21.07.2024, 00:20 ✶
—19/08/1972—
Anglia, Londyn
Elliot Malfoy & Anthony Shafiq
![[Obrazek: PcFvN6M.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=PcFvN6M.png)
Cóż ja jestem? Liść tylko, liść, co z drzewa leci.
Com czynił - wszystko było pisane na wodzie.
Liść jestem, co spadł z drzewa w dalekim ogrodzie,
Wiatr niesie go aleją, w której księżyc świeci.
Jednego pragnę dzisiaj: was, zimne powiewy!
Wiec nieś mnie, wietrze chłodny, nie pytając po co,
Pomiędzy stare ścieżki, zapomniane krzewy,
Które wszystkie rozpoznam i odnajdę nocą.
![[Obrazek: PcFvN6M.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=PcFvN6M.png)
Cóż ja jestem? Liść tylko, liść, co z drzewa leci.
Com czynił - wszystko było pisane na wodzie.
Liść jestem, co spadł z drzewa w dalekim ogrodzie,
Wiatr niesie go aleją, w której księżyc świeci.
Jednego pragnę dzisiaj: was, zimne powiewy!
Wiec nieś mnie, wietrze chłodny, nie pytając po co,
Pomiędzy stare ścieżki, zapomniane krzewy,
Które wszystkie rozpoznam i odnajdę nocą.
Kiedy było się politykiem wysokiego szczebla, Twoje życie wypełniała praca. Bez względu na to, czy było to nużące spotkanie w biurze, czy popołudniowa kawka ze znajomymi w pobliskiej magicznej klubokawiarni – ktoś zawsze słuchał, ktoś zawsze patrzył Ci na ręce, ktoś w końcu nieustannie oceniał Twoje kroki. Każdy. Jeden. Krok. Kiedy było się politykiem wysokiego szczebla, nigdy do końca nie wiedziało się, kiedy jakieś zapodziane słowo zrujnuje plany na najbliższe pół roku, ale też krążące koło fortuny, mogło przynieść nową okoliczność, falę, na którą tylko trzeba było się wspiąć i płynąć z jej nurtem. W tym życiu ciężko było o przyjaciół, ale można było uznać się za szczęściarza, jeśli wiedziałeś, że osoba z którą idziesz porozmawiać nie będzie zamierzała wbić Ci noża w plecy. Zaufanie w świecie bogaczy było bez mała walutą cenniejszą niż złoto.
Apartament Anthony'ego Shafiqa przy Alei Horyzontalnej, znajdował się na piętrze, tuż nad Księgozbiorem Parkinsonów. Elegancka klatka schodowa, pachnąca subtelnie mieszaniną białych kwiatów osadzonych na cedrowo-piżmowej kołdrze otulała świeżością odwiedzających, prowadziła do samotnych drzwi na piętrze, zaopatrzonych w pojedynczą złocistą klamkę, której Kanclerz Skarbu nie zdążył dotknąć. Otworzył mu sam gospodarz uśmiechając się na jego widok tym uśmiechem zarezerwowanym dla osób z którymi nie tylko pracował, ale z którymi pracowało mu się dobrze. Jego osoba mocno kontrastowała z białą przestrzenią klasycznego holu, który przechodził bezpośrednio do otwartego salonu, zachwycającego kryształowymi kandelabrami i ogromnymi lustrami wzmagającymi wrażenie przestrzeni nad głowami osób, które mogły zasiąść przy podłużnym stole lub na białych sofach stojących bliżej okien. Ów kontrast niosła czarna jedwabna koszula, o grubym złocistym hafcie na lewym mankiecie przedstawiającym złocistego chińskiego smoka. Dwa rozpięte guziki wskazywały na pełnię swobody mężczyzny, podobnie jak jedna z dłoni ukryta w kieszeni równie czarnych spodni.
– Elliocie, jak miło Cię widzieć. Chodź, przejdźmy od razu do gabinetu, nie mogę się doczekać aż spróbujesz mojego najnowszego nabytku. – Odstąpił dwa kroki wpuszczając go do mieszkania, pozostawiając za sobą przyjemną sugestię tytoniu i bursztynu, bardzo ciepłą, nie pasującą do gustownego, acz chłodnego otoczenia. Gość miał szansę odświeżyć się w czarno-złotej łazience dla gości, ostatecznie jednak Shafiq poprowadził go do serca mieszkania, miejsca w którym odbywał najwięcej semi-formalnych spotkań, a które nosiło kilka run utrudniających wstęp nieproszonym zmysłom. Przestrzeń była dobrze doświetlona, choć i tak zdawała się ciemniejsza - biały pozostał jedynie sufit oraz dywanik pod szerokim dębowym biurkiem. Reszta pokoju była czarna, z dekoracyjnymi pilastrami o złoconych głowicach. Książki znajdowały się za szklaną gablotą, stojąc tam wraz z kilkoma figurkami smoków. Gruba, ciężka kotara przesłaniała okno, a Anthony wskazał stojący po przeciwnej do katedry hebanowy, bogato rzeźbiony, trójnogi stolik, z przystawionymi doń dwoma fotelami. Na lśniącym blacie czekały dwie butelki wina, oraz podwójny zestaw kieliszków tak do białego, jak i czerwonego trunku.
– Ludzie najbardziej doceniają to, czego im zbraknie, nie sądzisz? Kiedyś widywaliśmy się codziennie, na wiele godzin wspólnej pracy, a teraz...? Kiedy to było? W połowie czerwca? Znalazłeś dla mnie ledwie kilka minut drogi Elliocie – mówił z dusznym ciężarem nostalgii, choć może to dogasające kadziło ustawione przy miedzianej misie zdobionej - a jakże! - w smoka, dawało gorzki posmak tęsknoty za tym co minione? Faktem jednak było, że przez ostatnie pół roku ich interakcje wyglądały nader żałośnie. Anthony wiosenny kwartał spędził w odosobnieniu od angielskich spraw, pogrążając się w żałobie po starszym bracie, choć ktokolwiek znał Anthony'ego bliżej wiedział, że Thomas nigdy nie był z nim aż tak blisko, by płakać po nim trzy miesiące. Z kolei letni... – Czasem mam wrażenie, że już spędziliśmy ze sobą niemal cały czas, który ofiarował nam los, a teraz łapiemy ostatnie okruchy. Choć może to błąd poznawczy, przez żałobę, która okryła nasze barki. Jak się czujesz? Jak Twój syn sobie radzi? – Pytania zdecydowanie wykraczały, poza te, które padały podczas ich poprzedniego spotkania. Cóż... to odbywało się w progach Ministerialnych, które nie sprzyjały choćby sugestiom tego typu spoufalania się. Tym razem jednak Anthony nalegał na zmianę otoczenia i wpuścił swojego dawnego protegowanego w progi własnego domu. To i kilka innych czynników nadawało od przekroczenia przez Malfoya progu zdecydowanie innej dynamiki wymiany między mężczyznami informacji.
Ciszę wypełnił cichy ciurkot nalewanego białego wina. Jego słomkowa barwa zdawała się nieco ciemniejsza wobec światła dawanego przez unoszącą się nad drugą częścią pokoju kulę. Krążące w jej wnętrzu magiczne świetliki przybrały ciepłe tony, rozbijane przez otulające je kryształowe więzienie, dając wrażenie przytulności. Mieli rozmawiać o czym innym, inny był cel, ale gospodarz najwidoczniej miał czas. Dużo czasu. Zasiadł na fotelu obok, ujmując kieliszek z apieritifem. Wesparł się swobodnie na podłokietniku i przypatrując się drugiemu mężczyźnie z łagodnym uśmiechem, czekał jego opowieści.
Apartament Anthony'ego Shafiqa przy Alei Horyzontalnej, znajdował się na piętrze, tuż nad Księgozbiorem Parkinsonów. Elegancka klatka schodowa, pachnąca subtelnie mieszaniną białych kwiatów osadzonych na cedrowo-piżmowej kołdrze otulała świeżością odwiedzających, prowadziła do samotnych drzwi na piętrze, zaopatrzonych w pojedynczą złocistą klamkę, której Kanclerz Skarbu nie zdążył dotknąć. Otworzył mu sam gospodarz uśmiechając się na jego widok tym uśmiechem zarezerwowanym dla osób z którymi nie tylko pracował, ale z którymi pracowało mu się dobrze. Jego osoba mocno kontrastowała z białą przestrzenią klasycznego holu, który przechodził bezpośrednio do otwartego salonu, zachwycającego kryształowymi kandelabrami i ogromnymi lustrami wzmagającymi wrażenie przestrzeni nad głowami osób, które mogły zasiąść przy podłużnym stole lub na białych sofach stojących bliżej okien. Ów kontrast niosła czarna jedwabna koszula, o grubym złocistym hafcie na lewym mankiecie przedstawiającym złocistego chińskiego smoka. Dwa rozpięte guziki wskazywały na pełnię swobody mężczyzny, podobnie jak jedna z dłoni ukryta w kieszeni równie czarnych spodni.
– Elliocie, jak miło Cię widzieć. Chodź, przejdźmy od razu do gabinetu, nie mogę się doczekać aż spróbujesz mojego najnowszego nabytku. – Odstąpił dwa kroki wpuszczając go do mieszkania, pozostawiając za sobą przyjemną sugestię tytoniu i bursztynu, bardzo ciepłą, nie pasującą do gustownego, acz chłodnego otoczenia. Gość miał szansę odświeżyć się w czarno-złotej łazience dla gości, ostatecznie jednak Shafiq poprowadził go do serca mieszkania, miejsca w którym odbywał najwięcej semi-formalnych spotkań, a które nosiło kilka run utrudniających wstęp nieproszonym zmysłom. Przestrzeń była dobrze doświetlona, choć i tak zdawała się ciemniejsza - biały pozostał jedynie sufit oraz dywanik pod szerokim dębowym biurkiem. Reszta pokoju była czarna, z dekoracyjnymi pilastrami o złoconych głowicach. Książki znajdowały się za szklaną gablotą, stojąc tam wraz z kilkoma figurkami smoków. Gruba, ciężka kotara przesłaniała okno, a Anthony wskazał stojący po przeciwnej do katedry hebanowy, bogato rzeźbiony, trójnogi stolik, z przystawionymi doń dwoma fotelami. Na lśniącym blacie czekały dwie butelki wina, oraz podwójny zestaw kieliszków tak do białego, jak i czerwonego trunku.
– Ludzie najbardziej doceniają to, czego im zbraknie, nie sądzisz? Kiedyś widywaliśmy się codziennie, na wiele godzin wspólnej pracy, a teraz...? Kiedy to było? W połowie czerwca? Znalazłeś dla mnie ledwie kilka minut drogi Elliocie – mówił z dusznym ciężarem nostalgii, choć może to dogasające kadziło ustawione przy miedzianej misie zdobionej - a jakże! - w smoka, dawało gorzki posmak tęsknoty za tym co minione? Faktem jednak było, że przez ostatnie pół roku ich interakcje wyglądały nader żałośnie. Anthony wiosenny kwartał spędził w odosobnieniu od angielskich spraw, pogrążając się w żałobie po starszym bracie, choć ktokolwiek znał Anthony'ego bliżej wiedział, że Thomas nigdy nie był z nim aż tak blisko, by płakać po nim trzy miesiące. Z kolei letni... – Czasem mam wrażenie, że już spędziliśmy ze sobą niemal cały czas, który ofiarował nam los, a teraz łapiemy ostatnie okruchy. Choć może to błąd poznawczy, przez żałobę, która okryła nasze barki. Jak się czujesz? Jak Twój syn sobie radzi? – Pytania zdecydowanie wykraczały, poza te, które padały podczas ich poprzedniego spotkania. Cóż... to odbywało się w progach Ministerialnych, które nie sprzyjały choćby sugestiom tego typu spoufalania się. Tym razem jednak Anthony nalegał na zmianę otoczenia i wpuścił swojego dawnego protegowanego w progi własnego domu. To i kilka innych czynników nadawało od przekroczenia przez Malfoya progu zdecydowanie innej dynamiki wymiany między mężczyznami informacji.
Ciszę wypełnił cichy ciurkot nalewanego białego wina. Jego słomkowa barwa zdawała się nieco ciemniejsza wobec światła dawanego przez unoszącą się nad drugą częścią pokoju kulę. Krążące w jej wnętrzu magiczne świetliki przybrały ciepłe tony, rozbijane przez otulające je kryształowe więzienie, dając wrażenie przytulności. Mieli rozmawiać o czym innym, inny był cel, ale gospodarz najwidoczniej miał czas. Dużo czasu. Zasiadł na fotelu obok, ujmując kieliszek z apieritifem. Wesparł się swobodnie na podłokietniku i przypatrując się drugiemu mężczyźnie z łagodnym uśmiechem, czekał jego opowieści.