02.07.2024, 21:31 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.07.2024, 12:57 przez Anthony Shafiq.)
—12/06/1972—
Anglia, Londyn
Severine Crouch & Anthony Shafiq
![[Obrazek: y1F8nvK.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=y1F8nvK.png)
At the last, tenderly,
From the walls of the powerful, fortress’d house,
From the clasp of the knitted locks—from the keep of the well-closed doors,
Let me be wafted.
Let me glide noiselessly forth;
With the key of softness unlock the locks—with a whisper
Set ope the doors, O soul!
![[Obrazek: y1F8nvK.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=y1F8nvK.png)
At the last, tenderly,
From the walls of the powerful, fortress’d house,
From the clasp of the knitted locks—from the keep of the well-closed doors,
Let me be wafted.
Let me glide noiselessly forth;
With the key of softness unlock the locks—with a whisper
Set ope the doors, O soul!
W przestronnym pokoju dziennym paliły się teraz w przygaszeniu kryształowe kandelabry. Migoczące światło stylizowany na ciepły, choć jaśniejszy od kominkowego płomień, migotały w rozpraszających światło lustrach, czyniąc z białego, ascetycznego pokoju miejsce pełne pomarańczowych gwiazd. Na zielonych drzewkach ustawionych w donicach pyszniły się mandarynki, w tle magiczna teorba zachwycała barokową muzyką salonową wszak byli w salonie.
Przy podłużnym stole siedział gospodarz, w niedopiętej pod szyję koszuli i szarej kamizelce i równie szarych materiałowych spodniach. Brązowe skórzane mokasyny powędrowały gdzieś w kąt, pozwalając bosym stopom cieszyć się miękkością perfekcyjnie odkurzonego dywanu. Strój absolutnie niezobowiązujący, wszak nie było to spotkanie służbowe. Zdecydowanie. Ot zaproszenie kobiety, która zapowiadała się na gwiazdę Wizengamotu, a potem nagle zniknęła, by pojawić się z dala od Ministerstwa. Plotki, ploteczki, plotunie... cóż też stało się z utalentowaną Severine Crouch? Był ciekaw. Ale przede wszystkim chciał dotknąć jej złamania. Chciał zobaczyć co spowodowało tak rozległe rany i przekreślenia kariery. Cóż, może to jego obecny zastępca wytyczył ten kierunek "rekrutacji", ale nie dało się ukryć, że wdzięczna dusza pracowała tysiąckrotnie lepiej. Smakowała tysiąckrotnie bardziej...
Na początku trzeba było odkazić...
Był pod wielkim wrażeniem, że panna Crouch właśnie osuszała drugą butelkę rozwalona na białej kanapie w jego osobistym salonie, w apartamencie przy Alei Horyzontalnej tuż nad księgozbiorem Parkinsonów. On udawał tylko lekko wstawionego, przytomność umysłu wskazana była przecież przy operacjach na żywych organizmach.
– A więc... jak to było moja droga? Mój ojciec szczęśliwie jest w Egipcie, jego wstrętne macki nie sięgają na wyspy, z resztą zadbałem, by ich jad nie miał nawet czego zatruć. – Zamaszyście zatoczył koło kieliszkiem rozkładając się wygodniej i wzdychając ciężko, z lekko zeszklonymi oczyma wpatrując się w migotliwy sufit. – Ale Ty kruszyno nie masz tyle szczęścia prawda? Wiesz... mi możesz powiedzieć. Nic nie wyjdzie poza próg tego domu, przyrzekam. – I brzmiał w tej przysiędze bardzo autentycznie. Więcej, cieszył się - mimo wszystko - opinią osoby honorowej, która nigdy nie obiecywała w próżne. Nie patrzył na nią jednak, krążył głową wiedząc, że zwierzenia przychodzą prościej, gdy człowiek nie boi się oceny w oczach rozmówcy. Dał jej czas. Jak poranionemu zwierzęciu. Ale liczył na powodzenie swojej misji. W końcu przyjęła końską dawkę wina, a jak wiadomo... in vino veritas.
Przy podłużnym stole siedział gospodarz, w niedopiętej pod szyję koszuli i szarej kamizelce i równie szarych materiałowych spodniach. Brązowe skórzane mokasyny powędrowały gdzieś w kąt, pozwalając bosym stopom cieszyć się miękkością perfekcyjnie odkurzonego dywanu. Strój absolutnie niezobowiązujący, wszak nie było to spotkanie służbowe. Zdecydowanie. Ot zaproszenie kobiety, która zapowiadała się na gwiazdę Wizengamotu, a potem nagle zniknęła, by pojawić się z dala od Ministerstwa. Plotki, ploteczki, plotunie... cóż też stało się z utalentowaną Severine Crouch? Był ciekaw. Ale przede wszystkim chciał dotknąć jej złamania. Chciał zobaczyć co spowodowało tak rozległe rany i przekreślenia kariery. Cóż, może to jego obecny zastępca wytyczył ten kierunek "rekrutacji", ale nie dało się ukryć, że wdzięczna dusza pracowała tysiąckrotnie lepiej. Smakowała tysiąckrotnie bardziej...
Na początku trzeba było odkazić...
Był pod wielkim wrażeniem, że panna Crouch właśnie osuszała drugą butelkę rozwalona na białej kanapie w jego osobistym salonie, w apartamencie przy Alei Horyzontalnej tuż nad księgozbiorem Parkinsonów. On udawał tylko lekko wstawionego, przytomność umysłu wskazana była przecież przy operacjach na żywych organizmach.
– A więc... jak to było moja droga? Mój ojciec szczęśliwie jest w Egipcie, jego wstrętne macki nie sięgają na wyspy, z resztą zadbałem, by ich jad nie miał nawet czego zatruć. – Zamaszyście zatoczył koło kieliszkiem rozkładając się wygodniej i wzdychając ciężko, z lekko zeszklonymi oczyma wpatrując się w migotliwy sufit. – Ale Ty kruszyno nie masz tyle szczęścia prawda? Wiesz... mi możesz powiedzieć. Nic nie wyjdzie poza próg tego domu, przyrzekam. – I brzmiał w tej przysiędze bardzo autentycznie. Więcej, cieszył się - mimo wszystko - opinią osoby honorowej, która nigdy nie obiecywała w próżne. Nie patrzył na nią jednak, krążył głową wiedząc, że zwierzenia przychodzą prościej, gdy człowiek nie boi się oceny w oczach rozmówcy. Dał jej czas. Jak poranionemu zwierzęciu. Ale liczył na powodzenie swojej misji. W końcu przyjęła końską dawkę wina, a jak wiadomo... in vino veritas.