26.04.2026, 01:20 ✶
02/09/72
Rejwach
Rejwach
Było keyboardzistów wielu, ale żaden z nich nie mieszkał nad Rejwachem — poza Zenkiem. Dzień spędzał w pokoju. Gdy noc mu była miła, a kraina marzeń łaskawa, fale świadomości wynosiły go łagodnie na powierzchnię, aż budził się po drugiej stronie. To "tutaj" była ta druga strona. Przez chwilę słyszał jeszcze szum własnej krwi w uszach, z kończynami zaplątanymi w ciepły kocyk, aż przebił się brzdęk metalu o metal. Lewis. Naczynia. W Rejwachu nadchodziła już pora lunchu.
Świsty w żołądku i ciężar w podbrzuszu domagały się uwagi. Najpierw doczłapał do łazienki. Gdy już załatwił to i tamto, odziany w coś więcej niż koszulę i męskie slipy (w spodnie z tym samym kraciastym motywem, co koszula), chwycił się drewnianej balustrady prowadzącej w dół do pubu. Tup. Tup. Skrzyyp. Podłoga wreszcie odpowiedziała mu parterem.
Kartka kalendarzowa sugerowała sobotę, a echo roznoszące się z każdym stąpnięciem po skrzypiącej podłodze udowadniało dobitnie, że w lokalu jeszcze nikogo nie było. Ktoś pijany leżał na kanapie, ale to norma. Dla Zenka zaczynał się dzień, dla pijaków zaczynał się dzień. Oni też musieli wypłynąć na Nokturn.
W kolejnych krokach Zenek skierował się do baru, to jest masywnej konstrukcji na środku pokoju i pod ścianą, z której ulatywały drinki. Powód był prosty: Zenek chciał się napić. Jako pracownikowi (i lokatorowi) Rejwachu przysługiwała mu co najmniej darmowa szklanka wody, podążył zatem za drobinami kurzu w powietrzu, które unosiły się z jego każdym krokiem. Londyńskie Słońce za chmurami świeciło już na pełnej, to jest subtelnie przebijało się przez zasłony w przybytku, oświetlając drogę.
No i jest. Była, czekała, ta szklanka wody na starość, której Zenek się dorobił w wieku lat trzydziestu. A nie, to tylko siki po piwie. Szkło brzęknęło o blat z rozczarowaniem. Wtedy dokładnie w jego promieniu pojawiło się ciepło ciała innego człowieka. Masywna, bycza obecność właściciela Rejwachu zajmowała już miejsce przy barze, na stojąco, czekając na nie wiadomo co. Na klientów.
— O, pan Woody. Dzień dobry. — objął ponownie szklankę, choć ta zdążyła się już na niego obrazić. Kapitan stał za barem i pewnie chciał coś rozlewać, ale dla kogo? Piwo dla duchów? Zenek się uśmiechnął, takim zwyczajnym, niewymuszonym, porannym (dla niego) uśmiechem. To rzeczywiście był dobry dzień. Postawił stopę do tyłu, a podłoga zaskrzeczała pod ciężarem.
— Może to dobry dzień na renowację Rejwachu?
I miss the kiss of treachery, the shameless kiss of vanity.