30.05.2025, 14:06 ✶
noc z 11 na 12.09.1972, las między Exmoor a Dartmoor
Nie było sensu prowadzić poszukiwań w większej grupie, szczególnie, że okrąg, jaki wyznaczyli przy pomocy wahadełka był stosunkowo szeroki i rozległy. Jeśli Romulus i Prudence faktycznie znajdowali się gdzieś wewnątrz wskazanej połaci terenu, należało założyć, że poszukiwania będą trwać przez znaczną część nocy, jeśli nie dłużej. Ekipa poszukiwawcza miała naprawdę dużą część bardzo gęstego lasu do przejścia wzdłuż i wszerz, toteż bez wątpienia należało, aby rozdzielili się na mniejsze zespoły.
Dokładnie tak też zrobili, dosyć naturalnie dobierając się w mniejsze duety. Geraldine poszła z Astarothem, za którego przyjęła odpowiedzialność. Elias wyszedł z Corneliusem. Natomiast Ambroise bez większego zawahania podążył z Benjym.
Nie musieli rozmawiać o swoich dalszych planach. Wystarczyło zaledwie jedno przelotne spojrzenie, aby obaj wiedzieli, że prędzej czy później zamierzają się rozdzielić. Żaden z nich nie potrzebował pilnować tego drugiego, jak to było w przypadku Riny i Rotha. Żaden z nich nie był także typem króla miejskiej dżungli, co dotyczyło grupy takiej jak Corio i Eli, w której co prawda Lestrange doskonale znał się na tych terenach, ale razem mieli być zdecydowanie bardziej skuteczni.
Natomiast Roise i Benjy? Oczywiście, że każdy miał iść w swoją stronę, gdy tylko uznają to za zasadne. Nie potrzebowali kręcić się tu razem, jeśli w pojedynkę mieli być niemal tak samo, jeśli nie bardziej skuteczni. Być może to oznaczało brak krycia tyłów i nieco większe zagrożenie ze strony...
...no właśnie. Ze strony czego? Tego akurat nie wiedzieli. Nie mieli zielonego pojęcia, kto albo co postanowiło podłożyć tamten świstoklik. Nie byli nawet pewni, że chodzili po właściwym miejscu. To wszystko było wyłącznie domysłami na podstawie kilku obserwacji, jednak z pewnością nie mogli czuć się tutaj całkowicie bezpiecznie. To także obaj doskonale wiedzieli. Mimo to, rozdzielenie się wciąż było najbardziej klarowną decyzją, jaką mogli podjąć.
Chwilowo jednak szli razem, praktycznie ramię w ramię. Nie zamienili ani słowa, ale nie było to niewygodne milczenie. Raczej zgoda, ciche zrozumienie. Prudence zniknęła razem z Romulusem. Dwie osoby dosłownie wyparowały z ganku, praktycznie sprzed drzwi.
Ambroise nie pozwolił sobie myśleć o tym zbyt intensywnie, nie zamierzał tego ponownie roztrząsać (szczególnie, że nie miał już więcej spostrzeżeń w związku z wizją, jaką miał jako widmowidz) ani zbyt wiele o tym mówić, ale nie dało się ukryć, że przez wzgląd na powód, z jakiego znaleźli się tej nocy w lesie, w ich marszu nie brakowało skupienia na czymś innym niż na dyskusji.
Ostatnie szare światło dnia zgasło już zupełnie, ale w ich przypadku nie robiło to większej różnicy. Zresztą. Prawdziwe życie lasu zaczynało się właśnie wtedy, kiedy cień przestawał rzucać kształty na drzewa a odgłosy nocnych owadów i ptaków wypierały dźwięki dnia.
W tym wypadku nie było inaczej. Mimo tego, że oni sami poruszali się cicho, las dookoła nich wręcz dudnił życiem. Cykady grały w krzewach dzikich jeżyn, gdzieś daleko dało się słyszeć pohukiwanie sowy. Nad ich głowami raz na jakiś czas przelatywał nietoperz albo przemykało drobne stworzonko, przeskakując z gałęzi na gałąź. W miękkim mchu kryły się jaszczurki i inne niewielkie zwierzątka. Zarówno węże, jak i żaby, których coraz głośniejsze kumkanie wraz z chlupotem wody sygnalizowało, że zbliżają się do znajomego strumyka wpadającego do niedużej sadzawki.
Jeszcze nie weszli w bardziej podstępne tereny. Chwilowo przemierzali gęsty, ale wyjątkowo przyjemny las. Taki, do którego za dnia można byłoby wybrać się na grzyby, rozkoszując się pięknem natury. W innych okolicznościach pewnie byłby to zresztą plan na jeden z następnych dni. Teraz? Teraz szli dalej, rozglądając się dookoła, skupieni na obserwacji otoczenia. Do ich oczu dotarły pierwsze rozbłyski na tafli wody i...
...no właśnie. Rozbłyski. Podczas, gdy wszystko wokół było pogrążone w ciemności, woda w jeziorku dosłownie lśniła. I to nie za sprawą rosnących w niej roślin. Nie ze względu na wodorosty, algi czy pływające w niej zwierzęta. O nie.
- Grzyby - odezwał się pierwszy raz, odkąd znaleźli się w lesie, w dodatku tonem nawet nie próbującym ukrywać nagłego przypływu entuzjazmu.
Bowiem nie były to zwykłe prawdziwki. O nie. To były wyjątkowo dorodne, fluorescencyjne, doskonałe osobniki jednego z rzadszych gatunków. I zdecydowanie cholera by go wzięła, gdyby nie przyspieszył kroku, zbliżając się do nich. No, cudowne. Były cudowne. Prawdziwie magiczne.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)