15.09.2024, 18:18 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.11.2024, 12:58 przez Cathal Shafiq.)
Miał przyjść tutaj wcześniej.
Cathal o tym nie zapomniał. Nie zapominał niczego, nigdy, tam samo zresztą jak obecny właściciel tego zakładu. Strzępki dni, niewartych zapamiętania, obce twarze, szczegóły tak nic nie znaczące, jak uśmiech mijanego dziecka i zapach dobiegający z kawiarni, zostawały w jego głowie na zawsze, mieszając się z tym, co istotne. Z runami i hieroglifami na wiekowych ścianach, ze słowami zapisanymi na pergaminie tak starym, że rozsypywał się niemal pod dotykiem, z tymi nielicznymi wspomnieniami, które sam Shafiq był skłonny uznawać za cenne. Nie, nie zapomniał o wizycie u Burke’a, o naszyjniku wysadzanym kamieniami niebios, przywiezionym z krainy faraonów. Ot prace w Walii okazały się znacznie bardziej ekscytujące niż Shafiq podejrzewał, że być mogą – a potem przyszło Beltane. Atak Voldemorta, który zrujnował Polanę Ogni, pozostawiał mnóstwo ciał w całym lesie, po równi tych mugolaków, mugoli i czystokrwistych, i przy okazji sprawił także, że i Cathal musiał zrewidować część swoich planów. Nawet jeżeli wojna sama w sobie go nie dotyczyła, a przynajmniej lubił udawać, że tak jest, czasem właziła mu z butami do pracy, życia, zostawiała po sobie irytujący bałagan.
Przyszedł więc teraz, do zakładu kierowanego w tej chwili przez Asmodeusa Burke’a, którego pamiętał z Hogwartu, jak każdego innego ucznia, i który z pewnością był najlepszym możliwym kandydatem do obejrzenia biżuterii pod tym kątem, pod którym Cathal – historyk, runmistrz, ale nie jubiler – ocenić jej nie mógł.
Wędrował przez Pokątną, zawieszając spojrzenie na wystawach, czasem przystając na niepotrzebnie długą chwilę. Utkwił spojrzenie na moment w obrazie, umieszczonym w witrynie jednego ze sklepów - uśmiechnął się pod nosem, przypatrując mężczyźnie z głową zamiast konewki, zaklętej wodzie, lejącej się z tym na "doniczkogłowę" klęczącej kobiety.
Miało to obrazować dodawanie komuś sił miłością?
Coś takiego nigdy nie działało.
Klejnot, który niósł, też może oferowano kiedyś z miłości, ale nikomu nie przyniósł szczęścia. Miłość nie dodawała sił i nikogo nie mogła ochronić.
Z powodu miłości setki statków ruszyły kiedyś na Troję.
Gdy dotarł na miejsce, stanął, znów wpatrując się w drzwi zakładu trochę za długo. Myślał o turkusach, złocie i runach, naniesionych na delikatną biżuterię. O tym, w jaki sposób je zdobył, nie na wykopaliskach własnych wprawdzie, ale gdzieś w podejrzanych zakątkach Alexandrii, gdzie ktoś, zapewne złodziej, chciał się ich szybko pozbyć.
Są obłożone klątwą, mówił, spojrzenie miał rozbiegane i cena była niska ponoć dlatego.
Nie były, przynajmniej zdaniem Lety Crouch. Zdaniem Cathala były bardzo stare za to i irytowało go, że nie mógł ustalić na ich temat nic więcej. Drogie kamienie i materiały nie interesowały go same w sobie – interesowała go ich historia.
Otrząsł się w końcu z tego zamyślenia, nienaturalnie długiego, przekleństwo Milforda obok paru błogosławieństw, i przekroczył próg zakładu. Jasnowłosy, potężnie zbudowany mężczyzna, o twarzy ogorzałej od słońca i wiatru, choć w Anglii pogoda ostatnio nie dopisywała – ot opalenizna z Egiptu powoli znikała, ale wciąż dużo czasu Cal spędzał na zewnątrz. Odziany nie do końca tak, jak przystało na czarodzieja czystej krwi, ale na wykopaliskach bardzo ciężko pracować w szatach.
Cathal o tym nie zapomniał. Nie zapominał niczego, nigdy, tam samo zresztą jak obecny właściciel tego zakładu. Strzępki dni, niewartych zapamiętania, obce twarze, szczegóły tak nic nie znaczące, jak uśmiech mijanego dziecka i zapach dobiegający z kawiarni, zostawały w jego głowie na zawsze, mieszając się z tym, co istotne. Z runami i hieroglifami na wiekowych ścianach, ze słowami zapisanymi na pergaminie tak starym, że rozsypywał się niemal pod dotykiem, z tymi nielicznymi wspomnieniami, które sam Shafiq był skłonny uznawać za cenne. Nie, nie zapomniał o wizycie u Burke’a, o naszyjniku wysadzanym kamieniami niebios, przywiezionym z krainy faraonów. Ot prace w Walii okazały się znacznie bardziej ekscytujące niż Shafiq podejrzewał, że być mogą – a potem przyszło Beltane. Atak Voldemorta, który zrujnował Polanę Ogni, pozostawiał mnóstwo ciał w całym lesie, po równi tych mugolaków, mugoli i czystokrwistych, i przy okazji sprawił także, że i Cathal musiał zrewidować część swoich planów. Nawet jeżeli wojna sama w sobie go nie dotyczyła, a przynajmniej lubił udawać, że tak jest, czasem właziła mu z butami do pracy, życia, zostawiała po sobie irytujący bałagan.
Przyszedł więc teraz, do zakładu kierowanego w tej chwili przez Asmodeusa Burke’a, którego pamiętał z Hogwartu, jak każdego innego ucznia, i który z pewnością był najlepszym możliwym kandydatem do obejrzenia biżuterii pod tym kątem, pod którym Cathal – historyk, runmistrz, ale nie jubiler – ocenić jej nie mógł.
Wędrował przez Pokątną, zawieszając spojrzenie na wystawach, czasem przystając na niepotrzebnie długą chwilę. Utkwił spojrzenie na moment w obrazie, umieszczonym w witrynie jednego ze sklepów - uśmiechnął się pod nosem, przypatrując mężczyźnie z głową zamiast konewki, zaklętej wodzie, lejącej się z tym na "doniczkogłowę" klęczącej kobiety.
Miało to obrazować dodawanie komuś sił miłością?
Coś takiego nigdy nie działało.
Klejnot, który niósł, też może oferowano kiedyś z miłości, ale nikomu nie przyniósł szczęścia. Miłość nie dodawała sił i nikogo nie mogła ochronić.
Z powodu miłości setki statków ruszyły kiedyś na Troję.
Gdy dotarł na miejsce, stanął, znów wpatrując się w drzwi zakładu trochę za długo. Myślał o turkusach, złocie i runach, naniesionych na delikatną biżuterię. O tym, w jaki sposób je zdobył, nie na wykopaliskach własnych wprawdzie, ale gdzieś w podejrzanych zakątkach Alexandrii, gdzie ktoś, zapewne złodziej, chciał się ich szybko pozbyć.
Są obłożone klątwą, mówił, spojrzenie miał rozbiegane i cena była niska ponoć dlatego.
Nie były, przynajmniej zdaniem Lety Crouch. Zdaniem Cathala były bardzo stare za to i irytowało go, że nie mógł ustalić na ich temat nic więcej. Drogie kamienie i materiały nie interesowały go same w sobie – interesowała go ich historia.
Otrząsł się w końcu z tego zamyślenia, nienaturalnie długiego, przekleństwo Milforda obok paru błogosławieństw, i przekroczył próg zakładu. Jasnowłosy, potężnie zbudowany mężczyzna, o twarzy ogorzałej od słońca i wiatru, choć w Anglii pogoda ostatnio nie dopisywała – ot opalenizna z Egiptu powoli znikała, ale wciąż dużo czasu Cal spędzał na zewnątrz. Odziany nie do końca tak, jak przystało na czarodzieja czystej krwi, ale na wykopaliskach bardzo ciężko pracować w szatach.