17.01.2023, 22:44 ✶
Świat za oknem tonął w śniegu.
Zimowy Londyn zdecydowanie przegrywał z widokiem z własnego pokoju w Wiltshire, ale jednocześnie też zyskiwał wiele na uroku – przynajmniej dopóki śnieg nie został rozpaćkany przez mugolskie pojazdy oraz upstrzony kolorowymi plamami, stanowiącymi przestrogę przed napychania go garściami do ust.
O ile oczywiście ktokolwiek wpadł na taki pomysł, żeby raczyć się białym, zimnym, zdecydowanie nieprzytulnym puchem. Choć przecież sprawiał zgoła inne wrażenie, wręcz zapraszając do tego, by się na nim położyć, umościć, zakopać po uszy. Tyle że nie miał nic wspólnego z prawdziwym, miękkim puchem, zsyłając wszelkie możliwe przeziębienia i zaganiając wszystkich – wespół z niską temperaturą – do wnętrz domostw czy działających jeszcze barów.
- Och, może powinnam się po prostu do ciebie wprowadzić – stwierdziła z lekkim rozbawieniem w głosie, zapadając się głębiej w salonowym fotelu. Podciągnęła też nogi, moszcząc się najwygodniej, jak się tylko dało, obejmując przy tym – niemalże z czułością – naczynie z grzanym winem. W powietrzu unosiła się woń pomarańczy i korzennych przypraw, mile łechtających powonienie i doskonale komponujących się z świątecznymi ozdobami; Yule nadchodziło coraz większymi krokami.
Tyle że świątecznej atmosfery nie podzielały kominki; coś się popsuło w Wiltshire, przez co nie mogła tak po prostu wrócić do domu. Zajęcia w Akademii zaś się przeciągnęły, pora była już zbyt późna, żeby łapać jakikolwiek transport i wytrzęsywać Malfoyowy zadek na wertepach; o wiele prościej już było wpaść w odwiedziny do brata i jego żony, uśmiechnąć się ładnie o nocleg, pogawędzić chwilę ze szwagierką, zanim ta wymówiła się zmęczeniem i udała na spoczynek (co było jak najbardziej zrozumiałe, biorąc pod uwagę, iż ciąża zmierzała już ku końcowi, co wiązało się z masą dolegliwości – słuchanie o nich zaś stanowiło doskonały środek antykoncepcyjny. Nie, żeby planowała się wikłać w jakieś romanse, ale gdyby jednak – nie czuła się zachęcona do zaproszenia pasożyta do rozgoszczenia się w jej wnętrzu). Tak że zostali teraz sami, razem, we dwójkę, tak jak zresztą lubiła.
- Oszczędziłoby to tego całego przemieszczania się między Londynem a Wiltshire… choć tak w zasadzie, nawet jeśli wy byście się zgodzili, to jednak nie posądzam ojca o to, że spojrzałby na to przychylnym okiem – dodała niemalże natychmiast, po czym umilkła, by pociągnąć niewielki łyk grzańca.
Opatulona szlafrokiem, z ciepłym trunkiem w dłoniach, młodziutka Eunice stopniowo się rozluźniała po stosunkowo ciężkim dniu; jakkolwiek by nie patrzeć, droga, jaką obrała po skończeniu edukacji w Hogwarcie nie należała do najłatwiejszych.
- Zwłaszcza że ostatnio jest jak jest. Mam nadzieję, że tu macie spokojnie? – spytała, obserwując uważnie Elliotta.
Zimowy Londyn zdecydowanie przegrywał z widokiem z własnego pokoju w Wiltshire, ale jednocześnie też zyskiwał wiele na uroku – przynajmniej dopóki śnieg nie został rozpaćkany przez mugolskie pojazdy oraz upstrzony kolorowymi plamami, stanowiącymi przestrogę przed napychania go garściami do ust.
O ile oczywiście ktokolwiek wpadł na taki pomysł, żeby raczyć się białym, zimnym, zdecydowanie nieprzytulnym puchem. Choć przecież sprawiał zgoła inne wrażenie, wręcz zapraszając do tego, by się na nim położyć, umościć, zakopać po uszy. Tyle że nie miał nic wspólnego z prawdziwym, miękkim puchem, zsyłając wszelkie możliwe przeziębienia i zaganiając wszystkich – wespół z niską temperaturą – do wnętrz domostw czy działających jeszcze barów.
- Och, może powinnam się po prostu do ciebie wprowadzić – stwierdziła z lekkim rozbawieniem w głosie, zapadając się głębiej w salonowym fotelu. Podciągnęła też nogi, moszcząc się najwygodniej, jak się tylko dało, obejmując przy tym – niemalże z czułością – naczynie z grzanym winem. W powietrzu unosiła się woń pomarańczy i korzennych przypraw, mile łechtających powonienie i doskonale komponujących się z świątecznymi ozdobami; Yule nadchodziło coraz większymi krokami.
Tyle że świątecznej atmosfery nie podzielały kominki; coś się popsuło w Wiltshire, przez co nie mogła tak po prostu wrócić do domu. Zajęcia w Akademii zaś się przeciągnęły, pora była już zbyt późna, żeby łapać jakikolwiek transport i wytrzęsywać Malfoyowy zadek na wertepach; o wiele prościej już było wpaść w odwiedziny do brata i jego żony, uśmiechnąć się ładnie o nocleg, pogawędzić chwilę ze szwagierką, zanim ta wymówiła się zmęczeniem i udała na spoczynek (co było jak najbardziej zrozumiałe, biorąc pod uwagę, iż ciąża zmierzała już ku końcowi, co wiązało się z masą dolegliwości – słuchanie o nich zaś stanowiło doskonały środek antykoncepcyjny. Nie, żeby planowała się wikłać w jakieś romanse, ale gdyby jednak – nie czuła się zachęcona do zaproszenia pasożyta do rozgoszczenia się w jej wnętrzu). Tak że zostali teraz sami, razem, we dwójkę, tak jak zresztą lubiła.
- Oszczędziłoby to tego całego przemieszczania się między Londynem a Wiltshire… choć tak w zasadzie, nawet jeśli wy byście się zgodzili, to jednak nie posądzam ojca o to, że spojrzałby na to przychylnym okiem – dodała niemalże natychmiast, po czym umilkła, by pociągnąć niewielki łyk grzańca.
Opatulona szlafrokiem, z ciepłym trunkiem w dłoniach, młodziutka Eunice stopniowo się rozluźniała po stosunkowo ciężkim dniu; jakkolwiek by nie patrzeć, droga, jaką obrała po skończeniu edukacji w Hogwarcie nie należała do najłatwiejszych.
- Zwłaszcza że ostatnio jest jak jest. Mam nadzieję, że tu macie spokojnie? – spytała, obserwując uważnie Elliotta.
406