• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Ulica Pokątna v
« Wstecz 1 … 5 6 7 8 9
[25 kwietnia '72] Castiel & Fergus, sklepiki przy Pokątnej

[25 kwietnia '72] Castiel & Fergus, sklepiki przy Pokątnej
Łamacz Klątw i Naukowiec
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Najbardziej cywilizowany z rodu Flintów. Mierzy 176 cm wzrostu, niebiesko-zielone oczy, pokazuje się zawsze gładko ogolony. Nie podnosi głosu, mówi spokojnie i ma problem z utrzymaniem kontaktu wzrokowego.

Castiel Flint
#1
21.12.2022, 19:37  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.01.2023, 14:00 przez Morgana le Fay.)  
Rozliczono - Fergus Ollivander - osiągnięcie "Piszę, więc jestem"

Po ciągnących się w nieskończoność dwóch tygodniach odezwał się do Fergusa bardzo spontanicznie i w dodatku tradycyjnie - listem. Nie widzieli się przez ten czas co teoretycznie nie było niczym nadzwyczajnym. Tak naprawdę aż go ściskało na myśl, że się dzisiaj zobaczą. Co się zmieniło przez ten czas? Czy choć raz pomyślał o tym, co się wydarzyło tamtego poniedziałku? Może zapomniał, może potraktował to jako po prostu miły dzień? Castiel gryzł się z tym przez półtora tygodnia co znacząco odbiło się na jego pracy. W każdej wolnej chwili myślał o tym zatrważającym odkryciu swojej drugiej natury - i to nie tej wodnej, bo to oczywiste, że Flintowie są obłąkani w zbiornikach wodnych. Miał na myśli to odkrycie przyciągania do drugiego mężczyzny. To była niczym scena z horroru - bał się ale chciał w tym uczestniczyć to oglądać, analizować i wyrażać opinię na temat ulubionych aktorów oraz poszczególnych scen. Zapychał głowę innymi zajęciami i jako tako to działało. Nie otrzymał od Olivandera żadnego listu czy oznaki życia więc zaczynał się martwić. Nie potrafił sformułować na głos tego zmartwienia a tym bardziej wyrazić przyczyny. Z tego powodu znienacka ogłosił spotkanie i nawet nie chciał słyszeć odmowy bo wtedy dopadnie go taki wysoki stres, że tego nie zniesie. Odrzucenie?
Nie był na to gotowy a jednak zmuszał do spotkania po to aby zobaczyć czy Fergus go odrzucał czy tylko może źle zinterpretował jego milczenie.
Nie musiał się deportować bo ich miejsca pracy znajdowały się na tej samej ulicy. Musiał przejść tylko jedną przecznicę, od banku do sklepiku z różdżkami. Zajęło mu to całe trzydzieści sekund. Nie wchodził jednak do środka a tylko zmrużył oczy, zerkając przez zamgloną szybę do wnętrza sklepu. Nie zauważył tam nikogo co go trochę zaniepokoiło. Wcisnął ręce do kieszeni szaty i czekał na chodniku bowiem za trzy minuty mieli się dokładnie tutaj spotkać. Coś się w nim skręcało na myśl, że zostanie wystawiony do wiatru. Zastukał butem o kostkę brukową i rozglądał się po uliczce. Nabrał ochoty na papierosy, mimo że dotychczas nie miał takowego w ustach. Ot, potrzebował czegoś na rozluźnienie. Dłonie miał bardzo zimne i to nie z powodu pogody (było duszno, pochmurno ale względnie ciepło) a zdenerwowania. Nie patrzył więcej na sklepik aby nie wyjść na nadgorliwego. To ma być szybkie spotkanie, zaplanowane przez niego szczegółowo. Nie będzie zabierać mu za wiele czasu, raptem tylko godzinę. Zerknął na zachmurzone niebo, żywiąc nadzieję, że deszcz ominie uliczkę Pokątnej.
"Toby"
There's a starman waiting in the sky
He'd like to come and meet us
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Fergus jest dość wysoki, bo mierzy metr osiemdziesiąt wzrostu, a do tego dość chudy. Patrząc na niego, ma się wrażenie, że może się złamać na pół. Ma długie, wiecznie rozczochrane włosy, które związuje, kiedy musi się skupić lub nad czymś pracuje i brązowe oczy w odcieniu czekolady. Zazwyczaj jest dosyć nerwowy i intensywnie gestykuluje, kiedy mówi. Jest leworęczny.

Fergus Ollivander
#2
22.12.2022, 18:03  ✶  
Nie odpisał mu. Nie wiedział co, tym bardziej jak. A kiedy w końcu cokolwiek ułożyło mu się w głowie, było już za późno, by miało to jakikolwiek sens. Nie żeby Castiel w ogóle dał mu szansę na cokolwiek się przygotować, wysyłając list w ostatniej chwili. W pierwszej chwili spodziewał się pretensji od Cynthii wypisanych jej starannym pismem, niekoniecznie o książki, a o to, że uciekł, widząc ją w tłumie. Był przekonany, że go wtedy dostrzegła, ale nie miał ochoty na przymusową konfrontację. Nadal nie ochłonął i jej towarzystwo wprawiało go w paranoję, że mogła coś wiedzieć. W następnej sądził, że to po prostu żart, ale kilkukrotne prześledzenie listu wzrokiem sprawiło, że zaczął wierzyć, że to naprawdę. To wywołało uśmiech, przynajmniej do momentu, jak jego umysł podsunął mu obraz podstępu i rychłej śmierci. Dlaczego miałby się nagle odzywać, kiedy ignorował go przez tyle dni? Nie żeby Fergus był lepszy, milcząc i ignorując wszystkich Flintów, ot tak, dla niepoznaki, chociaż to chyba wywoływało jeszcze większe podejrzenia.
Siedział jak na szpilkach, kilkukrotnie podpalił biurko, używając najprostszych zaklęć. Mógł to jednak zrzucić na karb zdenerwowania o matkę. Ojciec do teraz siedział z nią w Mungu, bo „Kociołek pełen gorącej miłości” Celestyny Warbeck wszedł zbyt mocno. Nie wnikał, co w ogóle Garrick miał na myśli. Ważniejsze było to, że dzięki temu Fergus unikał dziś jego towarzystwa, pracując z wujem. Z Geraintem wszystko było łatwiejsze. Nie krytykował, nie zwracał zbytniej uwagi. Wystarczyło jedynie pilnować porządku w miejscu pracy i zbytnio się nie wychylać.
A idź mi już stąd w cholerę, dzieciaku, bo nie ma z ciebie pożytku. Oczywistym było, że w tym stanie Fergus i tak mu podpadnie, ale pozwalało mu to wyjść ze sklepu chwilę wcześniej, unikając tym samym zbędnych pytań. Zignorował nawet nazwanie go dzieciakiem, co Geraint robił często, zważywszy na to, że jego synowie byli dużo starsi od bratanków i siostrzeńców.
Kusiło go zajrzenie do Nory, by nie kręcił się bezcelowo po Pokątnej, ale pewnie tylko wzbudziłby jej ciekawość swoim nerwowym zachowaniem. Na dworze było na tyle ciepło, by nie ubierać swetra, ale też o tyle chłodno, że nie mógł sobie pozwolić na poruszanie się bez żadnego okrycia, dlatego został w granatowej szacie narzuconej na mugolskie ubrania, w której spędził większość dnia podczas pracy.
Zapalił jednego papierosa w drodze do Dziurawego Kotła, kolejnego wracając. Nie wiedział, co zrobić z rękami, wciąż układając sobie w głowie scenariusze, czego właściwie chciał od niego Castiel. I jak Fergus powinien zachowywać się względem niego? Albo – co ważniejsze – jak będzie wyglądała reakcja blondyna na jego widok. Pod warunkiem, że nie pojawi się z bandą jakiś zbirów, żeby zabrał ich tajemnicę do grobu.
Stał oparty o ścianę pobliskiego budynku, spoglądając w kierunku swojego sklepu, który wuj zamknął pięć minut przed czasem. Gdyby to samo zrobił Fergus, pewnie by mu się nie upiekło. Tak na wszelki wypadek, żeby obserwować przebieg sytuacji. Zapalił kolejnego papierosa, mając wrażenie, że ze stresu wypali wszystkie, które miał w kieszeni. W wolnej ręce trzymał różdżkę, lewitując obok siebie dwa kubki kawy, które wziął ze sobą z Kotła. Skoro już urządził sobie spacer, nie chciał wracać bez niczego. Z kieszeni szaty wystawała mu kolejna różdżka, o której zapomniał. Zupełnie bezużyteczna, źle wyważona i upierdliwa. Do poprawy, a jeśli się nie uda, pewnie skończy jako opał do kominka. Tak jak wszystkie notatki Fergusa, wrzucone w płomienie po tym, jak sam się na siebie zirytował. W początkowych dniach po „tamtym poniedziałku” próbował odwrócić myśli od Castiela, powtarzając sobie runy, których nie uczył się od czasu szkoły. Tyle że w bezmyślnym przepisywaniu tekstu alfabetem runicznym nawet nie spostrzegł się, że między wierszami nabazgrał jego imię. Musiało spłonąć, tak jak on spłonął ze wstydu przed samym sobą.
W końcu dostrzegł Flinta zmierzającego w kierunku Ollivanderów. Samego, bez towarzystwa demonicznych sługusów, czarnomagicznych artefaktów i tajemniczej broni. Nie wyglądającego na kogoś, kto chciałby udusić go na miejscu. Wydawał się raczej… zdenerwowany. I mimo to jeszcze bardziej przystojny, niż zapamiętał. Odepchnął tę myśl natychmiast w tył głowy, bojąc się, że zbyt błogi wyraz twarzy na jego widok może mu się wydać dziwny. Po prostu zaciągnął się dymem papierosa, obserwując przez chwilę, jak Castiel się niecierpliwi. Sprawiało mu to małą satysfakcją, na tyle że uśmiechnął się głupio pod nosem. Nie zauważył go i Fergus mógłby tak obserwować go jeszcze przez chwilę, ciesząc się widokiem, ale w końcu odepchnął się od ściany, o którą się opierał i ruszył w jego kierunku.
- Jeśli chcesz kupić różdżkę, to dzisiaj już raczej bez szans – stwierdził, zachodząc go od tyłu. Wsadził papierosa do ust i wcisnął jeden z lewitujących kubków Castielowi do rąk. Sam sięgnął po ten drugi, schował niepotrzebną już różdżkę do kieszeni i wolną dłonią sięgnął po fajkę. – Nie wiedziałem, jaką pijesz kawę, więc wziąłem ci czarną – przyznał po tym, jak wydmuchał dym, obracając się na bok, na wypadek gdyby Flint nie miał być z tego faktu zadowolony.
Uśmiechnął się do niego, właściwie już nie wiedząc, jak dalej postępować. Serce tłukło mu się w piersi jak głupie z radości, że w końcu się spotkali. Nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, jak bardzo się stęsknił, dopóki nie zauważył go zmierzającego z Gringotta w głąb Pokątnej.
- Cześć. W porządku? – zapytał. – Cześć – dodał jeszcze, dopiero po fakcie orientując się, że przywitał się po raz drugi, więc zrobiło mu się trochę głupio. – Cynthia się nie dziwiła, że pytasz o moje godziny pracy?
Uniósł pytająco brew, przypomniawszy sobie treść listu Castiela, który wciąż miał w kieszeni tuż obok trefnej różdżki. Wiatr poruszał jego granatową, sięgającą kolan szatą. Pogoda niespecjalnie współgrała z jego nastrojem, zapowiadało się na deszcz. Typowo w kwietniu, zwłaszcza w Londynie.
Tęskniłeś za mną?, cisnęło mu się na usta, ale w tym wypadku wyjątkowo mocno gryzł się w język.
Łamacz Klątw i Naukowiec
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Najbardziej cywilizowany z rodu Flintów. Mierzy 176 cm wzrostu, niebiesko-zielone oczy, pokazuje się zawsze gładko ogolony. Nie podnosi głosu, mówi spokojnie i ma problem z utrzymaniem kontaktu wzrokowego.

Castiel Flint
#3
22.12.2022, 18:29  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.12.2022, 18:31 przez Castiel Flint.)  
Był typem człowieka, który przeżywał nerwy wewnątrz siebie. Czasami nieumyślnie wypuszczał je do swojej mimiki i drżących rąk ale poza tym panował nad sposobem poruszania się i oddechem. W środku za to zwijał się z nerwów i niepewności. Sam nie wiedział co czuł. Tysiąc razy zastanowił się czy jego żądanie spotkania nie było zbyt śmiałe. Może powinien odwołać albo uznać, że źle się czuje i jednak nie potrzeba się spotkać? Nie, to zła decyzja. Uch. Był zbyt odważny, zbyt bezczelny w wysłanym liście. Fergus miał prawo prychnąć i wyrzucić wiadomość za taką zuchwałość. Na brodę Merlina, czemu on to tak analizuje? Miał tyle rzeczy do obmyślania a sam siebie nakręcał na różne, skrajnie odmienne od siebie scenariusze ich spotkania. Poza tym sklep był opustoszały więc to wyraźny dowód niechęci do spotkania. A może sowa nie doniosła wiadomości? Może Fergusa w ogóle tu nie ma i nie pojawi się do poniedziałku? Zacisnął mocniej szczękę i pięści z irytacji względem siebie. Po co tu do cholery przylazł, może lepiej w pośpiechu wrócić do banku i udawać, że wcale go tu nie było? Tak, to dobry plan…
Podskoczył w miejscu kiedy usłyszał za plecami jego głos. Jest! O Merlinie, jest, co teraz?! Jaki był plan?! Ach, już pamiętał, uff. Jak mógł przypuszczać, że zostanie przez niego zlekceważony? Niemądre myśli. Popatrzył na niego ze zdumieniem, jakby spotkali się przypadkowo albo jakby nie wierząc, że on tu faktycznie jest.
Wow.- wymsknęło mu się bez konsultacji z mózgiem. Potrząsnął głową gdy Fergus zasypał go informacjami. Cholera, aż się chciało mu cieszyć bez powodu, jak idiota. To nienormalne, dotychczas tak na niego nie reagował.
- Ym… dzięki za kawę, a jest w niej krew wili? Tylko taką pijam.- palnął denny żart co mogło zdradzać, że jego serce aktualnie znajdowało się gdzieś w okolicach tchawicy, maksymalnie przy tym rozciągając żyły i utrudniając dopływ krwi do mózgu. To przez to plótł głupoty. Przejął ciepły kubek ale nie czuł zapachu kawy a papierosów. Zamrugał lekko skołowany odkryciem, że dym tytoniowy mu się podobał.
- Cześć. I cześć.- i uśmiechnął się szeroko bo to podwójne powitanie go rozbawiło na tyle aby zasługiwać na pełnoprawny uśmiech. Omiótł wzrokiem Fergusa próbując znaleźć w nim… sam nie wiedział czego. Zauważył za to związane włosy co było nowością w jego obrazie. Nie no, być uczesanym i wyprasowanym? Jak śmiał. Z tego wszystkiego przegapił ten ważny moment kiedy mógł na powitanie podać mu rękę. Niech to szlag, było już za późno.
- To zapasowa różdżka gdybyś przy mnie znów zgubił prawowitą?- skinął brodą w kierunku jego kieszeni, nie mogąc oprzeć się wytknięciu tego, co było ostatnio. Kiedy zdał sobie z opóźnieniem sprawę, że nawiązał do ich spotkania (!!!) to się zawstydził na tyle, że uciekł spojrzeniem do kubka, zaś jego policzki omiótł lekki rumień. Uch. Upił łyk kawy i sparzył sobie język, co skomentował spanikowanym sykiem i grymasem na twarzy. Koniuszek języka szczypał jak diabli a w ostatnich tygodniach miał już wizytę w Mungu przez poparzenie tkanek nerwowych. Kochał wodę więc musi zginąć przez podpalenie? Nie ma problemu, jeśli to Fergus podłoży ogień.
- Oczywiście, że dopytywała. Mówisz o mojej siostrze, która codziennie przypomina mi żebym zadbał o przedłużenie rodu. - roześmiał się nerwowo i przestąpił z nogi na nogę.
- Podałem jej prawdziwy powód spotkania.- wzruszył ramionami a na jego ustach pojawił się złośliwy uśmieszek. Posłał Fergusowi rozbawione spojrzenie, mając nadzieję, że ten trochę spanikuje i choć odrobinę zdradzi co myśli o ich relacji. Wydawało się jakby nie widzieli się dobre kilka lat a minęły wszak dwa tygodnie.
- Chodźmy póki nie pada.- odezwał się tajemniczo, uniósł wyżej podbródek i skrajnie leniwym krokiem przeszedł na drugą stronę uliczki. Założył na głowę kaptur, tak do linii włosów bo poczuł lekkie kropienie deszczu. Zerkał kątem oka na Fergusa i przygryzał wewnętrzną stronę ust.
- Nie było cię dziś w pracy? Miałeś wolne?- zapytał neutralnie aby nie pozwolić ciszy zawładnąć atmosferą.
"Toby"
There's a starman waiting in the sky
He'd like to come and meet us
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Fergus jest dość wysoki, bo mierzy metr osiemdziesiąt wzrostu, a do tego dość chudy. Patrząc na niego, ma się wrażenie, że może się złamać na pół. Ma długie, wiecznie rozczochrane włosy, które związuje, kiedy musi się skupić lub nad czymś pracuje i brązowe oczy w odcieniu czekolady. Zazwyczaj jest dosyć nerwowy i intensywnie gestykuluje, kiedy mówi. Jest leworęczny.

Fergus Ollivander
#4
22.12.2022, 20:17  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.12.2022, 21:10 przez Fergus Ollivander.)  
Fergus nie potrafił się kryć. Był jak otwarta księga, której każda strona przynosiła coś zupełnie nowego. Był zirytowany? Miałeś wrażenie, że wszystko wokół zaraz wznieci się żywym ogniem. Podekscytowany? Ściany budynków aż drżały z przejęcia. Przerażony spotkaniem? To akurat Castiel miał szansę ujrzeć na własne oczy w postaci jego trzęsących się palców, między którymi wciąż trzymał papierosa i nerwowego uśmiechu. A także głupot, które ślina przynosiła mu na język.
Jego uszy zarejestrowały dźwięk, który wydobył się z ust Castiela, ale umysł nie połączył ich z faktem, że miały swoje odniesienie względem jego osoby. Ot, po prostu mruknięcie na powitanie.
- Nie, ale dodałem atramentu kalmara, żeby była bardziej czarna – ciągnął dalej żart Flinta, a oczy migotały mu w rozbawieniu. – Zapomniałem, że demony piją krew, przepraszam. Ale żeby wila? Nie potrzebujesz ich pomocy.
Dlaczego nie potrafił ugryźć się w język, zwłaszcza teraz? Spojrzał z przerażeniem na Castiela, ale zaraz ze wstydu odwrócił wzrok, wyjątkowo mocno skupiając się na kubku z kawą. Był ciepły, wręcz parzący opuszki jego palców. Mrowiło, ale było dziwnie przyjemne. Nie zmieniało to jednak faktu, że jego wnętrzności wywróciły fikołka i aż wrzeszczały z zażenowania, zaśmiewając się z głupoty swojego właściciela.
W końcu odważył się unieść spojrzenie, dostrzegając jego uśmiech. I nie potrafił go nie odwzajemnić, choć zdenerwowanie wcale z niego nie ulatywało.
- To? – zapytał, wskazując dłonią z papierosem w kierunku kieszeni. – Zwykły eksperyment, bardziej szkodliwa niż przydatna, ale z braku laku…
Widząc reakcję Casa na łyk kawy, sam nie skusił się jeszcze na własną. Kochał kawę, gdyby mógł, żyłby tylko o niej i tytoniu. Może jeszcze domieszce alkoholu. Nie brzmiało to ani trochę jak zdrowa dieta, ale tak już z nim było i nie mógł nic na to poradzić.
Kusiło go przestąpić o krok i zbliżyć się do Castiela, upuszczając przy tym wszystko, co trzymał w dłoniach. Mógłby wciągnąć go do pustego sklepu i udawać, że świat na zewnątrz nie istnieje, tak jak na tamtej łódce. Pytanie tylko, czy Flint by tego chciał? Nie mógł być w stu procentach pewny. Właściwie nie miał zielonego pojęcia, czego spodziewać się po tym spotkaniu. A mimo to tylko fakt, że trzymał kawę i papierosa powstrzymywał go przed wyciągnięciem ręki i spleceniem ich palców. To, i może też zatłoczona ulica.
- I jak ci to idzie? – Znów nie zdołał powstrzymać się przed pytaniem, na które wcale nie chciał znać odpowiedzi. A co, jeśli rodzina znalazła mu piękną, czystokrwistą narzeczoną i wszystko mogło prysnąć w ciągu zaledwie sekundy? Nie żeby go to miało dotyczyć, czy w ogóle obchodzić. Ale coś w jego trzewiach podpowiadało mu, że gdyby tak było, nie czułby się zbyt szczęśliwy. – Jaki jest właściwie powód tego spotkania? – zapytał, chcąc szybko zmienić temat. I ruszył za nim, nie do końca wiedząc, czego mógłby się po nim spodziewać. Może rzeczywiście śmierci z rąk potworów? Byle to nie były węże, nie cierpiał węży. Zacisnął palce na kubku, omal go nie zgniatając. Gdyby tak się stało, z łatwością poparzyłby się kawą.
- Dokąd idziemy? – zapytał, podążając tuż obok niego. Zdenerwowanie kolejny raz dało mu się we znaki i nawet papieros nie pomagał w rozbiciu napięcia. Wydmuchał dym w gęste, wilgotne powietrze i wyciągnął fajkę w kierunku Castiela z pytającym spojrzeniem. Nie miał już kolejnych, wypalił wszystkie, czekając na niego. Może i nie wypadało w ten sposób, ale z drugiej strony… Miał w ustach jego język. Papieros go nie zabije, przynajmniej nie w ten sposób.
- Wujek wywalił mnie za drzwi jakąś godzinę temu. Po tym, jak podpaliłem mu biurko – przyznał, wzruszając ramionami. Nie chciał teraz myśleć o pracy. Jedyne, co zaprzątało jego myśli, to próba pozbycia się ochoty na zatopienie dłoni we włosach Castiela, żeby upewnić się, że były takie miękkie, jak pamiętał.
Łamacz Klątw i Naukowiec
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Najbardziej cywilizowany z rodu Flintów. Mierzy 176 cm wzrostu, niebiesko-zielone oczy, pokazuje się zawsze gładko ogolony. Nie podnosi głosu, mówi spokojnie i ma problem z utrzymaniem kontaktu wzrokowego.

Castiel Flint
#5
23.12.2022, 00:11  ✶  
Nie do końca jeszcze zauważał jego zdenerwowanie, będąc zbyt pochłoniętym opanowywaniem swoich nerwów. Gdzie podziała się jego pewność siebie? Nie miał jej w nadmiarze ale zazwyczaj dostatecznie dużo aby przeprowadzić rozmowę z kimś… na kim zaczęło mu zależeć. Utrzymywał poziom rozmowy między lekkimi żartami i uprzejmością ale czuł, że krąży wokół Fergusa i nie sięga do epicentrum tego spotkania. Póki co przyglądał się mu, jego oczom, włosom, policzkom, ustom. Te ostatnie wywoływały wiercenie w brzuchu i tęsknotę. Czuł się jak czternastolatek przeżywający zauroczenie a przecież był dorosłym mężczyzną i nie powinno to wywoływać w jego głowie takiego spustoszenia. To znaczy, że jest słaby i miękki skoro przesiąkał niepewnością?
Dopiero po paru chwilach zrozumiał, że Fergus posłał mu komplement.
- Nie potrzebuję?- szturchnął go lekko z narastającym uśmiechem. W jego oku pojawił się błysk co udowadniało przyjemność jaką sprawił mu tym komplementem. To było tak naturalnie miłe, że był w szoku. Nie pamiętał kiedy ostatnio został skomplementowany a więc takie słowa zachowywał w pamięci w specjalnej szufladce. To przerażenie na twarzy Fergusa zdradzało, że nie planował mu tego mówić. W końcu zaczynał zauważać jego zdenerwowanie spotkaniem, zwłaszcza kiedy poczęstował go papierosem i ewidentnie miał ochotę wypalić całą resztę.
- Nie, nie to ale hej.- nie zrozumieli się ale nie było to teraz istotne bo Fergus wyglądał jakby miał wyjść z siebie i stanąć obok. Chwycił dyskretnie jego przegub i zniżył głos do szeptu.
- Bądź tak miły i nie wyglądaj jakbyś chciał wyzionąć ducha. Nie zjem cię, co najwyżej podtopię. - posłał mu krzepiący uśmiech a za moment w jego oczach znów pojawił się ten charakterystyczny błysk. - Ostatnio podobało ci się podtapianie.- dodał, coraz śmielej nawiązując do tego co między nimi zaszło. Nie widział po nim wyraźnej reakcji, to wzbudzało niepokój. Znienacka go puścił i schował rękę do kieszeni szaty (on wyglądał jak czarodziej z prawdziwego zdarzenia w przeciwieństwie do Fergusa ubranego po mugolsku; trochę raziło go to w oczy ale za bardzo go lubił aby odnosić się do takich detali skoro wiedział jak wygląda bez tej śmiesznej koszulki), zdając sobie sprawę, że mógł być nachalny. Pokręcił głową w odmowie na papierosa. Nie chciał teraz krztusić się i łzawić przez zdrowe płuca nieprzyzwyczajone do trucizny.
- Pytasz jak idzie mi płodzenie potomków?- zaśmiał się sucho. - Póki co nie oni leżą w kręgu moich zainteresowań. Dobrze mi być starym kawalerem. - co oczywiście przeszkadzało ojcu, ale na tyle szanował uczucia swych dzieci aby ich nie zmuszać do ożenku. Ot, byle ten potomek w końcu się pojawił! Nie, on nie chciał się tym zajmować choć to miała być jego rola.
Upił łyk kawy, delektując się chwilę gorzkim smakiem. Patrzył na wąski chodnik, którym szli.
- Chcę żebyś poszedł ze mną do sklepu. Na miejscu poznasz szczegóły ale będę cię prosił abyś był miły dla ekspedientki. To starsza kobieta, niegdyś przyjaciółka mojej mamy. Jest trochę przygłucha więc nie ma co zadawać jej pytań. - wyjawił kawalątek tajemnicy i wskazał dłonią sklep z "Szatami Na Wszystkie Okazje" Madame Malkin. Weszli do środka, wpuścił Fergusa przodem. Wymienił (głośno) wszelkie uprzejmości z bardzo niską starowinką, która na powitanie wycałowała go w oba policzki, zachwycając się jak to ładnie wyrósł z tego chudziutkiego berbecia jakim kiedyś był. Fergus mógł usłyszeć rozmowę na temat zebrania miar ale…
- Pani zbierze z ciebie miary. Na ich podstawie uszyje ci skórzaną kurtkę, którą ostatnio miałeś na sobie, a którą ci utopiłem. Później napisz w formularzu jakie ma mieć szczegóły. To niecodzienny krój, chyba mugolski? Mówiła, że sobie z tym poradzi. - popatrzył na niego bardzo wymownie i… groźnie. Na zewnątrz spadła ściana deszczu więc Fergus nie miał już gdzie uciekać. Castiel wyglądał tak jakby miał go osobiście przytargać z powrotem do sklepu jeśli wpadłby na durny pomysł ewakuowania się i wpędzania uroczej starowinki w głęboki smutek. Lepiej niech nie próbuje…
"Toby"
There's a starman waiting in the sky
He'd like to come and meet us
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Fergus jest dość wysoki, bo mierzy metr osiemdziesiąt wzrostu, a do tego dość chudy. Patrząc na niego, ma się wrażenie, że może się złamać na pół. Ma długie, wiecznie rozczochrane włosy, które związuje, kiedy musi się skupić lub nad czymś pracuje i brązowe oczy w odcieniu czekolady. Zazwyczaj jest dosyć nerwowy i intensywnie gestykuluje, kiedy mówi. Jest leworęczny.

Fergus Ollivander
#6
23.12.2022, 15:41  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 23.12.2022, 17:16 przez Fergus Ollivander.)  
Płonął ze wstydu na tyle intensywnie, że mógłby zmienić się w kupkę popiołu, gdyby to było w jakiś sposób możliwe do zrealizowania.
- Drąż dalej, a będziesz potrzebował, bo trzasnę cię jakąś klątwą w twarz – zażartował, próbując ukryć zdenerwowanie, ale na to było już zdecydowanie za późno. Dlaczego tak bardzo to przeżywał? Przejmował się obecnością Castiela bardziej, niż tym, że jego własna matka leżała teraz w Mungu. Nie żeby jakoś szczególnie jej żałował, skoro domyślał się, że kolejny raz piła wino, warząc eliksiry i pewnie zamiast syropu z róży nalała do mikstury procentowego trunku. Pewnie to właśnie Ollivanderowie mieli na myśli, twierdząc, że „kociołek wszedł zbyt mocno”.
Nie, z Castielem było inaczej. To był zupełnie inny rodzaj zdenerwowania niż stres spowodowany stanem zdrowia członka rodziny. Ta niepewność, czego właściwie od niego chciał, zżerała go od środka. Zarówno w kontekście dzisiejszego spotkania, na które najwyraźniej miał plan, jak i tego, co się między nimi wydarzyło. Nie radził sobie z tym. Obrazy minionych tygodni przeskakiwały mu przed oczami, uświadamiając, jak bardzo niezręczny i destrukcyjny był względem samego siebie tylko i wyłącznie z powodu uczuć, których nie rozumiał i których się bał. A wystarczyło napisać jeden list, by wszystko stało się na pozór prostsze. W pierwszych minutach zachłysnął się jego obecnością, stęskniony za bliskością i zrozumieniem, którego nigdy wcześniej z nikim w takiej intensywności nie odczuwał. Ale teraz nie byli sami, więc zaczął wkradać się do tego strach.
- Znów planujesz pływać? Ledwie się ruszałem po ostatnim – jęknął na myśl o zakwasach i odciskach, które zyskał dzięki wiosłowaniu. Nie planował tego powtarzać, nie dobrowolnie. Co innego pozostałe czynności, którym się wtedy oddawali, ale nie wypadało o nich wspominać na ulicy, nawet przyciszonymi głosami. Potrafił skupić się tylko na cieple palców Castiela, ściskających jego nadgarstek. Zatrzymał wzrok na jego twarzy i odwzajemnił uśmiech, pewien, ze za chwilę rzeczywiście się utopi. Albo prędzej roztopi, wpatrując w drugiego mężczyznę jak w obrazek. Czemu tak się czuł? Czy ktoś mógł to zauważyć? Uspokój się, Fergus. Znów się speszył, dochodząc do wniosku, że o ile kłamcą był dobrym, tak aktorem beznadziejnym, przynajmniej przed Flintem.
- Mógłbyś adoptować kota – zażartował na rozluźnienie tej gęstej sytuacji. Poczuł chłód wiatru na puszczonym nadgarstku i chociaż chciał, żeby Castiel znów go dotknął… Powinien bardziej panować nad swoimi pragnieniami, zwłaszcza tutaj, gdzie wszyscy sklepikarze znali jego rodziców. Zaczynał wpadać w paranoję, że cokolwiek po nim widać i było to naprawdę nieznośne uczucie. – I przepisać na niego cały swój dobytek. Kotiel Flint Junior, czy jakkolwiek go nazwiesz, jedyny potomek i dziedzic Castiela Flinta, zrodzony z morskiej fali, karmiony tuńczykiem. Moja przyjaciółka ma kota, straszny z niego snob. Wychowaj swojego lepiej.
Zdeptał butem dopalonego papierosa. Był magiczny, więc rozpuści się pod wpływem zbliżającego się deszczu, nie zostawiając po sobie żadnego śladu. Skoro nijak nie radził sobie z okazywaniem swojego zdenerwowania, mógł z nim walczyć tylko w ten sposób. Paplając cokolwiek, nieważne jak idiotycznie by nie brzmiało. Miał tylko nadzieję, że Castiel nie uzna go za kompletnego kretyna w tej sytuacji, chociaż gdyby ktoś go zapytał miesiąc temu, nie spodziewałby się, że przejmie się jego zdaniem. Zdaniem na temat Fergusa i tego, co mówił. Oddychaj, poradzisz sobie.
- Nie jestem wredny dla starszych pań. Zbyt mocno przypominają mi własną babcię – odpowiedział mu. – Będę grzeczny.
Szkoda tylko, że mu to obiecał. Za nic w świecie nie spodziewał się tego, co miało nastąpić, a wewnętrzny buntownik i odrobina przyzwoitości nie pozwalały mu się na to zgodzić. Nie chciał jednak robić awantur przy niczego nieświadomej staruszce. Wydawała się miła, a jedyną jej wadą było to, że została wplątana w sytuację między Castielem i Fergusem. Nie pozwolę ci na to.
- To jest szantaż emocjonalny – wyszeptał, pochylając się do Flinta, by jego usta znalazły się bliżej jego ucha. – Zemszczę się.
Zrezygnowany pozwolił staruszce postawić się na stołku, wokół którego latała magiczna miarka – taka samą, jaką mieli w swoim sklepie Ollivanderowie. Kobieta zapisywała coś na pergaminie, mrucząc przy tym niezrozumiałe dla Fergusa pojęcia. Przez cały ten czas gromił wzrokiem Castiela, który najwyraźniej zdawał się zadowolony z siebie. A niech go pegaz kopnie!
- To ty miałeś cierpieć przy kolejnym spotkaniu, pamiętasz? – przypomniał mu z wyrzutem, gdy stali już przed wejściem do sklepu Madame Malkin, skrywając się pod niewielkim daszkiem tuż nad drzwiami. – I co teraz? – zapytał jeszcze, analizując w głowie różne możliwości. Lało, więc mieli ograniczone pole do manewru w kwestii spaceru. Nie mogli iść do Nory, bo narobiłaby mu wstydu zachwycona, że Fergus znalazł sobie nowego znajomego. Do Dziurawego Kotła nie chciał wracać, zbyt tłoczno, a na dodatek podejrzewał, że Geraint przesiadywał tam teraz na obiedzie, skoro nie mógł się dziś wprosić do swojego brata. Chyba że Castiel w ogóle nie chciał przedłużać spotkania i cała ta szopka była wyłącznie po to, aby oczyścić sumienie? Tylko że Ollivander musiał z nim porozmawiać gdzieś na osobności. Może przy tym zrobić małą awanturę o to, że chciał mu odkupić tę przeklętą kurtkę.
- Chodź – mruknął tylko i pociągnął go za łokieć, żeby się ruszył. Puścił go jednak, gdy spostrzegł, że Flint za nim podąża. Krople deszczu spadały im na głowy i ramiona, wsiąkając we włosy i ubrania. Czemu za każdym razem, gdy spotykał się z Castielem, musiał kończyć mokry?
Weszli do sklepu z różdżkami, dawno już zamkniętego, więc była pewność, że nikt nie pomyśli, żeby go tam szukać. To było jedyne miejsce, jakie wpadło mu do głowy. Blisko, sucho, cicho. Podłoga skrzypiała pod naporem ich kroków. W powietrzu unosił się zapach kurzu i żywicy, typowy dla staroci i drewna.
- Możemy porozmawiać? – zapytał po prostu, gdy znaleźli się w biurze na zapleczu. Fergus oparł się o biurko, na którym leżało kilka różdżek i książek, wskazując Castielowi jedyne krzesło. Poza milionem półek i szaf znajdował się tylko stary fotel ojca, na którym leżało jeszcze więcej tomiszczy.
Spoglądał na Castiela z oczekiwaniem, układając sobie w głowie, co właściwie chciał mu powiedzieć, analizując możliwości, wszelkie za i przeciw.
- Sam mogłem sobie kupić tę kurtkę, wiesz? – zaczął, sam zdziwiony tym, że brzmiał na tak złego, więc westchnął, próbując się uspokoić. Mógł poczekać do kolejnej wypłaty z tym ubraniem. Flintowi naprawdę tak bardzo zależało na uspokojeniu sumienia po tym, jak Fergus stracił nowe ubranie? Skrzyżował ręce, wwiercając się w niego spojrzeniem na tyle, na ile mógł w panującym w pomieszczeniu półmroku. Zapalił jedynie lampkę na biurku, a w pomieszczeniu znajdowało się niewielkie okno wychodzące na ścianę kolejnego budynku, więc praktycznie nie dające światła. – Dlaczego akurat dzisiaj, Castiel? Tak po prostu obudziłeś się z myślą, że do mnie napiszesz? I jak gdyby nigdy nic wspominasz o podtapianiu, chociaż wydawało mi się, że raczej chcesz o tym zapomnieć, skoro się nie odzywałeś. – Nie żeby Fergus był lepszy, w ten sam sposób milcząc przez ostatnie dwa tygodnie. Tchórzył, nie wiedząc, czego się spodziewać i na co liczyć. I chociaż powinien się cieszyć na widok blondyna, delektować jego bliskością, miał wrażenie, że nerwy zaczynały z niego schodzić w chwili, gdy przekroczyli próg sklepu. Był przemoczony, a ręce drżały mu tak mocno, że próbował to ukryć. – Czego ode mnie chcesz? Nie mąć mi w głowie – dodał jeszcze bardzo cicho, na tyle, że gdyby nie panująca w pomieszczeniu cisza, nie mógłby tego dosłyszeć.
Łamacz Klątw i Naukowiec
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Najbardziej cywilizowany z rodu Flintów. Mierzy 176 cm wzrostu, niebiesko-zielone oczy, pokazuje się zawsze gładko ogolony. Nie podnosi głosu, mówi spokojnie i ma problem z utrzymaniem kontaktu wzrokowego.

Castiel Flint
#7
23.12.2022, 23:34  ✶  
Nie pozostało mu nic innego jak się śmiać pod nosem z jego słów. Rozmowa z Fergusem była zawsze taka urozmaicona niektórymi wstawkami i odzywkami. Zaczął rozpoznawać momenty kiedy Olivander mówił coś, czego nie chciał. Był przekonany, że jeśli spędzą ze sobą trochę czasu to nauczy się z nim obchodzić.
- Pływam dwa bądź trzy razy w tygodniu ale w głównej mierze na basenie, nie łódkami.- wzruszył ramionami bo było to dla niego oczywiste i mógłby iść na basen choćby zaraz. Wiedział jednak, że ostatnio przesadził i nie zamierzał już podtapiać Fergusa. Nie w ten bestialski sposób.
Nie rozumiał tej części o kocie. Słuchał zatem, patrząc na jego usta i nie przyswajał żadnej treści z tego, co opowiadał. Nie potrafił sobie wyobrazić opieki nad czymś innym niż samowystarczalna sowa. Nie umiał się troszczyć o zwierzęta; ledwo o ludzi potrafił i to było cenne doświadczenie.
- Mam w domu wiele ciekawych, cennych przedmiotów i dlatego to nie miejsce dla kota. Nie umiem wychowywać ani zwierząt ani roślin. - wyjaśnił uprzejmie dlaczego nie będzie brał na barki żadnego zwierzaka. Nie chciał nawet myśleć co będzie kiedy jego sowa zdechnie ze starości. Tak bardzo byli już do siebie przyzwyczajeni, że zmiana byłaby dla niego traumatyczna. Otrząsnął się z tych myśli bo nie były one ani trochę ważne. Stał obok niego Fergus, niemal dotykali się ramionami kiedy szli leniwym krokiem do sklepu Madame Malkin. To było ważne.
Wypił po drodze kawę, już na kilka większych łyków. Wyciągnąwszy różdżkę zdematerializował papierowe tworzywo w sobie znaną nicość. Lubił zaklęcie znikające bo nie musiał później martwić się bałaganem.
Później już drzwi sklepu zamknęły się za ich plecami, a Fergus został powierzony s ręce doświadczonej profesjonalistki. Aby nie przeszkadzać siedział sobie na krzesełku, ze stopą opartą na kolanie. Uśmiechnął się niewinnie wobec tych obietnic zemsty i tylko odprowadził go wzrokiem, nie wierząc w jego złowróżenie. Przynajmniej nie buntował się, co było mu bardzo na rękę. Obserwował sobie ich, choć w głównej mierze otaksował spojrzeniem sylwetkę Olivandera. Co za dziwne ubrania na sobie nosił. Nie mógł się nadziwić.
- Ociągasz się z realizacjami gróźb.- uśmiechał się już złośliwie, patrząc jak zamówienie jest zapisywane i datowane na odbiór za trzy dni. Podpisał tam gdzie trzeba i mogli za chwilę wychodzić… prosto na tę ulewę. Czy aby przypadkiem pogoda się nie pomyliła z tym deszczem? Miało być ciepło a obecnie jedynym źródłem ciepła był Fergus.
- Hmm…- doznał szoku, że już zrealizowali to, co zaplanował. Mają się rozstać? Już? Nie porozmawiali jakoś długo a nie wiedział czy taki rozgoryczony będzie miał ochotę iść czegoś się napić. Na całe szczęście zanim miał podjąć decyzję to Fergus zwięźle zakomunikował polecenie przemieszczenia się. Zmarszczył brwi i ruszył za nim, a deszcz wpadł od razu na jego włosy, kołnierz, osiadając też na brwiach i rzęsach. O Merlinie, jak zimno! Z opóźnieniem założył kaptur i niemal przebiegł za Fergusem… przed jego sklepik. Nic nie mówił, czując bijącą od niego złość. Naprawdę przesadził z odkupieniem kurtki? Przecież to tylko i wyłącznie czysta uprzejmość i uczciwość. Wszedł do sklepu i znieruchomiał bowiem był tutaj drugi raz w życiu. Minęło tyle lat odkąd przyszedł po swoją różdżkę - tą, którą ma w dłoni. Skrzypiący gumolit, zapchane szafki, półmrok, ciasnota i jakaś wyniosła cisza. Omiótł wzrokiem wnętrze i ruszył odruchowo za potomkiem sławetnych Olivanderów, znajdując się po chwili w jeszcze ciaśniejszym pomieszczeniu. Zdjął z siebie wilgotny płaszcz i zamarł kiedy Fergus użył tego poważnego tonu. Och, będą o tym rozmawiać. Czemu odnosił wrażenie, że nie będzie to ani trochę przyjemne? Zacisnął mocniej szczękę ale pokiwał powoli głowę. Zawiesił płaszcz na oparciu krzesła, na którym po chwili położył obie zimne dłonie. Stał za tym małym meblem bo on pełnił rolę przeszkody podejścia do Fergusa.
- Owszem, możesz kupić sobie dziesięć takich kurtek ale ta skórzana będzie ode mnie. - z łatwością odbił jego pretensję. Nabrał ostrożności, innego tonu głosu, jakby znów znalazł się nad jakimś skomplikowanie zaplątanym magicznie przedmiotem. Fałszywy ruch oznacza kłopoty. Ta postawa też nie była zachęcająca. Nagle Fergus zaczął emanować złością do czego Flint nie był przyzwyczajony. Źle było mu pod jego natarczywym spojrzeniem, nie wytrzymywał go zbyt długo. Przeniósł wzrok na płonącą lampkę oliwną, która sprawiła, że to pomieszczenie stawało się oderwane od rzeczywistości. W tle szum spadającej wody… tym razem to nie koiło zimnego zdenerwowania. Drgnął, słysząc szczery wywód chłopaka. Jego irytacja na niego przeszła i to w dosadnym natężeniu.
- A to musi być jakiś ukryty powód?- zapytał za pomocą ostatnich spokojnych nut w głosie. Zaczynał się na niego denerwować.
- Zapomnieć? Czy ty siebie słyszysz? Naprawdę sądzisz, że można sobie ot tak łatwo zapomnieć o tym, co się działo?- popatrzył na niego z niedowierzaniem. Uważał, że Castiel tego chce? Nie zdawał sobie sprawy, jak często gościło to wspomnienie w jego głowie, jak było nocami analizowane aż prawie się skręcał z pożądania? Och, nie mógł wiedzieć bo mogło to być jednostronne. Fergus nie byłby pierwszą osobą, która spojrzałaby na niego jak na wariata.
- Dwa bite tygodnie mnie unikałeś. Dlatego zmusiłem cię dzisiaj do spotkania żeby zobaczyć czy mnie nienawidzisz skoro nie chcesz się nawet zjawić w moim pobliżu. Wierz mi, łatwo mnie znaleźć. - nie mówił przyjemnym dla ucha tonem, przesiąkał irytacją. Zaciskał palce na drewnianym krześle, na którym nie zamierzał siadać. Wtem zobaczył jak jego ręce się trzęsą. To go zmroziło.
- Więc to tak.- wyprostował się i zdystansował w mimice. Bolało, ale zmusił się.
- Możesz na mnie krzyczeć jeśli chcesz. Możesz mnie obwiniać. Możesz nawet jasno dać mi do zrozumienia, że mam się stąd wynieść. Nie martw się, nie zamierzam nikomu o tym rozpowiadać. Nie tylko ty masz coś do stracenia. - wywnioskował z jego postawy objawy złości i nienawiści za to, że się spotkali. Wydawało mu się, że Fergus spotkał się z nim tylko i wyłącznie ze strachu, że nieobecność skłoni Castiela do wypalania światu, że krnąbrny Olivander interesuje się mężczyznami. Całkowicie zapomniał o wcześniejszych dialogach i symptomach, za jednak niekoniecznie tak się do tego odnosi. Panikował więc obrał najgorszy scenariusz przez który zaczął się bronić.
"Toby"
There's a starman waiting in the sky
He'd like to come and meet us
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Fergus jest dość wysoki, bo mierzy metr osiemdziesiąt wzrostu, a do tego dość chudy. Patrząc na niego, ma się wrażenie, że może się złamać na pół. Ma długie, wiecznie rozczochrane włosy, które związuje, kiedy musi się skupić lub nad czymś pracuje i brązowe oczy w odcieniu czekolady. Zazwyczaj jest dosyć nerwowy i intensywnie gestykuluje, kiedy mówi. Jest leworęczny.

Fergus Ollivander
#8
25.12.2022, 00:06  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 25.12.2022, 00:30 przez Fergus Ollivander.)  
Deszcz siekł ostro za oknem, sprawiając, że w zamkniętym pomieszczeniu Fergus tym bardziej czuł się jak w bańce. Mokre ubranie kleiło mu się do skóry, wywołując nieprzyjemny dreszcz chłodu. Kusiło go rozpalić ogień w kominku, ale nie był w stanie się ruszyć. Wpatrywał się w Castiela, którego coraz to kolejne słowa spływały na niego niczym ulewa na zewnątrz. Znów miał wrażenie, że pogoda dostosowywała się do sytuacji. A może na odwrót - to ona wpływała na to, co odczuwał. Sielski nastrój z początku spotkania bezpowrotnie minął, a wszystko to było winą Ollivandera, jego upartości i dumy, która została urażona.
- Nie lubię takich drogich prezentów. Czuję się przez nie niezręcznie - przyznał, ostatkami sił utrzymując neutralny ton wypowiedzi. Nie chciał dodawać na głos, że otrzymując od kogoś określony podarunek czuł się zobowiązany odwdzięczyć czymś o podobnej wartości. A na to zwyczajnie nie było go stać.
- Zawsze znajdzie się jakiś powód - zauważył, wzruszając ramionami, ale brzmiał przy tym zbyt zjadliwie. Cały lęk, wszystkie podejrzenia wobec Castiela i frustracja wywołana ostatnimi dniami próbowały teraz z niego ujść. Przebijały się przez skorupę, która przecież miała powstrzymywać je przed ujrzeniem światła dziennego. Zazwyczaj zapoznanie się z własnymi uczuciami było kojarzone z zaczerpnięciem świeżego oddechu. Tyle tylko, że Fergus czuł się, jakby się topił, a słowa Castiela zanurzały go coraz głębiej. Wiedział, że nie wolno mu było panikować, zarówno w wodzie, jak i teraz. I chociaż starał się ze wszystkich sił wierzyć, że Flint w swoich planach na ich spotkanie miał dobre zamiary, umysł podpowiadał mu zupełnie inne rozwiązanie. Jak miał mu ufać, skoro nie potrafił samemu sobie? To wymagało otwarcia się na drugą osobę.
Chociaż wyobrażał sobie tę rozmowę setki razy, przebiegała zupełnie inaczej, niż sądził.
- Ja nie potrafię zapomnieć! - Uniósł głos, jeszcze bardziej napędzany irytacją Castiela. Tracił hamulce i czuł w kościach, że jeśli się zaraz nie zamknie, powie o wiele więcej, niż należałoby. - Naprawdę wierzysz, że mógłbym cię znienawidzić? Ja pierdolę, Castiel, to jest naprawdę bez sensu. Nie to między nami - zaczął, wskazując na nich obu. - Tylko to, że nie potrafimy ze sobą o tym porozmawiać. Nawet nie wiem, jak to nazwać. To jest cholernie głupie, ja jestem głupi, skoro po prostu nie mogę przestać o tobie myśleć.
Zacisnął palce na brzegu biurka, przy którym stał, próbując przy tym uspokoić oddech. Powiedzenie, że był zdenerwowany raczej ujmowałoby jego odczuciom. Był wściekły. Wściekły na pogodę, która ich tu zaprowadziła, pozwalając mu zacząć tę (i tak w końcu nieuniknioną) rozmowę, wściekły na Castiela i w końcu wściekły na samego siebie, że nie potrafił sobie poradzić z tą sytuacją przez tak wiele dni. I chociaż powoli zaczynał myśleć, że może jakimś cudem kiedyś uda mu się powrócić do normalności… zobaczenie go uaktywniło cały problem na nowo. Bo zadurzenie w drugim mężczyźnie było problemem. Niezależnie od tego, jak pięknie wyglądał w tym półmroku deszczowej atmosfery. Niezależnie, jak bardzo pragnąłby znów posmakować jego ust. Nie patrząc na to,że nawet kiedy się gniewał, im dłużej z nim przebywał, tym bardziej czuł, że mógłby się w nim zakochać. I tak nie znalazłby zrozumienia wśród otaczających go osób. Mógł z tym zostać zupełnie sam. Lub z Castielem, ale najwyraźniej zaczynał tracić tę szansę.
- Będę na ciebie krzyczał i będę cię obwiniał - przyznał, odpychając się od biurka i ruszając w kierunku dzielącego go od Castiela krzesła, którego ten najwyraźniej używał jako tarczy. - Ale odejdziesz stąd tylko z własnej woli. Dlaczego miałbym cię wyrzucać? - Oparł się rękoma o oparcie, pochylając w stronę Flinta i patrząc mu w oczy. - Jedyne, co tracę, to ciebie. Przez własną bezmyślność. Już raz ci mówiłem, że jeśli tego chcesz, mogę odpuścić. I trzymałem się tego, myśląc, że taka jest twoja wola. Ale uwierz mi, że skoro sam do mnie przyszedłeś, nie będę potrafił dać ci spokoju.
Nie odrywał od niego wzroku i tylko zaciskanie palców na oparciu tuż obok jego dłoni powstrzymywało go przed tym, żeby odepchnąć na bok to przeklęte krzesło. W pomarańczowym świetle lampy oczy Castiela przypominały mu zachód słońca na morzu. Wystarczyło zaledwie jedno spojrzenie na usta. Kusiło, tak cholernie kusiło. A przez to jeszcze bardziej się bal. Tyle że nienawiść ze strony Castiela chyba przerażała go w większym stopniu niż to, że i jemu mogło zależeć.
Łamacz Klątw i Naukowiec
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Najbardziej cywilizowany z rodu Flintów. Mierzy 176 cm wzrostu, niebiesko-zielone oczy, pokazuje się zawsze gładko ogolony. Nie podnosi głosu, mówi spokojnie i ma problem z utrzymaniem kontaktu wzrokowego.

Castiel Flint
#9
25.12.2022, 09:14  ✶  
- To nie jest prezent tylko odkupienie straconej kurtki. Nie mam wpływu na jej cenę. Naprawdę chcesz się o to ze mną sprzeczać? Oddaję to, co przeze mnie straciłeś. To konsekwencja swoich czynów, nie bezinteresowny prezent.- wyjaśnił cierpliwie, pokazując mu swój punkt widzenia. W jego oczach nie było miejsca na prezenty i oczekiwanie wdzięczności. Ten temat był prosty, zamknięty. Zgubiłem - oddaję. Cena jest karą za brak pomyślunku, ot co. Zarabiał na tyle przyzwoicie, że nie będzie głodować przez jej kupno. Posłał Olivanderowi spojrzenie proszące, aby po prostu to zaakceptował bo to nie jest nic złego ani tym bardziej powód do żalu.
Rozmowa przybierała niespokojny obrót. Najwyraźniej obaj trzymali w sobie za długo emocje. Nie przerobili tego, co się między nimi stało. Nie porozmawiali o tym z dosłownie nikim. Jak więc mieli podejść do tego z rozsądkiem skoro ten temat nie opuścił ich myśli? Za jakiś czas, kiedy już emocje opadną, nie będzie się dziwił, że obaj wybuchnęli. Co prawda Castiel nie zwykł podnosić głosu, jedynie schładzał go i dystansował się postawą ciała. Fergus za to wybuchał i rozmówca też przy tym obrywał. Naciągnął mięśnie żuchwy i policzków, żyła na jego szyi była przy tym dosyć widoczna.
- Przynajmniej w tym jednym obaj się zgadzamy.- o dziwo, przytaknął mu. Fergus mówił… wróć, krzyczał ale mądrymi słowami.
- Więc jest nas dwóch. Ale to niczego w tej sytuacji nie zmienia. Nie wiem jak to nazwać, nie wiem co o tym myśleć ani tym bardziej co ty o tym myślisz. Czy uznajemy, że to przeszłość i nigdy więcej do tego nie wracamy czy… czy…- zaciął się. Zgubił wątek, słowa, rozum. Próbował chronić się przed wściekłością Fergusa ale i tak nie dawał rady. Był zziębnięty, ale tak od wewnątrz. Mokre ubranie jakoś bardzo mu nie przeszkadzało; bardziej fakt, że nie potrafił kończyć zdania i nazywać tego, co było dla niego takie niezręczne. Nie drgnął nawet o cal kiedy Fergus na niego ruszył. Teoretycznie pozwolił mu siebie obwiniać i na siebie krzyczeć ale właśnie zmieniał zdanie, bo przestawało mu się to podobać. Kiedy podszedł, buchnęła w niego fala ciepła i zapachu deszczu zmieszanego z dymem papierosowym. W tak małym pomieszczeniu wszystko wydawało się jeszcze bardziej intensywne.
- Ty mi powiedz.- odparł przez zaciśnięte zęby i stał jak sparaliżowany jego bliskością. Starał się nawet oddychać bardziej płytko… nawet nie wiedział czemu wciąż przyjmuje pozycję obronną przed Olivanderem. Kolor jego oczu lśnił w słabym świetle płonącej nieopodal lampy. Wszystko ciągnęło go w jego stronę, coraz bardziej w środku ściskało go na myśl, że powinien teraz odsunąć się aby mogli na chłodno porozmawiać. Nerwy nic nie dadzą, a chyba świadomie mylił je z pożądaniem.
- Ani razu nie mówiłem, że masz odpuścić. Przestań myśleć, że mnie nie ruszasz. - syknął przez zaciśnięte zęby i złościł się na jego postawę. Serce w jego trzewiach dostosowało się biciem do tempa oddechu… Fergusa. Przesunął nieznacznie zimną dłoń aby najmniejszym palcem zahaczyć o jego kciuk. Mikroskopijny gest, nawet nie opuścił wzroku. To chyba ten moment na zawstydzającą szczerość?
- Nie wiem czemu ale… ale… pociągasz mnie. W każdej sekundzie tego spotkania. - szeptał a jego policzki pociemniały z zawstydzenia bo właśnie się odsłaniał. To bolało, takie wystawianie się na osąd, otwieranie swojej duszy. Opuścił wzrok, nie dał rady go podtrzymać skoro ma mówić szczerze.
- Zdaję sobie sprawę, że to może bardzo mocno namieszać w naszych rodzinach i co więcej, rzucić cień hańby na ród. Powinniśmy to zakończyć od razu, dla bezpieczeństwa naszej przyszłości.- mówił co należy zrobić a mimo wszystko jego dłoń wdrapała się na jego palce, zakrywając zaciśnięte knykcie. Przesunął ją po jego nadgarstku aż do przegubu, wsuwając kilka palce pod materiał jego rękawa.
- Ale jak się widzimy to rodzi się we mnie taki buntownik. Całe życie byłem grzeczny, ułożony, dostosowany. Nudny. - odsunął powoli krzesło sprzed stóp i zaciskając palce na jego nadgarstku przysunął go dwa kroki ku sobie.
- Jak mnie.. jak mnie dotykasz…- Merlinie, zaraz zapadnie się pod ziemię z zawstydzenia. Zaschło mu w ustach, coraz bardziej jego głos drżał. Nie patrzył mu w oczy, nie miał w sobie tyle odwagi by podnieść wzrok.
... nie czuję się wtedy nudny ani nijaki. Mam ochotę być samolubny.- zrobił ten malutki krok bliżej, aż stykali się czubkami butów. Skoro Fergus… Fergus mówił dobitnie, że może go "stracić", że nie chce "dać mu spokoju"... to chyba dostateczny sygnał, że pożądanie działa w obie strony. Położył jego trzymaną rękę na swoim tułowiu, pod łokciem. Bliskość stała się jeszcze mniejsza, ledwie wyczuwalna. Oparł rękę o jego sąsiedni łokieć i przysunął czoło do jego czoła.
- Jedyne czego się boję to dokąd nas to zaprowadzi. I.. co to właściwie znaczy.- miał odwagę odsłonić swoje uczucia (!) ale nie nazwać rzeczy po imieniu. Przesunął rękę ostatecznie na jego plecy by wyeliminować odległość na wysokości brzuchów. Buchnęło w niego kolejne ciepło, taka drżąca fala energii, pobudzająca wszystkie nerwy do stanu gotowości. W jego głowie wyło zaklęcie alarmujące: uwaga, niebezpieczeństwo, cofnąć się, zachować odległość. A on zamilkł, zamknął oczy i starał się nie panikować swoim odsłonięciem. Miał w sobie odruch ucieczki, ukrycia się, udawania, że kłamał. Zamiast tego, stał przy nim tak strasznie spięty i gotowy do ciosu w stylu "chyba sobie żartujesz".
"Toby"
There's a starman waiting in the sky
He'd like to come and meet us
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Fergus jest dość wysoki, bo mierzy metr osiemdziesiąt wzrostu, a do tego dość chudy. Patrząc na niego, ma się wrażenie, że może się złamać na pół. Ma długie, wiecznie rozczochrane włosy, które związuje, kiedy musi się skupić lub nad czymś pracuje i brązowe oczy w odcieniu czekolady. Zazwyczaj jest dosyć nerwowy i intensywnie gestykuluje, kiedy mówi. Jest leworęczny.

Fergus Ollivander
#10
26.12.2022, 00:04  ✶  
Tak naprawdę nigdy nie panował nad swoimi emocjami i nie sądził,, by kiedykolwiek dał radę je poskromić. Czuł się, jakby wędrował, szukając czegoś, ale nigdy nie miał tego znaleźć. Był niespokojny w swoich słowach i gestach, bo też nie wiedział, jak o tych uczuciach rozmawiać. Mógł mu tak po prostu wszystko powiedzieć? Czy to byłoby w porządku, gdyby okazało się, że jego niepewność była uzasadniona? Że Castiel naprawdę tylko karmił swoje sumienie, chcąc się pozbyć długu wobec Fergusa? Zaczynał coraz bardziej się bać, że chodziło mu tylko o tę kurtkę i popełnił błąd, przyprowadzając go tutaj, do sklepu Ollivanderów. Gdyby coś poszło nie tak… to była najgorsza z możliwości do wybrania, bo nie mógł uciec, zatrzaskując za sobą drzwi. Tyle że nie chciał tego robić, nie chciał rozstawać się z Castielem, niezależnie od tego, czy na siebie warczeli. Jak zresztą nie mieli, kiedy dusili w sobie tak wiele spraw? Fergusowi zawsze się wydawało, że człowiek nie powinien dusić w sobie tylu emocji, bo w końcu wybuchnie. Dlatego zawsze jego nastrój był tak prosty do odczytania. I przez ostatnie dwa tygodnie cierpiał, układając w głowie rozmowy, które nigdy nie miały się odbyć. Wrzeszczał w poduszkę zamknięty sam w pokoju, uprzednio roztrzaskując coś o ścianę. Upijał się, by zapomnieć, ale alkohol tylko sprawiał, że wspomnienia i sny stawały się bardziej rzeczywiste.
Najgorsze było to, że w tym wszystkim nienawidził siebie, ale nie potrafił nienawidzić Castiela.
- Nie - urwał mu szybko, przerażony wizją, że to mogłoby się skończyć, nim w ogóle na dobre się zaczęło. Bał się, ale byłby głupcem, gdyby nie obawiał się czegoś nowego, nieznanego. Może rzeczywiście było tak, że potrzebował kogoś, kto by go popchnął, pokazując odpowiednią drogę. Czegoś, co krzyczałoby: to właśnie to! W tym wypadku to wizja utraty Castiela była tym bodźcem. - Nie chcę, żeby to była przeszłość. To byłoby dla mnie łatwiejsze, dla ciebie pewnie też, ale… - urwał, nabierając powietrza i próbując opanować drżenie rąk. - To byłby pierwszy raz od lat, kiedy zrobiłem coś, czego chciałem. Pierwszy raz, kiedy byłbym jakkolwiek wolny.
Od oczekiwań innych ludzi, od swoich czarnych wyobrażeń własnego życia. Po prostu wolny, jak nigdy dotąd. I być może dzięki temu szczęśliwszy.
Stał naprzeciw Castiela ze swoim wyzywającym spojrzeniem, gotowy do dalszego ataku, gdyby zaszła taka potrzeba. Flint złapał przynętę, zaczynał z nim rozmawiać na tym samym poziomie irytacji, wyrzucając z siebie więcej, niż zapewne chciał. Ale były to słowa zupełnie inne, niż Ollivander mógł się spodziewać. Zmroziło go, choć serce zaczęło bić mocniej, waląc w pierś z prośbą o upragnioną wolność.
Dłoń Castiela była chłodna, ale z każdym jej przesunięciem czuł, jak jego skóra emanuje ciepłem. Było to mylące dla zmysłów, ale dziwnie pociągające. Całe jego ciało wręcz krzyczało: nie przestawaj, chcę więcej. Nie wiedział, co mu na to odpowiedzieć, tym bardziej nie chciał mu przerywać, czerpiąc radość z każdej informacji, której się właśnie dowiadywał. Nie był w tym wszystkim sam, to działało w obie strony! I brzmiało tak bardzo szczerze, że aż dziw brał, że nogi się pod nim nie ugięły z wrażenia.
- Lubię, kiedy jesteś samolubny - przyznał cicho. W chwili milczenia nerwy zdołały się w nim ukoić, a poznanie prawdy z ust Castiela tylko w tym pomagało. Czuł tak gigantyczną ulgę. Zamknął oczy, napawając się tą bliskością, do której blondyn doprowadził. Nawet nie wiedział, jak bardzo jej potrzebował do momentu, kiedy ten przyciągnął go do siebie. Ciepły oddech mieszał się z jego własnym, sprawiając, że zupełnie zapomniał, że stali pośrodku jego biura, zziębnięci i przemoczeni po deszczu. Najwyraźniej już zawsze miała towarzyszyć im woda, nieważne w jakiej postaci.
- Nie dowiemy się, jeśli nie spróbujemy - wyszeptał, wciąż trzymając rękę tam, gdzie poprowadził ją Castiel. Drugą przeciągnął po jego ramieniu w górę, aż wylądowała na karku mężczyzny, gdzie palce wplotły się we wciąż lekko wilgotne włosy. - Ale możemy odkryć to razem.
Nie wiedział, czy przyjdzie im z tego coś dobrego, ale w tym momencie nie miało to żadnego znaczenia. Poczuć wolność, znaleźć w końcu to, czego szukał - tylko tego pragnął. I najwyraźniej rozwiązanie tego wszystko stało tuż obok, w jego objęciach, opierając się czołem o jego czoło. Mógł tak stać w nieskończoność, delektując się nieuchronnym, ale nie należał do osób cierpliwych. Przechylił głowę, zamykając ostatnią przestrzeń między nimi i spychając cały swój strach na daleki plan. Był tylko Castiel i jego ciepłe usta na jego własnych. Jak on za tym tęsknił!
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Castiel Flint (7497), Fergus Ollivander (8779)


Strony (3): 1 2 3 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa