06.10.2024, 02:35 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.10.2024, 02:36 przez Desmond Malfoy.)
Mieszkanie Oleandra, Aleja Horyzontalna
Desmond Malfoy & Oleander Crouch
Desmond Malfoy & Oleander Crouch
Skomplikowany rytuał opuszczenia cichnącego wesela Blacków zmęczył go do szczętu; nie potrafił przywołać żadnej z kilkunastu przeprowadzonych przez niego pogawędek, ale w pamięć zapadł mu ledwo widoczny cień rozczarowania matki, która spodziewała się, że wróci do rodzinnego domu razem ze swoim synem. W ostatnich miesiącach odwiedzał ich coraz rzadziej, zawsze niespokojny, że zauważą w jego mowie ciała jakikolwiek przebłysk niechęci, która powoli dominowała jego życie.
Teleportacja do przestronnego mieszkania Oleandra wiązała się z ulgą, której głębokość go zaskoczyła. Odetchnął ciężko, gdy obaj stanęli w holu srebrzonym bladym światłem księżyca, który już po chwili przysłoniła kolejna z rozmazanych, brudnych chmur londyńskiego nieba. Nikt już na niego nie patrzył, nikt już go nie obserwował - wreszcie mógł odwiesić ciężką marynarkę i rozpiąć kołnierz sztywnej, bawełnianej koszuli. Wiedział, że nie pójdzie jutro do pracy.
Przekroczywszy próg salonu, skrzywił się lekko. Zapamiętał go zupełnie inaczej. Czuł się zagubiony. Od jego ostatniej wizyty wszystkie meble znowu zmieniły swoje miejsce, podłoga wydawała się ciemniejsza. Nowe drewno. Przy kanapie - nowy dywan. Przesunął zmrużonymi oczami po ścianach, dostrzegając nieznane obrazy.
Jego całkiem przeciętna reprodukcja "Pani z Shalott" J. W. Waterhouse'a, którą podarował przyjacielowi jeszcze w czasach szkolnych, wciąż jednak wisiała nad pikowanym fotelem i małym stoliczkiem z mahoniu, które nadal czekały na niego w tym samym zacienionym kąciku. To było jego miejsce. Pomimo tych wszystkich zmian, Oleander wciąż dbał o to, żeby jego skrawek przestrzeni czekał na niego w stanie nienaruszonym, jeśli kiedyś chciałby tu wrócić. Jedyny stały element tego domu. Zacisnął zęby, czując w piersi nagłe ukłucie wstydu. Smutku. Radości. Ciężar wdzięczności.
– Dlaczego robisz. To za każdym. Razem – wymamrotał, przejeżdżając opuszkami palców po haftowanym abażurze zapalonej przez niego lampy. Ruch jego dłoni był na tyle niewprawny, że zatrząsł całym przedmiotem. Przed ulotnieniem się z przyjęcia zdążył jeszcze wypić prawie butelkę czerwonego wina, którego smaku nawet nie pamiętał. – Mogła. Stać pod tamtą ścianą. Wyglądała. Dobrze.
Odwrócił głowę w kierunku Oleandra, stopniowo podnosząc zamglone spojrzenie z różowej koszuli do jego oczu. Milczał parę sekund; jego spuchnięte od alkoholu policzki wydawały się jeszcze czerwieńsze. Chciał coś powiedzieć, ale nie wyglądało, jakby miało mu to przejść przez gardło. Musiał się skupić, musiał odciąć się od tego. Przecież nie może teraz stać jak słup soli; jeszcze brakowało, żeby się porzygał.
To była tylko transakcja. Biznes. Oleander był dla niego miły, teraz on musiał być miły dla Oleandra.
– Ty też. – Dalej, dalej, z obowiązku. Nie było w tym nic osobistego. To była tylko uprzejmość. – Wyglądałeś dobrze. Bardzo dobrze. A nawet. Nawet nie stałeś pod. Żadną. Ścianą.
To mogło brzmieć jak żart, ale nim nie było. Nie w połączeniu z takim grymasem na twarzy.
Będąc już w stanie przedagonalnym, oderwał wzrok od Oleandra i oparł się o niewielką, ozdobną komodę, której nogi zatrzeszczały pod jego ciężarem. Zbyt trudno było mu jednak stać bez wsparcia, żeby się od niej oderwać.
– "A teraz mówisz coś. Implikującego. Że nawet patrzeć na mnie nie możesz." – w niezmienionej formie wyrecytował wypowiedź Oleandra sprzed ponad czterech miesięcy.
Wpatrzony w podłogę starał się dobrać słowa tak, żeby wyładować swoje emocje w możliwie najmniej niebezpieczny dla siebie samego sposób:
– Bo nie mogę. Nie mogę też. Nie mogę też nie patrzeć.
Umiarkowanie zadowolony ze swojej kompleksowej nieklarowności, nie znalazł jednak w tym absurdalnym wyznaniu jakiegokolwiek wytchnienia. Sam się w tej klatce zamknął.