność, nie zostawimy Cię im na pożarcie. - Napastnikom, widmom, wszystkim. Może mieli różne poglądy, jednak Geraldine na pewno nie zamierzała zostawić go samemu sobie, pomogą mu opuścić to miejsce. Będzie miała to na uwadze.

Kiedy Sebastian wspomniał o modlitwie przeniosła spojrzenie na Benjy'ego. Nie była specjalnie wierząca, ale jeśli istniało chociaż ziarno prawdy w tym wszystkim, to czy nie lepiej być przezornym i odprawić z nim te modły? Kto wie. Nie było sensu bez potrzeby pluć na jego wiarę. - Jasne, pomódlmy się więc. - Nie, żeby wierzyła, że od modlitwy będzie zależała jej celność z różdżki, kuszy, czy innych sprzętów, ale skoro na tym mu zależało.

Kolejne słowa kapłana spowodowały, że mrugnęła. Nie do końca wiedziała, co mu odpowiedzieć. To naprawdę niesamowite, że pokładał w nich taką nadzieję, cóż - pozostawało więc tam pójść, wrócić i pokazać, że się nie mylił. Prosta sprawa.

Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#24
11 godzin(y) temu ✶  
Nie wtrącałem się niepotrzebnie, słuchając wyjaśnień Sebastiana i wzmianki o tym, że nie zrobił licencji na teleportację, przeniosłem tylko spojrzenie na Geraldine, gdy okazało się, że ona również nie zaliczała tego sposobu przemieszczania się do swoich ulubionych - mogłem to zrozumieć, bo sam, mimo że opanowałem tę sztukę i w razie potrzeby potrafiłem z niej skorzystać, nigdy nie nabrałem szczególnej ochoty na jej regularne stosowanie - doceniałem praktyczność tego rozwiązania, zwłaszcza kiedy trzeba było szybko zniknąć z miejsca, w którym zaczynało robić się nieprzyjemnie, ale zdecydowanie dużo bardziej ceniłem sobie własne nogi mocno stąpające po ziemi. Jedynym odstępstwem od reguły była natomiast niegdyś gra w quidditcha, której już dawno nie praktykowałem. Zresztą, jeśli miałem już ryzykować utratę kończyny, wolałem, żeby stało się to w okolicznościach, na które przynajmniej miałem jakiś wpływ, nie podczas podróży, której jedyną zaletą było to, że trwała krócej.
Słysząc zapewnienie, że nie mieliśmy rzucić Sebastiana na pożarcie, ponownie kiwnąłem głową, bo również tutaj nie miałem do dodania niczego, czego ona nie ujęłaby już wystarczająco jasno. Byłem ostatnim, który mógłby uchodzić za wzór obywatelskiej odpowiedzialności, ale miałem swoje granice, a jedną z nich było porzucanie kogoś, kto pokładał w nas wiarę - bardzo, bardzo dosłowną - i chociaż nie miałem zwyczaju składać uroczystych deklaracji dotyczących własnej gotowości do narażania karku w cudzym interesie, akurat w tej kwestii nie planowałem się spierać. Nie zamierzałem zostawiać nikogo, z kim przyszłoby mi współpracować, na pastwę napastników, widm ani kogokolwiek, kto uznałby, że otaczający mnie ludzie stanowili wygodną przeszkodę do usunięcia, niezależnie od tego, jak bardzo różniliśmy się w kwestii wiary, obrzędów czy sposobu rozwiązywania problemów. Zresztą, gdybym miał zostawiać na pastwę losu każdego, z kim nie zgadzałem się w kwestiach wiary albo polityki, byłbym w stanie w pojedynkę zapełnić całkiem pokaźny cmentarz. Nie musiałem podzielać wszystkich przekonań Macmillana, żeby uznać, że zasługiwał na pomoc, szczególnie że przynajmniej próbował zrobić coś sensownego z sytuacją, która coraz bardziej wymykała się wszystkim spod kontroli.
Nie spodziewałem się, że od kilku słów wypowiedzianych pod nosem moja różdżka zacznie trafiać celniej, ani że widma nagle uznają nas za towarzystwo, którego lepiej było unikać, ale nie miałem też powodu, żeby z góry odrzucać coś, co teoretycznie mogło pomóc, kiedy wszystko inne zawiedzie. W końcu miałem wystarczająco dużo własnych grzechów, żeby nie zaszkodziło mi od czasu do czasu spróbować zyskać przychylność sił wyższych, choćby na wypadek, gdyby moje zwykłe metody zawiodły.
- Oczywiście. - Przytaknąłem, mogłem poświęcić kilka minut na modlitwę, nawet jeżeli w dalszym ciągu uważałem, że przydałoby nam się również parę solidnych planów awaryjnych, najlepiej takich, które nie wymagały boskiej interwencji w chwili, gdy ktoś zacznie próbować wyssać z nas energię czy tam duszę. Gorzej, jeśli po wszystkim miałbym usłyszeć, że każde moje chybione zaklęcie stanowiło dowód na niedostateczną gorliwość religijną, bo wtedy musielibyśmy odbyć znacznie dłuższą rozmowę o odpowiedzialności za błędy w pracy. Skoro Geraldine się zgodziła, wzruszyłem lekko ramionami i przytaknąłem. Znacznie większą trudność sprawiły mi natomiast kolejne słowa o wielkim zaszczycie i odpowiedzialności spoczywającej na naszych barkach, bo o ile nie miałem nic przeciwko temu, żeby ktoś pokładał w nas nadzieję, o tyle perspektywa zostania najlepszą szansą całej magicznej społeczności brzmiała jak wyjątkowo paskudny sposób na rozpoczęcie procesu zostania świętym męczennikiem. Przy całym szacunku dla Przenajświętszej wolałem, żebyśmy wrócili stamtąd żywi, niezależnie od tego, jak imponująco lub żałośnie będzie wyglądała nasza rola w opowieściach, które ludzie mogli sobie później przekazywać.
Pochyliłem głowę, z należną powagą, choć kącik ust drgnął mi zdradziecko, kiedy zerknąłem na kuzynkę, upewniając się, że nie byłem jedynym, któremu przyszło do głowy wykorzystać tę okazję do rozszerzenia listy próśb kierowanych do Opatrzności.
- A mosemy doszuciś jeszcze jedną plośbę? - Zapytałem z zupełnie poważnym zainteresowaniem, splatając ręce przed sobą w sposób, który wydał mi się adekwatny do sytuacji, a na którego pobożny wydźwięk w moim przypadku zdecydowanie nie należało dawać się nabrać. - Chciałbym mianowicie poplosiś, szeby zaślepieni wlogowie naszej społeczności pozostali ślepi na tyle skutecznie, by szeszywiście nie zauwaszali, w co się pakują, dopóki nie będzie za późno, by zdąszyli nam pszeszkodziś. - Zawiesiłem na moment głos, rozważając, czy nie powinienem sformułować tego nieco bardziej elegancko, po czym wzruszyłem ramionami, jakoś nie byłem aspirującym krasomówcą. - A jeśli Pszenajświętsza uzna, sze mose pszy okazji obdaszyś ich zezem losbiesznym, szeby nawet kiedy jusz na coś spojszą, nie potlafili ustaliś, na co właściwie patszą, będę dozgonnie wdzięczny. - Nie precyzowałem, ponieważ nie chciałem wznosić wielostronicowego postulatu do sił wyższych, ale nie zaszkodziłoby, gdyby co poniektórzy raz czy dwa pomylili nas lub własnych sojuszników na przykład z drzewami - jeśli już prosiliśmy o boską interwencję grzechem byłoby nie wykorzystać okazji i nie zadbać również o to, żeby przeciwnicy mieli przynajmniej kosmetyczny problem z trafnym rozpoznawaniem sytuacji - prawda?


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (9819), Geraldine Greengrass-Yaxley (5040), Sebastian Macmillan (5761)


Strony (3): « Wstecz 1 2 3


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa