14.02.2026, 21:13 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 15.02.2026, 15:38 przez Aaron Andrew Moody.
Powód edycji: zła data sesji
)
Spacer po niemagicznych dzielnicach
Skłamałby, gdyby powiedział, że nie mógł się spodziewać tego, że spotka ją przy automacie z kawą. Takowe spotkania z czasem stały się przecież przyjemnym elementem rutyny obojga. Rutyną było wzięcie dwóch kubków. Rutyną było wciśnięcie właściwych przycisków, zawsze tych samych. Rutyną było podjęcie przerwanej wczoraj rozmowy... Na czym to stanęli? Nie dane było jednak Moody'emu dowiedzieć się, co pani Mulciber sądzi o polaryzującym lewicę przemówieniu sędziego Thackeray. Odstępstem od rutyny było bowiem to, że tego dnia zmuszeni zostali jak niepyszni skierować kroki w stronę ministerialnej stołówki, ponieważ coś zepsuło się w magicznej maszynerii automatu wydającego kawę. Zepsuło się, i, jak na złość, nie naprawiło się nawet wtedy, gdy Moody niewzruszenie walnął w automat zaciśniętą pięścią, co było standardową procedurą postępowania w podobnych sytuacjach. Jak nie prośbą, to groźbą. Gdyby zalękniony pracownik personelu technicznego nie poprosił go o odsunięcie się, auror sam zapewne zakasałby rękawy koszuli i wyciągnął różdżkę, żeby zabrać się za naprawę. Może wtedy dostaliby swoją kawę. Ale wtedy zasmucona Lorien nie napomknęłaby konwersacjonalnie w drodze do windy, że jej ulubiona kawiarnia została doszczętnie niemal zniszczona podczas Spalonej Nocy. Aaron spodziewał się wówczas usłyszeć o jednej z tych eleganckich kafejek przy Ulicy Pokątnej. O przybytku starego Fortescue, gdzie latem funkcjonował również parlor z fantazyjnymi smakami lodów, a może o filii cukierniczej Zorzy? Nie spodziewał się na pewno, że Lorien opowie mu o małej włoskiej kawiarence położonej w niemagicznym Londynie. Powściągliwa była w słowach, a jednak... Aaron zmarszczył brwi. Trudno było mu wyobrazić sobie Lorien w takiej przestrzeni. Bez spowijającej ją otoczki magii, bez autorytetu sędzi i dementorków chowających się w gęstwinie loków czarnych jak posadzki Wizengamotu. To byłoby tak, jak gdyby nagle zabrano mu różdżkę, którą zawsze miał pod ręką. Kim był bez swojej różdżki? Bez munduru aurora? Bez nazwiska, które nosiło przed nim tak wielu?
Byłby po prostu Aaronem. Aaronem, który lubił od czasu do czasu podskoczyć po kawę z ciastkiem do niewielkiej kafejki w centrum, gdzie pamiętali już jego twarz i zamówienie. Może dlatego nie wydawał się specjalnie zaskoczonym, że pani sędzia Mulciber darzyć może sentymentem mugolską kawiarenkę, nawet jeżeli nie było to coś, czego spodziewałby się po niej w pierwszym odruchu. Było coś pociągającego w anonimowości, jaką zapewniał niemagiczny świat. Coś niesłychanie wyzwalającego. Coś zatrważającego. Niemal niemożliwego do pojęcia dla Moody'ego, dla którego bycie aurorem stanowiło rdzeń tożsamości, a wręcz sens życia. Wyobrażał sobie, że podobnie bezbronną musi się czuć w tym świecie sędzia. On zawsze czuł się dziwnie, gdy był po prostu Aaronem. Gdy zmuszony był myśleć o tym, co definiuje go w oczach ludzi poza jego pracą.
Może dlatego jeszcze nie zwariował. Wiedział, jak być sobą, niezależnie od tego, w jakim świecie jest. Niezależnie od tego, czy pije kawę z magicznego automatu w Ministerstwie, czy z mugolskiej kawiarni położonej blisko centrum.
"Może się tam przejdziemy?" Propozycja sama wymsknęła mu się na głos, gdy rozmowa, jaką dotychczas prowadzili, przybrała bardziej niezobowiązujący ton. Aaron Moody zacisnął usta, jak gdyby żałował, że w ogóle się odezwał. A jednak nie wyglądał na specjalnie strapionego, gdy zaraz krótko wytłumaczył, że nie chciałby, aby w świetle ostatnich wydarzeń pani sędzia ryzykowała samotnymi spacerami po niemagicznym Londynie. Chyba nic nie było w stanie wytrącić tego człowieka z równowagi. Użył przecież tego samego, precyzyjnie służbowego tonu, którym zrelacjonował jej wcześniej postępy w sprawie Koroleva.
W końcu Lorien skończyła wykłady ze studentami, a pracujący po godzinach Aaron nadrobił zaległości z nocnego dyżuru. Zamiast jednak zgarnąć kawę z ministerialnej stołówki wybrali się razem na przechadzkę po niemagicznym Londynie. W porę poobiadową spacerowali incognito ulicą z kubkami kawy wziętej na wynos z włoskiej kafejki, którą dobrze znał Aaron, a która szczęśliwie nie ucierpiała w ostatnich pożarach. Włosi może i byli narodem leniwym, ale i niesłuchanie zasłużonym w annałach historii. Musieli zawdzięczać to swym przodkom, którzy pobudowali się na ruinach imperium rzymskiego. Wzrósłszy w kolebce europejskiej cywilizacji w pewnym sensie skazani byli na wielkość... Włoska kawa była najlepsza! Nie wolno było zapominać, że oprócz bardzo dobrej kawy mieli też i wyjątkowo zmyślne systemy wodociągowe. To wszystko, i jeszcze faszyzm. I kobiety o niezrównanej urodzie. Ale o tym ostatnim lepiej było nie myśleć zbyt wiele. Zostawił te myśli za zamkniętymi drzwami jej gabinetu. A konkretniej za drzwiami stojącej tam szafy, za którymi schowała się, przebierając się przy nim w szaty sędzi.
!BINGO A1
– You're too difficult.
– The situation is difficult, not me.
– The situation is difficult, not me.