Avelina musiała dzisiaj posiedzieć dłużej w pracy, co nie za bardzo jej odpowiadało. Pogoda nie należała do najprzyjemniejszych nawet jak na Londyn było okropnie, a już był maj, więc pogoda powinna być tylko coraz lepsza. Chociaż może Matka Natura chciała też okazać swój bunt przeciwko tym, którzy czynili ludziom źle? Nie wiedziała tego. Musiała skończyć jak najszybciej warzyć ten przeklęty wywar, ale takich rzeczy niestety nie szło przyśpieszyć. W warzeniu eliksirów wszystko musiało mieć swój czas, więc trzeba było wykazać się przy nich bardzo dużą cierpliwością, której dzisiaj jej brakowało. Na szczęście wszystko wyszło, a ona mogła opuścić pomieszczenie swojej pracy.
Gdy weszła na swoją wytartą ścieżkę do domu jeden pracownik Brygady Uderzeniowej kazał jej zawrócić i przejść inną drogą, ponieważ coś zawaliło jedną uliczkę i musiała przejść na około. Poczuła jakby ktoś uderzył ją w twarz, a jej nogi dosłownie zrobiły się jak z waty. Nie potrafiła chodzić ulicami i zawsze, ale to zawsze obierała jedną drogę. Mogła się teleportować do domu albo zmienić w kota, ale niestety przez dzisiejszy dzień w pracy, który zaczęła o szóstej nad ranem, a skończyła grubo po dwudziestej była już okropnie zmęczona. Avelina wykazywała się w takiej kwestii bardzo rozważna i nie czarowała, gdy nie była w pełni sił. Nie mogła mieć pewności, że wszystko jej się uda, więc musiała zaufać swojej pamięci i obrać inną ścieżkę do swojego domu. Drogę, którą wskazał jej BUMowiec.
Skuliła się w sobie i targana wiatrem szła przed siebie. Już po kilkunastu minutach wiedziała, że skręciła gdzieś źle i nie była w tym miejscu, w którym powinna się znaleźć. Zaklęła bardzo brzydko pod nosem czując jak wzbiera się w niej panika. Nagle uderzyła w coś twardego i upadła ciężko na swoje zacne cztery litery począć przy okazji swoje spodnie, bo wpadła w jakąś kałużę.