• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn Klinika magicznych chorób i urazów v
1 2 Dalej »
[06/09/1972] Płatność przy odbiorze? || elias & ambroise

[06/09/1972] Płatność przy odbiorze? || elias & ambroise
ᴀʟᴄʜᴇᴍɪsᴛ ᴏꜰ ɢʟᴀss
what is the point
in having a mind
if you do not use it
to make judgements
wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
metamorfomag
zawód
szklarz
178cm wzrostu; zielone oczy; ciemnobrązowe kręcone włosy; trzydniowy zarost na twarzy; dołeczki w policzkach; lekko przygarbiona postura; chód opieszały, nieco niezgrabny

Elias Bletchley
#1
23.03.2025, 00:19  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 23.03.2025, 00:22 przez Elias Bletchley.)  
—06/09/1972—
Izba Przyjęć, Szpital św. Munga
Elias Bletchley & Ambroise Greengrass

Elias miał skomplikowaną relację ze szpitalami, zwłaszcza z Kliniką magicznych chorób i urazów w Londynie. Powinien być wdzięczny za ich istnienie, za darmowe leczenie i pomoc wykwalifikowanego personelu w nagłych wypadków, ale placówki medyczne nigdy nie kojarzyły mu się pozytywnie. I po części winą za to obarczał swoich rodziców.

Każda wizyta w szpitalu przypominała mu, że na korytarzu mógł wpaść na ojca, który, jak to ojciec, z pewnością wysłałby go na jakieś badania kontrolne, do apteki po zaległe recepty i mikstury witaminowe, które miał cudownie naprawić wszystkie problemy. Bletchley westchnął przeciągle, ściskając pakunek zawinięty w grube warstwy zabezpieczającego papieru. Nie chodziło tylko o jego rodziców. To była też sprawa jego samego.

Choć cieszył się z obecnej pracy, czasami dręczyły go wątpliwości. Czy nie zawiódł krewnych swoim brakiem wysokich ambicji? Ojciec uzdrowiciel, matka aptekarka, siostra - medyczka-antropolożka, czy jak tam się teraz nazywała jej profesja po zmianie miejsca pracy. A Elias? Zamiast podążyć ich śladem, wybrał całkiem inną drogę. Czy gdyby w Hogwarcie porzucił swoje artystyczne hobby, dziś przechadzałby się po szpitalu w tych dziwacznych szatach?

— Ekhm — chrząknął znacząco, ponownie podchodząc do kobiety siedzącej za biurkiem przy głównym punkcie informacyjnym. — Bardzo przepraszam, ale ile jeszcze mam tutaj tak czekać? Mówiłem, że to pilna sprawa.

Nie jestem waszym kurierem, do jasnej cholery, dokończył w myślach, żałując, że po prostu nie wmaszerował na oddział, zamiast bawić się w oficjalne przekazanie tej przeklętej paczki. Z tego, co powiedział mu szef, w środku znajdowały się jakieś rzadkie soczewki, które zostały sprowadzone z zagranicy przez ''Szklaną Alchemię'' na dość dramatyczną prośbę jednego z uzdrowicieli Szpitala św. Munga. Element jakiegoś narzędzia z laboratorium? Przyrządu pomiarowego? Cholera wie.

Szkoda tylko, że nikt nie raczył zjawić się po swoje zamówienie pomimo kilku upomnień. A teraz Bletchley musiał bawić się w kuriera, żeby zakład został pozytywnie zapamiętany przez personel szpitala. Zlecenia z Ministerstwa Magii i Szpitala św. Munga nie były regułą, a raczej wyjątkiem, więc wywiązanie się z takiej umowy mogło zaowocować dużym kontraktem w przyszłości. Na przykład wymianą okien w całym skrzydle. Albo modernizacją zwierciadeł przy najbliższym remoncie.

— Czy nie może pani wezwać jakiegoś... Ordynatora? Zarządcy? Kogoś, kto łaskawie to ode mnie zabierze, żebyśmy wszyscy mogli wrócić do swoich klasycznych obowiązków i zapomnieli, że kiedykolwiek byliśmy na siebie skazani i...

Rozejrzał się na prawo i lewo, gdy nagle na drugim końcu korytarza dostrzegł znajomą twarz przy jakiejś... Tablicy informacyjnej? A może tablicy z rozpiską zabiegów na tym piętrze? Och, to mogło się nawet udać. Elias otworzył usta, jakby chciał oficjalnie pożegnać się z pracownicą izby przyjęć, ale w ostatniej chwili się rozmyślił i po prostu prychnął na nią i odmaszerował chwiejnym krokiem w stronę swojego wybawcy.

— Ambroży — powitał przyjaciela cichym głosem, przystając tuż obok niego. Stanął na tyle blisko, że dosłownie stykali się łokciami i wbił wzrok w tablicę. — Pomóż mi, Ambroży. Jesteś moją jedyną nadzieją.
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#2
24.05.2025, 02:18  ✶  
Los bywał wyjątkowo przewrotny, czyż nie? Ambroise jeszcze parę godzin wcześniej spacerował po Londynie, zupełnie nie czując potrzeby gdziekolwiek się spieszyć, bo przecież jego dyżur obejmował w większości określone godziny od... ...do (mhm, szczególnie dla kogoś takiego jak on, kto raczej nałogowo wyrabiał wszystkie możliwe nadgodziny) a te jeszcze nie nadeszły i nie miały nadejść w najbliższym czasie. Zabawne jak szybko mógł spotkać się z nagłą zmianą perspektywy.
Wystarczył tak naprawdę zaledwie jeden list. Ot, sowa wysłana od jednej ze współpracownic przypominająca mu uprzejmie, że powinien stawić się wcześniej, bo na dzisiejsze popołudnie przypadało mu półtorej godziny zajęć. Tych, których prowadzenie zazwyczaj sprawiało mu przyjemność. W żadnym wypadku nie było formą kary, bowiem zdecydowanie lubił tę część swojej pracy (zdecydowanie bardziej niż wymiotujących pacjentów), jednak w tym wypadku poczuł, że robi mu się nieco...
...ciepło. Niekoniecznie gorąco, ale nie dało się ukryć, że miał już zupełnie inne plany na wykorzystanie ostatnich resztek tego konkretnego wolnego. Niby w teorii miał jeszcze całkiem sporo nagromadzonych dni urlopu, ale w praktyce doskonale wiedział jak to będzie wyglądać w jego przypadku.
Odkąd na nowo był sam, nie mając nikogo, kto czeka na niego w domu, Ambroise nie miał żadnej potrzeby korzystać z dłuższych przerw od pracy. Te pomiędzy dyżurami zdecydowanie mu wystarczały. Wyjątek stanowił właśnie ten urlop: pierwszy tak długi, bo ponad tygodniowy, od praktycznie półtora roku. Ponadto nie spodziewał się, że będzie wykorzystywać go w ten sposób. Było...
...na ogół miło. Przynajmniej przez większość czasu. Nie był to zupełny powrót do przeszłości, ale zdecydowanie coś na ten kształt. Pewne domknięcie jak wolał usiłować to nazwać, nie chcąc otwarcie mówić o tym, że coraz częściej łapał się na przyzwyczajaniu się do tego nowego starego stanu rzeczywistości. Do ciepła, spokoju i wszystkiego, co towarzyszyło jego nocom, popołudnom i porankom.
A teraz znowu miał tłumaczyć, dlaczego nie należy łączyć belladonny z mniszkiem lekarskim bez odpowiedniego monitorowania bieżącej temperatury mieszanki. Czy tam paciangi jak to uparcie nazywali niektórzy, skoro uzyskiwana substancja nie do końca była eliksirem, niedokładnie maścią, tylko raczej pewną pośrednią mazią.
Tak czy siak, to nie miało aż takiego znaczenia jak to, że ktoś... ... zdecydowanie nie on, ktoś o wiele mniej skrupulatny... ...zapisał go na dodatkowe zajęcia z grupą stażystów z drugiego roku. Zajęcia, których nie planował prowadzić, które miał otrzymywać wyłącznie w zastępstwie i które miały nie wchodzić mu z butami w ostatni dzień urlopu.
Niby to była tylko chwila, niespełna dwie godziny, ale gdy wreszcie opuścił wnętrze sali, wydawało mu się, że na milę śmierdzi od niego tymi wszystkimi specyfikami, które wykorzystywał w praktyce podczas zajęć. Wszystkimi mniej i jeszcze bardziej nieudanymi tworami, które należało umieć rozpoznawać nie tylko w zakresie zdatne, niezdatne, lecz także móc powiedzieć, co jest z nimi nie tak.
No cóż. Zawsze mogło być gorzej. Pod koniec czerwca zdarzyło mu się nie przespać dwóch nocy z powodu esejów, które musiał sprawdzać w ramach zaliczeń. Szczególnie zapadł mu w pamięć ten jeden: stażysty, który uważał, że mandragora była metaforą cierpienia jednostki w społeczeństwie a jej brutalne zbiory przypominały odrywanie dziecka od matki ziemi.
Nawet jak na standardy Greengrassa, który (należało być szczerym) miewał swoje nieoczywiste teorie i własne szerokie spojrzenie na rzeczywistość, to było nieco zbyt wiele. Szczególnie, że wyjściowy temat pracy nijak nie dotyczył wpływu botaniki na wizję świata ani odwrotnie. To miała być względnie prosta praca zaliczeniowa, nie postulat mający wpłynąć na bardziej humanitarne zbiory składników eliksiralnych.
Cóż, dzieciak dostał wysoką notę za kreatywność a potem dopisek o niespełnianiu wymagań. Kolejna praca była jeszcze gorsza, za to miała w sobie nieco więcej inspiracji jednym z bardziej fanatycznych zwolenników zrównoważonej agrokultury. Jednym z tych, których w samym środku lata zeżarła jakąś zbuntowana przerośnięta roślina, jaką usiłowali ratować z łap badaczy anomalii.
Ponadto ta druga wersja pracy sama w sobie też z dużym prawdopodobieństwem miała zamiar posmakować krwi Greengrassa, bowiem po wystawieniu kolejnej negatywnej oceny, usiłowała ugryźć go w dłoń. Z drugiej strony, wtedy przynajmniej we wrześniu byłby w stanie odpowiedzieć Geraldine na pytanie: czy magomedyk może leczyć bez wszystkich palców?
Nie dał zeżreć sobie ręki, toteż później wyłącznie z nią o tym teoretyzował, opierając się na cudzym doświadczeniu i garści luźnych spostrzeżeń.
Mogło zatem być gorzej. Zdecydowanie mogło. Po takich sytuacjach zdecydowanie doceniał początki września z młodymi stażystami. Wtedy na ogół było jeszcze całkiem spokojnie. Po prawdzie, miał nadzieję przemknąć przez korytarze świętego Munga możliwie najciszej, wywiązać się z ostatnich zajęć dla stażystów i jeszcze na trochę zniknąć. Plan niemalże idealny. Tyle tylko, że wtedy jego wzrok padł na rozpiskę na ścianie i...
...cholera. Chyba jeszcze nie był na to gotowy. Na takie rzeczy zawsze było zbyt rano, nawet jeśli zegarek mógłby wskazywać inaczej. Ktoś najwyraźniej bawił się wszystkimi możliwymi rozpiskami. Od tych dotyczących planu zajęć po te bardziej oficjalne. Tę tutaj Roise przeczytał co najmniej kilka razy, wciągając głęboko powietrze i kalkulując, czy zdąży umknąć do swojego gabinetu zanim ktoś wyciągnie go na sekundkę, żeby omówić szczegóły.
Nie spodziewał się przy tym, że będzie to przeuroczy głosik Eliasa. Jasne, wiedział, że jego ojciec tu pracuje, ale Elias… Elias i święty Mung to było tak samo logiczne połączenie jak zatrudnienie Lorda Vadera jako konsultanta ds. dyplomacji. A jednak Ambroise usłyszał go zanim go zobaczył. Niemal parsknął.
- Niech zgadnę, szukasz wejścia na ścieżkę przeznaczenia? - Spytał w pierwszej chwili, bardzo powoli odwracając wzrok od tablicy i posyłając Bletchleyowi wyjątkowo poważne spojrzenie.
Nie dlatego, że wierzył we własną sugestię. Zresztą w każdym momencie był zdecydowanie daleki od wysnuwania podobnych teorii. W końcu wiedział, że Eliaszowi z powodzeniem udało się wyrwać z kultu medycznego klanu odnaleźć swoje powołanie, niekoniecznie zgodne z profilem rodziny. Dlatego, że...
...no, właśnie. Był tego świadomy. Ta sugestia nie wzięła się znikąd. W końcu dostrzegł pakunek w rękach towarzysza. Mógł więc wybrać albo tę wersję, albo taką, która dosyć jasno zasugerowałaby próbę dokonania jakiejś nielegalnej transakcji. Ta druga opcja również go kusiła, szczególnie, że stali tak blisko siebie, jednak to ta pierwsza bez wątpienia lepiej pasowała do zaserwowanego mu tekstu. Musiał tylko spróbować zachować pokerową twarz, nawet nie mrugając.
Był tak poważny jak tylko potrafił. Jego usta nie rozciągnęły się w czymś na kształt zadziwiająco szczerego uśmiechu, który wśród personelu był niemal tak mityczny jak jego osławiona cierpliwość wobec studentów bez naturalnie wyrobionego nawyku sporządzania notatek. Nawet, jeśli bawiło go to, że Elias wyglądał jak ktoś, kto już dawno przekroczył punkt irytacji i teraz orbitował wokół satyrycznego pierścienia rozpaczy.
- Zostało mi dziewięć minut, zanim stado przyszłych uzdrowicieli zacznie się dobijać do sali, pytając, gdzie jest ich mistrz - dodał, nie sugerując nic więcej, tylko czekając.
To był całkiem interesujący zwrot akcji a takich przecież się nie pospieszało.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
ᴀʟᴄʜᴇᴍɪsᴛ ᴏꜰ ɢʟᴀss
what is the point
in having a mind
if you do not use it
to make judgements
wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
metamorfomag
zawód
szklarz
178cm wzrostu; zielone oczy; ciemnobrązowe kręcone włosy; trzydniowy zarost na twarzy; dołeczki w policzkach; lekko przygarbiona postura; chód opieszały, nieco niezgrabny

Elias Bletchley
#3
20.06.2025, 23:00  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.06.2025, 23:01 przez Elias Bletchley.)  
Co prawda to prawda, spotkanie Eliasa w Szpitalu św. Munga graniczyło z cudem. Zwłaszcza, jeśli zjawiał się w jego murach z własnej nieprzymuszonej woli. Nigdy nie przepadał za ośrodkami medycznymi i nawet w czasach szkolnych unikał Skrzydła Szpitalnego jak ognia. Wprawdzie unikanie wizyt u lekarza w momencie, gdy zarówno ojciec i matka zajmują się medycyną nie było najłatwiejszym zadaniem pod słońcem, ale Bletchleyowi szło to całkiem nieźle. A teraz wkroczył do paszczy lwa jak gdyby nigdy nic. Z miłości (i obowiązku) wobec swojego miejsca pracy. Ech, cóż to było za poświęcenie.

— Co? — Zamrugał, garbiąc się speszony, jakby Ambroży co najmniej zaprosił go na jakieś badanie do pobliskiego gabinetu. — Nie, nie. Żadnej ścieżki przeznaczenia. Żadnej ostatniej drogi. Nie dam się zamknąć w tej umieralni.

Ostre słowa jak na tak wczesną porę, pomyślał przelotnie, żałując nieco, że nie ugryzł się w język. Już dawno zdążył się pogodzić z tym, że zarówno Ambroise jak i Romulus zdecydowali się na obranie nauk medycznych jako swojego głównego zawodu, jednak... Czasem zapominał, że podobne komentarze mogłyby sprawić im przykrość. Zwłaszcza biorąc pod uwagę te wszystkie nieprzespane noce podczas niekończących się stażów. I poświęceń jakie wymagała ta praca przy obecnej sytuacji w kraju. Elias uciekł spojrzeniem w bok, wzdychając przeciągle.

— Zresztą... nieważne — burknął pod nosem, poprawiając paczkę w rękach. — Też jestem tutaj tylko na chwilę. — Dzięki niech będą Merlinowi. Postukał palcem w opakowanie. — ''Szklana'' pośredniczyła w zamówieniu dla was jakichś rzadkich soczewek spoza Wysp Brytyjskich. Niezłe cacka, chociaż... Szczerze mówiąc nie jestem pewny do czego mogłyby wam się tutaj przydać. Otwieracie nowe laboratorium, że potrzebujecie przyrządów pomiarowych tak wysokiej jakości?

Może kiedy nikt nie patrzył, to Dorinda Lestrange postanowiła przechrzcić Szpital św. Munga na laboratorium bojowe Ministerstwa Magii i chciała testować tu jakąś broń chemiczną? Skąd tobie wpadają do głowy takie pomysły?, skomentował bezgłośnie Elias, krzywiąc się na tę myśl. Ojciec opowiadał czasem o przełożonej szpitala, ale z jego historii wnikało, że była to w miarę... rozsądna kobieta. Wiekowa, ale rozsądna.

— Wiesz może... Kto mógł to zamówić? Albo gdzie mam to dostarczyć? — zapytał, zerkając na przyjaciela z nadzieją. — Najchętniej zostawiłbym tą paczkę pod pierwszym lepszym gabinetem, ale wolę potem nie słuchać jaki to jestem nieodpowiedzialny. — Wbił w niego wyczekujące spojrzenie. — Chyba, że po prostu... Przekażę je tobie i ucieknę jak najszybciej, zanim zorientujesz się, że to teraz twoje zmartwienie?

Wyciągnął paczkę do przodu, jakby faktycznie zamierzał rzucić się w bieg w stronę głównego wyjścia.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (1092), Elias Bletchley (895)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa