• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Ulica Śmiertelnego Nokturnu v
1 2 3 4 Dalej »
[02.09.72] Poloneza czas zacząć

[02.09.72] Poloneza czas zacząć
wodzirej
Marzenia chyba zawsze mają swój koniec. Nie wznoszą się, lecz opadają.
wiek
30
sława
III
krew
mugolak
genetyka
snowidz
zawód
keyboardzista
Zenek ma 1.84m wzrostu. Jest zbudowany proporcjonalnie do wzrostu i dość atletyczny przez noszenie walizki, ale generalnie jest bardziej szczupły i smukły. Nad instrumentem się garbi, na kanapie rozciąga albo kurczy. Twarz ma jak pies rasy chartowatej, to znaczy pociągłą i szczupłą. Z ciekawszych jej cech wybijają się długi nos i jasne brwi. Włosy ma brązowe, oczy też. Skóra całym rokiem trzyma ciepły koloryt, a jego dłonie są po prostu ładne. Długie palce i szczupłe nadgarstki to atuty klawiszowca. Jeśli o ubiór chodzi, to nosi się po mugolsku, gdzieś pomiędzy zdobyczami z targu a ciuchami z metką. Głos ma ciepły, dość głęboki. Chrypi, gdy się stresuje. Gdyby śpiewał, to basem.

Zenon Kozioł
#1
26.04.2026, 01:20  ✶  
02/09/72
Rejwach

Było keyboardzistów wielu, ale żaden z nich nie mieszkał nad Rejwachem — poza Zenkiem. Dzień spędzał w pokoju. Gdy noc mu była miła, a kraina marzeń łaskawa, fale świadomości wynosiły go łagodnie na powierzchnię, aż budził się po drugiej stronie. To "tutaj" była ta druga strona. Przez chwilę słyszał jeszcze szum własnej krwi w uszach, z kończynami zaplątanymi w ciepły kocyk, aż przebił się brzdęk metalu o metal. Lewis. Naczynia. W Rejwachu nadchodziła już pora lunchu.

Świsty w żołądku i ciężar w podbrzuszu domagały się uwagi. Najpierw doczłapał do łazienki. Gdy już załatwił to i tamto, odziany w coś więcej niż koszulę i męskie slipy (w spodnie z tym samym kraciastym motywem, co koszula), chwycił się drewnianej balustrady prowadzącej w dół do pubu. Tup. Tup. Skrzyyp. Podłoga wreszcie odpowiedziała mu parterem.

Kartka kalendarzowa sugerowała sobotę, a echo roznoszące się z każdym stąpnięciem po skrzypiącej podłodze udowadniało dobitnie, że w lokalu jeszcze nikogo nie było. Ktoś pijany leżał na kanapie, ale to norma. Dla Zenka zaczynał się dzień, dla pijaków zaczynał się dzień. Oni też musieli wypłynąć na Nokturn.

W kolejnych krokach Zenek skierował się do baru, to jest masywnej konstrukcji na środku pokoju i pod ścianą, z której ulatywały drinki. Powód był prosty: Zenek chciał się napić. Jako pracownikowi (i lokatorowi) Rejwachu przysługiwała mu co najmniej darmowa szklanka wody, podążył zatem za drobinami kurzu w powietrzu, które unosiły się z jego każdym krokiem. Londyńskie Słońce za chmurami świeciło już na pełnej, to jest subtelnie przebijało się przez zasłony w przybytku, oświetlając drogę.

No i jest. Była, czekała, ta szklanka wody na starość, której Zenek się dorobił w wieku lat trzydziestu. A nie, to tylko siki po piwie. Szkło brzęknęło o blat z rozczarowaniem. Wtedy dokładnie w jego promieniu pojawiło się ciepło ciała innego człowieka. Masywna, bycza obecność właściciela Rejwachu zajmowała już miejsce przy barze, na stojąco, czekając na nie wiadomo co. Na klientów.

— O, pan Woody. Dzień dobry. — objął ponownie szklankę, choć ta zdążyła się już na niego obrazić. Kapitan stał za barem i pewnie chciał coś rozlewać, ale dla kogo? Piwo dla duchów? Zenek się uśmiechnął, takim zwyczajnym, niewymuszonym, porannym (dla niego) uśmiechem. To rzeczywiście był dobry dzień. Postawił stopę do tyłu, a podłoga zaskrzeczała pod ciężarem.
— Może to dobry dzień na renowację Rejwachu?


I miss the kiss of treachery, the shameless kiss of vanity.
a guy who knows a guy
Ojciec Wirgiliusz uczył dzieci swoje,
a miał ich wszystkich sto dwadzieścia troje
wiek
51
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
przedsiębiorczy właściciel pubu "Rejwach"
Niemal zawsze towarzyszy mu nakrycie głowy: któryś z jego kapeluszy. Zmysł modowy ma raczej mierny i kiczowaty, ale lubi eksperymenty. Widać w jego kreacjach silną inspirację retro westernami, twoim starym na rybach ze szwagrem, ale też mugolską modą lat 70. Nie da się ukryć, że przekroczył pięćdziesiątkę, więc nie próbuje udawać, że tak nie jest. Ma charakterystyczną przerwę między jedynkami, niebieskie oczy, 186 centymetrów wzrostu i barczystą sylwetkę. Zarost na ogół maksymalnie kilkudniowy, choć zdarza się, że zapuści okresowo jasną brodę przetykaną siwymi włosami. Włosów na głowie od lat nie stwierdzono.

Woody Tarpaulin
#2
27.04.2026, 22:27  ✶  
Powietrze nad Londynem wciąż było ciepłe gorącem umierającego lata, nie zaś żarem niszczycielskich płomieni. Piękne były to wrześniowe dni przed pożogą — nie beztroskie może, lecz wszystko toczyło się znajomym rytmem. W Rejwachu początek września był czasem nowych planów, nowego knucia, nowego występku. Oto Woody Tarpaulin na swoim zwyczajowym stanowisku za barem, w dobrym humorze, może aż za dobrym. Jakoś podejrzanie chytre oczy czaiły się owej soboty pod rondem tarpowego kapelusza.
— Mr Zenon! Zenek. — Czarodziej ponaglająco przywołał go do siebie ruchem ręki, zupełnie jakby Kozioł mógł się w jakimś innym kierunku udawać. — Chodź no tu, będziesz pierwszy, który zobaczy.
Lecz nim doszło do odsłonięcia sekretu, stary zerknął jeszcze zapobiegawczo na tego pijaka, co leżał loży niepozbierany po nocy. Chrapanie pijacze było nie do podrobienia. Zenek i Woody byli zatem w tej rejwachowej przestrzeni jak sami, i tylko naczynia tłukły się na kuchni, sygnalizując obecność Lewisa.
— Poszedłem rano do Ataraxii — był to znany na Nokturnie zakład spirytystyczny — zdobyć nam takie nie byle co. — Tu Tarp z cichym stęknięciem schylił się pod bar i zaraz wyprostował, stawiając na ladzie przeżartą piwnicznym zapachem skrzynkę pełną butelek po piwie. — Wiesz co to? Flaszki nabite złymi duchami — powiedział, zniżając nieco głos, na wypadek gdyby pijaczek przez sen podsłuchiwał. — Rozpuścimy je jutro z Senką i Lewisem przed świtem w Białym Wiwernie. — Tarpaulin był wyraźnie ukontentowany wizją tego, że konkurencyjna speluna zamieni się w jamę, w której dzień i noc wyją najgorsze z najgorszych zjaw.
Jakkolwiek jednak napsucie krwi temu psubratu z Wiwerna było apetyczną wizją, musiał sobie Woody jeszcze na ów moment chwały poczekać. A tu proszę, jak z nieba tymczasem spadł jeden z ulubionych tematów Woody’ego Tarpaulina — renowacje. Mały remoncik zawsze uciecha. Fachową złotą rączką może i stary nie był, ale jak tylko trafiała się okazja, by coś spróbować dokręcić, przemontować czy odnowić, spływała na niego boska inspiracja inżynierska. Ach, gdyby tylko ta myśl techniczna szła w parze z warsztatem praktycznym! Ależ to nieważne, nigdy mu to w niczym nie przeszkodziło.
— Zawsze jest na renowacje dobry dzień. — Pokiwał głową, wyrażając uznanie dla tej propozycji. — Dam ino znać Lewisowi, żeby tu zerknął na salę od czasu do czasu, i pójdziemy spojrzeć, co trzeba zrobić. Możesz sobie popatrzeć — skinął palcem na nowo nabytą kolekcję złych dusz zamkniętych pomiędzy grubymi ściankami butelek — tylko, na Merlina, ostrożnie. Co ci wziąć z kuchni? Na głodniaka nie będzie z ciebie pożytku.
I odczekawszy na odpowiedź, zniknął na moment za drzwiami, zza których docierały zapachy lunchowe — z pewnością gdzieś tam smażył się bekon.


piw0 to moje paliwo
wodzirej
Marzenia chyba zawsze mają swój koniec. Nie wznoszą się, lecz opadają.
wiek
30
sława
III
krew
mugolak
genetyka
snowidz
zawód
keyboardzista
Zenek ma 1.84m wzrostu. Jest zbudowany proporcjonalnie do wzrostu i dość atletyczny przez noszenie walizki, ale generalnie jest bardziej szczupły i smukły. Nad instrumentem się garbi, na kanapie rozciąga albo kurczy. Twarz ma jak pies rasy chartowatej, to znaczy pociągłą i szczupłą. Z ciekawszych jej cech wybijają się długi nos i jasne brwi. Włosy ma brązowe, oczy też. Skóra całym rokiem trzyma ciepły koloryt, a jego dłonie są po prostu ładne. Długie palce i szczupłe nadgarstki to atuty klawiszowca. Jeśli o ubiór chodzi, to nosi się po mugolsku, gdzieś pomiędzy zdobyczami z targu a ciuchami z metką. Głos ma ciepły, dość głęboki. Chrypi, gdy się stresuje. Gdyby śpiewał, to basem.

Zenon Kozioł
#3
28.04.2026, 22:58  ✶  
Podążył za świstami powietrza i zaszedł w głąb baru. Deski zapiszczały pod stopami. W końcu nic nie mogło go spotkać złego ze strony człowieka, który oczy miał wesołe. Oczy były zwierciadłami duszy. Tam za barem, przynajmniej częściowo mógł także odgrodzić się od pijaczego sarkania. Zenek nie miał nic przeciwko chrapaniu. Wydawało mu się ono jednak czasem... przechwalcze. Jakby pijak mówił: ja jeszcze śpię, a wy musicie chodzić, durne ludzie. To dogłębnie oburzało zwłaszcza o poranku, kiedy człowiek chciał się tylko rzucić na wytarte siedzenia i, nasłuchując słodkich szczurzych melodii, zostać ululanym do snu. Oparł się o blat. Lepkie.

Woody po chwili wynurzył się spod baru ze skrzynką, która ciężko wylądowała na blacie. Zenek się wzdrygnął. Piwa zaszczekały w środku. Zenek zmarszczył nos. Po chwili jego źrenice zrobiły się okrągłe jak galeony.
— Złe duchy? Ale heca! — roześmiał się i kucnął nad skrzynką. Objął ją uważnie lepkimi palcami, po czym przyłożył ucho do jednej z butelek. Wstrzymał oddech. Mógł przysiąc, że przez szkło słyszy żałosne wycie, ale równie dobrze to mogło być wstrząśnięte piwo obijające się o ścianki naczynia. Złowieszcze zamiary Woody'ego jakoś obleciały mu koło uszu, uszy miał w końcu już zajęte.

Woody'emu pomysł się spodobał i kiwnął głową. Zenek zadarł szyję i pokiwał z powagą. No i tak stali i sobie kiwali, tylko Zenek kucał. Gary przestały tak się drzeć. Pewnie Lewis już je opanował i coś podgrzewał na palnikach. Zenek wziął sobie do serca uwagę o bezpieczeństwie i skrzynkę z duchami obejmował ostrożnie. Zbielały mu aż knykcie. Do wyprostowania się i odzyskania godności nakłoniła go dopiero wizja jedzenia.
— Naleśnika z dżemem, poproszę. — Poruszył nozdrzami. Zapach skwierczącego bekonu może i konkurował z wonią stęchlizny, ale Zenek swych preferencji trzymał się twardo. Leżący pijak westchnął głęboko i jakby się poruszył, ale po chwili ponownie wrócił do bezczynnego chrapania. Zenek zmrużył oczy.

Nie śmiał odstąpić od pilnowanej skrzynki, zresztą już i tak się do niej trochę przylepił. Nie poszedł zatem za Woodym przywitać się z Lewisem. Nie wiedząc, co robić, ukucnął znowu. Obejrzał etykietki i wyobraził sobie, jak będą wywoływać duchy na Wiwernie. Jakby porównać naszych zbirów i ich zbirów, to nasze zbiry były o wiele lepszej jakości, pomyślał Zenek. Wielbiciele muzyki, kulturalni. Mrugnął. Po chwili znowu przykleił się policzkiem do butelki. Odchrząknął.
— Woody? — krzyknął półgłosem w stronę kuchni, bez pewności, czy ktoś go usłyszy. Festiwal bekonu robił się trochę głośny. — A może tutaj jednego wypuścimy? — przytulił się do skrzynki. Ciekawe, czy sprzedawali dobre duchy w butelkach. Enjorlas na pewno nie dałby się zabutelkować.


I miss the kiss of treachery, the shameless kiss of vanity.
a guy who knows a guy
Ojciec Wirgiliusz uczył dzieci swoje,
a miał ich wszystkich sto dwadzieścia troje
wiek
51
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
przedsiębiorczy właściciel pubu "Rejwach"
Niemal zawsze towarzyszy mu nakrycie głowy: któryś z jego kapeluszy. Zmysł modowy ma raczej mierny i kiczowaty, ale lubi eksperymenty. Widać w jego kreacjach silną inspirację retro westernami, twoim starym na rybach ze szwagrem, ale też mugolską modą lat 70. Nie da się ukryć, że przekroczył pięćdziesiątkę, więc nie próbuje udawać, że tak nie jest. Ma charakterystyczną przerwę między jedynkami, niebieskie oczy, 186 centymetrów wzrostu i barczystą sylwetkę. Zarost na ogół maksymalnie kilkudniowy, choć zdarza się, że zapuści okresowo jasną brodę przetykaną siwymi włosami. Włosów na głowie od lat nie stwierdzono.

Woody Tarpaulin
#4
05.05.2026, 20:59  ✶  
Woody nie miał pijakowi za złe, że ten chrapie. Słusznie wierny klient wyznaczał tym chrapaniem (a nawet i okazjonalnym charknięciem czy mlaśnięciem w półśnie) puls całego rozlazłego i przyciszonego o tej porze Rejwachu. Przyciszonego, nie zupełnie cichego, bo gdy w Rejwachu nastanie cisza absolutna, to równie dobrze świat cały może się zacząć zwijać. Nawet teraz gdzieś daleko w tle gramofon sączył rzadkie strużki jazzowych dźwięków, a uwieszone na ścianach portrety… cóż, swoim zwyczajem, portrety na wszystko miały komentarz:
— Z dżemem? — zaskrzeczał zrzędliwie pewien zasuszony dziad olejny na płótnie z rejwachowej galerii. — Naleśnik z dżeeeemem? Z dżemem to jadło dla bab i dzieci. — W najgłębszym oburzeniu poprawił spiczasty kapelusz na łysej głowie ozdobionej kilkoma kępkami smętnych siwych kosmyków.
— Patrzcie tylko, ten niby tak się na kuchni zna! Co ty się znasz? Co ty się znasz, pytam! — huknął na niego portret wąsatego Errola, innego byłego pana na Rejwachu. — Żeś swojego pierwszego dnia tu był mojego kucharza zwolnił. I ty się o kuchni bydziesz wypowiadał. Dobry kucharz był, a ty takie nie wiadomo co sprowadziłeś.
I się potoczyło od jednego do drugiego, od drwiny do drwiny, lecz któż by tegoż starczego pierdolenia słuchał, skoro grane było ono dzień w dzień, poza tymi rzadkimi dniami, gdy już się wytrzymać zupełnie nie dało i Woody spuszczał na przyjemniaczków wygłuszające kotary.
Sam poczciwiec Woody nic przeciwko konsumpcji dżemów na śniadanie nie miał. Sam by nie zjadł, bo chłop lubił pojeść konkretnie — cały stos kanapek, a na talerz obok jeszcze kiełbaska albo i trzy, palce lizać — lecz lekcji tolerancji odebrał zbyt wiele w życiu, aby obchodziło go, czym to zajadają się inni.
Gorzej, że tego dżemu to mu Lewis kazał samemu szukać, bo zajęty był. Tyleż dobrego, że chociaż naleśniki czekały gotowe. Stary znalazł więc dżem i jakiś nóż… ach, troszkę brudny, chyba po masełku.
— Absolutnie nie! Nic u nas nie puszczamy! — odkrzyknął odruchowo znad tych angażujących kuchennych zajęć.
Wziął nóż opłukał i wytarł w rękaw swojej flanelowej koszuli… no, już, jak ta lala, aż błyszczy. Dokładnych źródeł zabrudzeń i innych lepkości rejwachowych dawno już przestał Tarp w głowie dociekać — zbyt wielu ludzi tutaj generowało syf, a i genezę nie każdej plamy chciałby znać.
Wrócił więc do zafascynowanego flaszkami Zenona ze słuszną stertą naleśników i osobno słojem dżemu, w który zatknął nóż, coby sobie chłopak narobił, ile mu wlezie. Postawił wszystko przed Kozłem, po czym wielka sylwetka gospodarza klapnęła ciężko na jednym ze stołków po stronie baru przeznaczonej dla gości.
— Żadnych nowych duchów, chyba że chcesz pannie McKinnon płacić, żeby tu przyszła egzorcyzmy odprawiać — pouczył, opierając się na łokciu o blat. — Ale to już ze swojej kieszeni zasponsorujesz nam wtedy takie rozrywki. Ja tu więcej niż jednego umarlaka trzymał nie będę.
Któryś portret z tyłu coś dorzucił o tym, że na Enjorlasa to też już najwyższa pora, lecz Woody go w wielkim stylu zignorował.
— Trzeba będzie zacząć niestety od najgorszego — mówił tymczasem, dumając nad ich dzisiejszym zajęciem. — Od sprzątania, bo taki śmietnik tam na górze w tych ruderach, że szkoda gadać.


piw0 to moje paliwo
wodzirej
Marzenia chyba zawsze mają swój koniec. Nie wznoszą się, lecz opadają.
wiek
30
sława
III
krew
mugolak
genetyka
snowidz
zawód
keyboardzista
Zenek ma 1.84m wzrostu. Jest zbudowany proporcjonalnie do wzrostu i dość atletyczny przez noszenie walizki, ale generalnie jest bardziej szczupły i smukły. Nad instrumentem się garbi, na kanapie rozciąga albo kurczy. Twarz ma jak pies rasy chartowatej, to znaczy pociągłą i szczupłą. Z ciekawszych jej cech wybijają się długi nos i jasne brwi. Włosy ma brązowe, oczy też. Skóra całym rokiem trzyma ciepły koloryt, a jego dłonie są po prostu ładne. Długie palce i szczupłe nadgarstki to atuty klawiszowca. Jeśli o ubiór chodzi, to nosi się po mugolsku, gdzieś pomiędzy zdobyczami z targu a ciuchami z metką. Głos ma ciepły, dość głęboki. Chrypi, gdy się stresuje. Gdyby śpiewał, to basem.

Zenon Kozioł
#5
08.05.2026, 13:43  ✶  
Piwa szczekały, pijak chrapał, a portrety jak zwykle. Cud boski (czyj?) dla Zenka stanowiło, że inni ludzie także potrafili je usłyszeć. One też miewały swe opinie na temat Rejwachu. Tym głośniejsze, im więcej bywalców było w pomieszczeniu. Czy samotny portret w lesie potrafił krzyczeć? Gadające głowy zlewały się z jazzem w jedną kakofonię dźwięków niemiłych dla Zenkowego ucha. Za każdym razem, gdy mijał ich zakurzone ramy, widział taki pusty kawałek ściany, tuż przy schodach. Krzyczał on do Zenka pustką, momentami jeszcze głośniejszą niż portrety, zwłaszcza gdy schodził na popołudniowy jam. Potem widział łysinę Woody'ego przy barze i wszystko stawało się jasne. Znaleźć najlepszego portrecistę, złożyć zamówienie i pozyskać portret pośmiertny z łysiną na wysoki glanc. Stare portrety wyrwać z zawiasów i przesunąć na wolną ścianę, a Woody'ego ukoronować centralną pozycją jako prawowitego właściciela włości. Dorzuciłby ekstra za to, żeby portrecista go jakoś przebrał. Jako opcje przyjmował: strój szeryfa z Dzikiego Zachodu; rzymską togę; mundur oficera marynarki wojennej; strój strażaka.

— Oo, panie Woody, przyniósł pan dżem. — rozmarzył się Zenek na widok tego słoiczka ziemskich uciech, a portrety w tle zapiszczały ze złości. Odkleił się od skrzynki, gdy już było komu innemu jej pilnować, a nuż, a nuż, i stanął przed talerzem pełnym naleśników. Delikatnie spieczone na krawędzi, z brązowymi plamami chrupkiego szczęścia, zapachniały masełkiem i ściętym jajkiem. Nie było czasu na siadanie. Złapał dżemu słój. — A ten nóż to tak dobrze się trzyma w ręce. — ignorował pouczki o duchach, absolutnie wzruszony, że mu tak Woody pięknie nóż wypolerował niczym własną łysinę pod prysznicem. Mógł dostać łyżkę, a dostał nóż. Przecież to jest order najwyższego zaufania.

Chwycił za ten nóż zatem, tnący i lśniący, i rozsmarował dżemem pierwszego naleśnika. Ze słoja uderzyła woń lekkiego fermentu. Po smarowaniu nóż lądował w krwistej brei, a Zenek łapał naleśnika z dwóch stron między palce i zaczynał zawijać. Jak rulonik z papieru, który dało się jeść. Pod koniec przyciskał miękką ciastolinę, by zwiększać powierzchnię dżemu, i znowu sięgał po nóż. Nasmarował tak ze dwa czy trzy, w sprawnym tempie, by unieść je z talerza niczym talony szczęścia i usadowić się obok Woody'ego, który coś tam smęcił o jakiejś McKinnon. Uniósł naleśniki do ust.

Błąd Zenka polegał chyba na tym, że próbował ugryźć wszystkie trzy naraz. Ledwo bowiem ugryzł miękkie ciasto, słodkie od samego cukru i napakowane dżemem, a z drugiej strony wypłynęła krew. Na wpół zmurszała truskawka pociekła z ciasta w towarzystwie dżemu, w zwolnionym tempie zawieszając się w powietrzu, by po chwili pluknąć na podłogę. Zenek siedział w takim rozkroku, że oszczędziła mu spodnie.
— Sprzątanie jest absolutną koniecznością — pokiwał głową poważnie, jak już przełknął. — W ścianie łazienki jest taka dziura na stare żyletki, tylko ktoś tam zaczął wrzucać wypalone pety. Raz, jak wstałem, to ta ściana się jarzyła.
Wziął kolejnego gryza. Łypnął zaraz spod oka na Woody'ego. Przeżuwane truskawki uderzały mu do głowy, ale głupio mu tak było brudzić sobie ręce, podczas gdy Woody tylko siedział i patrzył. Pomęczył jeszcze naleśnika językiem, przełknął i kęs przepłynął mu przez grdykę.
— A pan co tak...? — zaczął, ale nie dokończył. — Posmarować panu?


I miss the kiss of treachery, the shameless kiss of vanity.
a guy who knows a guy
Ojciec Wirgiliusz uczył dzieci swoje,
a miał ich wszystkich sto dwadzieścia troje
wiek
51
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
przedsiębiorczy właściciel pubu "Rejwach"
Niemal zawsze towarzyszy mu nakrycie głowy: któryś z jego kapeluszy. Zmysł modowy ma raczej mierny i kiczowaty, ale lubi eksperymenty. Widać w jego kreacjach silną inspirację retro westernami, twoim starym na rybach ze szwagrem, ale też mugolską modą lat 70. Nie da się ukryć, że przekroczył pięćdziesiątkę, więc nie próbuje udawać, że tak nie jest. Ma charakterystyczną przerwę między jedynkami, niebieskie oczy, 186 centymetrów wzrostu i barczystą sylwetkę. Zarost na ogół maksymalnie kilkudniowy, choć zdarza się, że zapuści okresowo jasną brodę przetykaną siwymi włosami. Włosów na głowie od lat nie stwierdzono.

Woody Tarpaulin
#6
17.05.2026, 14:41  ✶  
Woody Tarpaulin przede wszystkim życzyłby sobie występować na portrecie jako krzepki, ale starzec. Strój był sprawą drugorzędną, choć nie ulegało wątpliwości, że szata powinna oddawać odpowiedni majestat, i co oczywista nie można zapomnieć o kapeluszu. Brakowało jednak Woody’emu jeszcze trochę zmarszczek do upragnionego wizerunku. Tam, gdzie przez lata twarz wykrzywiała mu mimika, tam zaległy już wysłużone bruzdy, lecz brakowało ogólnego zwiotczenia i obwiśnięcia. Ramiona zresztą wciąż miał silne, trzymał się prosto (choć czasem sapnął, jak zasadził się na podnoszenie zbyt wielu skrzynek na raz).
Marzyło mu się życie długie wystarczająco, aby osiągnąć fizjonomię à la wysuszona śliweczka. Tak to se siebie wyobrażał na łożu śmierci, jak nad nim młodzież będzie ciągnąć losy, kto zgarnia Rejwach.
— Jedz, na zdrowie — pożyczył stary, gdy Zenon skończył z rozsmarowywaniem dżemu po naleśnikach i zabrał się do konsumpcji. Czarodziej przywykł już do dziwactw Kozła, więc nawet okiem nie mrugnął, jak się jego muzyk podjął wciśnięcia w siebie trzech porcji na raz.
I nie gapił się na niego wcale upierdliwie, nic z tych rzeczy. Siedział Woody bezczynnie z boku — a to ziewnął, a to butem zamiótł niedopałki pod ladę, a to paluchami zwiedzał rysy na lakierowanym blacie. Słowem: czekał. Czekał i planował, co będzie trzeba wytargać z piwnicy, co gdzie przenieść, co wyrzucić.
Każdy zaś, kto dzielił dom ze zwierzętami, wie, jaki los czeka jedzenie upadłe na podłogę. Truskawka plasnęła o parkiet i było to wszystko, czego potrzebowały szczuroszczety, aby wychynąć z jakiego ciemnego rejwachowego kąta. Pazurki szczurzych łapek zastukotały o deski podłogi i panowie okiem nie mrugnęli, jak łysy obślizgły różowawy serdel z krecim ryjem już wsadzał nos w owoc.
— E  — charknął Woody, odsuwając leciutko szczuroszczeta czubem swojego kowbojskiego buta — pójdziesz ty stąd. Nie dla ciebie. — Odnosił nieodparte wrażenie, że osłodzone truskawki to nie pokarm dla jego nowych pupilków... chociaż cholera wie.
Przed Spaloną Nocą wieść o tym, że ściany się jarzą, nie była taką znowu szokującą informacją, toteż pan domu potraktował ją nieco po macoszemu:
— Spokojna głowa. Chlupie w kiblu pod stopami, to ognia z tego jarzenia nie będzie. A ty jedz sobie, Zenon, na mnie nie patrz. Takich chuderlaków to wiatr porywa, a ja muszę dbać o linię. — Spuścił łapę na brzuch, który słowem wydatny być może opisać się nie dawał, lecz kształt miał wypuklejszy niż wklęsły.
Woody już jadł śniadanie, prawda to. Odmówił poczęstunku, prawda to również. Im dłużej jednak mlaskał Zenek, tym więcej Tarp sobie myślał, że taki drobny deser to żaden grzech. Przed nimi fizyczna robota, a żeby robić, trzeba dobrze pojeść. Pękł zatem w końcu:
— Albo wiesz co, weź mi pół odkrój. Tylko takiego bez dżemu. O tak, tutaj, o tyle — wykreślił nad wybranym naleśnikiem linię odcięcia, nie chcąc mimo wszystko pchać paluchów w talerz Zenona.


piw0 to moje paliwo
wodzirej
Marzenia chyba zawsze mają swój koniec. Nie wznoszą się, lecz opadają.
wiek
30
sława
III
krew
mugolak
genetyka
snowidz
zawód
keyboardzista
Zenek ma 1.84m wzrostu. Jest zbudowany proporcjonalnie do wzrostu i dość atletyczny przez noszenie walizki, ale generalnie jest bardziej szczupły i smukły. Nad instrumentem się garbi, na kanapie rozciąga albo kurczy. Twarz ma jak pies rasy chartowatej, to znaczy pociągłą i szczupłą. Z ciekawszych jej cech wybijają się długi nos i jasne brwi. Włosy ma brązowe, oczy też. Skóra całym rokiem trzyma ciepły koloryt, a jego dłonie są po prostu ładne. Długie palce i szczupłe nadgarstki to atuty klawiszowca. Jeśli o ubiór chodzi, to nosi się po mugolsku, gdzieś pomiędzy zdobyczami z targu a ciuchami z metką. Głos ma ciepły, dość głęboki. Chrypi, gdy się stresuje. Gdyby śpiewał, to basem.

Zenon Kozioł
#7
20.05.2026, 19:52  ✶  
Truskawka leżała pośród własnych wnętrzności, otoczona smarem z własnych pestek. Niezjedzona. Pokonana. W dziurach między deskami Rejwachu zapalały się ślepia istot, których Bóg nie zaprosił na Arkę Noego. Same wlazły, wiedzione zapachem rozkładu i stęchlizny. Szczuroszczety. Przez dziurę zaczęła przepychać się kreatura. Jej różowe fałdki marszczyły się na brzegach szczurzej jamy, jakby nawet ich schronienie nie chciało, żeby kreatura ujrzała światło dzienne. A jednak się przedostała. Szurała po deskach, drapała i pacała, z każdym pacnięciem krótkich łapek akcentując swą obecność. No i te zęby. Pisk, który wydawały szczuroszczety, był równie niemiły, co całe ich zgorszenie. Upodabniał się przy tym do brzmienia ich imienia. Szczszczszcz. Jakże to pasowało.

Dość miał Bóg przyzwalania na bezczelne szczurze harce. Z przestworzy wyłoniła się podeszwa. Podbity kapeć boskiej sprawiedliwości szybował dla chwały nieumarłej truskawki. Kowbojka zatrzymała się nad szczuroszczetem. Wymierzone pchnięcie drasnęło zaledwie jego nosek. Łaskawe. Stworek pierzchnął w popłochu, popiskując. Czubek kowbojki przejechał nad truskawką. Truskawka pojechała po podłodze, rozmazując jeszcze bardziej swój krwawy ślad.
— To był Kabel? — zmarszczył brwi Zenon rejestrujący tę scenę. Jeśli o różowe tłuściochy chodziło, kompletnie ich nie rozróżniał. — Chyba pomerdał ogonem. — stwierdził rzeczowo. To właśnie w ogonie kryła się geneza imienia. W trakcie jednej z pierwszych nocy Zenka w lokalu, gdy grał na scenie, szczuroszczet wbiegł między kable, przestraszony drganiami powietrza. Co fakt, bo stary gramofon nie wyciągał takich decybeli. Szczuroszczet miał prawo do strachu. No w każdym razie, Zenek zobaczył, jak merda ogonem i się zakochał. Odtąd wiedział, że ten z nadreaktywnym organem przy tyłku to jego Kabel.

— Panie Woody. Niech Kabel się naje! — uniósł wzrok na dostawcę sprawiedliwości. Skręcone naleśniki Zenka robiły się coraz krótsze, a jego Kabel miał głodować? No i niby jak truskawki miały nie być dla szczurów? Skoro szczury chciały i próbowały? Zwierzę przecież nie chciałoby jeść czegoś, co dla niego niedobre. Dawka czyniła truciznę, a jedna truskawka wydawała się perfekcyjną dawką dla szczura... Nie miał czasu się jednak nad tym roztrząsać, bo naleśnik go wzywał. A ponieważ w kiblu chlupało, mógł dokończyć na spokojnie swoją porcję.
— Według mojej mamy wygląda pan dobrze. — mama Zenka znała Woody'ego jedynie ze słyszenia. Była jednak pod wrażeniem, że Rejwach po tylu latach się trzyma i funkcjonuje, co niewątpliwie działało na korzyść właściciela. Jeśli jednak o naleśniki chodziło, to Zenek już kończył. Niebawem i końcówka trzeciego naleśnika znalazła się w jego paszczy; dopchnął ją palcem, a palec wylizał. Gdy Woody wreszcie nabrał ochoty na jedzenie, bez słowa zsunął się ze stołka i podreptał do baru.

Chwycił za nóż. Ustawił ostrze po tej linii, którą wyznaczył mu Woody. Po chwili jednak je przesunął, dodając w ten sposób tyci, tyci więcej ciasta. Zgodnie z tym, co mamusia mówiła. Żeby Woody się tylko robił pełniejszy i okrąglejszy, i dożył późnej starości. Byłoby mu smutno, gdyby chłop odszedł przedwcześnie, toteż doprowadzenie Woody'ego do stanu nadmuchanej śliweczki stało się absolutnym imperatywem, łącznie z monitorowaniem, czy w przeciągach nosi czapeczki.
Gdy już wepchnął między palce Woody'ego odkrojony i zwinięty naleśnik, sam udał się po mopa, którego ktoś porzucił gdzieś przy schodach. Narzędzie w jego rękach dobrze układało się do pracy. Z nowo nabraną determinacją, by ten przybytek doprowadzić do porządku, wrócił do stołków przy Woodym i zaczął na sucho rozcierać mokrą truskawkę.


I miss the kiss of treachery, the shameless kiss of vanity.
a guy who knows a guy
Ojciec Wirgiliusz uczył dzieci swoje,
a miał ich wszystkich sto dwadzieścia troje
wiek
51
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
przedsiębiorczy właściciel pubu "Rejwach"
Niemal zawsze towarzyszy mu nakrycie głowy: któryś z jego kapeluszy. Zmysł modowy ma raczej mierny i kiczowaty, ale lubi eksperymenty. Widać w jego kreacjach silną inspirację retro westernami, twoim starym na rybach ze szwagrem, ale też mugolską modą lat 70. Nie da się ukryć, że przekroczył pięćdziesiątkę, więc nie próbuje udawać, że tak nie jest. Ma charakterystyczną przerwę między jedynkami, niebieskie oczy, 186 centymetrów wzrostu i barczystą sylwetkę. Zarost na ogół maksymalnie kilkudniowy, choć zdarza się, że zapuści okresowo jasną brodę przetykaną siwymi włosami. Włosów na głowie od lat nie stwierdzono.

Woody Tarpaulin
#8
01.06.2026, 19:37  ✶  
Szczuroszczety przybyły do Rejwachu obciążone wyrokiem śmierci. W owym czasie marzeniem pana Tarpaulina było posiadanie maszkarona. Miało to być dzieło sztuki taksydermistycznej, które przyozdobi pub i będzie dumnie straszyć po kątach. Woody przejrzał atlasy zwierząt i oto wielkie wizje rodem z koszmaru pojawiły się w jego głowie. Wypchana mantykora na sali w piwnicy — o tam, w tym rogu, gdzie teraz stała lampa. Szczerząca zębiska chimera wystająca na podeście między piętrami. Albo wielkie nundu! A potem spotkał się z łowczynią potworów i przeszedł do interesów. Okazało się, że najpaskudniejsze maszkary, co to je pan Tarpaulin może dostać w swoim budżecie, to te nieszczęsne szczuroszczety. Brzydkie było to paskudztwo, ale może nada się, żeby postawić na stolikach czy na ladzie — pomyślał. To je wziął, żeby chociaż częściowo spełnić swoje marzenie o wystawie potworów.
Nie przewidział, że szczury przyjadą do Rejwachu żywe, wobec czego wyrok śmierci musieliby wykonać sami. Gdy tylko Woody te paskudy wypuścił pierwszy raz z klatek, już wiedział, że po ptokach — nie ma takiej opcji, że im zrobi krzywdę. Żadne z nich bestie. Było coś pociesznego w tych łysych kluskach i nie były wcale groźnymi drapieżnikami, o jakich marzył. One były po prostu brzydkie. I łyse, co czyniło ich prawie braćmi.
Zamiast makabrycznej ozdoby na stoliki mieli zatem ze szczuroszczetów pupilki domowe.
— Może i Kabel. Musiałbym, wiesz, z bliska zerknąć — mruknął Woody, pochylając się niżej na stołku, aby spojrzeć za znikającym szczurem.
Nie było tych osobników wcale tak łatwo rozróżniać, ale Tarpaulin trochę już się z nimi obył. Czasem gdy stary popił i nie miał już siły na nic, to swoim podopiecznym liczył czułki na grzbietowej narośli. Być może faktycznie mogłaby być to jakaś metoda, lecz czy rachunkom pijanego Woody’ego można było ufać? Tak czy inaczej, zarzekał się, że każdego z milusińskich rozpoznaje bez błędu.
— Co ty mówisz? Rano im rzucałem jeść. Kabel cię naciąga — zadeklarował zbulwersowany Tarp, lecz zaraz zadumał się: — Ty myślisz, że im można truskawki? Ha, jak te pieroństwo nauczysz żreć dżem, to ci coś odpalę do wypłaty. Wiesz, ile wydajemy na tę ich dietę śródziemnomorską? Za dużo.
Bezbrzeżne było zdziwienie pana Tarpaulina, gdy się dowiedział, że szczuroszczety jedzą owoce morza. Krewetki, kraby, raki… cholera jasna! Nawet gdy on żył jeszcze życiem milionera, to się tak na co dzień nie stołował. Choć przyznać trzeba, że szczurom kołowali te skorupiaki takie pośledniego gatunku — ale wciąż!
— Z szacunku dla twojej mamy nie zaprzeczę. Brzmi jak bardzo rozsądna kobita. Chętnie bym jej kiedyś złożył wizytę. — Woody wcisnął do ust naleśnika. — Czy ona może lubi grać w gargulki? — zainteresował się, żując ciasto, przez co ostatnie słowa wybrzmiały bardziej jak: głać ły gagułki.
Ledwie zobaczył, jak Zenon rozciera truskawkę po parkiecie, jego cennym parkiecie, jak już wstał energicznie i zamachał ręką w geście sio-sio. Mimo że usta wciąż miał zajęte jedzeniem, to zastąpiono go w naganie, bowiem rozległo się zza ich pleców oburzenie całego szeregu portretów.
— Ja to zetrę, już daj spokój — powiedział Woody, ledwo przełknął. — Ty idź na górę już tam zobacz, co nas czeka. Ja zaraz przyniosę, co trzeba. Zaczniemy od końca korytarza, od pierwszego po prawej. — Czarodziej otarł usta wierzchem dłoni i poszedł za ladę szukać jakiejś ściery do podłogi. Mokrej.
Na górze czekała już na nich komnata tajemnic, której drzwi od czasu do czasu któremuś z rejwachowców zdarzało się przy wtórze głośnego skrzypienia zawiasów otwierać, ale nikt tam nie zorganizował sobie nigdy kąta. Woody głównie korzystał z tego pokoju, jak mu się nie chciało na dół schodzić do śmietnika, toteż pod ścianą stała kolekcja flaszek po piwie i innych spirytach. Całą ozdobą tegoż pomieszczenia był obraz typu martwa natura z targu staroci. Prócz standardowego, podniszczonego wyposażenia taniego pokoju na wynajem, była tam również sterta. Tajemnicza sterta skonstruowana pod oknem z gratów pozostawionych w Rejwachu przez różnych klientów, które na przestrzeni lat rzucano do tego nieoferującego zwrotów biura rzeczy znalezionych. Fundament sterty tworzyły walizki, za spoiwo dodające stabilności robiły zaś szmaty — porzucone kurtki, portki, szlafroki, a nawet na dnie znajdziemy kilka par majtek i zestaw dziurawych skarpet. W tę tkankę miękką poutykano bibeloty: papierośnice, zagubione różdżki, licencje na teleportację ludzi dawno nieżyjących, wypłowiałe karty tarota, pudernicę pamiętającą ubiegły wiek, paczkę trzydziestoletnich miętusów stopionych w jedną lepką zieloną bryłę — a to był dopiero początek.


piw0 to moje paliwo
wodzirej
Marzenia chyba zawsze mają swój koniec. Nie wznoszą się, lecz opadają.
wiek
30
sława
III
krew
mugolak
genetyka
snowidz
zawód
keyboardzista
Zenek ma 1.84m wzrostu. Jest zbudowany proporcjonalnie do wzrostu i dość atletyczny przez noszenie walizki, ale generalnie jest bardziej szczupły i smukły. Nad instrumentem się garbi, na kanapie rozciąga albo kurczy. Twarz ma jak pies rasy chartowatej, to znaczy pociągłą i szczupłą. Z ciekawszych jej cech wybijają się długi nos i jasne brwi. Włosy ma brązowe, oczy też. Skóra całym rokiem trzyma ciepły koloryt, a jego dłonie są po prostu ładne. Długie palce i szczupłe nadgarstki to atuty klawiszowca. Jeśli o ubiór chodzi, to nosi się po mugolsku, gdzieś pomiędzy zdobyczami z targu a ciuchami z metką. Głos ma ciepły, dość głęboki. Chrypi, gdy się stresuje. Gdyby śpiewał, to basem.

Zenon Kozioł
#9
22.06.2026, 13:07  ✶  
Rodzimy się, by umrzeć. Przeważająca większość ziemskiej hołoty odejdzie tak, jak przyszła — w kompletnym zapomnieniu, bezpotomnie, jeśli jako potomków mamy na myśli dorobek będący w stanie poruszyć pokolenia. W świadomości kolektywu przetrwają nieliczni, a o nich i tak kiedyś się zapomni. Mieleni przez biologiczną maszynkę wszechświata, wszyscy dążymy do entropii. Czy zatem istnieje dla człowieka większy honor, niźli by jego martwe członki przez kilka dekad cieszyły oczy ludzkie w formie zniekształconej śmiercią? No, a co dopiero dla szczuroszczeta.
Nie miał Zenek zatem nic przeciwko, by w izbie stanęły wypchane maszkary. Nie mógł przy tym spodziewać się, że zwierzęta przyjadą żywe. Nikt nie mógł. No a kiedy pierzchły w dziurę w ścianie, zmienił się ich status ontologiczny w oczach Zenka. Z memento o mori przemieniły się w afirmację życia i upotworzenie siły przetrwania.
— Ja fjem, sze Kabel — faflunił z naleśnikiem w ustach, a łysina Woody’ego zniknęła pod stołkiem.
Nawyki żywieniowe szczuroszczetów pozostawały dla Zenka tajemnicą. Istniało wiele wymówek dla takiego stanu rzeczy. Po pierwsze, Zenek nigdy nie wstawał rano. Nie mógł zatem być świadkiem procesu karmienia, a szczuroszczety w jego głowie pozostawały przyjaznymi łysymi istotami, co to się karmiły magią przyjaźni. Po drugie, natura Rejwachu. Zenek zakładał, że po prostu stałą częścią krajobrazu pozostawały wyssane z tłuszczu ogony krewetek walające się po kątach z kotkami z kurzu. Mało to widzieli zwierząt w Rejwachu? I ludzie nie byli wcale najgorszymi z nich.
— Nie, nie wiem. — odpowiedział w przerwie przed zlizywaniem dżemu z palców. Za taki worek krewetek, ile to mogło być galeonów?
Mimo wszystko na poważnie podjął się próby przekonania szczuroszczetów do owoców. Piorunował Kabla wzrokiem, ale ten, odgoniony butem, wolał oddalić się do kąta, gdzie zaczął przeżuwać rzeczony ogon krewetki.

Woody jadł, co mu dano. Zenek stał jeszcze chwilę przed nim z rękami opadającymi po bokach. Po śniadaniu i umyciu własnym językiem rąk nie miał za wiele do roboty. Jego szare komórki dryfowały bezwolnie w zbitej mózgowej masie, oczekując impulsów. Genialnych pomysłów.
— Chce pan przyjść do mojego domu? — było to dosyć śmiałe założenie, ale nie bez podstaw, zważywszy na to, że poza Rejwachowym pokoikiem Zenek nie posiadał własnych włości (a nawet w tym wypadku pokoik posiadał tak, jak posiadało się promienie słońca czy oddech tlenu). Złożył ręce, tak jak Kabel to robił, gdy chciał coś z blatu. Ze zmiątymi piąstkami, prawie jak do modlitwy, gdyby jeszcze te istoty znały oblicze Boga. — Mama jest krawcową. Mogłaby zrobić czapkę. Na święta jakieś może. — okej, Zenek, to jest dosyć śmiałe, ale jeszcze do obronienia. Trudno było ocenić, czy większym spełnieniem marzeń były dla Zenka święta z Rejwachową rodziną czy przeniesienie Rejwachowej rodziny do własnego domu.
Czy krawcowe lubiły grać w gargulki, ino się nie dowiedzieli, bo zabrakło między nimi Morpheusa.

Portrety huknęły. Matko, jak się zląkł, aż prawie tego mopa upuścił. Szarawa (czarnawa) powierzchnia myjąca na główce nabrała czerwonego odcienia, jakby ktoś nadepnął na szczuroszczeta i próbował zmazać ślady zbrodni. Kainowego piętna nie dało się jednak tak łatwo zetrzeć, tym bardziej w Rejwachu, gdzie kubła od mopa na oczy nie widzieli, a o czystą wodę było trudniej niż o rozwodnione piwo. — Ojej, dobrze, już oddaję — no i oddał kija. Nadal z oczami szeroko otwartymi, bo go te portrety nieźle nastraszyły. Pobiegł po schodach. Deski tym razem nie wdawały się w rozmowę. Wydawały tylko zdawkowe, skrzyp, skrzyp, jakby i one wiedziały, że nie miał czasu im odpowiadać, bo Zenek szedł na misję.

Koniec korytarza, pierwszy po prawej. Koniec korytarza, pierwszy po prawej. Kroczył deskami piętra Rejwachu, a kurzowe kotki razem z nim. Podskakiwały z każdym stąpnięciem buta. Te normalne kotki czekały na dole na jedzenie. Może to i dobrze, że nie interesowały ich kwatery mieszkalne. Mijał drzwi kolejnych pokoi. Woody, Asena, jakiś Julian, Kylie. Nawet Zenek, choć oczywiście w narracji musimy zamaskować, przy których drzwiach się składował. No i wreszcie. Pierwszy po prawej. Zenek stanął przed futryną. Położył rękę na klamce, jakby ją tylko testował. Z drzwiami trzeba tak było. Zwłaszcza z nowymi drzwiami, nieobeznanymi. Po cichu, ostrożnie, jakby podawał komuś rękę. Bo pokojowi też należał się szacunek. Drzwi w Rejwachu może i wpuszczały każdego bez powodu, ale nie bez konsekwencji. Klamka pokiwała i drzwi ze skrzypieniem wpuściły go do środka.
Ciemność. By nie wpaść na kolekcję butelek przy ścianie, Zenek od progu zaczął macać ścianę przy wejściu. Trochę w górę, trochę w dół, ryzykując, że mu co po ręce przebiegnie. Natrafił w końcu na włącznik i pstrykacz pstryknął. Chociaż przed chwilą zażywał londyńskiego słońca, to na moment musiał przymrużyć oczy. Po chwili mógł jednak wejrzeć w środek komnaty. Butelki czekały, leżały, gotowe do nabijania duchów, skupu albo niepopularnej jeszcze wtedy segregacji. A kto by się przejmował skupem, kiedy najlepszą cechą piwa w Rejwachu było: szybko. Zenek je obszedł bez większej ostrożności. Podłoga składowiska nie skrzypiała, co prowokowało dreszcz na karku. Szło się po niej jak po dywanie, a może to była warstwa kurzu, która narosła. Światło, choć w pierwszym odruchu drażniące, bynajmniej nie ułatwiało oględzin. Butelki rzucały kolorowe cienie na ścianę, niby to małe witrażyki. Klejnotem koronnym był obraz. Obiektywnie paskudna martwa natura urastała rangą do dzieła z OdNowy, kiedy człowiek sobie uświadamiał, że nie uświadczy już większego dzieła w przybytku pijackich uciech. Spoglądał na Zenka dumnie, świadom swoich przymiotów, chociaż nieczęsto ktoś go oglądał. Również i teraz baczył na każdy ruch, ze spokojną pewnością monarchy. Zenek skłonił głowę.

Jak się tak Zenek rozglądał, to pokoik wyglądał zupełnie jak jego własny. Różnił się gratami, no ale hej. Czym się różniły butelki od kabli? I to śmieć, i to śmieć, a dla odpowiedniego czarodzieja unikat. Przeszło mu przez myśl, że Woody to chyba lubił wywoływać duchy. Albo i nie Woody, drzwi do pokoju były w końcu otwarte.
— A cóż to jest? — zapytał Zenek, bo ujrzał pod oknem stertę. Dobra sterta nie była zła. Sterta dobra rzecz. Na pierwszy rzut oka przypominała tajemniczy gulasz, serwowany przez Lewisa akurat pod koniec tygodnia przed kolejnymi zakupami. Sterta też miała niemożliwy do określenia kolor. Wystawały z niej różne elementy, najbardziej jednak Zenkowi przypominała kupkę gruzu. Gdy się zaciągał, w płuca wciągał jedynie woń starego drewna. Potem dochodziła do tego woń starości. Trochę jak przodujący wiekiem pijacy, tylko od tego zapachu nie dało się uciec. Mimo to Zenek nie marszczył nosa. Jeszcze obraz by się obraził.
Gdy Zenek zbliżył się do sterty, to odkrył, że składała się w przeważającej większości ze starych szmat. Lubił second handy, naprawdę. Zwłaszcza te z ciuchami z lat 40. Takiego prochowca to by sobie dorwał i założył, nawet z kieszeniami przeżartymi przez mole. No, ale te szmaty to po prostu śmierdziały. To była zła polityka sprzedaży.
Zenkowi daleko było do rygoru sanitarnego. Ręce mył w ślinie, bo podobno odkażała. Ale, no, ta sterta. Musiał chwilę postać przed tą stertą. Postać i pooddychać. Jeśli w pokoju było okno, to powietrze było tak zadechowane, że Zenek zaczynał wątpić w jego istnienie. W końcu jednak zagryzł zęby, ukucnął i zabrał się do roboty. Powoli, ostrożnie, z lekkim drgnięciem ścięgien wyciągnął rękę w stronę sterty. Dłoń zanurzyła się w pierwszej z wierzchu szmacie.

Proszę, niech tu nie mieszka rodzina pajączków. Proszę, niech nie mieszka. Ja pajączki lubię, ale nie w stercie, nie teraz. Zenek spojrzał w kąt pokoju, do góry. Byle tylko odwrócić głowę od podłego zapachu. Nawet jak przymrugiwał oczami, w tak wysokim kącie z tak słabym oświetleniem pajęczyny nie dostrzegał. Wątpliwe, żeby nawet muchy przeżyły w tym smrodzie, to czym się miały biedne pająki żywić. Wyniosły się. W Rejwachu to one lubiły bytować pod prysznicem.
Macał i macał. Powoli przyzwyczajał się do zapachu sterty. Materiały pod palcami także zaczęły układać się w coś w rodzaju znanego chaosu. Szwy, guziki, suwaki, falbany i bufki. Dłoń przejeżdżała po każdym elemencie z należytą uwagą. Przez chwilę zaplątała się w spódnicy. A może w spodniach. W końcu włożył ją do czegoś, co wydało mu się kieszenią. No i wtedy właśnie natrafił na coś twardego.
Zamarł. Palce zacisnęły się wokół przedmiotu. Po czuciu zgadywał, że to coś drewnianego. Wyplątał przedmiot ze sterty ubrań i wyciągnął na wierzch. Przysunął go sobie blisko nosa. W ręce Zenka bytowała czyjaś zaginiona różdżka.


I miss the kiss of treachery, the shameless kiss of vanity.
a guy who knows a guy
Ojciec Wirgiliusz uczył dzieci swoje,
a miał ich wszystkich sto dwadzieścia troje
wiek
51
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
przedsiębiorczy właściciel pubu "Rejwach"
Niemal zawsze towarzyszy mu nakrycie głowy: któryś z jego kapeluszy. Zmysł modowy ma raczej mierny i kiczowaty, ale lubi eksperymenty. Widać w jego kreacjach silną inspirację retro westernami, twoim starym na rybach ze szwagrem, ale też mugolską modą lat 70. Nie da się ukryć, że przekroczył pięćdziesiątkę, więc nie próbuje udawać, że tak nie jest. Ma charakterystyczną przerwę między jedynkami, niebieskie oczy, 186 centymetrów wzrostu i barczystą sylwetkę. Zarost na ogół maksymalnie kilkudniowy, choć zdarza się, że zapuści okresowo jasną brodę przetykaną siwymi włosami. Włosów na głowie od lat nie stwierdzono.

Woody Tarpaulin
#10
27.07.2026, 22:00  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.07.2026, 22:02 przez Woody Tarpaulin.)  
Przeliczenie worka skorupiaków na galeony to wyjątkowo ciężkie wyzwanie matematyczne, natomiast przedsiębiorczy Woody z pewnością cenę znał na wylot i wymienił ją dramatycznie przed Zenonem, po czym dodał:
— Będzie mniej. Skumałem się z kuchcikiem z knajpy w dokach. To, co marynarze nie zjedzą, będzie mi zrzucał do wora i odkupimy resztki za bezcen. — Główka pracuje. A bo co? Takiemu szczuroszczetowi będzie niby robiło różnicę, czy mu wcześniej marynarz napluł do jedzenia? Najpierw ktoś by musiał w ogóle zwierzakowi wytłumaczyć, skąd ta potrawa przyszła.
Rozbroiła Woody’ego bezpośredniość Zenona, gdy facet zapytał, czy stary przyjdzie do niego do domu. Całkiem było pocieszne to zdziwienie, bo przecież jakże by inaczej Tarpaulin miał złożyć wizytę pani Koziołowej, jeśli nie w jej domu?
— Jak mnie zaprosicie, to przyjdę. A pewnie — odparł wielce zachęcony do tego pomysłu. — Za czapkę od twojej mamy to bym nawet mógł zapłacić. Trzeba wspierać małe biznesy. — Oferta była doprawdy ujmująca i już się czarodziej zaczął zastanawiać, co też on by mógł takiej pani krawcowej wziąć, idąc w gości. Coś czadowego, magicznego. Praktycznego. Ale bez przesady, bo by wszyscy mieli kłopoty, gdyby złamać Kodeks Tajności zbyt ostentacyjnie.
Woody uważał się za człowieka obeznanego, dla którego ten cały mugolski świat nie był wcale czarną magią, jak dla licznych jego ziomków. Obnosił się pan Tarpaulin z tym, że wie, czym są kable, samochody i telewizja. Mugoli lubił. Ciekawiły go ich style życia i technologie. Gdy Zenek przybył do Rejwachu i pokazał swoje klawisze, serce gospodarza od razu zostało skradzione. Syntezator stanowił tak egzotyczny sprzęt, że nawet gdyby Kozioł nie okazał się świetnym muzykiem, tylko rzępolił, ino ucho więdnie, to czarodziej by młodemu tak czy siak pozwolił zostać, żeby mu mugolak poopowiadał o tej machinie co więcej.
Swoją wiedzę o mugoloznawstwie deko przeszacowywał i miał tendencję mienić się większym ekspertem, niż był w rzeczywistości, lecz czynił to z dobroduszną dumą i trudno się było na niego gniewać. Taka wizyta u niemagicznej kobiety stanowiła wyborną okazję do zanurzenia się głębiej w mugolską kulturę. Opowieści Zenona opowieściami, ale siedzieć w prawdziwym mugolskim domu i być na parę godzin gościem nie-maga to zupełnie inna para kaloszy. Poza tym: znał rodzinę McKinnonów, znał rodzinę Greybacków, a rodzina Kozłów? Ano właśnie.

Woody został na dole, aby tam posprzątać resztki po zenkowym śniadaniu. Utyskiwania portretów znosił z wyborową obojętnością. Po tylu latach brzmiały mu już one jak zacięta płyta. Objawiały się w tym ograniczenia magicznej sztuki, która mogła pomieścić skończoną ilość personalnych mądrości portretowanego.
W myszkowaniu po pokoiku kto inny początkowo zagrzewał kozłowego ducha do działania.
Gdy tak Zenon zezował na różdżkę znajdującą się zdecydowanie zbyt blisko jego nosa, z desek podłogi wynurzyło się pierw widmowe piórko, potem beret, a za nimi cała sylwetka w fikuśnym czerwonym kubraku. Enjorlas zmaterializował się po przeciwnej stronie różdżki, równie blisko co Zenon, i wlepił w muzyka półprzezroczyste ślepia. 
— Witaj — zaintonował niespodziewanie… po polsku — monsieur Zhhheną. Komu to ukradłeś? — zapytał oceniająco martwy grajek, powracając na angielszczyznę pokaleczoną mocnym francuskim akcentem. Podkręcając czarny wąsik, odpłynął na kilka kroków wstecz, aby się lepiej przyjrzeć Zenkowi. — Monsieur Ehrrol w tym pokoju przetrząsał walizki skradzione gościom. Dobrze widzieć, że powracają dawne tradycje. Tutaj ułożyłem moją słynną na cały świat balladę o rabusiach z Sherwood. — Znana była ona wyłącznie Salomei i kilku najstarszym bywalcom Rejwachu, a także skazanym na nią mieszkańcom pubu.

Krótko potem rozległo się człapanie na schodach. To Woody Tarpaulin właził na górę, niosąc naręcze worków na śmieci. Enjorlas zmrużył podejrzliwie oczy, obrzucając Kozła ostatnim spojrzeniem, i powoli wycofał się w ścianę. Chłop tymczasem wlazł do środka, skrzywił się na zatęchły odór wypełniający pokój i zrzucił worki na pokryty kożuszkiem kurzu stoliczek. Zerknął na różdżkę trzymaną przez Zenona i od razu mu w oczach błysnęło.
— Działa? Zobacz, no. Może to można sprzedać. — Było to pierwsze, co Tarpowi przyszło do głowy. Jeśli to różdżka ze stajni Ollivanderów albo Gregorovitchów, to nie byle co. — Ale tu cimnica. Czemu okna nie otworzyłeś? Byśmy od razu przewietrzyli.
Woody wziął podszedł do okna, złapał poszarzałe zasłonki i zamaszystym ruchem odsłonił. Karnisz zaskrzypiał, stary drążek przekrzywił się, a czarodziejowi buchnął w twarz tuman kurzu. Mężczyzna zaniósł się kaszlem, zacisnął zapylone oczy, lecz gdy je otworzył… okno było zamurowane. Zbiło go to z pantałyku. Patrzył chwilę bezradnie w odcinającą się od otynkowanej ściany pomarańczową cegłę, lecz ostatecznie ino wzruszył ramionami.
— No dobra — zaakceptował fakt, że w tym pokoju okna nie było. — Tak to tak. Zobaczmy, co my tu mamy. — Klapnął sobie na łóżku przy stercie, na co drewniany stelaż zaprotestował rozdzierającym jękiem.
Wygodne to wcale nie było. Materac stosownie do wieku wypierdziano i wyklepano, a sprężyny wbijały się w dupę, ale chuj, klękać się staremu nie chciało.
W przeciwieństwie do Zenka Tarpaulin nie miał na tyle odwagi, aby na ślepo zanurkować łapą w śmietnisko. Jeszcze by go coś pożarło. Systematycznie odrzucał więc szmaty na bok, dopóki w czyjejś spłowiałej marynarce nie wyczuł podejrzanego ciężaru. Bingo.
Obmacał kieszenie i wyjął po chwili piękne, samopiszące pióro wieczne.

// rzut WoŚ ◉◉◉○○ na próbę wyceny przedmiotu
Rzut Z 1d100 - 48
Sukces!

// czy przedmiot jest w rzeczywistości cenny?
Rzut TakNie 1d2 - 1
Tak

— No, no. Unikacik. To będzie parę galeonów do przodu — ucieszył się, obejrzawszy przedmiot fachowym okiem. Może trochę nie doszacował, ale wartość zwęszył od razu.


piw0 to moje paliwo
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Woody Tarpaulin (3575), Zenon Kozioł (4576)


Strony (2): 1 2 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa