• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn v
1 2 3 4 5 … 7 Dalej »
[16.10.1972] the best medicine | Benjy & Heather

[16.10.1972] the best medicine | Benjy & Heather
Gówniara z miotełką
Nie strasz, nie strasz, bo się zesrasz.
wiek
21
sława
VI
krew
półkrwi
genetyka
klątwa żywiołów
zawód
BUMowiec
Heather mierzy 160 cm wzrostu. Jest bardzo wysportowana, od dzieciaka bowiem lata na miotle, do tego zawodowo grała w quidditcha. Włosy ma rude, krótkie, nie do końca równo obcięte - gdyż obcinał je Charlie po tym, jak większość spłonęła podczas Beltane. Twarz okrągłą, obsypaną piegami, oczy niebieskie, czają się w nich iskry zwiastujące kolejny głupi pomysł, który chce zrealizować. Porusza się szybko, pewnie. Ubiera się głównie w sportowe rzeczy, ceni sobie wygodę. Głos ma wysoki, piskliwy - szczególnie, kiedy się denerwuje. Pachnie malinami.

Heather Wood
#1
02.06.2026, 14:18  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.07.2026, 20:19 przez Król Likaon.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Benjy Fenwick - osiągnięcie Badacz Tajemnic II

Promienie słońca bardzo przyjemnie ogrzewały jej twarz. Buzię miała wyciągniętą w stronę słońca. Przeczuwała, że są to ostatnie z takich ciepłych dni. Wpatrywała się w niebo, czuła się wyjątkowo lekko. Słodki zapach unosił się w powietrzu.

Siedzieli z Benjy'm na tarasie przed domem. Jakoś udało im się wspólnymi siłami tutaj dotrzeć, nie był to wcale takie proste, bo jej nowy, najlepszy przyjaciel był od niej minimum dwa razy większy. Pokonali jakimś cudem te kręte schody, mogli rozgościć się na werandzie.

Sięgnęła po niewielką torebeczkę, którą miała w kieszeni. Sielanka miała trwać dalej, a więc warto było zapewnić do tego odpowiednie warunki. Spalili już jednego skręta, ale chciała podtrzymać ten przyjemny stan, zresztą Benjy wyglądał, jakby naprawdę mu to pomagało, a być może chodziło o świeże powietrze? Ono również potrafiło zdziałać cuda.

Całkiem zwinnie wysypała suszone kwiatostany na bletkę, zrolowała papierosa, miała przygotowaną mieszankę z odrobiną tytoniu, aby łatwiej się ją paliło. Była to jedyna forma tytoniu jaką przyjmowała, Heath nie paliła papierosów, akceptowała go tylko jako dodatek do trawy. Całkiem sprawnie udało jej się skręcić tego magicznego fajka, widać było, że mimo młodego wieku ma pewne doświadczenie z tą substancją. Jej ruchy jednak były wolniejsze niż zazwyczaj, ciało się rozluźniło, w sumie umysł również.

Wsadziła sobie skręta do ust i go zapaliła, zaciągnęła się głęboko gęstym dymem, wypuściła małą chmurę z płuc, po czym nachyliła się do przodu, aby przekazać papierosa swojemu kompanowi.

- Fajnie jest, siedzimy, fajnie jest. - Powiedziała cicho, oczy miała ciężkie, nieco przymulone, uśmiech nie schodził jej z twarzy, miała wrażenie, że jest w stanie dostrzec drobinki w promieniach słońca, które na nich padały. Życie było jednak fantastyczne, szczególnie w takim towarzystwie. - Fajnie, że żyjesz, wiesz. - Dodała jeszcze, bo chciała mu to powiedzieć, w końcu mógł nie, a jednak żył więc mogli się nadal koleżankować, co było naprawdę fajne, bo przecież całkiem niedawno się poznali, a już wiedziała, że będzie dla niej kimś wyjątkowym, to znaczy już był. Z nikim, nigdy nie udało jej się tak szybko nawiązać relacji, nigdy nikomu tak szybko nie zaufała. Nie miała pojęcia, co takiego w nim było, w sumie nie obchodziło jej to, to po prostu działało.

Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#2
04.06.2026, 14:28  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.06.2026, 14:30 przez Benjy Fenwick.)  
Drzewa otaczające nasz dom były już prawie nagie, ich gałęzie rysowały się na tle nieba ostrzej, bardziej srogo, bez tej gęstej osłony zieleni, która wcześniej łagodziła każdy widok - liście leżały wszędzie, mokre, przyklejone do trawy, do ścieżki, do wszystkiego, co mogło je zatrzymać. Powietrze było chłodniejsze niż jeszcze tydzień temu, ale tego dnia słońce uparcie próbowało udawać, że lato nie powiedziało jeszcze ostatniego słowa, ogrzewało twarz, dłonie, drewniane deski tarasu i pozwalało na kilka chwil zapomnieć, że za rogiem czaiły się mgły, deszcze i wieczory zapadające przedwcześnie. Dotarcie na zewnątrz rzeczywiście było przedsięwzięciem godnym odnotowania w kronikach, nie dlatego, że schody były szczególnie zdradliwe, tylko dlatego, że ja byłem nadal poobijany bardziej, niż chciałem przyznać, a Heath była mniej więcej wielkości dobrze odżywionego kota, zwłaszcza w porównaniu do mnie, kiedy więc pomagała mi pokonywać kolejne stopnie, wyglądało to mniej jak ratowanie rannego bohatera, a bardziej jak próba przetransportowania kulawego hipogryfa przy pomocy siły naszej osobliwie nagle nawiązanej przyjaźni, dobrych chęci i nadziei.
Od kilkunastu lat moje życie przypominało nieustanne przechodzenie od jednego problemu do następnego - klątwy, pożary, zaklęcia, ludzie próbujący zrobić sobie albo komuś innemu krzywdę, nocne wyprawy, których rozsądny obywatel nigdy by się nie podjął… W pewnym momencie człowiek przyzwyczajał się do napięcia tak bardzo, że kiedy nagle go brakowało, nie wiedział, co zrobić z własnymi rękami, tymczasem tutaj było tylko słońce…
Słońce, weranda i Heather Wood siedząca obok, zajebiście sprawnie zwijając towar… W normalnych okolicznościach pewnie rzuciłbym jakimś komentarzem o profesjonalizmie godnym rzemieślnika albo o tym, że gdyby istniały mistrzostwa świata w skręcaniu, właśnie oglądałbym faworytkę zawodów, ale było mi zwyczajnie za dobrze. Fajnie było, tak, fajnie. Siedziałem rozwalony na fotelu tarasowym, z nogami wyciągniętymi przed siebie, czułem każdy siniak osobno, naciągnięte mięśnie miały własne zdanie na temat mojego aktualnego stanu zdrowia i regularnie postanawiały się nim ze mną dzielić - „dotykanie trawy” nie naprawiało cudownie połamanych żeber ani obtłuczonych kości, ale kontakt z naturą wygładzał krawędzie wszystkiego… Bólu. Myśli. Wspomnień. Słońce grzało mój kark, gdzieś w oddali zaszczekał jeden z psów sąsiadów, wiatr poruszył gałęziami starych drzew, wywołując ten charakterystyczny szelest, który jesienią brzmiał inaczej niż latem, bardziej… Inaczej… Fajnie było, tak, fajnie… Po ostatnich tygodniach, miesiącach, po całym tym syfie, który świat tak chętnie rzucał ludziom pod nogi, siedzenie na tarasie wydawało się niemal rewolucyjnym pomysłem. Przejmując magicznego fajka i zaciągając się nim, przeniosłem wzrok na niebo. Było czyste, niemal bezchmurne, tylko przy samym horyzoncie zbierały się cienkie smugi bieli.
- Mhm. - To była pierwsza odpowiedź, która przyszła mi do głowy, błyskotliwa jak cegła, potarłem kciukiem bok skręta. Może to jednak nie były podniebne chmury… - Mnie tesz się to ostatnio colas balsiej podoba. - Kącik ust drgnął mi lekko, życie było całkiem spoko. - Choś klimat… Klimat to tlochę kulwa. - Wzruszyłem ramionami, jakby to było coś zupełnie zwyczajnego, chociaż w gruncie rzeczy wcale takie nie było, tylko przyzwyczaiłem się nazywać to w ten sposób, żeby nie nadawać temu większej wagi, niż było konieczne. Nie powiedziałem nic o tym, kto odpowiadał za taki stan rzeczy, bo nie czułem takiej potrzeby, a - co zdarzało się rzadziej, niż bym chciał przyznać - potrafiłem czasem odpuścić komentarz, nawet jeśli na ogół cisza kusiła, żeby ją czymś rozbroić.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Gówniara z miotełką
Nie strasz, nie strasz, bo się zesrasz.
wiek
21
sława
VI
krew
półkrwi
genetyka
klątwa żywiołów
zawód
BUMowiec
Heather mierzy 160 cm wzrostu. Jest bardzo wysportowana, od dzieciaka bowiem lata na miotle, do tego zawodowo grała w quidditcha. Włosy ma rude, krótkie, nie do końca równo obcięte - gdyż obcinał je Charlie po tym, jak większość spłonęła podczas Beltane. Twarz okrągłą, obsypaną piegami, oczy niebieskie, czają się w nich iskry zwiastujące kolejny głupi pomysł, który chce zrealizować. Porusza się szybko, pewnie. Ubiera się głównie w sportowe rzeczy, ceni sobie wygodę. Głos ma wysoki, piskliwy - szczególnie, kiedy się denerwuje. Pachnie malinami.

Heather Wood
#3
04.06.2026, 20:17  ✶  

Słońce naprawdę starało się udowodnić, że jeszcze może coś zdziałać ze zbliżającą się jesienią. Świeciło dzisiaj bardzo intensywnie, jednak wiatr nie był już taki przyjemny i ciepły, większość liści z okolicznych drzew również zdążyła już opaść na ziemie. W powietrzu unosił się ten charakterystyczny, nieco zgniły zapach. Nie zmieniało to jednak faktu, że ten dzień był naprawdę bardzo przyjemny, zachęcał do spędzenia czasu na zewnątrz. Zapewne pozostało już niewiele podobnych dni.

Spacer po schodach nie należał do najłatwiejszych, jednak Ruda miała w sobie sporo siły, pewnie mało kto się spodziewał, że mogło tkwić jej tak dużo w takim drobnym ciele, dzięki temu Benjy nie zaliczył gleby, kiedy wspólnymi siłami toczyli się po tych nieszczęsnych schodach. Zamierzała mu zasugerować, że może dobrym pomysłem będzie ogarnięcie sobie sypialni na dole, gdyby kiedyś znowu ledwo chodził to łatwiej będzie mu uciec z tego tymczasowego więzienia.

Nie narzekała jednak na to, że niełatwo było im wydostać się na zewnątrz, czego się bowiem nie robiło dlatego, żeby jej nowy, najlepszy kumpel miał chociaż odrobinę przyjemności w swoim aktualnie nie do końca najprzyjemniejszym momencie w życiu. Pamiętała jak to jest leżeć w łóżku, została ranna podczas Beltane, miała jednak mniej szczęścia od Benjy'ego i zamknęli ją w Mungu. To dopiero była tragedia, znajdowała się pod ciągłą kontrolą obcych ludzi, nie mogła sobie pozwolić na to, by wyściubić nos na zewnątrz, no - Cameronowi udało się wyrwać z nią chociaż na chwilę, tylko dlatego, że doskonale znał Mung, jednak dobrze było mieć narzeczonego uzdrowiciela, w sumie wtedy jeszcze wtedy nie był jej narzeczonym, jak wiele mogło się zmienić w niecałe pół roku. Spędzał z nią wtedy wiele czasu, opiekował się nią, aż doszło do nich, że są dla siebie stworzeni.

Nie zamierzała zwlekać, obiecała Benjy'emu w końcu, że ma lekarstwo na jego ból. Właśnie dlatego skręcała już kolejnego blanta, pierwszego zdążyli spalić, ale uważała, że potrzebują więcej, aby jak najdłużej utrzymywać ten bardzo lekki i przyjemny stan. Nie dało się nie zauważyć, że miała w tym ogromne doświadczenie, ba wykazywała się też niesamowitą cierpliwością jak na siebie przy skręcaniu tego papierosa.

Naprawdę było wyjątkowo fajnie, nie pamiętała kiedy ostatnio tak sobie siedziała i paliła skręta zupełnie bez zmartwień. Dobrze było czasem zatrzymać się na moment, zwłaszcza kiedy świat tak szybko pędził. Może nadszedł moment, w którym doceni takie chwile.

- Kiedyś Ci się nie podobało? - Zapytała jeszcze, bo to ostatnio ją zaciekawiło. Był klątwołamaczem, opowiadał jej o swoich przygodach, pewnie to też nie było jego codziennością.

- No, nie jest to najprzyjemniejszy klimat, moja mama ma chatę w Hiszpanii, czasem uciekam tam zimą, bo jest nieco bardziej przyjemnie, kiedy tutaj pizga złem, ale do wszystkiego można się przyzwyczaić co nie? Chyba można, tak mi się przynajmniej wydaje. Zawsze mogło być gorzej, mogłeś trafić na Islandię, tam to dopiero gwizda, trzeba szukać pozytywów. - jak zawsze, gdy zaczynała już mówić, to trudno jej się było zatrzymać, teraz jednak nie wypowiadała się szybko jak zazwyczaj, słowa były nieco rozwleczone, a ona przymulona i spokojniejsza z racji na marihuanę, którą wypaliła.

Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#4
05.06.2026, 22:14  ✶  
Po tym, jak człowiek prawie wyzionie ducha, zaczyna trochę bardziej doceniać fakt, że nadal może byczyć się z fają na własnym podwórku i nie robić absolutnie nic pożytecznego. Wcześniej traktuje się takie dni jak oczywistość, bardzo łatwo się do nich przyzwyczajając, mimo lat w drodze poza cywilizacją, potem nagle okazuje się, że możliwość posadzenia dupy na fotelu i gapienia się na drzewa jest luksusem… Ale „lepiej późno niż później”… Racja?

Siedząc na tarasie, czułem na twarzy przyjemne ciepło, lecz wystarczyło, by zawiał mocniejszy podmuch wiatru i od razu przypominałem sobie, jaki mieliśmy już miesiąc - październik w Wielkiej Brytanii nie był zbyt łaskawy, więc i tak było całkiem dobrze, zwłaszcza patrząc na ostatnie dni pełne przytłaczającej szarówki, mgły i mojego własnego dogorywania w pościeli - powietrze pachniało mokrymi liśćmi i ziemią, tym charakterystycznym zapachem rozkładu, który w dziwny sposób zawsze kojarzył mi się bardziej ze spokojem niż ze smutkiem, a teraz, po zapaleniu magicznego papierosa, wydawał mi się jeszcze bardziej akceptowalny. Jeszcze kilka dni temu pewnie śmiałbym się z każdego, kto zasugerowałby, że pokonanie schodów stanie się moim największym wyzwaniem dnia, ale życie miało bardzo specyficzne poczucie humoru… Rozsiadłem się wygodniej w fotelu, podejrzanie ostrożnie zmieniając pozycję, gdyż nadal bolało mnie więcej miejsc, niż byłem w stanie policzyć, przynajmniej nie był to jednak już ten rodzaj bólu, który odbierał człowiekowi cierpliwość - oj nie, niecierpliwy to byłem, zanim się wydostałem, na zewnątrz czułem się zdecydowanie lepiej. Było przyjemnie, tak zwyczajnie przyjemnie, bez pośpiechu, bez wybuchów, bez klątw, bez bestii próbujących urwać mi kończyny i bez ludzi oczekujących ode mnie natychmiastowych decyzji.
Przyjąłem od niej skręta i przez chwilę obracałem go między palcami, zanim się zaciągnąłem, marihuana nie usuwała bólu całkowicie, ale sprawiała, że przestawał być centrum wszechświata, nagle człowiek nie skupiał się na każdym ruchu żeber i ciągnięciu mięśni, tylko na takich rzeczach jak zapach mokrych liści albo fakt, że słońce całkiem nieźle wyglądało odbijające się w szybach sąsiednich okien.
Pokręciłem lekko głową, kiedy Heather zapytała, czy kiedyś nie podobało mi się żyć, nie odpowiedziałem od razu, bo odpowiedź była gdzieś pośrodku, w tej niewygodnej przestrzeni pomiędzy żartem a czymś, czego zwykle nie mówiło się na głos. Pomimo relaksacyjnego działania zielska, nadal pamiętałem ból, krew, zmęczenie i ten nieprzyjemny moment, kiedy człowiek zaczyna się zastanawiać, czy przypadkiem nie właśnie kończy mu się zapas szczęścia.
- Nie wiem, czy nie podobało. Chyba po plostu… Nie zawsze człowiek się nad tym zastanawia, c’nie. - Wzruszyłem ramieniem. - W sensie, wstajesz, lobisz swoje, potem znowu lobisz swoje i jakoś, kulwa, leci. Dopielo jak plawie cię coś zeszle albo loswali na kawałki, a masz coś jeszcze, c’nie, nie tylko… No… To nagle odkrywasz, c’nie, sze jednak chyba… Kulwa… Całkiem lubisz oddychaś, c’nie. - Uśmiechnąłem się lekko i odchyliłem głowę do tyłu, mrużąc oczy przed słońcem, przez moment obserwowałem przesuwające się wysoko chmury, były cienkie i jasne, prawie niewidoczne, zmącone dymem ze skręta, który wypuszczałem spomiędzy warg jeszcze przez chwilę, zanim wyciągnąłem faję w stronę Rudej.
- To tlochę chujowe, że tszeba dostaś wpieldol od losu, szeby docenić podstawowe funkcje olganismu, c’nie. - Znowu pokręciłem głową, bo nawet mnie to rozbawiło. Słuchałem jej dalszego wywodu o Hiszpanii, Islandii i uciekaniu przed zimą, normalnie pewnie wrzuciłbym trzy żarty na minutę, ale teraz myśli płynęły wolniej, leniwiej, nie chciało mi się nawet przerywać. W sumie całkiem przyjemnie było słuchać, jak mówiła. Sama wizja Heath uciekającej przed brytyjską zimą na drugi koniec Europy wydawała się całkowicie zgodna z jej charakterem, nie wyglądała na osobę, która godziłaby się z nieprzyjemną pogodą wyłącznie dlatego, że wypadało. Kiedy wspomniała o Islandii, uniosłem jedną brew.
- Nie, no. Tam to inna liga. Tam nie wieje. Tam ci wiatl plóbuje wpieldoliś się do ślodka pszez kości. - Podniosłem dłoń i wykonałem bliżej nieokreślony gest, który w mojej głowie miał sens. - Na Islandii mosze i pizga. - Stwierdziłem bardzo poważnie. - Ale mają zdlowo pojebane szeszy. - Zmarszczyłem lekko nos, próbując ubrać w słowa coś, co jeszcze przed chwilą wydawało mi się całkowicie logiczne. Przesunąłem dłonią po brodzie i spojrzałem gdzieś ponad linię drzew, przymknąłem jedno oko, próbując przypomnieć sobie coś konkretnego. Problem z Islandczykami polegał na tym, że przez pierwsze kilka godzin wyglądali, jakby chcieli cię zamordować siekierą, potem okazywało się, że byli całkiem mili, tylko mieli taką twarz, z czym sam się bardzo identyfikowałem, z wiadomych względów… Poza tym było coś zajebistego w miejscach, które miały tysiące lat tradycji i kompletnie w dupie nowoczesność, a akurat ci lokalsi potrafili godzinami gadać o runach, duchach, starych pieśniach i kamieniach. Po paru dniach samemu zaczynało się patrzeć na kamień i myśleć „no dobra, a ten skurwiel to czym się zajmuje”.
- W sensie pozytywnie. Znaczy… Nie zawsze pozytywnie dla ludzi uczestniczących, ale ogólnie ciekawie, c’nie. - Podrapałem się po karku, oparłem głowę o krzesło i przymknąłem oczy, czując słońce na twarzy. Przez ostatnie tygodnie świat nieustannie czegoś ode mnie chciał - walki, decyzji, działania, odpowiedzialności - teraz po raz pierwszy od dawna nie musiałem robić nic, mogłem po prostu siedzieć obok przyjaciółki, słuchać jej powolnych wywodów o pogodzie i pozwalać, żeby jesienne popołudnie płynęło własnym rytmem, i chyba właśnie dlatego było, kurwa, tak cholernie dobrze.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Gówniara z miotełką
Nie strasz, nie strasz, bo się zesrasz.
wiek
21
sława
VI
krew
półkrwi
genetyka
klątwa żywiołów
zawód
BUMowiec
Heather mierzy 160 cm wzrostu. Jest bardzo wysportowana, od dzieciaka bowiem lata na miotle, do tego zawodowo grała w quidditcha. Włosy ma rude, krótkie, nie do końca równo obcięte - gdyż obcinał je Charlie po tym, jak większość spłonęła podczas Beltane. Twarz okrągłą, obsypaną piegami, oczy niebieskie, czają się w nich iskry zwiastujące kolejny głupi pomysł, który chce zrealizować. Porusza się szybko, pewnie. Ubiera się głównie w sportowe rzeczy, ceni sobie wygodę. Głos ma wysoki, piskliwy - szczególnie, kiedy się denerwuje. Pachnie malinami.

Heather Wood
#5
06.06.2026, 21:15  ✶  

- Nie masz czasu się nad tym zastanawiać, dopóki coś się nie wydarzy. - Skomentowała jeszcze jego słowa, bo w sumie doskonale wiedziała, o czym mówi, mimo tego, że miała ledwie ponad dwadzieścia lat. Zdarzało jej się ryzykować życie, zdarzało jej się walczyć z zakapturzonymi czarnoksiężnikami, nigdy specjalnie nie zastanawiała się nad konsekwencjami, właściwie to czuła się trochę nieśmiertelna, każdy uraz którego się nabawiała całkiem gładko się zaleczał, raz jeden zastanawiała się bardzo mocno, jak blisko śmierci się znajdowała. - Chyba czaje o co Ci chodzi, chociaż tylko raz mi się to zdarzyło, ale tylko mnie to wkurwiło. Najgorsze jak nie masz wpływu na to co się dzieje, a ja straciłam przytomność, czaisz? Byłam jak szmaciana lalka, nie chcę tego powtórzyć, bo lubię się napierdalać, ale ci poparańcy w ciemnych szatach i maskach wolą grać nieczysto, pewnie wiedzą, że inaczej nie mają ze mną szans. - Wydawała się być bardzo pewna tego co mówiła. Ruda nie bała się starcia, walki, wręcz przeciwnie, kiedy nadarzała się ku temu okazja to w niej uczestniczyła.

- To chyba fajnie, że masz coś jeszcze, co nie? Coś dlaczego warto przeżyć, taka motywacja chyba sprzyja wygrzebywaniu się z największego gówna, jakbyś nie miał po co żyć… to łatwo odpuścić, tak to wręcz przeciwnie. - Przynajmniej tak się jej wydawało, ale znała się na tym raczej niespecjalnie. - Fajnie, że lubisz oddychać, normalnie nikt nie zwraca na to uwagi, a to takie fajne. - Dodała jeszcze, w sumie praktycznie w ogóle nie zauważała tej niby zupełnie drobnej czynności, jaką wykonywało ciągle jej ciało, a przecież to między innymi ono utrzymywało ich przy życiu. Dobrze zacząć doceniać takie oczywistości.

- Czy ja wiem, czy takie chujowe? Przynajmniej w ogóle masz szansę to docenić, mało kto to robi, a Ty już wiesz, że niby takie proste, a wcale nie jest takie oczywiste. - Dzięki temu, co mu się przytrafiło faktycznie mógł docenić jedną z najbardziej oczywistych czynności, którą dokonywało jego ciało.

- Trzeba szukać, pozytywów, co nie? - To był przecież jakiś pozytyw z tej całej sytuacji, może faktycznie warto więc było to odebrać właśnie w ten sposób.

- Tak serio, to nigdy tam nie byłam, słyszałam tylko o tej dzikiej krainie, wolę jak grzeje słoneczko, humor od razu jest lepszy. - O Islandii wiedziała tylko tyle, że tam wiało, podobnie o Skandynawii, zdarzyło jej się kiedyś grać mecz w Norwegii i to wystarczyło, aby upewniła się w tym, że w celach rekreacyjnych się tam raczej nie pojawi.

- Jak bardzo pojebane? - Na to stwierdzenie zaświeciły się jej oczy. Heath lubiła wszystko, co pojebane, to mógłby być odpowiedni argument, aby się tam wybrać.

- Czy Ty byłeś wszędzie? - Nie mogła powstrzymać się od zadaniem tego pytania. Benjy zawsze miał coś ciekawego do powiedzenia na temat najróżniejszych krajów, czy w ogóle było możliwe, żeby był w każdym państwie na świecie, byłoby to lekką przesadą, ale jeśli ktokolwiek miałby zrobić coś takiego, to podejrzewała, że on nadawał się na takiego kandydata.

- No, ogólnie ciekawe, jak mówisz, że pozytywnie i ciekawie, to chyba całkiem w porządku, tak mi się zdaje? To brzmi dobrze? - Kiedy tak o tym mówił, to brzmiało nie najgorzej, tylko o czym właściwie mówił? trochę gubiła wątek, ale potakiwała, żeby nie wyjść na ignorantkę.

Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#6
07.06.2026, 14:09  ✶  
Odetchnąłem powoli, opierając głowę o oparcie krzesła i mrużąc oczy przed słońcem, które uparcie próbowało udawać, że lato jeszcze się nie skończyło. Siedziałem rozwalony w fotelu tak głęboko i szeroko, jak tylko pozwalały mi poobijane plecy, przez dłuższą chwilę wpatrywałem się gdzieś przed siebie, w ogród zasypany wielobarwnym, opadłym listowiem - wiatr poruszał gałęziami drzew, rzucał pojedyncze liście na ścieżkę i taras, a ja obserwowałem to z dziwną fascynacją występującą wyłącznie u człowieka, który był wystarczająco zjarany, żeby uznać wirujący kawałek klonu za widok warty pełnej koncentracji. Dym powoli opuszczał moje płuca, gdy słuchałem Heather, moje zmysły reagowały wolniej niż zwykle, bodźce docierały później, robiłem też dłuższe przerwy między wypowiedziami, nie dlatego, że nie mogłem złapać wątku, tylko dlatego, że nie widziałem specjalnego powodu, żeby się z niczym spieszyć. Byłem zbyt rozluźniony, żeby śledzić własne myśli z normalną dokładnością, więc pozwalałem im płynąć, gdzie chciały. Białe obłoczki leniwie unosiły się gdzieś pomiędzy nami, miałem wrażenie, że reszta świata wokół nas też poruszała się dzisiaj wolniej - może zresztą faktycznie tak było, a może po prostu mój mózg uznał, że nie ma sensu się spieszyć, jedno i drugie wydawało mi się równie prawdopodobne, jednego i drugiego nie analizowałem, bo… Po co? Miałem wrażenie, że gdybym całkowicie zamknął oczy, mógłbym tak siedzieć jeszcze kilka godzin i absolutnie niczego by mi nie brakowało. Było prawie idealnie, było tak cholernie spokojnie, że aż trudno było uwierzyć, ile rzeczy mogło się rozsypać w ciągu kilku minut.
Pokiwałem lekko głową, kiedy wspomniała o utracie przytomności, to akurat rozumiałem aż za dobrze, nawet jeśli nasze historie różniły się szczegółami. Przez chwilę zbierałem myśli, podczas gdy fizycznie powróciłem do obserwowania wirujących gdzieś przy ogrodzeniu listków - jeden z nich kręcił się w kółko od dobrych kilku sekund - byłem niemal pewien, że wykonywały ważniejsze zadanie niż my wszyscy razem wzięci, w końcu przyczyniały się do zmiany pory roku, co nie, w tym stanie wydawało mi się to całkiem prawdopodobne. Miałem wrażenie, że mój mózg też działał teraz mniej więcej z prędkością jesiennego liścia spadającego z drzewa, a i to tylko wtedy, kiedy akurat zawiał wiatr.
- Utlata pszytomności jest do dupy. Totalnie. Nie dlatego, sze boli, bo akulat tego nie pamiętasz, c’nie, tylko dlatego, sze ktoś ci wycina kawałek szycia. Pstlyk - strzeliłem palcami - i nie ma. - Skrzywiłem się lekko na wspomnienie tego, jak to zazwyczaj wyglądało - leżysz jak debil i wszystko dzieje się obok ciebie - ludzie coś robią, coś mówią, a ty możesz sobie co najwyżej zdechnąć albo nie zdechnąć, niezbyt bogaty wybór. - Budzisz się później i wszyscy wiedzą więcej od ciebie. Nienawidzę tego gówna. - Normalnie pewnie próbowałbym obrócić to w żart albo uciec w jakiś idiotyczny komentarz, ale byłem zbyt rozluźniony, żeby wykonywać podobne manewry obronne.
Parsknąłem cicho, kiedy zaczęła mówić o walce i o zamaskowanych popaprańcach, bo akurat w tej kwestii trudno było się z nią nie zgodzić, miałem wyrobione zdanie od dawna i nie należało ono do szczególnie skomplikowanych - Śmierciożercy mieli wysublimowanie zryty talent do gadania o wyższości i potędze, jednocześnie regularnie wybierając metody, które przypominały grupowe trzepanie sobie kutasów - oboje zdecydowanie nie pałaliśmy do nich ciepłymi uczuciami. Nawet zjarany byłem w stanie uwierzyć, że jej podejście wyglądało dokładnie tak jak moje, właściwie nie musiałem sobie tego wyobrażać, znałem ją już na tyle, żeby wiedzieć, że gdyby jutro ktoś powiedział jej, że trzeba rzucić się na grupę Śmierciożerców uzbrojonych po zęby, najpierw pobiegłaby szukać butów, a dopiero potem zapytała o szczegóły.
- Ty to masz w ogóle zdlowo najebane pod sufitem. - Uśmiechnąłem się pod nosem, ale bez złośliwości, po czym pokręciłem głową z rozbawieniem, bo mimo wszystko sposób, w jaki mówiła o napierdalaniu się z czarnoksiężnikami, brzmiał niemal tak, jakby opowiadała o meczu quidditcha.
- Jakby byli tacy zajebiści, za jakich się mają, nie musieliby ciągle chować lyjów pod kaptulami. - Pokręciłem głową, jeszcze raz się zaciągnąłem, po czym oddałem jej skręta. - A potem oczywiście pieldolą, sze lobią to „w słusznej splawie”. Jasne. Większość ludzi, któlych spotkałem i któszy naplawdę chcieli walczyś o swoje idee, nie potszebowała do tego maski i glupy dwudziestu kolegów. - Spojrzałem na nią kątem oka. Tacy ludzie od zawsze byli mocni głównie wtedy, kiedy mieli przewagę - maska, liczby, zasadzka, ciemna uliczka - jakoś rzadko widziałem, żeby któryś wychodził na środek i mówił „no, dobra, kurwa, to teraz uczciwie”, wtedy niechybnie skończyłby z mordą w błocie.
Na chwilę urwałem, bo przez głowę przemknęła mi myśl, której nawet teraz nie byłem szczególnie chętny rozwijać. O tym, co zostaje po człowieku. O tym, kto zostaje. O tym, że pewne obrazy pojawiają się same, nawet kiedy ich nie zapraszasz. Niektóre wspomnienia nadal wracały za łatwo, zwłaszcza kiedy człowiek miał za dużo czasu na siedzenie i myślenie, i nagle uświadamiał sobie, że był częścią życia innych ludzi i że jego zniknięcie byłoby dla nich większym problemem niż dla niego, trochę pojebane uczucie…
- Mam… Dziwnie duszo powodów, szeby lubiś oddychaś. Ty tesz, nie. - To nie było pytanie. - Nie jesteśmy sami… - Odezwałem się w końcu wolniej niż zwykle, nie odrywając wzroku od ogrodu. - I to jest chyba najgolsze w umielaniu. Nie boli. Znaczy, dobla, dla takich jak my chyba zazwyczaj boli jak skulwysyn, ale nie o to chodzi. Chodzi o te wszystkie głupie szeszy, któle nagle właszą ci do głowy i potem… Kulwa, no, fajnie się oddycha, no, fajnie… - Urwałem na chwilę, marszcząc brwi. - Pamiętam, sze zanim pszestałem, pszes chwilę autentycznie zastanawiałem się, kto będzie ogalniał szeszy po mnie. Jakby to był, kulwa, największy problem całej sytuacji, c’nie. Nie to, sze umielam, tylko sze zostawię po sobie buldel. - Westchnąłem cicho. - Chojlaszyś jest łatwo, goszej, sze potem dociela do ciebie, sze są ludzie, któlych zwyczajnie nie chcesz zostawiś ze swoim pieldolnikiem. Sze gdy ich zostawisz, to… Ich zostawisz. Nie jakieś wielkie dziedzictwo czy inne pieldoły. Ludzi. I to jusz tlochę mniej śmieszne. - Nie rozwijałem tego bardziej, nie chciało mi się, byłem zjarany, zmęczony i zbyt rozleniwiony, żeby rozbierać własną psychikę na części pierwsze. Sam fakt, że powiedziałem tyle, był już podejrzany, ale przy Wood zawsze wymykało mi się więcej, niż planowałem.
Zgadza się - chociaż wcześniej wielokrotnie patrzyłem w oczy kostuchy, tym razem miałem zdecydowanie więcej powodów, by docenić to, że nadal tu byłem - możesz być największym kozakiem na dzielni, możesz się napierdalać z klątwami, wilkołakami, Śmierciożercami czy czymkolwiek innym, a potem jedno jebnięcie i leżysz jak worek przegnitych ziemniaków wyjebanych z okna do rynsztoku, nie widząc całego swojego życia przed oczami, tylko zapadając się pod lawiną „ale…”, człowieka to wkurwia bardziej niż sam fakt, że dostał po mordzie… Większości ludzi wydawało, że jak już przyjdzie co do czego, będą mieli jakieś wielkie, mądre refleksje, przeleci im przed oczami wszystko, co kiedykolwiek zrobili, albo coś równie dramatycznego… Gówno prawda, mózg jest kompletnie pojebany, umierając nagle zastanawiasz się nad najbardziej absurdalnymi rzeczami - nie nad sensem istnienia, tylko nad tym, że nie naprawiłeś drzwi, albo że miałeś komuś oddać książkę, albo że ktoś będzie musiał skończyć robotę, którą miałeś zrobić sam.
- Jakby się skupiać wyłącznie na tym, co jest do dupy, mosna by od lasu połoszyś się na bluku i czekaś, asz coś cię zje. - Kiwnąłem głową, zaśmiałem się pod nosem i przetarłem dłonią twarz. - W sumie masz lasję. To jest całkiem niezły pozytyw. Tlochę dlogo okupiony, ale nadal pozytyw. - Uśmiechnąłem się pod nosem, bo w tym stanie brzmiało to jak jakieś wielkie objawienie.
Przez moment słuchałem szumu liści i jej dalszego gadania o przewadze Hiszpanii nad Islandią, a kiedy zapytała, jak bardzo pojebane potrafiło być to drugie miejsce, parsknąłem śmiechem tak nagle, że aż musiałem odsunąć skręta od twarzy. Nawet nie pamiętałem, kiedy zrobił kolejną rundę, po prostu nagle się tam znalazł.
- To jest ten losaj pojebania, któly zaczyna się śmiesznie, a kończy tym, sze nagle okazuje się, sze wszyscy mają ploblem. - Pokręciłem głową, przeciągnąwszy się ostrożnie, czując protest kilku żeber. - Jak baldzo pojebane? Tak. - Uniosłem dłoń, wykonawszy nią nieokreślony gest w powietrzu gęstym od dymu. - Jak masz falta, ktoś ci na bank powie, sze nie wolno szczaś pszy tym konkletnym kamieniu, bo oblazi się na ciebie duch góly, a potem okazuje się, sze kulwa szeszywiście coś się oblasza. Człowiek szcza na kamień, a później pszes dwa tygodnie wszystko idzie kompletnie nie tak. Nie pytaj mnie jak. Po plostu idzie. - Przesunąłem dłonią po brodzie. - Wysoko pojebane. Naplawdę wysoko. Taki poziom, sze czasem nie jesteś pewien, czy uczestniczysz w lytuale magicznym, czy ktoś lobi sobie s ciebie jaja i wszyscy wokół od tszech dni są w zmowie. - Westchnąłem cicho, bardziej nostalgicznie niż ze zmeczeniem, gdyż zawsze miałem słabość do takich klimatów. - Najśmieszniejsze jest właśnie to, sze często kończy się tym, sze jednak nie lobią sobie jaj i faktycznie tszeba uciekaś pszed czymś, co nie powinno istnieś. - Musiałem przyznać przed sobą, jak i przed Heather, że lubiłem takie miejsca - były dziwne, a dziwne było dobre - gdy wszystko wszystko było „w normie”, zazwyczaj zaraz przestawało takie być i wtedy dopiero zaczynała się ta najgorsza, najbardziej popaprana zabawa, na ogół włączająca we wszystko głupich jak but ludzi, którzy za wszelką cenę chcieli być „normalni”. Na szczęście świadomie wybrałem sobie zawód, w którym ktoś regularnie mówił - „widzisz to przeklęte miejsce, gdzie wszyscy zginęli? Jedź tam”, dzięki temu nie mogłem się nudzić.
Spojrzałem na nią z rozbawieniem, kiedy zapytała, czy byłem wszędzie.
- Nie wszędzie. - Odpowiedziałem odruchowo, po czym zastanowiłem się chwilę, obracając skręta między palcami i obserwując leniwie unoszący się dym, jakby był najciekawszą rzeczą na świecie. W tym stanie trochę był. - Chociasz… Kulwa, tlochę tego było. - Machnąłem niedbale ręką, żebra od razu przypomniały mi o swoim istnieniu. - No, wyblałem lobotę, któla legulalnie wysyła człowieka dokładnie tam, gdzie ludzie mówią „absolutnie kurwa nie”, c’nie. - Uśmiechnąłem się krzywo. - A wcześniej… Sam nie wiem. Moi staszy ciągle gdzieś jeździli. Mieli znajomości, losinę, jakieś dwolki, chaty, klewnych polosszusanych po świecie… - Dopiero kiedy to powiedziałem, dotarło do mnie coś, nad czym dawno się nie zastanawiałem - to, że byłem już prawie dorosły, zanim zrozumiałem, że nie każdy ma wujka mieszkającego na drugim końcu świata albo dom rodzinny oddalony o kilka tysięcy kilometrów od następnego domu rodzinnego.
- W sumie za dzieciaka wydawało mi się, sze wszyscy tak mają. - Dodałem głupkowato i wyciągnąłem nogi jeszcze dalej przed siebie. - Dopielo w Hogwarcie dotalło do mnie, sze większość ludzi nie spędza wakacji, felii i pszelw świątecznych latając między klajami jak pojebana piłka do Quidditcha. - Wzruszyłem ramionami, jakby mówił o pogodzie, ale gdzieś pod tym spokojem siedziała we mnie dawna, stara niechęć do tamtego życia, której raczej nie dało się już usunąć. - Szczesze? Nadal czasem o tym zapominam. Potem coś powiem i ludzie patszą na mnie, jakbym właśnie oznajmił, sze wychowywały mnie afonwyly. Człowiek dolasta i odklywa, sze miał tlochę wypaczony oblas szeszywistości. Niezła niespodzianka. - Oparłem się wygodniej, przymykając oczy. Słońce przyjemnie świeciło na ogród, trawa robiła swoje i przez chwilę naprawdę trudno było mi uwierzyć w to, że świat poza tarasem nadal próbował się nawzajem pozabijać. A jednak…
- Ale wiesz co? Im więcej miejsc widziałem, tym balsiej dochodziłem do wniosku, sze ludzie są podobni. Wszęsie znajdzie się jakiś waliat, jakiś bohatel, jakiś cham i ktoś, kto uwasza, sze wie lepiej od wszystkich. Zmienia się klajoblas. Ludzie zostają ci sami. - Stuknąłem palcem w skręta, strzepując trochę popiołu. - Dlatego Islandia jest spoko. Ma ładne widoki i balso intelesujących waliatów. To jusz całkiem mocny algument za odwiedzinami, c’nie. - Wzruszyłem ramionami, nadal nie otwierając oczu. - Chociasz faktoza. Człowiek mosze podziwiaś pladawną magię, ale duszo pszyjemniej lobi się to wtedy, kiedy nie malsną mu suty.
Słońce nadal grzało, wiatr pachniał mokrymi liśćmi, a świat, choć pełen skurwysyństwa, przynajmniej na ten jeden moment wydawał się zadziwiająco prosty…


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Gówniara z miotełką
Nie strasz, nie strasz, bo się zesrasz.
wiek
21
sława
VI
krew
półkrwi
genetyka
klątwa żywiołów
zawód
BUMowiec
Heather mierzy 160 cm wzrostu. Jest bardzo wysportowana, od dzieciaka bowiem lata na miotle, do tego zawodowo grała w quidditcha. Włosy ma rude, krótkie, nie do końca równo obcięte - gdyż obcinał je Charlie po tym, jak większość spłonęła podczas Beltane. Twarz okrągłą, obsypaną piegami, oczy niebieskie, czają się w nich iskry zwiastujące kolejny głupi pomysł, który chce zrealizować. Porusza się szybko, pewnie. Ubiera się głównie w sportowe rzeczy, ceni sobie wygodę. Głos ma wysoki, piskliwy - szczególnie, kiedy się denerwuje. Pachnie malinami.

Heather Wood
#7
08.06.2026, 09:19  ✶  

Ruda wyciągnęła swoją głowę jeszcze bardziej w kierunku słońca. Miała wrażenie, że jest w stanie poczuć ciepło pojedynczych promieni, które na nią padały. Przymknęła oczy, było jej naprawdę przyjemnie. Łatwo było zapomnieć o tym, że mieli już właściwie środek jesieni i niedługo na zewnątrz będzie naprawdę paskudnie. Nie było sensu się na tym skupiać, skoro teraz, w tym momencie było jej tak bardzo przyjemnie i błogo. Nie pamiętała kiedy ostatnio pozwoliła sobie na takie nicnierobienie, raczej ciągle gdzieś pędziła, faktycznie warto było od czasu do czasu tak po prostu zatrzymać i cieszyć mijającą chwilą. Musiała o tym pamiętać.

- Tak naprawdę to wcale nie boli, wkurwia to, że nie możesz nic zrobić. - To ją najbardziej denerwowało w tamtej sytuacji. Po prostu padła na ziemie i nie miała żadnego wpływu na to, co działo się z nią i jej najbliższymi, nie mogła działać, a nie znosiła bezczynności, więc okropnie w nią to uderzyło, zwłaszcza, że wydawało jej się, iż jest niepokonana, że nie da się jej zrobić krzywdy. - Twoje życie jest zależne od tego, czy ktoś obok jest w stanie się Tobą zająć, ja miałam farta, moja kumpela całkiem dzielnie walczyła o to, żeby nie brakowało nam powietrza, zdecydowanie wolałabym pomagać jej w tym dole, w którym się znalazłyśmy. - Nie lubiła być zależna od kogokolwiek, oczywiście doceniała walkę Brenny z piachem, który próbował je zabić, ale wolałaby jednak jej w tym towarzyszyć, a nie leżeć bezwładnie na ziemi. - Ta, nie dość, że wiedzą więcej od Ciebie, to jeszcze zmuszają Cię do tego, żeby ktoś Cię obejrzał, a później kończysz zamknięty w Mungu na tydzień, zdecydowanie nie polecam. - W szpitalu było nudno, bardzo nudno, nie mogła robić nic ciekawego, spotykać się z przyjaciółmi, czas ciągnął się tam niemiłosiernie. Niby był to tylko tydzień, ale poczuła, jakby straciła co najmniej rok, były to bardzo nieprzyjemne wspomnienia. Miała dzięki temu całkiem logiczny cel w życiu - nigdy więcej nie powtórzyć tego doświadczenia, to było wcale nie najgorszą motywacją.

- To chyba dobrze, że mam najebane pod sufitem, co nie? - Wolała się upewnić, że uważał to za coś pozytywnego. W sumie nawet gdyby było inaczej, to by się tym nie przejęła, bo taka już była i nie chciała tego zmieniać. Lubiła siebie, bardzo lubiła siebie. - Ktoś musi z nimi walczyć, dlaczego to nie miałabym być ja? Niczego się nie boję, wiesz. - Może nie powinna o tym wspominać, jednak naprawdę miała takie podejście. Rzadko kiedy odczuwała strach, była kurewsko odważna, nie zastanawiała się nad tym, że może stać się jej krzywda, liczyło się tylko to, że dzięki jej czynom ktoś inny może zostać uratowany. Nie patrzyła na siebie, nie miała tego w zwyczaju, zresztą uważała, że zawsze jakoś sobie poradzi, lepiej lub gorzej.

- No, te przebieranki są śmieszne. - Miała podobne zdanie, co jej towarzysz. - Niby są tacy odważni, a boją się pokazać mordy, w końcu spotkają ich konsekwencje, prędzej, czy później ludzie się dowiedzą, kto kryje się za maskami, ciekawe, czy wtedy będą tacy odważni w tym co mówią. - Nie do końca to wszystko rozumiała, bo skoro śmierciożercy tak ślepo podążali za Voldemortem, to niby dlaczego nie pokazywali swoich twarzy. Na pewno spodziewali się jaka reakcja może ich spotkać ze strony społeczeństwa, nie byli mile widziani, nie mieli ogromnego poparcia, mogli się więc pałować. - Oni bez kolegów nie potrafiliby nic zrobić, atakują grupami bo w pojedynkę są słabi. Zresztą nawet grupą gówno im się udaje. - Brzmiała tak, jakby miała większe doświadczenie w starciach z zamaskowanymi czarnoksiężnikami, niż mogło się wydawać. Nie kryła się tym z nim jakoś specjalnie.

- Tak, ogólnie to bardzo lubię żyć, wiesz? W sensie takim, że mam jeszcze tyle rzeczy do zrobienia, szkoda byłoby tak nagle odejść, no i nie chciałabym zostawić Camisia samego, nie poradziłby sobie beze mnie, on jest zbyt grzeczny, ktoś musi o niego walczyć, co nie? - Jej narzeczony był bardzo ułożony, a tacy ludzie nie mieli łatwo w życiu, potrzebował obok siebie kogoś głośnego, kto nie pozwoli mu zrobić krzywdy, Ruda wzięła na siebie te rolę. - Tak, ludzi szkoda, cała reszta to tam chuj. - Zgodziła się z nim całkiem błyskotliwe, jak wypadało młodej, elokwentnej pannie z dobrego domu.

- To byłoby bez sensu, co nie? Tak leżeć, zresztą zanim pojawiłby się chętny, żeby Cię zjeść, to pewnie zanudziłbyś się na śmierć. - Wydawało jej się, iż ma podobne podejście do jej własnego. Może więc i dobrze, że wyciągnął z tego zdarzenia coś pozytywnego.

- Czekaj, czekaj, mówisz więc, że przypadkiem możesz się zeszczać na zły kamień i konsekwencje będą się za Tobą ciągnąć? Naprawdę pojebane. - Każdemu przecież zdarzyło się załatwić potrzebę w miejscach niekoniecznie ku temu przeznaczonych, zwłaszcza podczas pijackich eskapad, musiała zapamiętać więc tę mądrość - jeśli znalazłaby się na Islandii musiałaby zwracać uwagę na to, gdzie szła za potrzebą. Zdecydowanie była zdania, że jedna klątwa była wystarczająca jak na jej drobne ciało. Nie potrzebowała ich więcej.

- W sumie taki dreszczyk emocji na pewno jest fajny, nigdy nie wiesz, czego się spodziewać. - Właściwie to nie było takie złe, nie znosiła nudy, a to brzmiało jak fantastyczna przygoda.

- Dobra, ale wycieczki ze starymi to nie to samo, są nudne. - Ona również bywała w różnych miejscach ze swoją matką, ale bardziej robiła tam za maskotkę, nie było w tym niczego ciekawego. Bardziej podobała jej się ta druga część, znajdowanie się w miejscach, do których nikt inny nie chciał zmierzać, bo było tam zbyt niebezpiecznie. Otworzyła oczy i przyglądała mu się przez chwilę. - Zabierzesz mnie kiedyś ze sobą, proooooszę, proszęęęę, chciałabym zobaczyć coś takiego. - Miała nadzieję, że jej uśmiech na niego zadziała i nie będzie chciał mieć na swoim sumieniu smutnej Heather, rzadko kiedy zresztą ktoś potrafił jej odmówić, liczyła na to, że i tym razem tak będzie.

- Ja musiałam zacząć pracować, żeby Liz przestała mnie ze sobą ciągać jako maskotkę. - Doskonale wiedziała o czym mówił. Jej matka uwielbiała mieć ją u swojego boku podczas tych wszystkich gal na których się pojawiała. Jeszcze, gdy grała zawodowo miało to jakiś sens, ale nie chciała pokazywać się wszędzie tylko i wyłącznie jako córka swojej matki, to było słabe. Wolała zaangażować się do pracy w BUMie, aby mieć wymówkę.

- Nie wszyscy pochodzą z domów, gdzie były złote klamki, taaaaa. - Doskonale rozumiała do czego zmierza, sama do tej pory miewała problemy ze zrozumieniem pewnych spraw, bo wydawało jej się, że wszystko można załatwić odpowiednią ilością galeonów.

- To chyba takie schematy, wszędzie są podobne, nawet w grupach znajomych, zawsze masz kogoś kto jest bardziej na uboczu, kogoś kto prosi się o kłopoty, kogoś kto jest pojebany. - Zgadzała się z nim zdecydowanie. Ludzie wszędzie byli tacy sami, przyjmowali pewne role, które odgrywali, w ten sposób odnajdywali się w społeczeństwie.

- Co racja to racja, chociaż raz na jakiś czas w sumie może warto dla tej pradawnej magii poświęcić swoje suty. - Nie, żeby się na tym jakoś specjalnie znała, ale jak opowiadał o tym zimnym kraju, to w sumie chciałaby to sprawdzić na swojej własnej skórze.

Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#8
10.06.2026, 12:57  ✶  
Siedziałem w tym samym miejscu już od dłuższego czasu, rozwalony w fotelu, z jedną nogą wyciągniętą bardziej niż drugą, bo żebra i cała reszta poobijanego mnie nadal miały bardzo konkretne zdanie na temat gwałtownych ruchów, ale pierwszy raz od wielu dni nie miałem poczucia, że powinienem robić cokolwiek innego. W normalnych okolicznościach pewnie już dawno zacząłbym się wiercić, szukać zajęcia albo wymyślać powód, dla którego koniecznie musiałem gdzieś pójść, ale obecność Heather i przyniesiona przez nią trawa skutecznie przekonały mnie, że siedzenie na werandzie było aktualnie najważniejszym zadaniem, jakie miałem do wykonania. Słuchałem Rudej uważnie, chociaż wzrok miałem utkwiony gdzieś przed sobą, w ogrodzie zasłanym liśćmi, dostrzegając ją wyłącznie kątem zmrużonego oka. Patrzyłem tak na nią przez chwilę spod półprzymkniętych powiek i zastanawiałem się, czy w ogóle zdawała sobie sprawę z tego, jak niewiele osób mówiło o śmierci bez fałszywego patosu albo panicznego unikania tematu. To było zgoła wyjątkowe. Rozumiałem, o czym mówiła, aż za dobrze, sam także uważałem, iż nie chodziło nawet o sam ból, bo zestresowany organizm napędzany adrenaliną radził sobie z nim na różne sposoby - według niektórych kryteriów „normy” człowiek naszego pokroju przyzwyczajał się do różnych fizycznych traum znacznie szybciej, niż powinien - najgorsza była ta utrata sprawczości, świadomość, że wszystko nagle przestawało zależeć od ciebie, a zaczynało od tego, czy ktoś obok będzie wystarczająco szybki, silny albo zwyczajnie będzie miał szczęście. Ciało było zaskakująco wytrzymałe, jeśli tylko dało mu się odpowiednio dużo powodów do dalszego działania, znacznie gorzej znosiłem myśl, że nie mogłem zrobić absolutnie nic, podczas gdy inni musieli przejąć kontrolę nad sytuacją. Było w tym coś upokarzającego dla kogoś, kto przez większość życia był przekonany, że zawsze znajdzie jakieś rozwiązanie.
- Właśnie to jest najbalsiej popieldolone. - Odezwałem się po chwili, nie odrywając wzroku od tańczących na wietrze liści. - I tak, usdlowisiele są najgolsi. Nawet ci fajni. Zwłaszcza ci fajni, bo potlafią cię pszekonaś, sze zostanie w łószku jest losądnym pomysłem. To jusz zaklawa o manipulację. - Prychnąłem cicho pod nosem na wspomnienie Munga, bo akurat szpitale, zwykłe czy nawet polowe, należały do tych miejsc, które w moim mniemaniu skutecznie odbierały człowiekowi resztki godności - wystarczyło kilka dni zamknięcia w czterech ścianach, żebym znowu zaczął doskonale rozumieć, dlaczego niektórzy pacjenci próbowali uciekać oknem, i samemu bardzo poważnie rozważał możliwość pójścia w długą przy pierwszej lepszej okazji. Ostatecznie zadowoliłem się wyłącznie tarasem, ale… Sam fakt, że ktoś decydował za mnie, kiedy mogłem wstać, kiedy się położyć i czy mogłem wyjść na świeże powietrze, wydawał mi się wystarczającym powodem do rozpoczęcia małej rewolucji. Na szczęście miałem w tym sojuszniczkę…
Przez moment milczałem, przyglądając się liściom przesuwającym się po deskach pod wpływem wiatru, czułem pod palcami chropowatość drewnianych podłokietników, ciężar własnego ciała wciśniętego w krzesło i to przyjemne rozluźnienie, które pojawiało się dopiero wtedy, gdy ból przestawał być najgłośniejszą rzeczą. Zabawne, jak bardzo człowiek przyzwyczajał się do własnej sprawczości, dopóki jej nie tracił, dopiero wtedy zaczynał rozumieć, że niezależność nie jest czymś danym raz na zawsze.
- Heath, gdybyś nie miała najebane pod sufitem, to plawdopodobnie byśmy się nie kumplowali. - Odpowiedziałem po chwili zupełnie zbędnego, raczej przesadzonego namysłu. - Znaczy, obiektywnie pewnie jakiś usdlowiciel powiedziałby, sze powinnaś się leszyś. Ale ja nie jestem usdlowicielem, c’nie. - Zamilkłem na chwilę, zastanawiając się nad jej deklaracją, że niczego się nie bała, po czym machinalnie wzruszyłem ramionami - rozumiałem ją lepiej, niż powinienem, sam przez większość życia funkcjonowałem podobnie, z przeświadczeniem, że skoro do tej pory wychodziłem cało z różnych idiotycznych sytuacji, to pewnie tak już zostanie.
Na temat Śmierciożerców miałem natomiast zdanie niezmienne od lat, zjaranie nie zmieniało w tej kwestii absolutnie niczego, wychowałem się w domu, w którym pewne nazwiska wypowiadano z poważaniem, a pewnych poglądów nie należało kwestionować, trudno było mi jednak znaleźć w sobie choć odrobinę szacunku dla ludzi, którzy tak desperacko potrzebowali cudzej aprobaty, żeby usprawiedliwić własne okrucieństwo. Ironia mojego życia polegała na tym, że przez lata mieszkałem w towarzystwie człowieka, który bez wahania nazwałby ich czyny „heroicznymi”, byłem synem stuprocentowego Śmierciożercy, wychowanym wśród ludzi przekonanych o własnej wyższości, karmionym opowieściami o obowiązkach wobec rodu i odpowiedzialności za utrzymanie odpowiedniego porządku świata. Zacisnąłem szczękę na moment, nic nie potrafiło mnie aż tak rozdrażnić…
- Ktoś musi s nimi walczyś, to plawda. Ploblem polega tylko na tym, sze ludzie, któszy najbalsiej się do tego nadają, mają paskudny zwyczaj szusania się w sam ślodek gówna bez zastanowienia. Mówię to jako ktoś, kto zlobił dokładnie to samo więcej lasy, nisz powinien. C’nie. To jednak tlochę pszejebane. - Wzruszyłem ramionami, jakby chodziło o coś równie zwyczajnego jak wybór śniadania. - Poza tym… Wiesz, co jest najśmieszniejsze? Większość s nich uwasza się za bohatelów własnej histolii. - Powiedziałem bez cienia zawahania, po czym pokręciłem głową, wpatrując się gdzieś przed siebie. - Mogę cię zapewniś, nie budzą się lano s myślą, sze są potwolami. Selio. Nawet skulwysynom łatwiej jest byś skulwysynami, kiedy mają obok siebie innych skulwysynów. Myślą, sze latują świat, chlonią go pszed obcością, blonią czegoś wielkiego i wasznego. Mają swoje uzasadnienia, swoje ideologie, swoje piepszone tłumaczenia. Mówią, sze lobią to dla większego dobla, dla tladysji, dla pszeszłości, chuj, pszyszłości. I wmawiają to sobie wystalszająco długo, szeby potlafiś sobie usplawiedliwić absolutnie wszystko… - Milczałem przez kilka sekund, po czym westchnąłem ciężko. - A potem zakładają maski, boją się pokazaś twasz i atakują ludzi glupą. To jest ten moment, w któlym cały ten ich piepszony patos zaczyna się sypaś. Jeśli jesteś taki dumny ze swoich poglądów, to pokasz moldę i biesz za nie odpowiedzialność. - Potarłem kciukiem filtr skręta. - Tylko oni doskonale wiedzą, sze większość społeczeństwa nie chce mieś s nimi nic wspólnego. Dlatego chowają się za symbolami i walą w plecy. To łatwiejsze nisz pszysnanie, sze jest się zwykłym, sadystycznym skulwielem. - Wypuściłem powoli dym i przymknąłem oczy, przypominając sobie własną frustrację, to bezsilne wściekłe szarpanie się z losem napisanym mi przez ludzi, którzy mieli być moją rodziną, zaś teraz byli mi całkowicie obcy.
Przy jej słowach o życiu uśmiechnąłem się słabo i trochę wygodniej oparłem głowę o oparcie krzesła, trawa miała tę dziwną właściwość, że człowiekowi łatwiej było przyznać się do rzeczy, które normalnie kwitowałby żartem albo całkowicie przemilczał, skręt krążył między nami leniwie, moje myśli poruszały się mniej więcej w tym samym tempie, zahaczając o kolejne tematy bez pośpiechu, ale z tą osobliwą szczerością, która przychodziła łatwiej, kiedy człowiek był wystarczająco zjarany, żeby nie analizować każdego wypowiedzianego słowa. Patrzyłem przez moment na Heather, obserwując ją, gdy wystawiała twarz do słońca, po czym zmałpowałem ten gest, robiąc to z całkowitym przekonaniem, że należało wykorzystać każdą ostatnią porcję ciepła, zanim nadciągający listopad zacznie przypominać wszystkim mieszkańcom Wysp, dlaczego brytyjska pogoda cieszyła się taką, a nie inną reputacją.
- Piękna szyciowa filozofia. - Mruknąłem z uznaniem. - Zaskakująco tlafna, swoją dlogą. - Potarłem kciukiem bok żarzącego się skręta, przyglądając się przez moment swoim dłoniom, byłem obolały i zmęczony, ale żywy, a to ostatnio zaczynało mieć dla mnie coraz większe znaczenie. Świat był pełen rzeczy strasznych, przytłaczających, makabrycznych i niesprawiedliwych, ale właśnie dlatego takie chwile miały znaczenie, człowiek nie walczył po to, żeby bohatersko umrzeć, walczył po to, żeby później móc siedzieć na słońcu i gadać o kompletnych bzdurach z ludźmi, których szkoda byłoby już więcej nie zobaczyć. Ona miała swojego Camisia, ja moją żonę, ktoś inny miał dzieci, przyjaciół albo psa, którego nikt inny nie potrafił przekonać do brania lekarstw… Są ludzie, których szkoda zostawić. Są sprawy, które obiecałeś załatwić. Są miejsca, do których chciałeś wrócić. To wszystko wydaje się absurdalne w chwili, kiedy próbujesz nie umrzeć, ale jednocześnie zdążyłem się już przekonać, że w ostatecznym rozrachunku właśnie to trzyma cię przy życiu. To, że ktoś będzie za tobą tęsknił. Ktoś będzie musiał przejąć twoje obowiązki. Ktoś będzie się zastanawiał, czy powiedział ci wszystko, co chciał powiedzieć…
Spojrzałem ponownie na ogród, na liście przesuwające się po trawie pod wpływem chłodniejszego już wiatru, mimo wszystko czułem się dziwnie spokojny.
Na pociągnięcie wzmianki o islandzkich kamieniach uniosłem brew.
- Nie mówię, sze kaszdy kamień cię pszeklnie za obsikanie. - Podkreśliłem z jawnym rozbawieniem. - Ale gdybyś miała pecha i tlafiła na ten jeden konkletny, któly od pięciuset lat jest pszedmiotem lokalnego kultu, mogłoby się zlobiś niezlęsznie. - Uśmiechnąłem się szerzej. - Dlatego podstawowa zasada podlószowania bszmi „nie szczaj na szeszy, któlych pszesnaszenia nie jesteś pewna”. - Zaśmiałem się cicho pod nosem. - To kolejna zaskakująco uniwelsalna szyciowa mądlość. - Dodałem.
Spojrzałem na nią z ukosa, kiedy zaczęła błagać o zabranie jej kiedyś na podobną wyprawę - miała ten wyraz twarzy, który zwiastował kłopoty, ten sam, który widywałem u siebie w lustrze na chwilę przed podjęciem kolejnej głupiej decyzji.
- Nie. - Odpowiedziałem odruchowo, po czym skrzywiłem się lekko, bo brzmiałem fatalnie. - Kulwa. - Poprawiłem się, przeczesując dłonią włosy. - Znaczy się… Ja nie jeżdżę tam plowokasyjnie szczaś na głazy, c’nie? Jadę tam dlatego, sze ktoś znalazł coś, czego absolutnie nie powinien był luszaś, a telas potszebuje kogoś wystalszająco głupiego, szeby poszedł splawdziś, czy da się to odklęciś. - Wskazałem na siebie kciukiem. - Nie patsz tak na mnie, bo jeszcze pomyślę, sze to dobly pomysł. A to plawdopodobnie nie jest dobly pomysł. - Powinienem był odmówić, powiedzieć, że to niebezpieczne, nieodpowiedzialne i że rozsądni ludzie nie zabierają znajomych do przeklętych ruin, problem polegał na tym, że sam nigdy nie należałem do rozsądnych ludzi… - To znaczy… Kulwa. Zaleszy dokąd. - Potarłem dłonią twarz. - Naplawdę nie masz instynktu samozachowawczego, c’nie. Nie potszebujesz jeszcze klątwołamacza, któly pokasze ci nowe sposoby lysykowania szycia. - Stwierdziłem z pewnym uznaniem w głosie, gdyż obraz Heather wpadającej przypadkiem w konflikt z pradawną skałą był jednocześnie bardzo prawdopodobny, absurdalnie zabawny i dziwnie niepokojący. Wystarczył jeden zły dzień, jeden niewłaściwy zakręt, jedno zaklęcie rzucone o sekundę za wcześnie albo za późno…
Milczałem przez kilka sekund, po czym westchnąłem ciężko, bo jednak przecież byłem sobą, zgrywanie mądrzejszego, bardziej racjonalnego kolegi nie było moją domeną.
- Ale jak jusz wydobszeję i tlafi się coś naplawdę ciekawego, to moszemy o tym pogadaś. - Mruknąłem w końcu, wiedząc doskonale, że właśnie popełniłem błąd.
Spojrzałem jeszcze raz w niebo, które mimo wszystko pozostawało zadziwiająco błękitne jak na październik.
- U nas akulat były sleblne. - Rzuciłem odruchowo, po czym sam się zaśmiałem. - Chociasz nie będę kłamał. - Mruknąłem leniwie. - Do pewnego momentu fajnie było dolastaś w pszekonaniu, sze jak coś się zepsuje, to ktoś inny to naplawi. Wylywanie się schematom jest głównie odklywaniem, sze tym kimś jesteś niestety ty.
Dopiero w Hogwarcie dotarło do mnie, że nie wszyscy mieli takie doświadczenia jak ja, nie wszyscy mieli kryształowe żyrandole, zagraniczne kontakty i poczucie, że świat stał przed nimi otworem, dla wielu ludzi otworem stały co najwyżej drzwi do pracy, do której musieli iść zaraz po skończeniu szkoły.
Przymknąłem oczy, wsłuchując się w szelest liści i odległy śpiew ptaków, mimo całego chaosu, który nieustannie przewijał się przez nasze życia, mimo wojny, Śmierciożerców, klątw i wszystkich idiotycznych decyzji, które regularnie podejmowaliśmy, ten moment był zaskakująco dobry.
- Nom. - Przyznałem w końcu, zerkając na nią kątem oka. - W kaszdej glupie jest ktoś losądny, ktoś pojebany i ktoś, kto legulalnie pakuje wszystkich w kłopoty. Czasem, jeśli ma się wyjątkowego pecha, okazuje się, sze jest się wszystkimi tszema osobami jednocześnie. To dopielo chujowe olśnienie. - Kącik moich ust uniósł się odrobinę wyżej.
- Nom. Mosze i faktycznie las na jakiś czas walto poświęciś suty dla pladawnej magii. - Przyznałem z udawaną powagą. - Ale tylko wtedy, kiedy ta pladawna magia jest naplawdę, naplawdę zajebista. - Uśmiechnąłem się pod nosem, nie otwierając całkowicie oczu.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Gówniara z miotełką
Nie strasz, nie strasz, bo się zesrasz.
wiek
21
sława
VI
krew
półkrwi
genetyka
klątwa żywiołów
zawód
BUMowiec
Heather mierzy 160 cm wzrostu. Jest bardzo wysportowana, od dzieciaka bowiem lata na miotle, do tego zawodowo grała w quidditcha. Włosy ma rude, krótkie, nie do końca równo obcięte - gdyż obcinał je Charlie po tym, jak większość spłonęła podczas Beltane. Twarz okrągłą, obsypaną piegami, oczy niebieskie, czają się w nich iskry zwiastujące kolejny głupi pomysł, który chce zrealizować. Porusza się szybko, pewnie. Ubiera się głównie w sportowe rzeczy, ceni sobie wygodę. Głos ma wysoki, piskliwy - szczególnie, kiedy się denerwuje. Pachnie malinami.

Heather Wood
#9
15.06.2026, 08:04  ✶  

- Tak, coś o tym wiem. - Nie miała wtedy szczególnego wyboru, bo zbyt wiele osób widziało jej upadek, poległa podczas walki do której doszło w czasie sabatu. Wpakowała się w samo centrum cyklonu i niczego nie żałowała, wręcz przeciwnie - była dumna z tego, że walczyła do samego końca, nawet jeśli wiązało się to z tym, że czołgała się po ziemi, aby pomóc Moody, która być może nawet nie potrzebowała jej pomocy. Nie poddała się - to było dla niej najbardziej istotne, nie wybaczyłaby sobie gdyby tak po prostu odpuściła, to że nie wszystko poszło po jej myśli - zdarzało się nawet najlepszym.

- Na szczęście zawsze znajdzie się ktoś, kto może umilić Ci czas podczas rekonwalescencji. - Dzisiaj była to ona. Całkiem szybko podjęła decyzję o tym, że się u niego pojawi, bo wiedziała jak to jest. Kiedy leżało się w łóżku ściany dosyć szybko zaczynały gadać, nastrój padał i nie chciało się niczego. Uwiązanie do łóżka mogło przytłaczać. Pamiętała, jak bardzo potrzebowała towarzystwa, gdy sama znalazła się w podobnej sytuacji, wiec nie wahała się nawet przez chwilę przed tym, by się tutaj pojawić. Mogła mu dać odrobinę rozrywki, no sama w sobie była rozrywką i doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Nie należała do nudnych osób. Być może Benjy był przyzwyczajony do nieco większych wrażeń, ale jej obecność dzisiaj musiała mu wystarczyć.

- i dobrze, że nie jesteś, bo mam już jednego blisko siebie i więcej chyba bym nie dźwignęła. - Zdecydowanie wystarczył jej jeden lekarz tuż obok, gdyby pojawił się kolejny to chyba by ocipiała, a może ochujała, kto ją tam właściwie wiedział. Rozumiała troskę o jej stan zdrowia, jednak nigdy nie należała do osób, które lubiły na siebie chuchać, raczej w drugą stronę. - Cieszę się, że to jest coś, dzięki czemu się kumplujemy. - Nie każdy rozumiał jej popierdolenie, wręcz przeciwnie, mało kto wydawał się być zachwycony jej podejściem do życia, a tu nagle, zupełnie niespodziewanie spotkała kogoś, kto to tak po prostu akceptował i sam był nieźle pojebany, nie mogło jej się trafić lepiej.

- Czy ja wiem, czy to jest takie najgorsze? Brak zastanowienia przynosi element zaskoczenia, czasem dobrze być nieprzewidywalnym. - Zawsze to jakiś plus, czyż nie? - No i wiesz, są ludzie, którzy się tym zajmują, to nie tak, że sama się pakuje między tych złych. - Wzruszyła jeszcze ramionami, bo niektóre z tych działań były zaplanowane, wiedzieli kogo i gdzie mają szukać, ktoś tam coś planował, a ona się do tego dostosowywała, nawet zdarzyło jej się słuchać rozkazów. Czy przypadkiem wspomniała mu o Zakonie Feniksa? Być może, ale przecież mogła mu ufać.

- Widzisz, a niby to ja jestem popierdolona, oni robią to, co każe im samozwańczy przywódca, niby wszyscy są tacy ważni, a jak przychodzi co do czego to chowają głowy w piach. Strasznie to słabe, bo przecież magia sama wybiera swoich ludzi, jak dla mnie to boją się tego, że tacy jak ja im coś zabiorą, zresztą mają się czego bać, doskonale się tu odnaleźliśmy. - Ruda zdecydowanie nie wstydziła się swojego pochodzenia, mimo, że niektórzy próbowali udowodnić jej, że jest gorsza. Jej rodzina całkiem nieźle sobie radziła, odnalazła swoje miejsce, swoją niszę, byli bardzo znani wśród czarodziejów, wiedziała, że przeszkadzają czystokrwistym, bo inaczej nie zaatakowali by ich sklepu w 1971.

- Jeszcze kiedyś ich wszystkich dorwę. - Powiedziała uśmiechając się przy tym od ucha do ucha, naprawdę w to wierzyła, bo każdy powinien ponosić konsekwencje swoich czynów, a tamci zdecydowanie już dawno przekroczyli granicę.

- Czasem zdarza mi się powiedzieć coś mądrego. - Być może niezbyt często, ale wiedziała, że ma jakieś swoje racje, które warto mówić głośno. Nie każdy zgodziłby się z jej podejściem i miał do tego prawo, jakoś jej to zbytnio nie przeszkadzało. Grunt, że sama wiedziała, czego chce od życia.

- Zapamiętam ją, bo w sumie to coś nowego. - Powinna wcześniej pomyśleć o czymś podobnym, nie zastanawiała się jednak nad tym, czy jakiś kamyk, gdzieś daleko może obrazić się za obszczanie go, w sumie pewnie i tutaj były podobne kamyki, więc zamierzała potraktować tę radę bardzo poważnie. Już miała swoją klątwę i nie potrzebowała żadnej kolejnej.

Na jego nie wyprostowała się na krześle. Patrzyła bardzo intensywnie na twarz mężczyzny. Tak po prostu jej odmówił? Poczuła się jakby nie chciał ją zabrać na plac zabaw i nie było to przyjemnym uczuciem.

Słuchała tego, co miał jej do powiedzenia i była nieco zaskoczona. Na szczęście miała wrażenie, że być może jakoś uda jej się namówić go do tego, by zmienił zdanie. - Dobra, skoro Ty możesz być głupkiem, który będzie to odkręcał, to niby dlaczego ja też nie mogę być takim głupkiem? - Bądźmy głupkami razem, czy coś. No nie mógł jej przecież tego zabronić. - Jestem głupkiem tutaj, mogę być i gdzieś indziej. - Najwyraźniej wcale jej to określenie nie irytowało. Doskonale wiedziała, że niektórzy mogą ją nazywać w taki sposób, bo często podejmowała nieprzemyślane decyzje, grunt, że w swoim mniemaniu zawsze miała wszystko pod kontrolą.

- Wiesz, że to nie musi być super ciekawe? Normalnie zdarza mi się wlepiać mandaty za źle zaparkowane miotły, ostatnio jest nieco lepiej, bo sporo się dzieje, ale podejrzewam, że kiedyś się to skończy, no na pewno się skończy bo przecież w końcu dorwiemy tych śmierciożerców, podejrzewam, że się wtedy zanudzę, nie znoszę nudy, muszę poszukać jakiejś alternatywy i zobacz, pojawiłeś się Ty to jakiś znak. - Jego opowieści były naprawdę ciekawe, podejrzewała, że nie narzekał na nudę i jej to imponowało, bo Wood kochała ryzyko. - Niby mogę wrócić do grania, ale to też pewnie mnie znudzi, potrzebuję bodźców. - Musiała czuć, że żyje, bo inaczej dość szybko zaczynała gasnąć, mimo młodego wieku doskonale zdawała sobie z tego sprawę.

- i bez klątwołamacza znajduję nowe sposoby na ryzykowanie życia, wiesz, to nie tak, że siedzę tylko w ministerstwie, gdyby tak było to już dawno bym to rzuciła z pizdu, tam znalazłam sobie coś nowego do robienia w czasie wolnym. - Nie wspominała o ludziach, nie wydawali się szczególnie istotni, liczył się cel. - Po godzinach też walczę z czarnoksiężnikami, nieoficjalnie. - Uniosła głowę do góry, bo była z tego powodu niesamowicie dumna, wiedziała, że nie każdy miałby w sobie tyle odwagi co ona. Nie miała też najmniejszego problemu z tym, by podzielić się z nim tym faktem, od samego początku czuła, że może mu ufać, nigdy tak szybko nikomu nie wspominała o swoich tajemnicach, a jednak tutaj było zupełnie inaczej.

- Ja się w sumie im nie wyrwałam. Mam spoko rodziców, wiesz? Nigdy nie mogłam narzekać, lubię te nasze złote klamki, i lubię mieć kasę, nigdy nie myślałam o tym, żeby tak po prostu to zostawić. - Nie przeszkadzało jej bycie córką Elizabeth Wood, wręcz przeciwnie korzystała na swoich rodzinnych koneksjach, zwłaszcza, że nikt nie wymagał od niej tego, że się dostosuje, pozwalano jej podejmować swoje własne decyzje, więc nie było powodu dla którego miałaby odrzucić to wszystko.

- Śmieszne, że też byłeś bananem. - Najwyraźniej łączyło ich więcej, niż mogłaby się spodziewać, tyle, że on zdecydowanie podążył inną drogą, pewnie nie miał tak lekko jak ona, potrafiła to nawet zrozumieć, bo przecież nie musiała szukać daleko, jeden z jej najbliższych przyjaciół też zostawił wszystko za sobą i zaczął nowe życie odcinając się od swojej rodziny, bo była naprawdę paskudna.

- Da się być tymi trzema osobami jednocześnie? - Wiedziała jaką rolę sama miałaby w takiej trójce znajomych, być może z czasem mogłoby się okazać, że faktycznie dałoby się być wszystkim jednocześnie, chociaż nie umiałaby chyba określić się jako ktoś rozsądny, ale to wcale nie musiało przecież dotyczyć jej, czyż nie?

- A da się tak od razu stwierdzić, czy jest na tyle zajebista, żeby ryzykować? - to było ważne pytanie, być może jego doświadczenie powodowało, że już miał na to jakiś sposób.

Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#10
23.06.2026, 21:24  ✶  
Przez chwilę obracałem skręta między palcami, angażując się w naszą rozmowę z całym skupieniem, na jakie było mnie aktualnie stać - nie było ono może imponujące, bo część mojego mózgu zajmowało obserwowanie liścia, który od dobrych kilkunastu sekund próbował zdecydować, gdzie chce wylądować, ale ogólny sens łapałem i starałem się go nie zgubić. Zaciągnąłem się jeszcze raz, oparłem łokieć o poręcz fotela, po czym wypuściłem dym powoli przez nos, korzystając z tego, iż akurat to właśnie Heather teraz mówiła, mogłem być zatem przez chwilę cicho. Słuchałem jej jednak z tym specyficznym rodzajem zaangażowania, który przychodził łatwiej po trawie, kiedy człowiek nie próbował jednocześnie myśleć o piętnastu rzeczach naraz. Opowiadała o wszystkim bez cienia żalu, zupełnie normalnie - lub „nienormalnie”, jak na ogólne standardy innych ludzi, ale kto by się tym przejmował, skoro my się rozumieliśmy - z tą charakterystyczną dla siebie dumą, która nie wynikała z braku świadomości konsekwencji, tylko z przekonania, że postąpiła właściwie. Rozumiałem to lepiej, niż powinienem, było coś niepokojąco znajomego w sposobie, w jaki mówiła zarówno o bezsilności wobec utraty kontroli nad sytuacją, jak i o ryzykowania własnym życiem, by pomóc komuś innemu, mimo że sama ledwo trzymała się przy życiu - niektórzy ludzie po prostu byli skonstruowani w taki sposób, nie zatrzymywali się, dopóki nie zabrakło im sił, Wood zdecydowanie była jedną z nich.
Kącik ust uniósł mi się odrobinę wyżej, kiedy wspomniała o umilaniu rekonwalescencji, uśmiechnąłem się lekko, lecz wymownie - miała rację - dom był cichy, może nawet za cichy, gdy spędzało się czas na byciu więźniem własnej sypialni. Wbrew stwarzanym przeze mnie pozorom, w normalnych okolicznościach naprawdę doceniałem spokój, ale kilka dni przykucia do łóżka wystarczyło, żeby człowiek zaczął tęsknić nawet za najbardziej absurdalnymi rozmowami - prawda była taka, że gdyby nie ci, którzy pojawiali się od czasu do czasu, wnosząc trochę chaosu, osoby mojego pokroju bardzo szybko zaczynałby rozmawiać z własnymi ścianami, a ściany, jak się okazywało, nie były szczególnie błyskotliwymi rozmówcami. Ich jednolite, męczące oczy kolory nakłaniały za to do całkiem chujowych pomysłów, zwłaszcza jeśli było się przyzwyczajonym do ciągłego ruchu. W pewnym momencie byłem nawet skłonny rozważać reorganizację szuflad tylko po to, żeby poczuć, że nadal miałem wpływ na cokolwiek - na szczęście wkroczyła ona…
Zaciągnąłem się głęboko, zanim przekazałem jej magicznego papierosa, czując przyjemne rozluźnienie rozlewające się po moim ciele. Przez dłuższą chwilę siedziałem w ciszy, z głową opartą o drewniane oparcie fotela i skrętem przytrzymywanym między palcami, wsłuchując się w jej głos oraz szelest liści przesuwanych po tarasie przez coraz chłodniejszy wiatr. Miałem wrażenie, że świat zwolnił do tempa, które wreszcie było znośne, nie było pośpiechu, nie było kolejnych zleceń, cudzych oczekiwań ani potrzeby udowadniania czegokolwiek komukolwiek, byliśmy tylko my, jesienne słońce i to charakterystyczne poczucie ulgi, które pojawiało się, kiedy człowiek uświadamiał sobie, że tym razem jednak nie umarł, a jego stan polepszał się z dnia na dzień.
- To dobsze, bo ja bym się do tej loboty kompletnie nie nadawał. - Skrzywiłem się teatralnie. - Mam za mało cielpliwości do ludzi, któszy nie stosują się do zaleceń. A poniewasz sam nie stosuję się do zaleceń, byłbym hipoklytą najwyszszej klasy w zaklesie, któly mnie kompletnie nie intelesuje. - Nie powiedziałem tego z poczuciem wstydu czy z żalem, lecz raczej wręcz przeciwnie - tonem człowieka, który z perspektywy czasu dostrzegał, jak bardzo był nieznośny na wielu płaszczyznach, więc nie potrzebował kolejnej, aby udowadniać swoją wszechstronność w byciu upierdliwym. - No i właśnie dlatego nie będę ci piepszył, sze powinnaś siedzieś s boku. - Mruknąłem, podobało mi się to, że żadne z nas nie miało tych uzdrowicielskich zapędów. - Oboje wiemy, sze gdybyś mogła cofnąś czas, lobiłabyś dokładnie to samo. Mose tlochę mądszej, mose s lepszym planem, ale i tak władowałabyś się w sam ślodek lospieldolu. Nie chciałbym cię leczyś. Za nic. - Parsknąłem pod nosem - to było tak bardzo, cholernie znajome - niektórym ludziom po prostu nie wychodziło stanie i patrzenie, podczas gdy inni mieli problem, no, chyba że sami go wywoływali, ale przecież też już byli wtedy zaangażowani, tak z automatu. - Zlesztą… Mój staly to usdlowisiel. - Dodałem, trochę ni stąd, ni zowąd, kolejny raz krzywiąc się teatralnie, z miną człowieka, który właśnie wyznał coś bardzo osobistego. - Na szczęście dla wszystkich zaangaszowanych, nie plóbował zlobiś ze mnie ani swojego następcy, ani plotegowanego w tej matelii. Nie stalał się nawet plóbowaś wpoiś mi, sze powinienem pójść w jego ślady. Absolutnie kulwa nie. - Miałem wiele do zarzucenia temu człowiekowi, ale zawsze myślałem, że był wystarczająco inteligentny, żeby zrozumieć, że chłopak z moim poziomem cierpliwości nie powinien mieć regularnego dostępu do cudzych narządów wewnętrznych. - Chociasz… Co zabawne, pszes jakiś czas stlaszyłem pewną pannę, sze pójdziemy lasem na stasz do Munga. - Uśmiechnąłem się szerzej. - Była absolutnie zatlwoszona tą wizją. Podejszewam, sze sama koncepcja spędzenia ze mną kilkunastu miesięcy w szpitalu była pszes nią wewnętsznie kwalifikowana jako toltula psychiczna, więc sprawiało mi to niesdlową ilość satysfakcji. - Pokręciłem głową z rozbawieniem. - Szczesze mówiąc, tlochę za tym tęsknię. Za tym etapem, kiedy była święcie pszekonana, sze jestem największą szalańszą, jaką wydał ten świat. Jusz nie daje się tak łatwo wklęcaś. - Przyznałem po chwili, również bardzo szczerze. - Muszę szukaś innego pomysłu, by się odglyść za medyczne znęcanie. Na szczęście jestem kleatywny. - Tu już całkiem świadomie wyszczerzyłem zęby, czując coraz lepszy humor. Jesienne słońce przyjemnie ogrzewało moją twarz, było świetnie, chociaż w powietrzu było już coś ostrego - zapowiedź zimna, które miało przyjść niezależnie od tego, czy byliśmy na nie gotowi…
Przesunąłem spojrzeniem po jej twarzy, kiedy wspomniała o naszych wspólnych „ulubionych” osobach - przy wzmiance o organizowaniu działań przeciwko czarnoksiężnikom w bardziej uporządkowany sposób uniosłem brew, ale nie skomentowałem tego od razu. Byłem jednak zbyt zjarany, żeby udawać głupszego, niż byłem, spojrzałem więc na nią kątem oka, bardzo wyraźnie mrużąc powieki. Znałem aurorów, znałem łamaczy klątw, znałem ludzi, którzy z własnej inicjatywy pakowali się tam, gdzie inni nie chcieli zaglądać. I… Znałem Heather Wood. Najwyraźniej całkiem dobrze ją poznawałem.
- W ogóle nie bszmisz jak ktoś, kto planuje zemstę od kilku lat. - Zauważyłem sucho. - Zupełnie nic a nic. - Spojrzałem na nią znacząco. Heather mówiła o swoich planach z takim uporem, jakby sama przed sobą próbowała udowodnić, że cudza przewaga liczebna i skłonności do stosowania najgorszego sortu czarnej magii oraz zagrywek niegodnych normalnych ludzi nie miały znaczenia. Rozumiałem to aż za dobrze, bo sam od lat robiłem dokładnie to samo - nie musiałem też nawet pytać, co jej kiedyś zrobili, by tak mocno się na nich fiksowała - nie chodziło o to, że coś się stało, chodziło o to, żeby nie pozwolić temu jednemu wydarzeniu definiować wszystkiego, co przyszło później.
- To zdecydowanie bszmi natomiast tak, jakbyś znała więcej szaleńców podobnych do siebie. - Dodałem spokojnie, w sumie mnie to nie dziwiło - ludzie z podobnym stopniem popierdolenia mają tendencję do odnajdywania się nawzajem, jak jakieś pieprzone ptaki migrujące, życie było dziwne - wychowywałem się w domu, gdzie wszystko miało swoje miejsce, swoje zasady i swoje oczekiwania, a ostatecznie najlepiej dogadywałem się z ludźmi, którzy te zasady mieli głęboko w dupie.
- No, coś mi mówi, sze nie naleszysz do ludzi, któszy siedzą gszecznie, manifestują konsekwencje i czekają, aż kalma wlósi. - Mruknąłem z cieniem rozbawienia, zerkając na nią kątem oka. Wydawało mi się, że nawet gdyby odpadła jej noga, to próbowałaby nią jeszcze kogoś rzucić, była pojebana i mówiłem to z pewnym szacunkiem, bo sam prawdopodobnie zrobiłbym dokładnie to samo. Kącik ust uniósł mi się lekko. To chyba nie było najmądrzejsze podejście do życia, ale przynajmniej człowiek nie mógł sobie później zarzucić, że nie próbował. - Tylko uwaszaj, szebyś kiedyś nie obudziła się s pszekonaniem, sze musisz ulatowaś wszystkich. To lobota na pełen etat i chujowe nadgodziny. - Wypowiadałem się z pełnym przekonaniem, chociaż nigdy nie było mi nawet blisko do bohatera. Na temat Śmierciożerców miałem jednak więcej przemyśleń, niż zwykle chciałem komukolwiek serwować, a trawa skutecznie osłabiała mój instynkt unikania niewygodnych tematów - kiedy zaczęła mówić o pochodzeniu, o tym, że magia wybiera swoich ludzi, poczułem znajome ukłucie czegoś nieprzyjemnego. Wychowanie robiło z człowiekiem dziwne rzeczy, nawet jeśli dawno przestało się wierzyć w to, co próbowano mu wpoić. Moi najbliżsi krewniacy wyznawali przekonanie, jakoby byli predestynowani do czegoś wielkiego, a potem zakładali maski, bo bali się konsekwencji własnych czynów… Ciężko było przejść z tym do porządku dziennego, nawet jako dorosły, odcięty od tego człowiek.
Na szczęście, bądź też nie, zboczyliśmy z tego tematu na islandzkie głazy i szczanie.
- Zapamiętaj tę ladę. - Odpowiedziałem z powagą, która nie pasowała do tematu rozmowy. - Są szesy, któlych nie naleszy lizaś, dotykaś ani na nie sikaś. Klątwołamacze uczą się tego balso szybko albo balso boleśnie. - Przytaknąłem. - A ja nie chciałbym mieć na sumieniu infolmasji, sze pszes moje niejednoznaczne opowieści ktoś tak zajebisty oblasił pladawną skałę i spędził lesztę szycia s klątwą powodującą pelmanentne swędzenie dupy. - Zaśmiałem się cicho. Było coś uspokajającego w tym, jak rozmawialiśmy o rzeczach, które dla większości ludzi byłyby źródłem koszmarów - Heather nie bagatelizowała niebezpieczeństwa, po prostu przyjmowała je jako część rzeczywistości, z którą należało się liczyć - rozumiałem to aż za dobrze, sam przecież przez lata właziłem tam, gdzie inni ludzie odwracaliby się na pięcie, tłumacząc sobie, że to tylko praca, że ktoś musi to zrobić, że przecież znałem się na tym lepiej niż większość… Prawda była znacznie mniej szlachetna, po prostu lubiłem ten moment, w którym serce waliło człowiekowi o żebra, a świat wyostrzał się do granic możliwości, nie znaczyło to jednak, że tak łatwo miałem dopuścić do siebie opcję zostania czyimś katalizatorem.
- Wooood - Westchnąłem ciężko, przeciągając jej nazwisko. - Ploblem polega na tym, sze ja jestem zawodowym głupkiem. Dostaję za to pieniądze. Mam licencję… - Zawahałem się, bo to częściowo było kłamstwo. - Powiedzmy… Lefelensje… No… Lata plaktyki w podejmowaniu fatalnych decyzji. - Rozłożyłem ręce, kiedy jednak wspomniała o mandatach za źle zaparkowane miotły, spojrzałem na nią z autentycznym współczuciem. - O cholela. - Skrzywiłem się. - To faktycznie bszmi jak coś, od czego mosna umsześ s nudów. - Nie fizycznie, tylko duchowo, a to było jakieś sto razy gorsze. - Nookej. Masz mnie… - Potarłem dłonią twarz, nie mówiłem „nie” - mówiłem „zobaczymy’’ - w końcu rozumiałem, o czym mówiła, co też przyznałem po chwili, niektórzy potrzebowali spokoju, inni potrzebowali bodźców. Ja sam bardzo szybko zaczynałem wariować, kiedy przez zbyt długi czas nic się nie działo, właśnie dlatego regularnie lądowałem w miejscach, o których rozsądni ludzie mówili „absolutnie kurwa nie”.
Przyglądałem jej się przez chwilę, gdy mówiła o swoich rodzicach - młoda, bogata dziewczyna z dobrego domu mogła spędzać życie na przyjęciach i wydawaniu rodzinnych pieniędzy, a zamiast tego najwyraźniej regularnie pakowała się w miejsca, gdzie latały zaklęcia bojowe. Brzmiało całkiem znajomo.
„Mam spoko rodziców, wiesz?” - mimowolnie parsknąłem, kiedy usłyszałem te słowa - obróciłem brodę w jej stronę i przez moment patrzyłem na nią z miną człowieka, który właśnie usłyszał coś wyjątkowo zabawnego, a potem pokręciłem lekko głową. Trawa zdecydowanie nie pomagała mi zachowywać powagi, a ten konkretny temat aż prosił się o komentarz, zwłaszcza kiedy sama podkładała mi takie piłki.
- Heathel, błagam cię. - Oparłem się wygodniej o krzesło, wciąż szczerząc się pod nosem. - Pszeciesz jusz ci mówiłem, dogłębnie znam Twoją Stalą. Nie musisz mi jej leklamowaś. - Odpowiedziałem z całkowicie niewinnym wyrazem twarzy, chociaż rozbawienie było aż nazbyt wyczuwalne w moim głosie, wspomnienie własnego dzieciństwa wywołało we mnie natomiast mieszankę zażenowania i rozbawienia.
- O Mellinie, byłem oklopny. - Przyznałem bez większego oporu. - Gdybyś poznała mnie jako piętnastolatka, najplawdopodobniej chciałabyś wyjebaś mi w zęby. I uczciwie? Miałabyś pełne plawo. - Odchyliłem głowę do tyłu i spojrzałem w niebo. Nadal miałem pewne bananowe odruchy, których nie byłem świadomy, dopóki ktoś mi ich nie wytknął, niektóre rzeczy zostawały w człowieku na długo, nawet jeśli robił wszystko, żeby się ich pozbyć. Pewnych przyzwyczajeń bardzo trudno było się oduczyć, szczególnie jeśli przez większość życia ktoś rozwiązywał twoje problemy odpowiednią ilością galeonów.
Przy pytaniu o możliwość bycia trzema osobami naraz zaśmiałem się cicho.
- Oczywiście, sze się da. - Odpowiedziałem bez wahania. - Wszystko zaleszy od dnia tygodnia i ilości wypitego alkoholu. - Spojrzałem na nią z rozbawieniem, lekko wzruszywszy ramionami, słońce przyjemnie grzało mój policzek, gdzieś w oddali zaszczekał jeden z psów, a ja pomyślałem, że dawno nie miałem tak zwyczajnego popołudnia. Takiego, podczas którego największym problemem było to, czy zdążymy wypalić kolejnego skręta, zanim zrobi się naprawdę zimno.
- A co do tej zajebistej magii… - Mruknąłem po chwili. - Nie. Nie da się stwielsiś od lasu. Jeśli ktoś tak gada, jest jebanym pozelem. Gdyby się dało, moja lobota byłaby duszo plostsza. Najczęściej dowiadujesz się, czy było walto lyzykowaś, dopielo wtedy, kiedy jest jusz za późno, szeby się wycofaś. - Uśmiechnąłem się pod nosem, pocierając kark dłonią. - Ale w tym jest cały fun. - Podejrzewałem, że właśnie dlatego tak wielu ludziom to się podobało, mi na pewno.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (7378), Heather Wood (4077)


Strony (2): 1 2 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa