29.11.2025, 18:02 ✶
Little Hangleton, grudzień 1966
To był pierwszy elegancki świąteczny bankiet, w którym Robert Crouch uczestniczył jako sędzia Wizengamotu. Ot lady Slughorn, wdowa po starym Jeremym sprosiła do swojej rezydencji co to ważniejszych czystokrwistych czarodziejów, by zaprezentować, jak pięknie ozdobiła dom w ramach Yule. Rzeczywiście udało się to jej wzorowo. Lśniące kryształowo iskierki fruwały po sali balowej wielkiej rezydencji, układając się we wzory śnieżynek na krótkie momenty, by potem powrócić do wcześniejszego chaosu. Gdzieniegdzie leżał śnieg, którego fizycznie nie dało się zabrudzić ani zadeptać. Wystawne potrawy prezentowały się doskonale na długich stołach ustawionych wzdłuż ścian powleczonych jakby lodową, lśniącą warstewką. W sali panował lekki, chłodny zapach zimy, ale nikomu nie było zimno. Orkiestra wygrywała cuda klasycznej muzyki w doskonałej harmonii, cierpliwie i niemal bez przerw.
Robert odbył już kilka tańców, doskonale wyćwiczonych walców. Trzymał przy tym fason, nie zdradzał po sobie żadnych emocji. Kurtuazyjnie uśmiechał się, rozmawiał z arystokratami. Starał się nie myśleć o dwóch sprawach, które go podduszały, trzymały za serce. Bo w gruncie rzeczy był tutaj oszustem. Żona człowieka, którego pośrednio pozbawił życia, uważała go za przyzwoitą, dobrą duszę, godnego zastępcę jej męża. Musiała naprawdę nie interesować się polityką... Albo po prostu Robert zdążył oczarować ją swoim fałszywym żalem.
Minęło już kilka dobrych miesięcy, od kiedy został sędzią. Lady Slughorn rzeczywiście dość wcześnie zakończyła okres żałoby, choć Yule stanowiło niezłą wymówkę na powrót do towarzyskiego życia. To było zrozumiałe. Każdy by chciał zapomnieć o tym starym zgredzie i żyć szczęśliwie. A może nawet szczęśliwiej? Robert chciał, żeby tak było. Żeby jego czyn sprawił coś dobrego nie tylko dla niego samego, ale i dla całego otoczenia. By świat odetchnął z ulgą po śmierci tego człowieka. Stanowiłoby to przecież niezłe uzasadnienie obiektywnie nieetycznego czynu. W polityce cel od dawien dawna uświęcał środki.
Pogodziłby się z tym, gdyby nie to, że obiło się mu o uszy, że na tym balu ma pojawić się ktoś z Proroka. Wypatrywał jej wśród gości. Gdyby tu była, już dawno by ją zauważył. Jednak przepełnione tęsknotą serce mówiło mu inaczej. Zawsze wbrew rozsądkowi. Teraz musiał być innym człowiekiem niż przed sędziowską kadencją. Musiał porzucić dawnego siebie, lecz nie potrafił. Wciąż szukał w tłumie jej blond włosów. Chciał złapać jej spojrzenie, choć na krótki moment. Tak strasznie chciał, by do niego wróciła... Tak bardzo tęsknił.