27.10.2022, 17:29 ✶
Hotelowy apartament, jaki zajmowali, bynajmniej nie należał do najmniejszych, wręcz przeciwnie. Duży, luksusowy, z powodzeniem mógłby pomieścić wręcz kilkanaście osób, jeśli by tylko dostawić odpowiednią ilość łóżek. Lub kanap. Czy też po prostu rozłożyć materace na podłogach - choć takowa myśl napawała Eunice najszczerszym obrzydzeniem. Spać na podłodze, też coś; ktoś z takim pomysłem musiał niewątpliwie w dzieciństwie wypaść niańce ze śliskiego kocyka i zbyt mocno przywalić w łepetynę.
Tak, nawykła do luksusów; niczego zresztą innego nie należało spodziewać się po Malfoyównie, potomkini obrzydliwie bogatego rogu. Wróć. Nie Malfoyównie.
Przecież przed raptem paroma dniami, wymienili między sobą obrączki, wypowiedzieli stosowne przysięgi. Została związana przeznaczeniem narzuconym przez ojców nowożeńców, już nie miała prawa zwać się Malfoy.
Miano Black otuliło ją niczym aksamitny płaszcz, przylgnęło do skóry, naznaczyło niezmywalnym piętnem. Żona, nie panna, jak przypominała złota obrączka na palcu, zdająca się wręcz parzyć.
Żona.
Ale jakoś nie czuła się żoną i nawet nie do końca była pewna, co o tym myśleć. Z jednej strony - była w tym jakaś ulga, że Perseusz nie naciskał na spełnienie obowiązku, jaki został nałożony wraz z małżeńskimi okowami. Zwłaszcza że pierwsza noc pod tym kątem okazała się wręcz… fatalna. Zmęczona całym dniem, poczynając od przygotowań do ceremonii, sam obrządek, a potem wesele, nie mówiąc już o alkoholu, od którego coś zbytnio szumiało w głowie, po prostu zasnęła w oczekiwaniu na swego męża. Przeprosiła następnego ranka, lecz na dobrą sprawę nie pociągnęło to za sobą dalszych wydarzeń; przerażająca wizja tego, iż jej ciała miałyby dotykać dłonie inne niż jej własne została odsunięta na bliżej nieokreślony termin. Z drugiej strony… była młoda, na pewien sposób ciekawa tego, co do tej pory stanowiło zakazany owoc. Ciekawość ta jednak nie okazała się kamyczkiem przechylającym szalkę wagi i nie popychała do przejęcia inicjatywy, wręcz przeciwnie.
W jakiś sposób dotychczasowy status quo jej odpowiadał, jak również to, że nie musiała się przyzwyczajać do obecności kogoś praktycznie obcego w łożu, jakie zajmowała. Sam z siebie, bez żadnej sugestii, wybierał kanapę do spania. I o ile na początku spotkało się to ze zdziwieniem Eunice, to jednak nie zająknęła się na ten temat ani jednym słowem, co jedynie utrwaliło ten dziwaczny stan rzeczy.
Byli małżeństwem, a jednocześnie nie, nie w pełni. Co niewątpliwie wywołałoby załamanie rąk rodziców, którzy aż nadto chętnie chcieliby ujrzeć wnuki - które to i tak nie miały się pojawić na świecie przez dłuższy niż by sobie życzyli czas, za sprawą umowy, jaką onegdaj młodzi ze sobą zawarli. I za sprawą zawartości fiolek, jakie Eunice wepchnęła do torebki, żeby tej umowy dotrzymać. Tak, musiała dać Perseuszowi dziedzica, oboje to wiedzieli. Po prostu… jeszcze nie teraz.
Odgłos szpilek wytłumił puchaty dywan, nie na długo jednak - w końcu wybrzmiał, gdy wkroczyła na balkon, dzierżąc w dłoniach butelkę czerwonego wina i dwa kieliszki. Słońce powoli zachodziło, zalewając Paryż czerwonawym światłem, wydobywającym z trzymających się jeszcze na drzewach liści wszelkie możliwe odcienie jesieni. Ta zaś, jeszcze ciepła, była dosłownie wszędzie - nawet w powietrzu, z tym swoim charakterystycznym zapachem. Do zimy jednak jeszcze daleko, mieli czas; dużo czasu, na zwiedzanie miasta. Tego i kolejnych na trasie zaplanowanej podróży.
Czasu na krążenie wokół siebie i podejmowanie prób nawiązania jakiejkolwiek nici porozumienia, by nie pozostawać tak boleśnie obcymi sobie ludźmi, którzy równie dobrze mogliby pochodzić z różnych światów. Choć patrząc na dzielącą ich różnicę wieku… w pewnym sensie faktycznie zostali wyrwani z dwóch różnych orbit i wepchnięci bezlitośnie na jeszcze inną.
- Napijesz się? - spytała cicho, stawiając z lekkim stuknięciem swe zdobycze z barku. Wieczór, widok na magiczny i niemagiczny Paryż rozpościerający się z ich balkonu i odrobina alkoholu na zakończenie długiego dnia - czegóż chcieć więcej?
Tak, nawykła do luksusów; niczego zresztą innego nie należało spodziewać się po Malfoyównie, potomkini obrzydliwie bogatego rogu. Wróć. Nie Malfoyównie.
Przecież przed raptem paroma dniami, wymienili między sobą obrączki, wypowiedzieli stosowne przysięgi. Została związana przeznaczeniem narzuconym przez ojców nowożeńców, już nie miała prawa zwać się Malfoy.
Miano Black otuliło ją niczym aksamitny płaszcz, przylgnęło do skóry, naznaczyło niezmywalnym piętnem. Żona, nie panna, jak przypominała złota obrączka na palcu, zdająca się wręcz parzyć.
Żona.
Ale jakoś nie czuła się żoną i nawet nie do końca była pewna, co o tym myśleć. Z jednej strony - była w tym jakaś ulga, że Perseusz nie naciskał na spełnienie obowiązku, jaki został nałożony wraz z małżeńskimi okowami. Zwłaszcza że pierwsza noc pod tym kątem okazała się wręcz… fatalna. Zmęczona całym dniem, poczynając od przygotowań do ceremonii, sam obrządek, a potem wesele, nie mówiąc już o alkoholu, od którego coś zbytnio szumiało w głowie, po prostu zasnęła w oczekiwaniu na swego męża. Przeprosiła następnego ranka, lecz na dobrą sprawę nie pociągnęło to za sobą dalszych wydarzeń; przerażająca wizja tego, iż jej ciała miałyby dotykać dłonie inne niż jej własne została odsunięta na bliżej nieokreślony termin. Z drugiej strony… była młoda, na pewien sposób ciekawa tego, co do tej pory stanowiło zakazany owoc. Ciekawość ta jednak nie okazała się kamyczkiem przechylającym szalkę wagi i nie popychała do przejęcia inicjatywy, wręcz przeciwnie.
W jakiś sposób dotychczasowy status quo jej odpowiadał, jak również to, że nie musiała się przyzwyczajać do obecności kogoś praktycznie obcego w łożu, jakie zajmowała. Sam z siebie, bez żadnej sugestii, wybierał kanapę do spania. I o ile na początku spotkało się to ze zdziwieniem Eunice, to jednak nie zająknęła się na ten temat ani jednym słowem, co jedynie utrwaliło ten dziwaczny stan rzeczy.
Byli małżeństwem, a jednocześnie nie, nie w pełni. Co niewątpliwie wywołałoby załamanie rąk rodziców, którzy aż nadto chętnie chcieliby ujrzeć wnuki - które to i tak nie miały się pojawić na świecie przez dłuższy niż by sobie życzyli czas, za sprawą umowy, jaką onegdaj młodzi ze sobą zawarli. I za sprawą zawartości fiolek, jakie Eunice wepchnęła do torebki, żeby tej umowy dotrzymać. Tak, musiała dać Perseuszowi dziedzica, oboje to wiedzieli. Po prostu… jeszcze nie teraz.
Odgłos szpilek wytłumił puchaty dywan, nie na długo jednak - w końcu wybrzmiał, gdy wkroczyła na balkon, dzierżąc w dłoniach butelkę czerwonego wina i dwa kieliszki. Słońce powoli zachodziło, zalewając Paryż czerwonawym światłem, wydobywającym z trzymających się jeszcze na drzewach liści wszelkie możliwe odcienie jesieni. Ta zaś, jeszcze ciepła, była dosłownie wszędzie - nawet w powietrzu, z tym swoim charakterystycznym zapachem. Do zimy jednak jeszcze daleko, mieli czas; dużo czasu, na zwiedzanie miasta. Tego i kolejnych na trasie zaplanowanej podróży.
Czasu na krążenie wokół siebie i podejmowanie prób nawiązania jakiejkolwiek nici porozumienia, by nie pozostawać tak boleśnie obcymi sobie ludźmi, którzy równie dobrze mogliby pochodzić z różnych światów. Choć patrząc na dzielącą ich różnicę wieku… w pewnym sensie faktycznie zostali wyrwani z dwóch różnych orbit i wepchnięci bezlitośnie na jeszcze inną.
- Napijesz się? - spytała cicho, stawiając z lekkim stuknięciem swe zdobycze z barku. Wieczór, widok na magiczny i niemagiczny Paryż rozpościerający się z ich balkonu i odrobina alkoholu na zakończenie długiego dnia - czegóż chcieć więcej?