• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii v
1 2 3 4 5 6 Dalej »
[05.10.1972, Ostoja dla zwierząt] Czas płynął, a deszcz nie przestawał padać

[05.10.1972, Ostoja dla zwierząt] Czas płynął, a deszcz nie przestawał padać
Róża Pustyni
Wszystkie przyzwoite przepowiednie są do rymu.
wiek
32
sława
II
krew
półkrwi
genetyka
jasnowidz
zawód
uzdrowicielka w grupie archeologicznej, wróżbitka
Ginevra rzuca się w oczy. To szczupła i dość wysoka kobieta, sięgająca 177 cm. Ma owalną twarz, opaloną skórę i jasnobrązowe oczy; włosy długie do pasa, ciemnobrązowe, proste i grube. Ubiera się raczej schludnie niż byle jak. Jej usta często zdobi psotliwy uśmieszek. Mówi z akcentem, słychać, że nie jest z Anglii. Otacza ją mgiełka orientalnych perfum - klasycznej egipskiej mieszanki cytrusów, jaśminu i słodkiego ananasa.

Guinevere McGonagall
#1
03.03.2026, 22:50  ✶  

Musiała to przyznać: nie podobała jej się jesienna pogoda w Anglii. Pal licho temperatury (chociaż ciągłe noszenie płaszcza nie należało do najwygodniejszych), ale to ten ciągły deszcz nie polepszał sytuacji. Kałuże na podwórku Ostoi dla zwierząt i błoto były do przeżycia tylko na chwilę, ale prawda była taka, że McGonagall była przyzwyczajona do nieco innych warunków; do morderczego słońca palącego w kark, do gorącego, parzącego wręcz piasku pod podeszwami, wsypującego się pod ubranie.

Ale tę paskudną pogodę rekompensowały spotkania z rodziną – co prawda małą, ale rodziną. Ginny wracała z Walii do Pangbourne kiedy tylko mogła, by pomagać ze zwierzakami, których było tutaj trochę zbyt dużo jak na trzy osoby pracujące i mieszkające tu na stałe (a teraz nawet nie sypiające na miejscu, przez tę cholerną runę, która nie pozwalała im spać – Gin wracała więc na noc do Walii, a te ciągłe podróże przypłacała bólem brzucha, więc… nie było ich tez znowu aż tak dużo).

Dzisiaj okazało się, że lwia część pracy odbywała się na zewnątrz. Malcolm McGonagall robił coś w szopie, pewnie wbijał drewniane karmniki, paśniki albo domki, które miały być później umieszczone w pokojach zwierząt, zamieniając te zużyte. Halsey McGonagall, żona Malcolma, kręciła się w domu i przygotowywała podwieczorek (i obowiązkową herbatę, a także dzbanek parzonej mięty z jej własnych zapasów przydomowych ziółek), a Ginny…

Cóż, Ginny, a raczej śliczny miedzianorudy kot, krążyła właśnie tam i z powrotem za szopą, pod zadaszeniem, gdzie trzymano drwa do napalenia w kominku, skryta przed deszczem, ale wyraźnie nań nie zwracająca uwagi – bo złote oczy wpatrzone były w jakiś punkt na stercie. Maszerowała cicho na tych swoich łapkach, dochodziła do końca składziku i zawracała, łeb ciągle uniesiony był w górę – wyglądało to tak, jakby kot w charakterystyczny dla siebie sposób wykonywał te wszystkie skomplikowane w głowie obliczenia, szukając najlepszego dla siebie miejsca, by wskoczyć wyżej.

Ze środka sterty drewna dobiegały jakieś odgłosy…

szamanka
Kochajcie mnie, kochajcie, wy
—
 gęstwy zieleni
I wy, senne gromady powikłanych cieni
wiek
33
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
alchemiczka, zielarka, leśnicza, stwórczyni
Tchnie czymś dzikim, nosi na sobie okruchy lasu: czasem we włosy zaplącze się uschnięta gałązka, czasem w materiał szaty wczepią nasiona czy wkleją niteczki pajęczyn, a czasem sama czarownica dokłada intencjonalnie atrybuty natury: ozdoby z ptasich piór, polnych kwiatów czy zwierzęcych kłów. Ciągnie się za nią woń suchych traw, żywicy i palonych kadzideł. Kobieta szczupła i przeciętnego wzrostu (164 cm), niebieskie oczy. Długie blond włosy o średnim skręcie, rzadko ułożone i wystylizowane, zwykle znajdzie się wśród nich kołtun. Spódnice szat Helloise są długie i mają głębokie kieszenie, w których zawsze znajdzie się nieco ziarna dla ptaków. Lubi mięsiste tkaniny, warstwy, ubrania swobodnie płynące za sylwetką, nie boi się wzorów ani koloru, choć wybiera głównie barwy głębokie i niezbyt nasycone lub bliskie ziemi: zielenie, brązy, zgaszone pomarańcze. Stawia przede wszystkim na praktyczność: materiały solidne, które posłużą długie lata i nie zaszkodzi im praca w ogrodzie. Zamiast sakwy często nosi pas na wzór dawnych châtelaine, do którego na skórzanych rzemykach przymocowane są drobne przedmioty: różdżka, futeralik z nożem, woreczek soli czy miniaturowe buteleczki eliksirów, w tym zawsze jedna z solami trzeźwiącymi. Helloise nie nosi klasycznej biżuterii. Posiada jedynie ozdoby z drewnianych koralików i elementów zwierzęcych.

Helloise Rowle
#2
05.03.2026, 16:20  ✶  
W domu, w którym Helloise dorastała, od małego poznawało się szacunek do zwierzęcia. Czarownica zawsze miała go więc również do tych, którzy zwierzętami się opiekowali — piękny to gest wziąć pod swoje skrzydła potrzebującą istotę. W idee, w które raz uwierzyła, była bardzo zaangażowana. Naturalne więc było dla niej zaoferować swoją pomoc Ostoi — darmo tworzyła leki dla zwierząt i wykonywała od czasu do czasu inne drobne zadania, jeśli tylko leżały w jej mocy. Wpisywała się w definicję wolontariusza, ale nie myślała tak o sobie. Helloise pomagała, ale nie postrzegała tego jako oddawania jakiejś pracy.
Po Spalonej Nocy długo jej tu nie było, lecz po Mabon — gdy wstąpiły w nią nowe siły — zjawiła się ponownie. Już poprzedniego tygodnia zaszła do McGonagallów raz, aby posłuchać wieści i dowiedzieć się, czego trzeba. Teraz wracała — frunęła na miotle obciążonej koszykiem potrzebnych mikstur oraz świecami na bezsenność, o które nikt jej po prawdzie nie prosił, lecz słyszała wystarczająco o runie, aby przyszło jej do głowy je dołożyć.
Godzina lotu w deszczu przemoczyła pelerynę czarownicy: mimo kaptura warkocz był ciężki od wilgoci, a dookoła głowy powstała aureolka odstających spuszonych kędziorów. Tak oto zmokła Helloise wylądowała na podwórzu Ostoi — i cóż z tego, że wylądowała w sam środek kałuży? Spod warstw zaschniętego błota i tak nie widać było, że te kozaki z zadartymi noskami zrobiono oryginalnie z czerwonej skóry. Zaklęcie maskujące miotłę zamigotało i zgasło, gdy kobieta odczepiła od niej kosz i zagłębiła się w podwórze. Słyszała odgłosy pracy w szopie, ale nie tam skierowała się najpierw. Zamierzała wstąpić do domu McGonagallów, oddać kosz i dopiero bez tego ciężaru włóczyć się dookoła w poszukiwaniu zajęcia.
Nigdy nie trzeba jej było jednak wiele, aby zmienić plany. Wystarczył choćby… kotek. Rzadko ostatnimi czasy widywała koty. Niemal wszystkie zniknęły z Doliny. Żadne przybłędy nie wnosiły już do jej chaty mysich trupków ani nie gapiły się podejrzliwie na kurczaki.
Ten rudy kot odznaczał się wśród szaroburego deszczowego krajobrazu, więc od razu ściągnął ją w swoją stronę. Czarownica odstawiła cichutko pod zadaszeniem miotłę i koszyk, nie spuszczając zwierzątka z oczu. Potrafiła rozpoznać, kiedy koty się na coś czaiły. Robiły się wtedy skupione, wykalkulowane i szalenie cierpliwe. Helloise również potrafiła być cierpliwa. O ile jeszcze kota nie spłoszyła, kucnęła na krawędzi wiaty, przy stercie drewna, żeby lepiej jej było obserwować kocie łowy. Ręką bezwiednie sięgnęła w tył, poza schowek, przeczesała trawę i odnalazła pod palcami sztywną, długą łodyżkę koniczyny zakończoną białym kwiatkiem. Zerwała ją tuż przy ziemi. Jeśli przypadkiem spłoszyła swoją obecnością niedoszłą ofiarę rudzielca, mogła zaoferować mu zaraz w zamian inne łowy.


dotknij trawy
Róża Pustyni
Wszystkie przyzwoite przepowiednie są do rymu.
wiek
32
sława
II
krew
półkrwi
genetyka
jasnowidz
zawód
uzdrowicielka w grupie archeologicznej, wróżbitka
Ginevra rzuca się w oczy. To szczupła i dość wysoka kobieta, sięgająca 177 cm. Ma owalną twarz, opaloną skórę i jasnobrązowe oczy; włosy długie do pasa, ciemnobrązowe, proste i grube. Ubiera się raczej schludnie niż byle jak. Jej usta często zdobi psotliwy uśmieszek. Mówi z akcentem, słychać, że nie jest z Anglii. Otacza ją mgiełka orientalnych perfum - klasycznej egipskiej mieszanki cytrusów, jaśminu i słodkiego ananasa.

Guinevere McGonagall
#3
08.03.2026, 16:06  ✶  

Większość animagów nie miała jak wybrać zwierzę, w które się zmieniali – to się po prostu działo przy pierwszej przemianie i później już nie dało się tego zmienić, ale prawda była taka, że ten wybór był możliwy, tylko trzeba było wiedzieć, jak się do tego zabrać. McGonagall wiedzieli o tym doskonale, wynosząc transmutację na zupełnie inny poziom, jakby ich forma była tylko plasteliną, którą można było wepchnąć w formę. Wiedzieli o tym również specjaliści z Uagadou, gdzie normalnie na lekcjach w szkole uczono dzieci animagii. Nadal niewielu się to udawało, ale odsetek i tak był większy niż w innych częściach świata. Wybór kociej formy był dla Guinevere całkowicie przemyślany. Koty były świętym zwierzęciem w starożytnym Egipcie, były symbolem, a te były dla panny McGonagall ważne odkąd tylko pamiętała. Miesiącami przyglądała się kotom, studiowała ich anatomię, nawet rysowała je – w miejscu, czy w ruchu, uczyła się ich zachowania, zwyczajów i była gotowa na pierwszą przemianę w kota. Była zresztą jej preferowaną, chociaż tak całkowicie najczęściej można było zaobserwować niepełne, pośrednie formy, jak chociażby kocie oczy w zupełnie ludzkiej formie.

Więc zupełnie jakby była prawdziwym kotem, a nie tylko udawańcem, krążyła koło sterty drewna. To, co właśnie robiła, mogłaby pewnie zrobić też za pomocą magii, ale część magicznych stworzeń (w tym szkodników) inaczej reagowała widząc czarodzieja, a inaczej widząc… kota. I z tego właśnie powodu skończyła w kociej formie, drepcząc i kombinując jak wyłowić cholernego chochlika, który chichocząc i brzęcząc skrył się pomiędzy drewnem. Czuły koci słuch wyłapał zbliżające się doń kroki, a gdy Helloise pojawiła się w zasięgu wzroku, to i złote oczy na momencik się na nią przesunęły… ale nie zawołała jej po imieniu (a do Ginny nie od razu dotarło, że Hela chyba nigdy nie widziała jej w tej formie), na co kot lekko przekrzywił głowę… ale szybko wróciła spojrzeniem do drewnianych beleczek, wśród których ukrywał się szkodnik. Widziała go, a dokładniej to koci wzrok rejestrował te drobne ruchy, które wykonywał mały, złośliwy ludzik, który chyba zauważył, że kot to już nie jest jego jedyny problem…

To był moment. Ciche pyknięcie zrywanej koniczyny – przenikliwy pisk przypominający papuzi szczebiot – kocie ciałko naprężyło się i skoczyło w górę, lądując na górze sterty, odwróciła się niema od razu, a wyciągnięta, prawa łapka już miała uderzyć w szparę i wtedy właśnie chochlik postanowił salwować się ucieczką, wylatując przez szparę i śmiejąc się w bardzo irytujący sposób. Był jeden, one były dwie… poleciał więc w inną stronę, najpewniej się skryć. A kot? Kot mrużąc oczy odprowadzał go spojrzeniem i dwoma mocniejszymi uderzeniami ogona o drewniany klocek, nim głośniej wypuścił powietrze przez nos i… do głowy Ginny wpadło właśnie coś absolutnie fantastycznego, skoro Helloise jeszcze się nie zorientowała, że nie ma do czynienia z prawdziwym kotem!

Zeskoczyła na podłoże, po którym jeszcze przed chwilą krążyła i bez cienia żalu, złości czy jakiegokolwiek strachu zbliżyła się do kucającej czarownicy, witając ją cichym „miau?”. Patrzyła na nią, nie na kwiat koniczyny.

szamanka
Kochajcie mnie, kochajcie, wy
—
 gęstwy zieleni
I wy, senne gromady powikłanych cieni
wiek
33
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
alchemiczka, zielarka, leśnicza, stwórczyni
Tchnie czymś dzikim, nosi na sobie okruchy lasu: czasem we włosy zaplącze się uschnięta gałązka, czasem w materiał szaty wczepią nasiona czy wkleją niteczki pajęczyn, a czasem sama czarownica dokłada intencjonalnie atrybuty natury: ozdoby z ptasich piór, polnych kwiatów czy zwierzęcych kłów. Ciągnie się za nią woń suchych traw, żywicy i palonych kadzideł. Kobieta szczupła i przeciętnego wzrostu (164 cm), niebieskie oczy. Długie blond włosy o średnim skręcie, rzadko ułożone i wystylizowane, zwykle znajdzie się wśród nich kołtun. Spódnice szat Helloise są długie i mają głębokie kieszenie, w których zawsze znajdzie się nieco ziarna dla ptaków. Lubi mięsiste tkaniny, warstwy, ubrania swobodnie płynące za sylwetką, nie boi się wzorów ani koloru, choć wybiera głównie barwy głębokie i niezbyt nasycone lub bliskie ziemi: zielenie, brązy, zgaszone pomarańcze. Stawia przede wszystkim na praktyczność: materiały solidne, które posłużą długie lata i nie zaszkodzi im praca w ogrodzie. Zamiast sakwy często nosi pas na wzór dawnych châtelaine, do którego na skórzanych rzemykach przymocowane są drobne przedmioty: różdżka, futeralik z nożem, woreczek soli czy miniaturowe buteleczki eliksirów, w tym zawsze jedna z solami trzeźwiącymi. Helloise nie nosi klasycznej biżuterii. Posiada jedynie ozdoby z drewnianych koralików i elementów zwierzęcych.

Helloise Rowle
#4
15.03.2026, 13:29  ✶  
Papuzi pisk chochlika był nie do pomylenia — od razu go rozpoznała. Gdy kot stuknął łapką, czarownica sięgnęła odruchowo po przypiętą na pasku różdżkę, lecz nim zdążyła ją wyciągnąć, stworek odleciał już na ważkowych skrzydełkach i próżno byłoby ciskać za nim zaklęcia. Helloise podzieliła kocie rozczarowanie, lecz trwało to krótko. Nie zwykła długo płakać nad rozlanym mlekiem, szczególnie gdy mleko nie było jej.
— Może następnym razem — pocieszyła kota, wsuwając różdżkę z powrotem w pętelkę przy pasie. — Co ty byś z nim zresztą zrobił? Są bardzo silne, a ty…? — Wyciągnęła do kota dłoń wierzchem do góry i zatrzymała ją tuż nad łebkiem, jakby pytała zwierzę, czy może pogłaskać. — Wyniósłby cię złośliwie na dach. Za ogon — przestrzegła.
Skoro kot nie uciekł, czarownica położyła dwa przebarwione na zielono, zimne od lotu palce na miedzianym kocim łebku i przesunęła je za uszko, żeby krótko ściętymi paznokciami podrapać lekko kicię. Futerko kociej towarzyszki było mięciutkie i gładkie, inne w dotyku od grubszego futra dzikiego lisa, do którego ostatnio przywykła Helloise. Nie prowadziła może własnej Ostoi, lecz gdy trafiła pod lasem na popatrzonego po pożarach nieszczęśnika, przygarnęła go do siebie i pomogła zagoić rany — i tak lis z nią został.
Koty były delikatniejsze od psowatych, smuklejsze, obdarzone większą gracją — śliczne. A jednak Helloise nigdy z kotami nie miała bliskich relacji, mimo że zdarzało jej się dokarmiać bezdomniaki. I koty, i ona chadzały własnymi ścieżkami, i choć te ich ścieżki czasem się przecinały, a koty mogły liczyć wówczas na sympatyczne powitanie, to zdecydowanie lepiej wiedźma spod Kniei układała się z tymi istotami, które po oswojeniu wiernie za nią podążały krok w krok.
Nie przeszkadzało to jej jednak w tym, aby dopieścić i wymiziać rudą delikwentkę. Pociągnąć dłonią wzdłuż kręgosłupa po sam ogon, podrapać za oboma uszyskami, wygłaskać kark i szyję — wszędzie, gdzie tylko kot jej się wystawił. Siedziała z nim tak w kucki pod wiatą, międląc w palcach koniczynkę, nieświadoma, że ma przed sobą Ginny.


dotknij trawy
Róża Pustyni
Wszystkie przyzwoite przepowiednie są do rymu.
wiek
32
sława
II
krew
półkrwi
genetyka
jasnowidz
zawód
uzdrowicielka w grupie archeologicznej, wróżbitka
Ginevra rzuca się w oczy. To szczupła i dość wysoka kobieta, sięgająca 177 cm. Ma owalną twarz, opaloną skórę i jasnobrązowe oczy; włosy długie do pasa, ciemnobrązowe, proste i grube. Ubiera się raczej schludnie niż byle jak. Jej usta często zdobi psotliwy uśmieszek. Mówi z akcentem, słychać, że nie jest z Anglii. Otacza ją mgiełka orientalnych perfum - klasycznej egipskiej mieszanki cytrusów, jaśminu i słodkiego ananasa.

Guinevere McGonagall
#5
19.03.2026, 20:17  ✶  

Guinevere – a raczej miedzianorudy kot – przekrzywiła lekko głowę, patrząc na Helloise z jakimś takim… zrozumieniem do wypowiadanych słów. Koty ogólnie były niezwykłe w okazywaniu emocji, zwłaszcza ich właściciele bywali nieźle wytrenowani z rozumienia kociego: a to po kształcie oczu, wielkości źrenic, kierunku ustawienia wibrysów, nastroszenia futra, ruchu ogona, ułożenia łapek, intensywności spojrzenia, by skończyć na mnóstwie rodzajów odgłosów, jakie z siebie wydawały. Ginny-kot co prawda ograniczyła się do klasycznego „miau”, bardzo zresztą eleganckiego i krótkiego, ale spojrzenie, jakie rzucała Heli było niemalże inteligentne. Być może dlatego, że doskonale rozumiała, co się do niej mówi, w końcu nie była przemieniona zaklęciem przez kogoś, a animagiem, który zachowywał pełną świadomość w zwierzęcej formie. Fuknęła zresztą cicho w odpowiedzi na „…a ty?” – bo miała kilka różnych pomysłów co zrobić z biednym chochlikiem, jak już go dorwie i pewnie niebieski stworek bardzo by się zdziwił, gdyby nagle zmieniła się w człowieka, niestety zwiał. A potem miauknęła dwa razy (co, gdyby tylko Helloise przebywała z nią częściej i nauczyła się jej kociego, można by uznać za krótki śmiech)  i przymrużyła oczy, nie uciekając przed dłonią, która zbliżyła się na tyle, by pogłaskać ją za uchem.

Ogólnie te wszystkie głaski można było uznać za pewien rodzaj masażu, a że Helloise darzyła pewną sympatią, to i nie uciekła przed tą krótką sesją drapania po grzbiecie i za uszami. Przymrużyła nawet złote, kocie oczy i zaczęła cicho mruczeć. Nie trwało to nazbyt długo, bo ostatecznie uznała, że nie ma sensu przeciągać struny a i tak spodziewała się już, że za moment nastanie ten dziwny moment niezręczności, o który dokładnie jej chodziło, bo czasami zwyczajnie nie umiała się powstrzymać i po prostu czuła wewnętrznie, że musi odrobinkę namącić (zupełnie jak kot, który zrzuca ze stołu solniczkę i zaraz zwala wszystko na psa, którego ogon entuzjastycznie obija się o meble). Odsunęła się więc na kilka kocich kroków i przeciągnęła bardzo po kociemu, po czym przysiadła i zaczęła się przemieniać z powrotem w człowieka.

I jak gdyby nigdy nic, spod półprzymkniętych powiek spoglądała na Helę, poruszała jeszcze karkiem, aż coś jej przyjemnie strzeliło i westchnęła jakże niewinnie.

– Dzięki, tego mi było trzeba. Cześć, Helka – rzuciła przy tym a jej uśmieszek mówił wszystko.

szamanka
Kochajcie mnie, kochajcie, wy
—
 gęstwy zieleni
I wy, senne gromady powikłanych cieni
wiek
33
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
alchemiczka, zielarka, leśnicza, stwórczyni
Tchnie czymś dzikim, nosi na sobie okruchy lasu: czasem we włosy zaplącze się uschnięta gałązka, czasem w materiał szaty wczepią nasiona czy wkleją niteczki pajęczyn, a czasem sama czarownica dokłada intencjonalnie atrybuty natury: ozdoby z ptasich piór, polnych kwiatów czy zwierzęcych kłów. Ciągnie się za nią woń suchych traw, żywicy i palonych kadzideł. Kobieta szczupła i przeciętnego wzrostu (164 cm), niebieskie oczy. Długie blond włosy o średnim skręcie, rzadko ułożone i wystylizowane, zwykle znajdzie się wśród nich kołtun. Spódnice szat Helloise są długie i mają głębokie kieszenie, w których zawsze znajdzie się nieco ziarna dla ptaków. Lubi mięsiste tkaniny, warstwy, ubrania swobodnie płynące za sylwetką, nie boi się wzorów ani koloru, choć wybiera głównie barwy głębokie i niezbyt nasycone lub bliskie ziemi: zielenie, brązy, zgaszone pomarańcze. Stawia przede wszystkim na praktyczność: materiały solidne, które posłużą długie lata i nie zaszkodzi im praca w ogrodzie. Zamiast sakwy często nosi pas na wzór dawnych châtelaine, do którego na skórzanych rzemykach przymocowane są drobne przedmioty: różdżka, futeralik z nożem, woreczek soli czy miniaturowe buteleczki eliksirów, w tym zawsze jedna z solami trzeźwiącymi. Helloise nie nosi klasycznej biżuterii. Posiada jedynie ozdoby z drewnianych koralików i elementów zwierzęcych.

Helloise Rowle
#6
07.04.2026, 13:53  ✶  
Być może uderzająca była inteligencja tego kota — to, jak odpowiadał Helloise swoimi kocimi dźwiękami i jak mądrze na nią patrzył — lecz czarownica nie poświęciła temu wiele myśli. Być może gdyby zależało jej na tym, połączyłaby kropki i domyśliła się, że do czynienia ma z animagiem — znała ich przecież wielu i wiedziała, jak działa ta sztuka, czego szukać w zwierzęciu. Po cóż jednak komu nadmierna podejrzliwość tak spokojnego, deszczowego dnia? Niechże się toczy własnym rytmem.
— Tak, tak, chciałabym to zobaczyć, jak sobie radzisz — mruknęła tylko pobłażliwie czarownica, gdy kot ofuknął ją za uwagi o chochliku.
Kot nie pozostał kotem dużo dłużej. Najpierw czarownica zorientowała się, że on jest nią, bardzo ludzką nią, a po chwili rozpoznała Guinevere. Nawet po przemianie i utracie miedzianego futra Ginny nie przestała odznaczać się na tle otoczenia — jej opalona twarz emanowała ciepłem nieprzystającym do angielskiego krajobrazu. Sama Helloise, choć dużo przebywająca na zewnątrz, nie była nadmiernie kolorowa, chyba że liczyć blade zielonkawe tony na twarzy kojarzące się raczej z chorobą.
Jeśli Ginny oczekiwała niezręczności, mogła się rozczarować. Helloise uniosła lekko brwi w zdziwieniu, lecz jej twarz wyrażała przede wszystkim fascynację.
— Nic nie stoi na przeszkodzie, żeby kontynuować — zaoferowała tajemniczo, choć jej uśmiech zdradzał, że jest to raczej żartobliwa propozycja. — Nie widziałam cię jeszcze z tej strony — westchnęła rozmarzona. — Animagowie, ach.
Czarownica wzięła kosz i przysiadła obok McGonagall.
— Macie problem z chochlikami? — Spojrzała badawczo w podwórze, jakby zaraz zza którego winkla miała wylecieć chmara szkodników. — Ktoś mi opowiadał… — zaczęła powoli, jakby z trudem przychodziło jej się skupić. — Ktoś mi opowiadał, że są takie kraje… zdaje się, że… komuniści. Komuniści robią z chochlików zaprzęgi i całe stada chochlików ciągną komunistom powozy. Wyobrażasz sobie? — Pokręciła głową, jakby nie mogło jej się to w tej głowie pomieścić. — Przyniosłam twoim dziadkom… — zawiesiła rękę nad koszykiem, jakby nie mogła się zdecydować, po co sięgnąć pierwsze — to, o co prosili. I coś małego dla was wszystkich. — Podniosła wzrok na Ginny. — Słyszałam, że źle wam się sypia.


dotknij trawy
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Guinevere McGonagall (1169), Helloise Rowle (1088)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa