<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0" xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">
	<channel>
		<title><![CDATA[Secrets of London - Lake District]]></title>
		<link>https://secretsoflondon.pl/</link>
		<description><![CDATA[Secrets of London - https://secretsoflondon.pl]]></description>
		<pubDate>Sat, 18 Apr 2026 02:41:46 +0000</pubDate>
		<generator>MyBB</generator>
		<item>
			<title><![CDATA[Lake District]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5823</link>
			<pubDate>Fri, 13 Mar 2026 14:46:22 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=210">Strażnik Tajemnic</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5823</guid>
			<description><![CDATA[<div class="locka"><h4>Wieża Blishwicków w Lake District</h4><br />
Pośród spowitych mgłą wzgórz Lake District, wznosi się samotna wieża – strzelista, ponura, zdająca się przeczyć upływowi czasu. Porosły mchem kamień lśni wilgocią nawet w pogodne dni, a wysokie okna ołowiowe, ozdobione szkłem w barwach krwi i bursztynu, rzucają na podłogi cienie jak witraże dawno zapomnianej kaplicy. Nad drzwiami wykuto dewizę rodu: <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Magia przemija. Słowo zostaje.</span><br />
<br />
To dom Blishwicków – poetów, egzaltowanych wizjonerów, twórców elegii i dramatów, dla których język był zawsze potężniejszy niż różdżka. Wnętrze wieży to labirynt chłodnych korytarzy i pokojów o wysokich sufitach, gdzie księgi leżą w stosach na podłodze, a świece nigdy nie wypalają się do końca. Na ścianach wiszą portrety przodków – o oczach śledzących każdy ruch, o twarzach zamyślonych i nieobecnych. Tu słychać kroki tylko własne – lub cudze, których być nie powinno.<br />
<br />
Nocą, w szczytowej komnacie wieży, poeta może stanąć przy marmurowym parapecie i patrzeć na bezgwiezdne niebo, próbując nazwać jego ciemność. Ogród wokół posiadłości przypomina bardziej starą nekropolię niż park – z krzywymi alejkami, fontanną bez wody i ławkami, na których nie wypada siadać zbyt długo. Czasem, spontanicznie wyrastają tam róże, o ciemnych płatkach. Ich obecność jest jedną z licznych tajemnic tego miejsca, których jednak nikt nie próbował rozwikłać. <br />
<br />
Wieża Blishwicków to nie tyle dom, co pomnik – miejsce utkane z wersów, wspomnień i niedopowiedzeń. Cudownie piękne i odrobinę niepokojące. Niewielu czuje się tu swobodnie. Ale kto raz się zatrzyma, ten wraca we wspomnieniach na zawsze.</div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div class="locka"><h4>Wieża Blishwicków w Lake District</h4><br />
Pośród spowitych mgłą wzgórz Lake District, wznosi się samotna wieża – strzelista, ponura, zdająca się przeczyć upływowi czasu. Porosły mchem kamień lśni wilgocią nawet w pogodne dni, a wysokie okna ołowiowe, ozdobione szkłem w barwach krwi i bursztynu, rzucają na podłogi cienie jak witraże dawno zapomnianej kaplicy. Nad drzwiami wykuto dewizę rodu: <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Magia przemija. Słowo zostaje.</span><br />
<br />
To dom Blishwicków – poetów, egzaltowanych wizjonerów, twórców elegii i dramatów, dla których język był zawsze potężniejszy niż różdżka. Wnętrze wieży to labirynt chłodnych korytarzy i pokojów o wysokich sufitach, gdzie księgi leżą w stosach na podłodze, a świece nigdy nie wypalają się do końca. Na ścianach wiszą portrety przodków – o oczach śledzących każdy ruch, o twarzach zamyślonych i nieobecnych. Tu słychać kroki tylko własne – lub cudze, których być nie powinno.<br />
<br />
Nocą, w szczytowej komnacie wieży, poeta może stanąć przy marmurowym parapecie i patrzeć na bezgwiezdne niebo, próbując nazwać jego ciemność. Ogród wokół posiadłości przypomina bardziej starą nekropolię niż park – z krzywymi alejkami, fontanną bez wody i ławkami, na których nie wypada siadać zbyt długo. Czasem, spontanicznie wyrastają tam róże, o ciemnych płatkach. Ich obecność jest jedną z licznych tajemnic tego miejsca, których jednak nikt nie próbował rozwikłać. <br />
<br />
Wieża Blishwicków to nie tyle dom, co pomnik – miejsce utkane z wersów, wspomnień i niedopowiedzeń. Cudownie piękne i odrobinę niepokojące. Niewielu czuje się tu swobodnie. Ale kto raz się zatrzyma, ten wraca we wspomnieniach na zawsze.</div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[16.10.72, Cumbria] To ja, twój kurier]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5802</link>
			<pubDate>Fri, 06 Mar 2026 13:33:04 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=313">Christopher Rosier</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5802</guid>
			<description><![CDATA[Christopher nie był pewny, co znajdowało się w paczce, mającej trafić do Victorii – może więcej ubrań dla Daphne i Primrose ze stałej kolekcji, może nowy płaszcz z kolekcji jesiennej, może coś, co zamówiła, żeby wręczyć komuś w prezencie. Zgarnął ją spośród rzeczy do rozesłania pod wpływem impulsu, który może był głupi i może nie do końca do niego pasował, ale skoro już paczkę wyniósł sprzed nosa kuriera, byłoby jeszcze głupiej się z nią wrócić. <br />
Na całe szczęście albo nieszczęście, należał do ludzi pewnych siebie, odłożył więc wszelkie wątpliwości na bok i pojawił się pod znanym już sobie adresem. <br />
I po zrobieniu paru kroków, z paczką w rękach, potknął się i omal nie wywrócił o coś, co leżało w trawie. Udało mu się jakimś cudem nie upuścić paczki i nie paść widowisko na ziemię – chyba gdyby tak się stało, ze wstydu by się stąd teleportował.<br />
Rosier zaklął pod nosem, co czynił niezwykle rzadko. Rozejrzał się najpierw, upewniając, że nikt nie był świadkiem tej scenki, bo był człowiekiem, który bardzo nie lubił, gdy ktoś widział go w okolicznościach choćby zbliżonych do upokarzających, a potem opuścił wzrok. W trawie coś leżało: coś, co mogło być dziwnym kamieniem, dziwną rzeźbą albo jajkiem. Christopher przykląkł na moment, trochę zaintrygowany, zanim podniósł to znalezisko. Nie znał się na magicznych zwierzętach, bo mogąc wybierać szkolne przedmioty, o stokroć wolał siedzieć w ławce na numerologii niż karmić jakieś gargulce na błoniach, ale był prawie pewny, że to nie jest zwykła skała. Może to coś, co zostało upuszczone, kiedy siostry Lestrange się tutaj wprowadzały?<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – Dostawa od Rosierów</span> – oświadczył chwilę później, po zapukaniu do drzwi, gdy te się otworzyły i uśmiechnął do Victorii znad trzymanego pudła. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – To pani paczka, panno Lestrange. A to… czy to pani jajko?</span> – dodał, wręczając jej paczkę, a potem demonstrując także swoją „zdobycz”, odnalezioną w ogrodzie. <br />
<br />
<br />
!Jajo z kalendarza]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Christopher nie był pewny, co znajdowało się w paczce, mającej trafić do Victorii – może więcej ubrań dla Daphne i Primrose ze stałej kolekcji, może nowy płaszcz z kolekcji jesiennej, może coś, co zamówiła, żeby wręczyć komuś w prezencie. Zgarnął ją spośród rzeczy do rozesłania pod wpływem impulsu, który może był głupi i może nie do końca do niego pasował, ale skoro już paczkę wyniósł sprzed nosa kuriera, byłoby jeszcze głupiej się z nią wrócić. <br />
Na całe szczęście albo nieszczęście, należał do ludzi pewnych siebie, odłożył więc wszelkie wątpliwości na bok i pojawił się pod znanym już sobie adresem. <br />
I po zrobieniu paru kroków, z paczką w rękach, potknął się i omal nie wywrócił o coś, co leżało w trawie. Udało mu się jakimś cudem nie upuścić paczki i nie paść widowisko na ziemię – chyba gdyby tak się stało, ze wstydu by się stąd teleportował.<br />
Rosier zaklął pod nosem, co czynił niezwykle rzadko. Rozejrzał się najpierw, upewniając, że nikt nie był świadkiem tej scenki, bo był człowiekiem, który bardzo nie lubił, gdy ktoś widział go w okolicznościach choćby zbliżonych do upokarzających, a potem opuścił wzrok. W trawie coś leżało: coś, co mogło być dziwnym kamieniem, dziwną rzeźbą albo jajkiem. Christopher przykląkł na moment, trochę zaintrygowany, zanim podniósł to znalezisko. Nie znał się na magicznych zwierzętach, bo mogąc wybierać szkolne przedmioty, o stokroć wolał siedzieć w ławce na numerologii niż karmić jakieś gargulce na błoniach, ale był prawie pewny, że to nie jest zwykła skała. Może to coś, co zostało upuszczone, kiedy siostry Lestrange się tutaj wprowadzały?<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – Dostawa od Rosierów</span> – oświadczył chwilę później, po zapukaniu do drzwi, gdy te się otworzyły i uśmiechnął do Victorii znad trzymanego pudła. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – To pani paczka, panno Lestrange. A to… czy to pani jajko?</span> – dodał, wręczając jej paczkę, a potem demonstrując także swoją „zdobycz”, odnalezioną w ogrodzie. <br />
<br />
<br />
!Jajo z kalendarza]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[01.10.1972, Grasmere] Szyba w iskier tysiące rozbita]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5597</link>
			<pubDate>Sun, 11 Jan 2026 17:17:06 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=177">Victoria Lestrange</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5597</guid>
			<description><![CDATA[<p>Grasmere. </p>
<p>Victoria była tu już wcześniej w lipcu, była też w sierpniu, gdy zastanawiała się nad kupnem domu. Owszem, miała dla siebie całą kamienicę na Pokątnej, ale prawda o niej była taka, że to nigdy nie miało być miejsce na stałe. Dobrze, że było – w dogodnej lokalizacji, w samym centrum Londynu i przydało jej się, gdy zdecydowała się wyprowadzić z rodzinnego domu, nie musząc kupować nic na szybko i bez przemyślenia. Później przydało się jeszcze bardziej, gdy po Spalonej Nocy jej siostry miały do wyboru albo zamieszkać z rodzicami i innymi członkami rodziny w Maida Vale lub z siostrą na Pokątnej… Wybór wydawał się prosty. Proste nie było natomiast to, co na tej Pokątnej się działo. Najpierw w lipcu ten przeklęty, potężny poltergeist jakimś cudem wciśnięty w kratkę wentylacyjną, który tygodniami mieszał jej, oklumentce, w głowie, co skończyło się egzorcyzmami w środku nocy. A teraz… Teraz jakiś, najpewniej czarnomagiczny, ołtarz w piwniczce, której nawet nie było na planach kamienicy; w piwniczce, której Victoria nigdy dotąd nawet nie widziała, choć przechodziła tamtędy wiele razy do swojej pracowni z kociołkami; w piwniczce, z której dobiegał hałas na całą okolicę, jakichś dudniących bębnów. </p>
<p>Grasmere nie było jedynym miejscem, nad którym się zastanawiała, miała na liście jeszcze kilka, ale to podobało jej się zdecydowanie najbardziej. I całe szczęście, gdy odezwała się do agenta nieruchomości Pettigrew, który miał pieczę nad tym miejscem, okazało się, że nadal nie jest sprzedane i to nawet po tragedii jaką była Spalona Noc, a wielu ludzi szukało nowych domów lub wynosiło się z dotychczas zamieszkiwanej przez nich okolicy. Nie każdego było na to jednak stać, nie każdy miał oszczędności, a jeśli tak, to nie wszyscy mogli sobie pozwolić na wyprowadzkę. Czasami taniej było wyremontować coś, co nie było doszczętnie zniszczone. Takie kupowanie nowych nieruchomości raczej było uskuteczniane przez tych najbogatszych. A na biednego przecież nie trafiło, bo Victoria nadal miała gdzie mieszkać. Wielu nazwałoby to wszystko nie czym innym, jak fanaberią, ale to było znacznie bardziej skomplikowane: nie chciała mieszkać z rodzicami, nie chciała więcej nacisku z ich strony, gdy w końcu się spod niego całkowicie wyrwała. Byłyby tarcia, byłoby źle. I nie mogła dłużej mieszkać w Bluszczowej Kamienicy, nie dopóki działy się tam tak dziwne rzeczy. I tak planowała opłacić jakiegoś klątwołamacza, by zajął się tamtym mieszkaniem – by znowu był awaryjną opcją, ale teraz poszukiwała czegoś nowego. I czegoś na stałe, a nie przejściowego. To zaś, że ten dom nadal nie został sprzedany było najprawdopodobniej kwestią cena – bo to nie był malutki byle jaki domek, a sporych rozmiarów kamienny dom, ten z serii, które można było spokojnie nazwać posiadłością (choć nie jakichś przesadzonych rozmiarów, nie mówiliśmy o pięćdziesięciu pokojach, czterech piętrach i wielkiej sali balowej, a o dużym domu, na który nie mógłby sobie pozwolić ktoś z klasy średniej), zwłaszcza w porównaniu do innych domostw w Grasmere. Znajdował się w pewnym oddaleniu od reszty zabudowań wioski, na południe od jeziora z widokiem na odpływ rzeki Rothay, nieco w górze, bo na niewysokim wzniesieniu, z jednej strony przytulony do czegoś, co można było nazwać lasem, a przynajmniej gajem, mając u podnóża morze traw, na których wypasały się owce i krowy, i widok na jezioro, wzgórza oraz resztę wioski po drugiej stronie jeziora. Dom nie znajdował się bezpośrednio przy jeziorze Grasmere i to też było w porządku, bo miała tu na uwadze swoją młodszą siostrę, która panicznie bała się zbiorników wodnych. Najwyraźniej osoby, które go wybudowały, chciały mieć pewien spokój od mieszkańców, wybierając to oddalenie – i dokładnie to Victorii pasowało. Dokładnie tego szukała. Podpytywała, kto tu wcześniej mieszkał – wyglądało na to, że dom wybudowano w XIX wieku i był regularnie zamieszkiwany aż do 1970 roku. Ostatnim mieszkającym tu na stałe właścicielem był Arthur Bennett, samotny emerytowany nauczyciel, choć w rzeczywistości czarodziej półkrwi. Zmarł on nagle, będąc na jakimś wyjeździe, a budynek odziedziczyło w spadku po dalekim krewnym bezdzietne mugolskie małżeństwo, które nigdy właściwie się tutaj na stałe nie wprowadziło. To znaczy próbowali, bo dom był dobrze zbudowany i zaopiekowany, ale coś… źle się tutaj czuli z jakiegoś powodu, dlatego ostatecznie zdecydowali się go sprzedać, a agent nieruchomości, który prześledził historię domu, doszedł do tego, co im tam nie pasowało: najpewniej jakieś widmo magii. I tak właśnie został wystawiony na sprzedaż. Oczywiście właściciele nie mieli pojęcia, że agent był czarodziejem, tak samo jak krewny nauczyciel, którego nazywali ekscentrycznym dziwakiem. </p>
<p>I właśnie w ten sposób dom i jego tereny trafiły do Victorii. Bo gdy już się zdecydowała, że na pewno wynoszą się z Pokątnej i skontaktowała z panem Pettigrew, ostatni raz obejrzała dom i dokonała decyzji: bierze go. W ciągu następnych kilku dni dokonali wszystkich formalności, przekazała zapłatę, podpisała umowę, otrzymała swoją i tak dalej, a właśnie dzisiaj dostała klucz już tak oficjalnie. Dom był jej na własność. Patrzyła na niego i czuła pewien dziwny spokój. To może ta roślinność, która pomalutku zaczynała się układać do snu, zwiastując już w pełni nadejście jesieni. A może cichy spokój malowniczej okolicy.</p>
<p>Czuła pewną ulgę, gdy teraz przechadzała się po pokojach, doskonale widząc, że dom faktycznie na którymś etapie musiał należeć do maga; osobny kominek w dużym przedpokoju mówił sam za siebie (coś, co zostało nazwane przez poprzednich właścicieli jako architektoniczne dziwactwo, wedle słów pana Pettigrew), tak samo jak przestrzeń na strychu, wydzielona najpewniej dla ptaków pocztowych. Okolica zupełnie ominęła atak Lorda Voldemorta, dom nie wymagał więc żadnych napraw, był dobrze zachowany, choć przez ostatnie dwa lata zakurzył się trochę… lecz to nie problem. Meble tu były, może niekoniecznie w stylu Victorii, ale na ten moment wystarczą, przeniosą to, co było potrzeba z mieszkania na Pokątnej tutaj, tam zostawią najpotrzebniejsze rzeczy. Dwa piętra… Może to nawet za dużo jak na nie dwie… albo trzy, ale na pewno będzie im tutaj wygodnie (nie wiedziała wszak, czy jej siostry będą się chciały tutaj przenieść, czy może będą wolały zostać z jakiegoś powodu na Pokątnej, choć to byłoby nierozważne, a może jednak wrócić do rodziców, do Maida Vale). Nawet gdyby miała mieszkać tu sama, to sto razy wolała spokój tej wioski, bo to do tego była całe życie przyzwyczajona: do domu na uboczu, do pięknych widoków natury, do mugoli gdzieś tam kręcących się w miasteczku… No i ogród. Można tu było zagospodarować ogród. Znajdował się tu już mały sad i Victoria zastanawiała się jak to wszystko dobrze wkomponować… ale to nie coś na dzisiejsze rozmyślania. Dzisiaj czuła, że ściągnęła z barków pewien ciężar. Że może to jednak jakiś kolejny etap, nowy rozdział w książce, która w ostatnim czasie nie była dla niej łaskawa. </p>
<p>To nie był jeszcze dzień, w którym można tu było zamieszkać. To znaczy technicznie można było, ale praktycznie to dom potrzebował jeszcze chwili, małej adaptacji, by się do tego w pełni nadawał. W pierwszej kolejności trzeba było podłączyć sieć fiuu i załatwieniem tej sprawy zamierzała się zająć jak najszybciej, jeszcze zanim pójdzie na swoją zmianę do pracy. Zabezpieczenia… Zabezpieczenia domu będą musiały poczekać, będzie musiała tu chwilę pomieszkać, by mieć pewność co do tego, które będą tutaj niezbędne, zresztą specjaliści byli pewnie teraz zajęci, tak jak większość rzemieślników. </p>
<p>Przynajmniej była pewna tego, który pokój będzie jej sypialnią: na piętrze, z widokiem na jezioro i wzgórza. </p>
<p>Przeszła się jeszcze po dworze, po tym, co miało być jej przyszłym ogrodem, chłonęła zapach – wolny tutaj od wszelkiego dymu, pyłu i smrodu. I wtedy coś przykuło jej uwagę. Kucnęła, chcąc obejrzeć w trawie dziwne… najwyraźniej jajo? Wzięła je do ręki.</p>
<br />
<span style="font-size: x-small;" class="mycode_size"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">!Jajo z kalendarza</span></span>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Grasmere. </p>
<p>Victoria była tu już wcześniej w lipcu, była też w sierpniu, gdy zastanawiała się nad kupnem domu. Owszem, miała dla siebie całą kamienicę na Pokątnej, ale prawda o niej była taka, że to nigdy nie miało być miejsce na stałe. Dobrze, że było – w dogodnej lokalizacji, w samym centrum Londynu i przydało jej się, gdy zdecydowała się wyprowadzić z rodzinnego domu, nie musząc kupować nic na szybko i bez przemyślenia. Później przydało się jeszcze bardziej, gdy po Spalonej Nocy jej siostry miały do wyboru albo zamieszkać z rodzicami i innymi członkami rodziny w Maida Vale lub z siostrą na Pokątnej… Wybór wydawał się prosty. Proste nie było natomiast to, co na tej Pokątnej się działo. Najpierw w lipcu ten przeklęty, potężny poltergeist jakimś cudem wciśnięty w kratkę wentylacyjną, który tygodniami mieszał jej, oklumentce, w głowie, co skończyło się egzorcyzmami w środku nocy. A teraz… Teraz jakiś, najpewniej czarnomagiczny, ołtarz w piwniczce, której nawet nie było na planach kamienicy; w piwniczce, której Victoria nigdy dotąd nawet nie widziała, choć przechodziła tamtędy wiele razy do swojej pracowni z kociołkami; w piwniczce, z której dobiegał hałas na całą okolicę, jakichś dudniących bębnów. </p>
<p>Grasmere nie było jedynym miejscem, nad którym się zastanawiała, miała na liście jeszcze kilka, ale to podobało jej się zdecydowanie najbardziej. I całe szczęście, gdy odezwała się do agenta nieruchomości Pettigrew, który miał pieczę nad tym miejscem, okazało się, że nadal nie jest sprzedane i to nawet po tragedii jaką była Spalona Noc, a wielu ludzi szukało nowych domów lub wynosiło się z dotychczas zamieszkiwanej przez nich okolicy. Nie każdego było na to jednak stać, nie każdy miał oszczędności, a jeśli tak, to nie wszyscy mogli sobie pozwolić na wyprowadzkę. Czasami taniej było wyremontować coś, co nie było doszczętnie zniszczone. Takie kupowanie nowych nieruchomości raczej było uskuteczniane przez tych najbogatszych. A na biednego przecież nie trafiło, bo Victoria nadal miała gdzie mieszkać. Wielu nazwałoby to wszystko nie czym innym, jak fanaberią, ale to było znacznie bardziej skomplikowane: nie chciała mieszkać z rodzicami, nie chciała więcej nacisku z ich strony, gdy w końcu się spod niego całkowicie wyrwała. Byłyby tarcia, byłoby źle. I nie mogła dłużej mieszkać w Bluszczowej Kamienicy, nie dopóki działy się tam tak dziwne rzeczy. I tak planowała opłacić jakiegoś klątwołamacza, by zajął się tamtym mieszkaniem – by znowu był awaryjną opcją, ale teraz poszukiwała czegoś nowego. I czegoś na stałe, a nie przejściowego. To zaś, że ten dom nadal nie został sprzedany było najprawdopodobniej kwestią cena – bo to nie był malutki byle jaki domek, a sporych rozmiarów kamienny dom, ten z serii, które można było spokojnie nazwać posiadłością (choć nie jakichś przesadzonych rozmiarów, nie mówiliśmy o pięćdziesięciu pokojach, czterech piętrach i wielkiej sali balowej, a o dużym domu, na który nie mógłby sobie pozwolić ktoś z klasy średniej), zwłaszcza w porównaniu do innych domostw w Grasmere. Znajdował się w pewnym oddaleniu od reszty zabudowań wioski, na południe od jeziora z widokiem na odpływ rzeki Rothay, nieco w górze, bo na niewysokim wzniesieniu, z jednej strony przytulony do czegoś, co można było nazwać lasem, a przynajmniej gajem, mając u podnóża morze traw, na których wypasały się owce i krowy, i widok na jezioro, wzgórza oraz resztę wioski po drugiej stronie jeziora. Dom nie znajdował się bezpośrednio przy jeziorze Grasmere i to też było w porządku, bo miała tu na uwadze swoją młodszą siostrę, która panicznie bała się zbiorników wodnych. Najwyraźniej osoby, które go wybudowały, chciały mieć pewien spokój od mieszkańców, wybierając to oddalenie – i dokładnie to Victorii pasowało. Dokładnie tego szukała. Podpytywała, kto tu wcześniej mieszkał – wyglądało na to, że dom wybudowano w XIX wieku i był regularnie zamieszkiwany aż do 1970 roku. Ostatnim mieszkającym tu na stałe właścicielem był Arthur Bennett, samotny emerytowany nauczyciel, choć w rzeczywistości czarodziej półkrwi. Zmarł on nagle, będąc na jakimś wyjeździe, a budynek odziedziczyło w spadku po dalekim krewnym bezdzietne mugolskie małżeństwo, które nigdy właściwie się tutaj na stałe nie wprowadziło. To znaczy próbowali, bo dom był dobrze zbudowany i zaopiekowany, ale coś… źle się tutaj czuli z jakiegoś powodu, dlatego ostatecznie zdecydowali się go sprzedać, a agent nieruchomości, który prześledził historię domu, doszedł do tego, co im tam nie pasowało: najpewniej jakieś widmo magii. I tak właśnie został wystawiony na sprzedaż. Oczywiście właściciele nie mieli pojęcia, że agent był czarodziejem, tak samo jak krewny nauczyciel, którego nazywali ekscentrycznym dziwakiem. </p>
<p>I właśnie w ten sposób dom i jego tereny trafiły do Victorii. Bo gdy już się zdecydowała, że na pewno wynoszą się z Pokątnej i skontaktowała z panem Pettigrew, ostatni raz obejrzała dom i dokonała decyzji: bierze go. W ciągu następnych kilku dni dokonali wszystkich formalności, przekazała zapłatę, podpisała umowę, otrzymała swoją i tak dalej, a właśnie dzisiaj dostała klucz już tak oficjalnie. Dom był jej na własność. Patrzyła na niego i czuła pewien dziwny spokój. To może ta roślinność, która pomalutku zaczynała się układać do snu, zwiastując już w pełni nadejście jesieni. A może cichy spokój malowniczej okolicy.</p>
<p>Czuła pewną ulgę, gdy teraz przechadzała się po pokojach, doskonale widząc, że dom faktycznie na którymś etapie musiał należeć do maga; osobny kominek w dużym przedpokoju mówił sam za siebie (coś, co zostało nazwane przez poprzednich właścicieli jako architektoniczne dziwactwo, wedle słów pana Pettigrew), tak samo jak przestrzeń na strychu, wydzielona najpewniej dla ptaków pocztowych. Okolica zupełnie ominęła atak Lorda Voldemorta, dom nie wymagał więc żadnych napraw, był dobrze zachowany, choć przez ostatnie dwa lata zakurzył się trochę… lecz to nie problem. Meble tu były, może niekoniecznie w stylu Victorii, ale na ten moment wystarczą, przeniosą to, co było potrzeba z mieszkania na Pokątnej tutaj, tam zostawią najpotrzebniejsze rzeczy. Dwa piętra… Może to nawet za dużo jak na nie dwie… albo trzy, ale na pewno będzie im tutaj wygodnie (nie wiedziała wszak, czy jej siostry będą się chciały tutaj przenieść, czy może będą wolały zostać z jakiegoś powodu na Pokątnej, choć to byłoby nierozważne, a może jednak wrócić do rodziców, do Maida Vale). Nawet gdyby miała mieszkać tu sama, to sto razy wolała spokój tej wioski, bo to do tego była całe życie przyzwyczajona: do domu na uboczu, do pięknych widoków natury, do mugoli gdzieś tam kręcących się w miasteczku… No i ogród. Można tu było zagospodarować ogród. Znajdował się tu już mały sad i Victoria zastanawiała się jak to wszystko dobrze wkomponować… ale to nie coś na dzisiejsze rozmyślania. Dzisiaj czuła, że ściągnęła z barków pewien ciężar. Że może to jednak jakiś kolejny etap, nowy rozdział w książce, która w ostatnim czasie nie była dla niej łaskawa. </p>
<p>To nie był jeszcze dzień, w którym można tu było zamieszkać. To znaczy technicznie można było, ale praktycznie to dom potrzebował jeszcze chwili, małej adaptacji, by się do tego w pełni nadawał. W pierwszej kolejności trzeba było podłączyć sieć fiuu i załatwieniem tej sprawy zamierzała się zająć jak najszybciej, jeszcze zanim pójdzie na swoją zmianę do pracy. Zabezpieczenia… Zabezpieczenia domu będą musiały poczekać, będzie musiała tu chwilę pomieszkać, by mieć pewność co do tego, które będą tutaj niezbędne, zresztą specjaliści byli pewnie teraz zajęci, tak jak większość rzemieślników. </p>
<p>Przynajmniej była pewna tego, który pokój będzie jej sypialnią: na piętrze, z widokiem na jezioro i wzgórza. </p>
<p>Przeszła się jeszcze po dworze, po tym, co miało być jej przyszłym ogrodem, chłonęła zapach – wolny tutaj od wszelkiego dymu, pyłu i smrodu. I wtedy coś przykuło jej uwagę. Kucnęła, chcąc obejrzeć w trawie dziwne… najwyraźniej jajo? Wzięła je do ręki.</p>
<br />
<span style="font-size: x-small;" class="mycode_size"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">!Jajo z kalendarza</span></span>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[15.09.1972] Przygotowania do Mabon]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5147</link>
			<pubDate>Fri, 19 Sep 2025 02:51:31 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=87">Dora Crawford</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5147</guid>
			<description><![CDATA[Dora postanowiła zabrać się do robienia świątecznych ozdób nieco wcześniej - głównie po to, żeby zająć czymś ręce i spowolnić tym samym rozpędzone myśli. Wciąż była roztrzęsiona i nieco osłabiona, nawet jeśli od felernej nocy minął niemal tydzień. Wszystko jednak wydawało się tak samo realne i okropne, jakby zadziało się zaledwie poprzedniego dnia. <br />
<br />
Od soboty siedziała w Księżycowym Stawie, pozwalając Brennie działać i schodząc innym z drogi. Doszła do jakiegoś porozumienia, głównie z samą sobą, że Longbottom miała rację i należało zatrzeć ślady; za nią samą i za jej rodziną, bo czytany na zgliszczach Warowni list, wciąż był niezwykle żywy i dokładnie tak samo złowrogi. Dora co prawda spaliła go, pozostawiając zaledwie nanizane na nitkę runy i zaschnięty kwiatek, ale zawarte na pergaminie słowa zdawały się wypalić w jej pamięci w sposób, którego nie dało się zapomnieć.<br />
<br />
Dlatego rozsiadła się na ganku, znajdującym na tyłach Księżycowego Stawu. Ubrana w gruby sweter, z podwiniętymi rękawami, przebierała zebrane rośliny, dzieląc je tak żeby potem wygodnie było jej je dobierać. Chciała bowiem stworzyć wieniec - prosty i symboliczny, ale liczył się przecież gest, prawda? Miała więc zboża, czerwieniące się liście, nawłoć czy wrzosy. Wszystko oplotła czerwoną wstążką dla stabilności, wiążąc ją jednak na końcu w kokardę dla ozdoby.<br />
<br />
<span style="font-size: small;" class="mycode_size"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">//</span> <span style="color: #6d6d6d;" class="mycode_color">Dora przygotowuje wieniec do złożenia na ołtarzu podczas Mabon. Z tej okazji korzysta z  ◉◉○○○ rzemiosła, faktu że jej głównym zajęciem jest rzemieślnictwo, a także posiada zielarstwo III. <br />
5 (praca) + 30 (zielarstwo) + 10 ( ◉◉○○○ rzemiosła) = 45 bonusu</span></span><br />
<br />
[roll=1d100+45]<br />
<br />
Kiedy skończyła, spojrzała na splecione rośliny nieco krytycznie, przez moment unosząc wieniec ku górze i oglądając go uważnie ze wszystkich stron. Wszystko jednak zdawało się trzymać razem, nie rozpadać, ani przesadnie nie sterczeć, co wyraźnie ją usatysfakcjonowało, bo kiwnęła do siebie głową i odłożyła dzieło na blat stołu przy którym siedziała. Teraz nadszedł czas na sprzątanie, do którego zabrała się nieco powoli, ale wciąż metodycznie zbierając pozostałe jej rośliny, chcąc zostawić je na później, kiedy i z resztą mieszkańców Stawu siądą do wspólnego tworzenia ofiar dla matki. <br />
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">Koniec sesji</div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Dora postanowiła zabrać się do robienia świątecznych ozdób nieco wcześniej - głównie po to, żeby zająć czymś ręce i spowolnić tym samym rozpędzone myśli. Wciąż była roztrzęsiona i nieco osłabiona, nawet jeśli od felernej nocy minął niemal tydzień. Wszystko jednak wydawało się tak samo realne i okropne, jakby zadziało się zaledwie poprzedniego dnia. <br />
<br />
Od soboty siedziała w Księżycowym Stawie, pozwalając Brennie działać i schodząc innym z drogi. Doszła do jakiegoś porozumienia, głównie z samą sobą, że Longbottom miała rację i należało zatrzeć ślady; za nią samą i za jej rodziną, bo czytany na zgliszczach Warowni list, wciąż był niezwykle żywy i dokładnie tak samo złowrogi. Dora co prawda spaliła go, pozostawiając zaledwie nanizane na nitkę runy i zaschnięty kwiatek, ale zawarte na pergaminie słowa zdawały się wypalić w jej pamięci w sposób, którego nie dało się zapomnieć.<br />
<br />
Dlatego rozsiadła się na ganku, znajdującym na tyłach Księżycowego Stawu. Ubrana w gruby sweter, z podwiniętymi rękawami, przebierała zebrane rośliny, dzieląc je tak żeby potem wygodnie było jej je dobierać. Chciała bowiem stworzyć wieniec - prosty i symboliczny, ale liczył się przecież gest, prawda? Miała więc zboża, czerwieniące się liście, nawłoć czy wrzosy. Wszystko oplotła czerwoną wstążką dla stabilności, wiążąc ją jednak na końcu w kokardę dla ozdoby.<br />
<br />
<span style="font-size: small;" class="mycode_size"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">//</span> <span style="color: #6d6d6d;" class="mycode_color">Dora przygotowuje wieniec do złożenia na ołtarzu podczas Mabon. Z tej okazji korzysta z  ◉◉○○○ rzemiosła, faktu że jej głównym zajęciem jest rzemieślnictwo, a także posiada zielarstwo III. <br />
5 (praca) + 30 (zielarstwo) + 10 ( ◉◉○○○ rzemiosła) = 45 bonusu</span></span><br />
<br />
[roll=1d100+45]<br />
<br />
Kiedy skończyła, spojrzała na splecione rośliny nieco krytycznie, przez moment unosząc wieniec ku górze i oglądając go uważnie ze wszystkich stron. Wszystko jednak zdawało się trzymać razem, nie rozpadać, ani przesadnie nie sterczeć, co wyraźnie ją usatysfakcjonowało, bo kiwnęła do siebie głową i odłożyła dzieło na blat stołu przy którym siedziała. Teraz nadszedł czas na sprzątanie, do którego zabrała się nieco powoli, ale wciąż metodycznie zbierając pozostałe jej rośliny, chcąc zostawić je na później, kiedy i z resztą mieszkańców Stawu siądą do wspólnego tworzenia ofiar dla matki. <br />
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">Koniec sesji</div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[jesień 1972: 14 września, Keswick] Życie i śmierć Florence Bulstrode]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4882</link>
			<pubDate>Wed, 04 Jun 2025 14:44:27 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=363">Baba Jaga</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4882</guid>
			<description><![CDATA[<h1>Życie i śmierć Florence Bulstrode</h1><br />
<div class="divek">Nabożeństwo żałobne rozpoczęło się o godzinie 10 w kaplicy kowenu Whitecroft, pozwalając na zebranie się wszystkim, którzy znali Florence. Rodzinie, przyjaciołom, kolegom z pracy lub znajomym i osobom, którym pojawić się zwyczajnie wypadało. Była to uroczystość otwarta, dzięki której każdy mógł pożegnać się z panną Bulstrode przed niewzruszonym obliczem Matki. Po mszy, żałobnicy ruszyli na parafialny cmentarz, gdzie ciało zostało złożone w rodzinnym grobowcu, pozwalając zgromadzonym oddalić się na dalsze obchody.<br />
<br />
Rodzina, przyjaciele i niektórzy ze współpracowników - takie były kryteria dla gości, którzy zostali zaproszeni na konsolację. Dla nich zostały zorganizowane świstokliki, które miały teleportować gości na teren posiadłości rodziny Prewett w Keswick. Do dyspozycji został parter, w szczególności sala gdzie rozstawiono stoły z jedzeniem i piciem, a z której prowadziło wyjście na taras i rozległe ogrody. <br />
<br />
Zgromadzeni mieli już nieco czasu na to, żeby ochłonąć po samym nabożeństwie i pogrzebie, o ile w ogóle można to było uznać za możliwe. Emocje wciąż były żywe, jednak zachęcono wszystkich do posilenia się, rozmów i korzystania z uroków Keswick. <br />
<br />
Sami rodzice Florence siedzieli blisko głowy rodziny Prewett - Edwarda. Jego siostra była nienaturalnie cicha, zajmując się przede wszystkim lampką wina, którą obracała nieśpiesznie w palcach, podczas kiedy jej mąż oddawał się rozmowie z swoim bratem, Gregorym Bulstrode. Imani Spencer-Moon uśmiechała się blado do jednej z ciotek Bulstrode, która mówiła coś do niej szybkim, rzeczowym tonem. </div>
<br />
<div class="divek"><h2> Ku pamięci </h2><br />
Jako, że Florence w sercach wielu odcisnęła swoje piętno, rodzina zaplanowała małą atrakcję. Wchodząc na teren posiadłości w Keswick, postacie mogą dostrzec obszerny wazon ze świeżo ciętymi kwiatami różnych gatunków i tabliczką; Ku pamięci. Biorąc do ręki kwiat, odczuwa się przypływ emocji, determinowany przez rzut kością* <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Emocje</span>. Wywołują one wspomnienia, oczywiście związane z daną emocją, ale także dotyczące osoby Florence. Od tego momentu, kiedy postać trzyma w dłoni kwiat, czuje silniej tę właśnie emocję i przypomina sobie wyraźniej związane z nią wspomnienie, które przyszło do niej podczas stypy. Kwiaty zostają oddane gościom na pamiątkę.<br />
<br />
<span style="font-size: small;" class="mycode_size"><span style="color: #6d6d6d;" class="mycode_color">*Jest to kość uniwersalna, zawierająca w sobie również te mało pozytywne, dlatego proszę żebyście wynik negatywny zignorowali i przerzucili. Będziemy wspominać Florence tylko w pozytywny sposób, elo.</span></span></div>
<br />
<div class="divek"><h3>Organizacyjnie</h3><br />
Powiedziałabym, że mamy takie wczesne popołudnie. Zdążyliśmy coś zjeść, niektórzy wstali ze swoich miejsc, zbijając w rozmawiające ze sobą grupki. Wciąż jednak jesteśmy zebrani w jednym miejscu - daję tym samym możliwość wypowiedzenia się przed większym gronem postaciom, które chętnie dałyby nam tutaj jakąś mowę żałobną. Oprócz tego - myślę, że na spokojnie goście mogą liczyć na nocleg, jeśli zależy im na siedzeniu z nami do późna. <br />
<br />
Parę linków; <a href="http://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=1616" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">Gregory Bulstrode</a>, <a href="http://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4524" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">Imani Spencer-Moon</a>, <a href="http://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=128" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">rodzice Florence</a>, <a href="http://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=136" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">posiadłość w Keswick</a><br />
<br />
Daję nam też termin, głównie dlatego, że chciałabym tutaj odpisać jako Legenda jeszcze przed Pyrkonem - proszę więc o odpisy do 11 czerwca.</div>
[inny avek]https://i.imgur.com/0z4EpSp.png[/inny avek]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<h1>Życie i śmierć Florence Bulstrode</h1><br />
<div class="divek">Nabożeństwo żałobne rozpoczęło się o godzinie 10 w kaplicy kowenu Whitecroft, pozwalając na zebranie się wszystkim, którzy znali Florence. Rodzinie, przyjaciołom, kolegom z pracy lub znajomym i osobom, którym pojawić się zwyczajnie wypadało. Była to uroczystość otwarta, dzięki której każdy mógł pożegnać się z panną Bulstrode przed niewzruszonym obliczem Matki. Po mszy, żałobnicy ruszyli na parafialny cmentarz, gdzie ciało zostało złożone w rodzinnym grobowcu, pozwalając zgromadzonym oddalić się na dalsze obchody.<br />
<br />
Rodzina, przyjaciele i niektórzy ze współpracowników - takie były kryteria dla gości, którzy zostali zaproszeni na konsolację. Dla nich zostały zorganizowane świstokliki, które miały teleportować gości na teren posiadłości rodziny Prewett w Keswick. Do dyspozycji został parter, w szczególności sala gdzie rozstawiono stoły z jedzeniem i piciem, a z której prowadziło wyjście na taras i rozległe ogrody. <br />
<br />
Zgromadzeni mieli już nieco czasu na to, żeby ochłonąć po samym nabożeństwie i pogrzebie, o ile w ogóle można to było uznać za możliwe. Emocje wciąż były żywe, jednak zachęcono wszystkich do posilenia się, rozmów i korzystania z uroków Keswick. <br />
<br />
Sami rodzice Florence siedzieli blisko głowy rodziny Prewett - Edwarda. Jego siostra była nienaturalnie cicha, zajmując się przede wszystkim lampką wina, którą obracała nieśpiesznie w palcach, podczas kiedy jej mąż oddawał się rozmowie z swoim bratem, Gregorym Bulstrode. Imani Spencer-Moon uśmiechała się blado do jednej z ciotek Bulstrode, która mówiła coś do niej szybkim, rzeczowym tonem. </div>
<br />
<div class="divek"><h2> Ku pamięci </h2><br />
Jako, że Florence w sercach wielu odcisnęła swoje piętno, rodzina zaplanowała małą atrakcję. Wchodząc na teren posiadłości w Keswick, postacie mogą dostrzec obszerny wazon ze świeżo ciętymi kwiatami różnych gatunków i tabliczką; Ku pamięci. Biorąc do ręki kwiat, odczuwa się przypływ emocji, determinowany przez rzut kością* <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Emocje</span>. Wywołują one wspomnienia, oczywiście związane z daną emocją, ale także dotyczące osoby Florence. Od tego momentu, kiedy postać trzyma w dłoni kwiat, czuje silniej tę właśnie emocję i przypomina sobie wyraźniej związane z nią wspomnienie, które przyszło do niej podczas stypy. Kwiaty zostają oddane gościom na pamiątkę.<br />
<br />
<span style="font-size: small;" class="mycode_size"><span style="color: #6d6d6d;" class="mycode_color">*Jest to kość uniwersalna, zawierająca w sobie również te mało pozytywne, dlatego proszę żebyście wynik negatywny zignorowali i przerzucili. Będziemy wspominać Florence tylko w pozytywny sposób, elo.</span></span></div>
<br />
<div class="divek"><h3>Organizacyjnie</h3><br />
Powiedziałabym, że mamy takie wczesne popołudnie. Zdążyliśmy coś zjeść, niektórzy wstali ze swoich miejsc, zbijając w rozmawiające ze sobą grupki. Wciąż jednak jesteśmy zebrani w jednym miejscu - daję tym samym możliwość wypowiedzenia się przed większym gronem postaciom, które chętnie dałyby nam tutaj jakąś mowę żałobną. Oprócz tego - myślę, że na spokojnie goście mogą liczyć na nocleg, jeśli zależy im na siedzeniu z nami do późna. <br />
<br />
Parę linków; <a href="http://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=1616" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">Gregory Bulstrode</a>, <a href="http://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4524" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">Imani Spencer-Moon</a>, <a href="http://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=128" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">rodzice Florence</a>, <a href="http://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=136" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">posiadłość w Keswick</a><br />
<br />
Daję nam też termin, głównie dlatego, że chciałabym tutaj odpisać jako Legenda jeszcze przed Pyrkonem - proszę więc o odpisy do 11 czerwca.</div>
[inny avek]https://i.imgur.com/0z4EpSp.png[/inny avek]]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[10.08.72] gwiazd naszych wina | laurent x perseus]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=3890</link>
			<pubDate>Fri, 13 Sep 2024 23:34:14 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=44">Perseus Black</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=3890</guid>
			<description><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Perseus Black - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Piszę, więc jestem</span></div></div>
<br />
Skończyło się tak w ten sam sposób, w jaki się zaczęło; na drewnianych schodkach domku letniskowego w różowo szarym świetle zapadającego zmierzchu. Nad migoczącą w ostatnich promieniach dnia taflą wody zbierała się cienka warstwa mgły; jeszcze wczoraj uznałby ten widok za co najmniej czarujący, lecz po kilku godzinach spędzonych w zimnej wodzie przerażała go sama myśl o tym, co kryło się na dnie jeziora. Wspomnienia wydawały się zatarte, jakby od wydarzeń w królestwie trytonów minęły lata; pamiętał powrót na brzeg i mokry piasek na swoim policzku, kiedy opadł bez sił na plaży. Obrazy nakładały się na siebie; popielatość foczego futra i onyks włosów Victorii, smukła sylwetka kaletnika i rodzeństwo łowców - nie ufał tym ostatnim, przynajmniej nie mężczyznom. Przez cały czas bał się, że pokusa jaką stanowiła skóra selkie stanie się dla nich zbyt silna, a on nie będzie w stanie obronić swojego Laurenta. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Swojego Laurenta</span>, cóż za bezecna myśl zakołatała w jego głowie! Laurent przecież w żaden sposób nie należał do Perseusa i nie wiedział już, czy czuje z tego powodu dojmujący smutek, czy też ulgę. Nie miał zresztą czasu o tym myśleć, kiedy czyjeś ręce poderwały go do góry, obce palce musnęły jego poraniony nadgarstek i zatamowały wypływającą z nań truciznę miękkością bandaża. <br />
Przyglądał się teraz temu opatrunkowi, dochodząc do wniosku, że musiała go założyć osoba znająca się na rzeczy. Mnóstwo ludzi zresztą kręciło się wokół nich, zadając przy tym pytania, na które Perseusowi trudno było znaleźć odpowiedź. Głos mu drżał, a w gardle zasychało, kiedy kolejny raz opowiadał o martwych rybach i rannej selkie, o wodzie zamykającej się nad jego głową i konfliktem trytonów, w który przypadkiem zostali wciągnięci. Wreszcie pozostawiono go w spokoju, narzucono na drżące z zimna ramiona (naturalną reakcją na spadek adrenaliny, która towarzyszyła mu od rana) wełniany koc, a w skostniałe dłonie wciśnięto kubek gorącej herbaty. Ktoś wyłowił z jeziora jego laskę, która teraz ociekała wodą oparta o jeden ze schodków. Nie chciał jej dotykać, brzydził się jej, jakby była pokryta obmierzłym szlamem, którego faktura przyprawiała o mdłości. Miejscami wilgotne ubranie lepiło się do jego ciała; wiedział, że powinien się przebrać, ale nie potrafił się ruszyć. <br />
Jego uwagę przykuł jakiś ruch w kącie pola widzenia i chrzęst żwirowej ścieżki pod czyimiś nogami. Nieśpiesznie odwrócił głowę w tamtym kierunku, a serce zatrzepotało gwałtownie, gdy jego wzrok spoczął na sylwetce Laurenta. Posłał mu słaby uśmiech, a oczy miał przy tym smutne i zmęczone. <br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Jak się czujesz?</span> — zapytał ochryple, przesuwając się nieznacznie na schodach, by zrobić mu miejsce obok siebie.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Perseus Black - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Piszę, więc jestem</span></div></div>
<br />
Skończyło się tak w ten sam sposób, w jaki się zaczęło; na drewnianych schodkach domku letniskowego w różowo szarym świetle zapadającego zmierzchu. Nad migoczącą w ostatnich promieniach dnia taflą wody zbierała się cienka warstwa mgły; jeszcze wczoraj uznałby ten widok za co najmniej czarujący, lecz po kilku godzinach spędzonych w zimnej wodzie przerażała go sama myśl o tym, co kryło się na dnie jeziora. Wspomnienia wydawały się zatarte, jakby od wydarzeń w królestwie trytonów minęły lata; pamiętał powrót na brzeg i mokry piasek na swoim policzku, kiedy opadł bez sił na plaży. Obrazy nakładały się na siebie; popielatość foczego futra i onyks włosów Victorii, smukła sylwetka kaletnika i rodzeństwo łowców - nie ufał tym ostatnim, przynajmniej nie mężczyznom. Przez cały czas bał się, że pokusa jaką stanowiła skóra selkie stanie się dla nich zbyt silna, a on nie będzie w stanie obronić swojego Laurenta. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Swojego Laurenta</span>, cóż za bezecna myśl zakołatała w jego głowie! Laurent przecież w żaden sposób nie należał do Perseusa i nie wiedział już, czy czuje z tego powodu dojmujący smutek, czy też ulgę. Nie miał zresztą czasu o tym myśleć, kiedy czyjeś ręce poderwały go do góry, obce palce musnęły jego poraniony nadgarstek i zatamowały wypływającą z nań truciznę miękkością bandaża. <br />
Przyglądał się teraz temu opatrunkowi, dochodząc do wniosku, że musiała go założyć osoba znająca się na rzeczy. Mnóstwo ludzi zresztą kręciło się wokół nich, zadając przy tym pytania, na które Perseusowi trudno było znaleźć odpowiedź. Głos mu drżał, a w gardle zasychało, kiedy kolejny raz opowiadał o martwych rybach i rannej selkie, o wodzie zamykającej się nad jego głową i konfliktem trytonów, w który przypadkiem zostali wciągnięci. Wreszcie pozostawiono go w spokoju, narzucono na drżące z zimna ramiona (naturalną reakcją na spadek adrenaliny, która towarzyszyła mu od rana) wełniany koc, a w skostniałe dłonie wciśnięto kubek gorącej herbaty. Ktoś wyłowił z jeziora jego laskę, która teraz ociekała wodą oparta o jeden ze schodków. Nie chciał jej dotykać, brzydził się jej, jakby była pokryta obmierzłym szlamem, którego faktura przyprawiała o mdłości. Miejscami wilgotne ubranie lepiło się do jego ciała; wiedział, że powinien się przebrać, ale nie potrafił się ruszyć. <br />
Jego uwagę przykuł jakiś ruch w kącie pola widzenia i chrzęst żwirowej ścieżki pod czyimiś nogami. Nieśpiesznie odwrócił głowę w tamtym kierunku, a serce zatrzepotało gwałtownie, gdy jego wzrok spoczął na sylwetce Laurenta. Posłał mu słaby uśmiech, a oczy miał przy tym smutne i zmęczone. <br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Jak się czujesz?</span> — zapytał ochryple, przesuwając się nieznacznie na schodach, by zrobić mu miejsce obok siebie.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[10.08.72] Windermere | This head I hold]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=3708</link>
			<pubDate>Fri, 02 Aug 2024 01:27:56 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=38">Atreus Bulstrode</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=3708</guid>
			<description><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Brenna Longbottom - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz Tajemnic VI</span><br />
Rozliczono - Atreus Bulstrode - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz Tajemnic I</span></div></div>
<br />
Zgodnie z ustaleniami ze zniszczonego kościoła, przenieśli czaszkę do Ministerstwa Magii i tam zajęli się zabezpieczeniem jej, tak żeby do czasu przeprowadzenia egzorcyzmów, nikomu więcej nie wyrządziła przypadkowo krzywdy. Zajęło im to trochę czasu, ale czy faktycznie musieli się aż tak śpieszyć, biorąc pod uwagę fakt, że kiedy tylko wydobyli artefakt z piachu, czarna aura zdawała się rozproszyć i zostawić to miejsce w spokoju? Reszta należała do brygadzistów i aurorów, wysłanych z departamentu, by dokładniej zajęli się całym ośrodkiem i skontrolowali, jakie faktycznie konsekwencje miały wydarzenia ostatniej nocy. <br />
W końcu też, sam Bulstrode znowu aportował się na teren Windermere, kiedy razem ze Stewardem skończyli co mieli do zrobienia w ministerialnym gmachu. I teraz, kiedy patrzył na rozpościerającą się dookoła zieleń, miał trochę wrażenie jakby nic niepokojącego się tutaj nie wydarzyło. Pozostał tylko fiolet, który zachęcał rośliny do nadmiernego rozrostu i wciąż ciągnął się za niektórymi, poświadczając o działaniu ochronnego rytuału. <br />
Atreus chciał przede wszystkim porozmawiać z Prewettem, bo to jego imię najbardziej utkwiło w jego głowie, kiedy jeszcze w kościele Brenna wymieniała mu, kogo wcześniej widziała w ośrodku. Inną osobą, którą chciał zaczepić, była w sumie ona sama, która teraz leżała rozłożona na trawie, wyglądając trochę, jakby z braku innych opcji zasnęła tu i teraz.<br />
Dogasił papierosa, którego do tej pory popalał i pozbył się, kroki kierując właśnie do wylegującej się w zieleni Longbottom, podchodząc do niej od strony głowy, a kiedy się obok niej zatrzymał, kucnął sobie.<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nieprawdopodobne. Brenna Longbottom, ucina sobie drzemkę na służbie?</span> - rzucił i może zazwyczaj tego typu słowa pobrzmiewałyby zaczepnie, ale teraz kładło się na nich zbyt duże zmęczenie. Bo najchętniej sam położyłby się obok niej i zasnął chociażby na chwilę. Spojrzenie miał znużone, ale uśmiechał się do tego lekko, kiedy się jej przyglądał. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Wszystko dobrze? Zdążyłem niedawno wrócić z Ministerstwa i szukałem Basiliusa albo ciebie. Ktoś by jeszcze mógł cię wziąć za jakąś przeoczoną ofiarę inferisa albo rozwścieczonego krzaka bzu, jak tak sobie leżysz.</span>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Brenna Longbottom - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz Tajemnic VI</span><br />
Rozliczono - Atreus Bulstrode - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz Tajemnic I</span></div></div>
<br />
Zgodnie z ustaleniami ze zniszczonego kościoła, przenieśli czaszkę do Ministerstwa Magii i tam zajęli się zabezpieczeniem jej, tak żeby do czasu przeprowadzenia egzorcyzmów, nikomu więcej nie wyrządziła przypadkowo krzywdy. Zajęło im to trochę czasu, ale czy faktycznie musieli się aż tak śpieszyć, biorąc pod uwagę fakt, że kiedy tylko wydobyli artefakt z piachu, czarna aura zdawała się rozproszyć i zostawić to miejsce w spokoju? Reszta należała do brygadzistów i aurorów, wysłanych z departamentu, by dokładniej zajęli się całym ośrodkiem i skontrolowali, jakie faktycznie konsekwencje miały wydarzenia ostatniej nocy. <br />
W końcu też, sam Bulstrode znowu aportował się na teren Windermere, kiedy razem ze Stewardem skończyli co mieli do zrobienia w ministerialnym gmachu. I teraz, kiedy patrzył na rozpościerającą się dookoła zieleń, miał trochę wrażenie jakby nic niepokojącego się tutaj nie wydarzyło. Pozostał tylko fiolet, który zachęcał rośliny do nadmiernego rozrostu i wciąż ciągnął się za niektórymi, poświadczając o działaniu ochronnego rytuału. <br />
Atreus chciał przede wszystkim porozmawiać z Prewettem, bo to jego imię najbardziej utkwiło w jego głowie, kiedy jeszcze w kościele Brenna wymieniała mu, kogo wcześniej widziała w ośrodku. Inną osobą, którą chciał zaczepić, była w sumie ona sama, która teraz leżała rozłożona na trawie, wyglądając trochę, jakby z braku innych opcji zasnęła tu i teraz.<br />
Dogasił papierosa, którego do tej pory popalał i pozbył się, kroki kierując właśnie do wylegującej się w zieleni Longbottom, podchodząc do niej od strony głowy, a kiedy się obok niej zatrzymał, kucnął sobie.<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nieprawdopodobne. Brenna Longbottom, ucina sobie drzemkę na służbie?</span> - rzucił i może zazwyczaj tego typu słowa pobrzmiewałyby zaczepnie, ale teraz kładło się na nich zbyt duże zmęczenie. Bo najchętniej sam położyłby się obok niej i zasnął chociażby na chwilę. Spojrzenie miał znużone, ale uśmiechał się do tego lekko, kiedy się jej przyglądał. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Wszystko dobrze? Zdążyłem niedawno wrócić z Ministerstwa i szukałem Basiliusa albo ciebie. Ktoś by jeszcze mógł cię wziąć za jakąś przeoczoną ofiarę inferisa albo rozwścieczonego krzaka bzu, jak tak sobie leżysz.</span>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[10.08.72, Windermere] Tym razem to nie trzynasty]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=3527</link>
			<pubDate>Wed, 03 Jul 2024 13:19:22 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=24">Brenna Longbottom</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=3527</guid>
			<description><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Brenna Longbottom - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz Tajemnic V</span><br />
Rozliczono - Basilius Prewett - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Piszę, więc jestem</span> </div></div>
<br />
Las znów był zwykłym lasem. Spowijająca go czerń, niewidoczna gołym okiem, ulotniła się w chwili, w której czaszka została wydobyta z ruin kapliczki. Pozostał tylko fiolet, niewidoczny dla oczu Brenny, echa pradawnego zaklęcia, ofiary, miłości i bezlitosności.<br />
Roberts był martwy, podobnie jak kilku mugoli, których szczątki znaleziono w podziemiach, i którzy powrócili pod postacią nieumarłych. Brenna więc w ciągu tej pierwszej godziny po wyjściu z lasu najpierw dorwała pierwszą lepszą osobę, by spytać, jaki jest bilans strat – i dowiedziawszy się, że zginął tylko nieszczęsny mąż Tary Roberts, aż musiała sobie usiąść, bo jakoś z tej ulgi nie mogła ustać. Wiedziała, że popełniła błąd wchodząc w las, ale przynajmniej tym razem ten błąd nie miał tak katastrofalnych efektów. Żałowała Roberta, ale jemu nie zdążyłaby pomóc, a gdyby zginął ktoś jeszcze, zwłaszcza gdyby Basilius, Isaac, Millie, Morpheus albo Erik nie wyszli z tego cało, nie wybaczyłaby sobie do końca życia. Potem była już zajęta robieniem tych wszystkich rzeczy, którymi zwykle zajmują się funkcjonariusze, kiedy okazuje się, że doszło do czarnomagicznej aktywności, odkryto wiele ciał i spisek mający na celu wywołanie wojny międzygatunkowej. <br />
Kiedy wpadła na Basiliusa była cholernie wykończona, chyba nawet bardziej psychicznie niż fizycznie. Tej nocy nie spała, poprzedniej wprawdzie owszem, i to bardzo długo, ale przed tamtą nocą miała za sobą wizytę na przeklętej wyspie, a jeszcze wcześniej urodziny Millie. Wbrew rozumowi wciąż też martwiła się o Patricka i Atreusa, którzy teleportowali się do Ministerstwa: czy wpływ tamtego miejsca na pewno nie odcisnął na nich głębszego piętna niż mogłoby się wydawać? Ale nie tylko ona była w Windermere zmęczona, naprawdę więc nie mogła narzekać. Dlatego uśmiechnęła się do Prewetta pogodnie, jakby nigdy nic, kiedy go dostrzegła w pobliżu jeziora – nie tak dawno zatrutego i pełnego wściekłych trytonów…<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – Dałeś się wciągnąć pod ziemię, i to ja jestem przeklęta, co?</span> – spytała. Nie wyglądała specjalnie tragicznie: ubranie miała brudne, spodnie na kolanach rozerwane, a dłonie poobcierane, ale Sebastian i Pereginus w wybuchu energii oberwali znacznie mocniej od niej.<br />
Zmierzyła Basiliusa uważnym spojrzeniem, ale wyglądało na to, że chociaż on też został trochę sponiewierany, to nie był ranny. <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – Chyba nie powiesz mi, że dziesiąty też liczy się jako dziwna data?</span>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Brenna Longbottom - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz Tajemnic V</span><br />
Rozliczono - Basilius Prewett - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Piszę, więc jestem</span> </div></div>
<br />
Las znów był zwykłym lasem. Spowijająca go czerń, niewidoczna gołym okiem, ulotniła się w chwili, w której czaszka została wydobyta z ruin kapliczki. Pozostał tylko fiolet, niewidoczny dla oczu Brenny, echa pradawnego zaklęcia, ofiary, miłości i bezlitosności.<br />
Roberts był martwy, podobnie jak kilku mugoli, których szczątki znaleziono w podziemiach, i którzy powrócili pod postacią nieumarłych. Brenna więc w ciągu tej pierwszej godziny po wyjściu z lasu najpierw dorwała pierwszą lepszą osobę, by spytać, jaki jest bilans strat – i dowiedziawszy się, że zginął tylko nieszczęsny mąż Tary Roberts, aż musiała sobie usiąść, bo jakoś z tej ulgi nie mogła ustać. Wiedziała, że popełniła błąd wchodząc w las, ale przynajmniej tym razem ten błąd nie miał tak katastrofalnych efektów. Żałowała Roberta, ale jemu nie zdążyłaby pomóc, a gdyby zginął ktoś jeszcze, zwłaszcza gdyby Basilius, Isaac, Millie, Morpheus albo Erik nie wyszli z tego cało, nie wybaczyłaby sobie do końca życia. Potem była już zajęta robieniem tych wszystkich rzeczy, którymi zwykle zajmują się funkcjonariusze, kiedy okazuje się, że doszło do czarnomagicznej aktywności, odkryto wiele ciał i spisek mający na celu wywołanie wojny międzygatunkowej. <br />
Kiedy wpadła na Basiliusa była cholernie wykończona, chyba nawet bardziej psychicznie niż fizycznie. Tej nocy nie spała, poprzedniej wprawdzie owszem, i to bardzo długo, ale przed tamtą nocą miała za sobą wizytę na przeklętej wyspie, a jeszcze wcześniej urodziny Millie. Wbrew rozumowi wciąż też martwiła się o Patricka i Atreusa, którzy teleportowali się do Ministerstwa: czy wpływ tamtego miejsca na pewno nie odcisnął na nich głębszego piętna niż mogłoby się wydawać? Ale nie tylko ona była w Windermere zmęczona, naprawdę więc nie mogła narzekać. Dlatego uśmiechnęła się do Prewetta pogodnie, jakby nigdy nic, kiedy go dostrzegła w pobliżu jeziora – nie tak dawno zatrutego i pełnego wściekłych trytonów…<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – Dałeś się wciągnąć pod ziemię, i to ja jestem przeklęta, co?</span> – spytała. Nie wyglądała specjalnie tragicznie: ubranie miała brudne, spodnie na kolanach rozerwane, a dłonie poobcierane, ale Sebastian i Pereginus w wybuchu energii oberwali znacznie mocniej od niej.<br />
Zmierzyła Basiliusa uważnym spojrzeniem, ale wyglądało na to, że chociaż on też został trochę sponiewierany, to nie był ranny. <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – Chyba nie powiesz mi, że dziesiąty też liczy się jako dziwna data?</span>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[10.08.72] Szaleństwo Windermere. Nie było nas, był las - Atreus/Patrick]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=3335</link>
			<pubDate>Sun, 26 May 2024 22:41:31 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=114">Patrick Steward</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=3335</guid>
			<description><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Atreus Bulstrode - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz Tajemnic I</span></div></div>
<br />
Patrick oparł się plecami o drzewo i przymknął oczy. Jakie szczęście, że udało mu się uwolnić od Brenny Longbottom. Przez chwilę był przekonany, że ta wyda go tu zaraz, za chwilę, w samym sercu Windermere i… właściwie nie wiedział, co powinien zrobić, żeby jej przeszkodzić.<br />
A potem dostrzegł rozlewającą się czerń i ta czerń uderzyła w niego. Boleśnie uświadomiła mu, że to nie Brenna była problemem, ale on. W tym miejscu działo się coś niedobrego. Steward nie wiedział jak uwikłany w to został Owen Bagshot, ale nagle zaczęło mu się wydawać, że Roberts mógł mieć rację. Tu coś tkwiło i ujawniało się…<br />
Zmarszczył brwi.<br />
Dostrzegł fiolet i czerń. Barwy toczyły ze sobą niewidzialną wojnę i w jakiś sposób oddziaływały również na ludzi. Patrick nie miał pojęcia, jak właściwie to robiły, ale… robiły. Z jakiegoś powodu on znalazł się we władaniu czerni a Brennę chronił fiolet. Longbottom okazała się dobra, a on zły. Czy to przez sprawę z Hillami? Czy chodziło o to kim byli jego rodzice?<br />
Nieważne. To wszystko było cholernie nieważne. Trzeba było znaleźć źródło czerni, znaleźć i je jakoś rozbroić zanim naprawdę dojdzie do wojny. Znowu przed oczami stanęło mu pulsowanie, krążące wokół siebie barwy jak wilki badające przeciwnika. Na razie tylko powarkiwały, ale kto wie co zrobią za moment. Steward nie wiedział o klątwach, o biskupie, o paleniu na stosie, ale był dobrym aurowidzem i jeśli coś do niego dotarło, to właśnie to, że fiolet chronił a czerń chciała zniszczyć.<br />
Dobrze, niech Brenna go zdradzi, niech wbije mu nóż w plecy, skoro najwidoczniej uznała, że w sprawie Hillów posunął się za daleko, ale przynajmniej dała mu trochę czasu. Może zanim go wyda, uda mu się zrobić coś dobrego.<br />
Jeszcze raz upewnił się, że brygadzistka zniknęła w ciemnościach, a potem odepchnął się rękami od pnia drzewa i zamrugał koncentrując się na tym, co dostrzegł wcześniej. Świat znowu wypełnił fiolet i czerń, Patrick próbował skupić się na czerni i dostrzec, gdzie mogło tkwić jej źródło. W lesie? W jeziorze? Chyba jednak w lesie.<br />
Otarł wilgotne od potu ręce o spodnie. Nie miał pojęcia, czy uda mu się samodzielnie odnaleźć źródło czerni, ale chyba musiał spróbować. I w chwili, w której uznał, że pójdzie do lasu sam, natknął się na brata Florence. Bulstrode był aurowidzem. Jeśli ktoś mógłby mu pomóc, to chyba właśnie on.<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Dobry wieczór, Atreusie </span>– przywitał się z nim. –<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> Nie masz ochoty na spacer po lesie? Wiem, że dopiero świta, że to nie najlepszy moment i w ogóle, ale…</span> - urwał, dając Bulstrode’owi możliwość domyślenia się całej reszty. Rankiem do lasu pewnie wejdzie tłum, a jemu zależało na przeczesaniu lasu teraz. – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Jesteś aurowidzem. Czy twój talent, uaktywnił się tutaj?</span>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Atreus Bulstrode - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz Tajemnic I</span></div></div>
<br />
Patrick oparł się plecami o drzewo i przymknął oczy. Jakie szczęście, że udało mu się uwolnić od Brenny Longbottom. Przez chwilę był przekonany, że ta wyda go tu zaraz, za chwilę, w samym sercu Windermere i… właściwie nie wiedział, co powinien zrobić, żeby jej przeszkodzić.<br />
A potem dostrzegł rozlewającą się czerń i ta czerń uderzyła w niego. Boleśnie uświadomiła mu, że to nie Brenna była problemem, ale on. W tym miejscu działo się coś niedobrego. Steward nie wiedział jak uwikłany w to został Owen Bagshot, ale nagle zaczęło mu się wydawać, że Roberts mógł mieć rację. Tu coś tkwiło i ujawniało się…<br />
Zmarszczył brwi.<br />
Dostrzegł fiolet i czerń. Barwy toczyły ze sobą niewidzialną wojnę i w jakiś sposób oddziaływały również na ludzi. Patrick nie miał pojęcia, jak właściwie to robiły, ale… robiły. Z jakiegoś powodu on znalazł się we władaniu czerni a Brennę chronił fiolet. Longbottom okazała się dobra, a on zły. Czy to przez sprawę z Hillami? Czy chodziło o to kim byli jego rodzice?<br />
Nieważne. To wszystko było cholernie nieważne. Trzeba było znaleźć źródło czerni, znaleźć i je jakoś rozbroić zanim naprawdę dojdzie do wojny. Znowu przed oczami stanęło mu pulsowanie, krążące wokół siebie barwy jak wilki badające przeciwnika. Na razie tylko powarkiwały, ale kto wie co zrobią za moment. Steward nie wiedział o klątwach, o biskupie, o paleniu na stosie, ale był dobrym aurowidzem i jeśli coś do niego dotarło, to właśnie to, że fiolet chronił a czerń chciała zniszczyć.<br />
Dobrze, niech Brenna go zdradzi, niech wbije mu nóż w plecy, skoro najwidoczniej uznała, że w sprawie Hillów posunął się za daleko, ale przynajmniej dała mu trochę czasu. Może zanim go wyda, uda mu się zrobić coś dobrego.<br />
Jeszcze raz upewnił się, że brygadzistka zniknęła w ciemnościach, a potem odepchnął się rękami od pnia drzewa i zamrugał koncentrując się na tym, co dostrzegł wcześniej. Świat znowu wypełnił fiolet i czerń, Patrick próbował skupić się na czerni i dostrzec, gdzie mogło tkwić jej źródło. W lesie? W jeziorze? Chyba jednak w lesie.<br />
Otarł wilgotne od potu ręce o spodnie. Nie miał pojęcia, czy uda mu się samodzielnie odnaleźć źródło czerni, ale chyba musiał spróbować. I w chwili, w której uznał, że pójdzie do lasu sam, natknął się na brata Florence. Bulstrode był aurowidzem. Jeśli ktoś mógłby mu pomóc, to chyba właśnie on.<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Dobry wieczór, Atreusie </span>– przywitał się z nim. –<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> Nie masz ochoty na spacer po lesie? Wiem, że dopiero świta, że to nie najlepszy moment i w ogóle, ale…</span> - urwał, dając Bulstrode’owi możliwość domyślenia się całej reszty. Rankiem do lasu pewnie wejdzie tłum, a jemu zależało na przeczesaniu lasu teraz. – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Jesteś aurowidzem. Czy twój talent, uaktywnił się tutaj?</span>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[10.08.72] Windermere. Co naprawdę spotkało Owena Bagshota (I)]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=3280</link>
			<pubDate>Sat, 18 May 2024 00:49:59 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=209">Norvel Twonk</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=3280</guid>
			<description><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Patrick Steward - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Bajarz III</span></div></div>
<br />
Powoli trzeba się było pogodzić z myślą, że Owena Bagshota nie było w Ośrodku Windermere. Nie ukrywał się w żadnym z domków letniskowych. Nie krył po krzakach. Nie kąpał w jeziorze. Nie włóczył po Carlisle, w nadziei na przeczekanie pracowników Ministerstwa Magii. Nie było go także na wyspie – bo gdyby tam się skrył, to wysłana grupa czarodziei, na pewno dałaby już jakiś znak. A nie dała żadnego.<br />
Owen Bagshot rozpłynął się w powietrzu razem ze swoimi nieumarłymi, których może faktycznie dostrzegł, albo tylko zmyślił w ramach dziwacznego żartu.<br />
Słońce świeciło jasno na niebie. Tafla jeziora złociła się w jego promieniach. Lekki, ledwo wyczuwalny wiatr poruszał gałęziami w koronach drzew. Mimo braku wczasowiczów Ośrodek Windermere pachniał życiem. Pachniał młodą trawą, rosnącymi dziko mleczami i stokrotkami, dźwięczał od bzyczenia pszczół zbierających nektar. Na pierwszy rzut oka nic nie wskazywało na to, by w tym miejscu kiedykolwiek wydarzyło się coś strasznego.<br />
A jednak się wydarzyło. Ludzie tu czasem umierali. Ludzie tu czasem popełniali zbrodnie. Ludzie tu czasem znikali. I – najpewniej – przynajmniej czasami, nie działo się tak dlatego, że powodowała nimi ludzka natura, ale maczały w tym palce jakieś inne… siły.<br />
Pozostawało jeszcze jedno miejsce, w którym mógł się ukrywać Owen Bagshot, a które do tej pory wszyscy omijali – bo najpierw nie sprzyjała ku temu pora, w której pracownicy Ministerstwa Magii pojawili się w Ośrodku Windermere a potem miejsce to wydawało się najmniej prawdopodobnym tropem. Historyk mógł być w lesie. W tym samym lesie, którego osobliwe działanie Brenna dostrzegła jeszcze w nocy, w którym również znajdowały się ruiny z wizji Peregrinusa.<br />
Byliście już na skraju lasu. Dosłownie przekroczyliście pierwszą linię drzew, gdy wszystko się rozpoczęło. Najpierw zza waszych pleców dobiegł was wrzask.<br />
- <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Mówiłem! Mówiłem! Mówiłem!</span><br />
W jakiś sposób mąż Tary Roberts, dostał się na teren Ośrodka Windermere. Isaac, najpewniej z racji na jego zawód, odwrócił się i dostrzegł go pierwszy. Mężczyzna znajdował się mniej więcej sto metrów od nich. W ręku trzymał wyciągniętą różdżkę. Wyglądał jak wariat, jak ktoś kogo desperacja miała właśnie popchnąć do popełnienia czegoś niewybaczalnego.<br />
- <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Nie pozwolę, żeby ktoś jeszcze tutaj zginął! Nie pozwolę!</span> – ryknął dziko.<br />
- <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Noah, uspokój się!</span> – zawołał do niego jeden z nadbiegających brygadzistów.<br />
Ale Noah nie chciał się uspokoić. Przez lata mówił, że śmierć jego żony nie mogła być dziełem przypadku. Teraz, gdy tylko wiedział się o zaginięciu Bagshota, zyskał potwierdzenie którego szukał przez lata. Tara nie popełniła samobójstwa. W jakiś sposób Tara została tutaj zamordowana.<br />
Machnął różdżką, ale gdy tylko pierwsze płomienie, które z niej wytrysnęły dotknęły krzaków, Ośrodek Windermere ożył. Słyszeli trzask rozstępującej się ziemi, gdy spod niej zaczęły się wysuwać korzenie drzew. Sięgnęły po mężczyznę, wyrzucając go najpierw górę, potem splatając się ciasno wokół jego nóg i ciskając nim o ziemię.<br />
Sebastian, Brenna, Peregrinus, Isaac i Basilius też poczuli jak ziemia drży pod ich stopami. Leśne krzaki zgęstniały nagle. Odgrodziły Sebastiana, Brennę i Peregrinusa od Prewetta i Bagshota. <br />
*<br />
Las, tak pełny życia, pachnący igliwiem, ściółką leśną i grzybami stał się ciemny i ponury, broniący wstępu i wyjścia. Ale Basilius i Isaac nie mieli jak się nad tym zastanawiać, bo korzenie które zaatakowały Noaha Robertsa, ruszyły także przeciwko nim.<br />
Dookoła nich zapanował chaos. Ośrodek Windermere ożył i pokazał swoje najgorsze oblicze. Przypominał teraz raczej wielkiego żywiołaka ziemi, niż raj, którym się wydawał przed paroma chwilami. Korzenie oplotły się wokół nóg obydwu mężczyzn i zaczęły wciągać ich pod ziemię. Ciągnęły żarłocznie - piach oblepiał im nogawki spodni, wdzierał się pod koszule i pod paznokcie, odbierał możliwości złapania tchu. I gdy wydawało się, że to już koniec, że nawet nie mieli szans na podjęcie walki, bo rozstępująca się pod naporem korzeni ziemia pochłonie ich całkowicie, spadli w dół. <br />
Leżeli na twardej, mokrej ziemi. Byli trochę poobijani, ale niczego sobie nie połamali od upadku. Przez parę sekund jeszcze widzieli wijące się nad nimi, mniej więcej dwa i pół metra wyżej, sklepienie z korzeni ale zaraz ziemia wróciła na swoje miejsce i znaleźli się w całkowitej ciemności. Z góry dochodziły do ich uszu tylko stłumione dźwięki tego, co musiało dziać się wyżej.<br />
<br />
<a href="http://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=444" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Basilius Prewett</a> <a href="http://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=424" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Isaac Bagshot</a><br />
<br />
<div style="text-align: justify;" class="mycode_align"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Czas na odpis do 21.05, godzina 21.00</span></div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Patrick Steward - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Bajarz III</span></div></div>
<br />
Powoli trzeba się było pogodzić z myślą, że Owena Bagshota nie było w Ośrodku Windermere. Nie ukrywał się w żadnym z domków letniskowych. Nie krył po krzakach. Nie kąpał w jeziorze. Nie włóczył po Carlisle, w nadziei na przeczekanie pracowników Ministerstwa Magii. Nie było go także na wyspie – bo gdyby tam się skrył, to wysłana grupa czarodziei, na pewno dałaby już jakiś znak. A nie dała żadnego.<br />
Owen Bagshot rozpłynął się w powietrzu razem ze swoimi nieumarłymi, których może faktycznie dostrzegł, albo tylko zmyślił w ramach dziwacznego żartu.<br />
Słońce świeciło jasno na niebie. Tafla jeziora złociła się w jego promieniach. Lekki, ledwo wyczuwalny wiatr poruszał gałęziami w koronach drzew. Mimo braku wczasowiczów Ośrodek Windermere pachniał życiem. Pachniał młodą trawą, rosnącymi dziko mleczami i stokrotkami, dźwięczał od bzyczenia pszczół zbierających nektar. Na pierwszy rzut oka nic nie wskazywało na to, by w tym miejscu kiedykolwiek wydarzyło się coś strasznego.<br />
A jednak się wydarzyło. Ludzie tu czasem umierali. Ludzie tu czasem popełniali zbrodnie. Ludzie tu czasem znikali. I – najpewniej – przynajmniej czasami, nie działo się tak dlatego, że powodowała nimi ludzka natura, ale maczały w tym palce jakieś inne… siły.<br />
Pozostawało jeszcze jedno miejsce, w którym mógł się ukrywać Owen Bagshot, a które do tej pory wszyscy omijali – bo najpierw nie sprzyjała ku temu pora, w której pracownicy Ministerstwa Magii pojawili się w Ośrodku Windermere a potem miejsce to wydawało się najmniej prawdopodobnym tropem. Historyk mógł być w lesie. W tym samym lesie, którego osobliwe działanie Brenna dostrzegła jeszcze w nocy, w którym również znajdowały się ruiny z wizji Peregrinusa.<br />
Byliście już na skraju lasu. Dosłownie przekroczyliście pierwszą linię drzew, gdy wszystko się rozpoczęło. Najpierw zza waszych pleców dobiegł was wrzask.<br />
- <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Mówiłem! Mówiłem! Mówiłem!</span><br />
W jakiś sposób mąż Tary Roberts, dostał się na teren Ośrodka Windermere. Isaac, najpewniej z racji na jego zawód, odwrócił się i dostrzegł go pierwszy. Mężczyzna znajdował się mniej więcej sto metrów od nich. W ręku trzymał wyciągniętą różdżkę. Wyglądał jak wariat, jak ktoś kogo desperacja miała właśnie popchnąć do popełnienia czegoś niewybaczalnego.<br />
- <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Nie pozwolę, żeby ktoś jeszcze tutaj zginął! Nie pozwolę!</span> – ryknął dziko.<br />
- <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Noah, uspokój się!</span> – zawołał do niego jeden z nadbiegających brygadzistów.<br />
Ale Noah nie chciał się uspokoić. Przez lata mówił, że śmierć jego żony nie mogła być dziełem przypadku. Teraz, gdy tylko wiedział się o zaginięciu Bagshota, zyskał potwierdzenie którego szukał przez lata. Tara nie popełniła samobójstwa. W jakiś sposób Tara została tutaj zamordowana.<br />
Machnął różdżką, ale gdy tylko pierwsze płomienie, które z niej wytrysnęły dotknęły krzaków, Ośrodek Windermere ożył. Słyszeli trzask rozstępującej się ziemi, gdy spod niej zaczęły się wysuwać korzenie drzew. Sięgnęły po mężczyznę, wyrzucając go najpierw górę, potem splatając się ciasno wokół jego nóg i ciskając nim o ziemię.<br />
Sebastian, Brenna, Peregrinus, Isaac i Basilius też poczuli jak ziemia drży pod ich stopami. Leśne krzaki zgęstniały nagle. Odgrodziły Sebastiana, Brennę i Peregrinusa od Prewetta i Bagshota. <br />
*<br />
Las, tak pełny życia, pachnący igliwiem, ściółką leśną i grzybami stał się ciemny i ponury, broniący wstępu i wyjścia. Ale Basilius i Isaac nie mieli jak się nad tym zastanawiać, bo korzenie które zaatakowały Noaha Robertsa, ruszyły także przeciwko nim.<br />
Dookoła nich zapanował chaos. Ośrodek Windermere ożył i pokazał swoje najgorsze oblicze. Przypominał teraz raczej wielkiego żywiołaka ziemi, niż raj, którym się wydawał przed paroma chwilami. Korzenie oplotły się wokół nóg obydwu mężczyzn i zaczęły wciągać ich pod ziemię. Ciągnęły żarłocznie - piach oblepiał im nogawki spodni, wdzierał się pod koszule i pod paznokcie, odbierał możliwości złapania tchu. I gdy wydawało się, że to już koniec, że nawet nie mieli szans na podjęcie walki, bo rozstępująca się pod naporem korzeni ziemia pochłonie ich całkowicie, spadli w dół. <br />
Leżeli na twardej, mokrej ziemi. Byli trochę poobijani, ale niczego sobie nie połamali od upadku. Przez parę sekund jeszcze widzieli wijące się nad nimi, mniej więcej dwa i pół metra wyżej, sklepienie z korzeni ale zaraz ziemia wróciła na swoje miejsce i znaleźli się w całkowitej ciemności. Z góry dochodziły do ich uszu tylko stłumione dźwięki tego, co musiało dziać się wyżej.<br />
<br />
<a href="http://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=444" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Basilius Prewett</a> <a href="http://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=424" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Isaac Bagshot</a><br />
<br />
<div style="text-align: justify;" class="mycode_align"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Czas na odpis do 21.05, godzina 21.00</span></div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[10.08.72] Windermere. Siły, które rządzą tym miejscem]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=3279</link>
			<pubDate>Sat, 18 May 2024 00:35:22 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=209">Norvel Twonk</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=3279</guid>
			<description><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Patrick Steward - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Bajarz III</span></div></div>
<br />
Powoli trzeba się było pogodzić z myślą, że Owena Bagshota nie było w Ośrodku Windermere. Nie ukrywał się w żadnym z domków letniskowych. Nie krył po krzakach. Nie kąpał w jeziorze. Nie włóczył po Carlisle, w nadziei na przeczekanie pracowników Ministerstwa Magii. Nie było go także na wyspie – bo gdyby tam się skrył, to wysłana grupa czarodziei, na pewno dałaby już jakiś znak. A nie dała żadnego.<br />
Owen Bagshot rozpłynął się w powietrzu razem ze swoimi nieumarłymi, których może faktycznie dostrzegł, albo tylko zmyślił w ramach dziwacznego żartu.<br />
Słońce świeciło jasno na niebie. Tafla jeziora złociła się w jego promieniach. Lekki, ledwo wyczuwalny wiatr poruszał gałęziami w koronach drzew. Mimo braku wczasowiczów Ośrodek Windermere pachniał życiem. Pachniał młodą trawą, rosnącymi dziko mleczami i stokrotkami, dźwięczał od bzyczenia pszczół zbierających nektar. Na pierwszy rzut oka nic nie wskazywało na to, by w tym miejscu kiedykolwiek wydarzyło się coś strasznego.<br />
A jednak się wydarzyło. Ludzie tu czasem umierali. Ludzie tu czasem popełniali zbrodnie. Ludzie tu czasem znikali. I – najpewniej – przynajmniej czasami, nie działo się tak dlatego, że powodowała nimi ludzka natura, ale maczały w tym palce jakieś inne… siły.<br />
Mildred odeszła na bok, by testować własną teorię dotyczącą tego miejsca. Leon odpuścił, odszedł by nie kłócić się z Alexandrem i zamknął się w domku letniskowym. Szukając śladów po Owenie i nieumarłych, dostrzegaliście, że to miejsce nie było do końca takie, jakie być powinno. Niektórzy z was mieli nawet wizje tego, co miało się tutaj zdarzyć już niebawem.<br />
A najbliżej spełnienia własnej znalazł się właściwie Morpheus w chwili, w której do jego uszu dotarł krzyk.<br />
- <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Mówiłem! Mówiłem! Mówiłem!</span><br />
W jakiś sposób mąż Tary Roberts, dostał się na teren Ośrodka. Mężczyzna znajdował się zaledwie dziesięć, może piętnaście metrów od Longbottoma. W ręku trzymał wyciągniętą różdżkę. Wyglądał jak wariat, jak ktoś kogo desperacja miała właśnie popchnąć do popełnienia czegoś niewybaczalnego.<br />
- <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Nie pozwolę, żeby ktoś jeszcze tutaj zginął! Nie pozwolę!</span> – ryknął dziko.<br />
- <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Noah, uspokój się!</span> – zawołał do niego jeden z nadbiegających brygadzistów.<br />
Ale Noah nie chciał się uspokoić. Przez lata mówił, że śmierć jego żony nie mogła być dziełem przypadku. Teraz, gdy tylko dowiedział się o zaginięciu Bagshota, zyskał potwierdzenie, którego szukał przez lata. Tara nie popełniła samobójstwa. W jakiś sposób Tara została tutaj zamordowana.<br />
Machnął różdżką, ale gdy tylko pierwsze płomienie, które z niej wytrysnęły dotknęły krzaków, Ośrodek Windermere ożył. Na oczach Morpheusa dalej spełniała się przewidziana przez niego przepowiednia. Znajdujący się niedaleko niego Alexander, Ambrosia i Mildred widzieli dokładnie to samo co on. Ziemia, na której stali rozstępowała się z głośnym trzaskiem a spod niej zaczęły się wysuwać korzenie drzew. Sięgnęły po Robertsa, uniosły w górę jak zabawkę, oplotły wokół jego nóg i cisnęły o ziemię.<br />
- <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Ratujcie go!</span> – krzyknął ktoś, może ten sam brygadzista, który odezwał się wcześniej i który teraz, na dowód tego, że nie tylko krzyczał, próbował za pomocą magii przeciąć korzenie atakujące Noaha.<br />
Na oczach nadbiegających Penny i Peppy brygadzista również został zaatakowany przez rośliny. Tym razem rozłożyste krzaki bzu wystrzeliły ku niemu agresywnie, mocno już nie sięgając nóg, ale oplatając ręce i szyję. Przycisnęły do siebie jak zbyt namiętna kochanka, albo złakniony krwi morderca. Gdzieś dalej rozległ się krzyk, ktoś jeszcze próbował bronić się za pomocą ognia, bo znowu pojawiło się więcej dymu.<br />
*<br />
Opierający się o drzewo Alexander w pierwszej chwili mógł nawet nie zrozumieć, co właściwie czuje – pień wibrował, gałęzie sunęły w jego stronę niczym węże. Ogień wyczarowany przez Noaha płonął, atakowany przez porośniętą liśćmi gałąź. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Pomyśl, że to sen </span>– usłyszał tuż przy swoim uchu szept Lorretty. – <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Zaśnij. Możesz nawet na wieki.</span><br />
Na oczach Peppy Penny runęła w dół, wprost w rozsuwającą się ziemię, ale nawet gdyby ją teraz próbowała złapać i wyciągnąć, nie miała na to żadnych szans, bo wydostające się na powierzchnię korzenie zabarykadowały jej drogę. <br />
Ambrosia mogła podziwiać naturę w swojej najbardziej niszczycielskiej formie. To na jej oczach znikała pod ziemią Millie a korzenie drzew wreszcie przestały jedynie oplatać Noaha Robertsa, ale jedno z pnączy przebiło z furią jego brzuch. To nie tę krew widział Alexander, ale ta odpowiadała wizji Morpheusa. <br />
Tylko on i Ambrosia, jeszcze nie zostali zaatakowani przez naturę. Po prostu stali, obserwując wszystko co rozgrywało się na ich oczach.<br />
<br />
<a href="http://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=275" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Peppa Potter</a> <a href="http://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=349" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Alexander Mulciber</a> <a href="http://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=393" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Morpheus Longbottom</a> <a href="http://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=354" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Ambrosia McKinnon</a><br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Czas na odpis do 22.05, godzina 21.00</span>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Patrick Steward - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Bajarz III</span></div></div>
<br />
Powoli trzeba się było pogodzić z myślą, że Owena Bagshota nie było w Ośrodku Windermere. Nie ukrywał się w żadnym z domków letniskowych. Nie krył po krzakach. Nie kąpał w jeziorze. Nie włóczył po Carlisle, w nadziei na przeczekanie pracowników Ministerstwa Magii. Nie było go także na wyspie – bo gdyby tam się skrył, to wysłana grupa czarodziei, na pewno dałaby już jakiś znak. A nie dała żadnego.<br />
Owen Bagshot rozpłynął się w powietrzu razem ze swoimi nieumarłymi, których może faktycznie dostrzegł, albo tylko zmyślił w ramach dziwacznego żartu.<br />
Słońce świeciło jasno na niebie. Tafla jeziora złociła się w jego promieniach. Lekki, ledwo wyczuwalny wiatr poruszał gałęziami w koronach drzew. Mimo braku wczasowiczów Ośrodek Windermere pachniał życiem. Pachniał młodą trawą, rosnącymi dziko mleczami i stokrotkami, dźwięczał od bzyczenia pszczół zbierających nektar. Na pierwszy rzut oka nic nie wskazywało na to, by w tym miejscu kiedykolwiek wydarzyło się coś strasznego.<br />
A jednak się wydarzyło. Ludzie tu czasem umierali. Ludzie tu czasem popełniali zbrodnie. Ludzie tu czasem znikali. I – najpewniej – przynajmniej czasami, nie działo się tak dlatego, że powodowała nimi ludzka natura, ale maczały w tym palce jakieś inne… siły.<br />
Mildred odeszła na bok, by testować własną teorię dotyczącą tego miejsca. Leon odpuścił, odszedł by nie kłócić się z Alexandrem i zamknął się w domku letniskowym. Szukając śladów po Owenie i nieumarłych, dostrzegaliście, że to miejsce nie było do końca takie, jakie być powinno. Niektórzy z was mieli nawet wizje tego, co miało się tutaj zdarzyć już niebawem.<br />
A najbliżej spełnienia własnej znalazł się właściwie Morpheus w chwili, w której do jego uszu dotarł krzyk.<br />
- <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Mówiłem! Mówiłem! Mówiłem!</span><br />
W jakiś sposób mąż Tary Roberts, dostał się na teren Ośrodka. Mężczyzna znajdował się zaledwie dziesięć, może piętnaście metrów od Longbottoma. W ręku trzymał wyciągniętą różdżkę. Wyglądał jak wariat, jak ktoś kogo desperacja miała właśnie popchnąć do popełnienia czegoś niewybaczalnego.<br />
- <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Nie pozwolę, żeby ktoś jeszcze tutaj zginął! Nie pozwolę!</span> – ryknął dziko.<br />
- <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Noah, uspokój się!</span> – zawołał do niego jeden z nadbiegających brygadzistów.<br />
Ale Noah nie chciał się uspokoić. Przez lata mówił, że śmierć jego żony nie mogła być dziełem przypadku. Teraz, gdy tylko dowiedział się o zaginięciu Bagshota, zyskał potwierdzenie, którego szukał przez lata. Tara nie popełniła samobójstwa. W jakiś sposób Tara została tutaj zamordowana.<br />
Machnął różdżką, ale gdy tylko pierwsze płomienie, które z niej wytrysnęły dotknęły krzaków, Ośrodek Windermere ożył. Na oczach Morpheusa dalej spełniała się przewidziana przez niego przepowiednia. Znajdujący się niedaleko niego Alexander, Ambrosia i Mildred widzieli dokładnie to samo co on. Ziemia, na której stali rozstępowała się z głośnym trzaskiem a spod niej zaczęły się wysuwać korzenie drzew. Sięgnęły po Robertsa, uniosły w górę jak zabawkę, oplotły wokół jego nóg i cisnęły o ziemię.<br />
- <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Ratujcie go!</span> – krzyknął ktoś, może ten sam brygadzista, który odezwał się wcześniej i który teraz, na dowód tego, że nie tylko krzyczał, próbował za pomocą magii przeciąć korzenie atakujące Noaha.<br />
Na oczach nadbiegających Penny i Peppy brygadzista również został zaatakowany przez rośliny. Tym razem rozłożyste krzaki bzu wystrzeliły ku niemu agresywnie, mocno już nie sięgając nóg, ale oplatając ręce i szyję. Przycisnęły do siebie jak zbyt namiętna kochanka, albo złakniony krwi morderca. Gdzieś dalej rozległ się krzyk, ktoś jeszcze próbował bronić się za pomocą ognia, bo znowu pojawiło się więcej dymu.<br />
*<br />
Opierający się o drzewo Alexander w pierwszej chwili mógł nawet nie zrozumieć, co właściwie czuje – pień wibrował, gałęzie sunęły w jego stronę niczym węże. Ogień wyczarowany przez Noaha płonął, atakowany przez porośniętą liśćmi gałąź. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Pomyśl, że to sen </span>– usłyszał tuż przy swoim uchu szept Lorretty. – <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Zaśnij. Możesz nawet na wieki.</span><br />
Na oczach Peppy Penny runęła w dół, wprost w rozsuwającą się ziemię, ale nawet gdyby ją teraz próbowała złapać i wyciągnąć, nie miała na to żadnych szans, bo wydostające się na powierzchnię korzenie zabarykadowały jej drogę. <br />
Ambrosia mogła podziwiać naturę w swojej najbardziej niszczycielskiej formie. To na jej oczach znikała pod ziemią Millie a korzenie drzew wreszcie przestały jedynie oplatać Noaha Robertsa, ale jedno z pnączy przebiło z furią jego brzuch. To nie tę krew widział Alexander, ale ta odpowiadała wizji Morpheusa. <br />
Tylko on i Ambrosia, jeszcze nie zostali zaatakowani przez naturę. Po prostu stali, obserwując wszystko co rozgrywało się na ich oczach.<br />
<br />
<a href="http://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=275" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Peppa Potter</a> <a href="http://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=349" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Alexander Mulciber</a> <a href="http://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=393" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Morpheus Longbottom</a> <a href="http://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=354" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Ambrosia McKinnon</a><br />
<br />
<span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Czas na odpis do 22.05, godzina 21.00</span>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[10.08.72] Windermere. Co naprawdę spotkało Owena Bagshota (II)]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=3278</link>
			<pubDate>Sat, 18 May 2024 00:20:52 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=209">Norvel Twonk</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=3278</guid>
			<description><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Patrick Steward - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Bajarz III</span><br />
Rozliczono - Millie Moody - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Pierwsze koty za płoty</span></div></div>
<br />
Powoli trzeba się było pogodzić z myślą, że Owena Bagshota nie było w Ośrodku Windermere. Nie ukrywał się w żadnym z domków letniskowych. Nie krył po krzakach. Nie kąpał w jeziorze. Nie włóczył po Carlisle, w nadziei na przeczekanie pracowników Ministerstwa Magii. Nie było go także na wyspie – bo gdyby tam się skrył, to wysłana grupa czarodziei, na pewno dałaby już jakiś znak. A nie dała żadnego.<br />
Owen Bagshot rozpłynął się w powietrzu razem ze swoimi nieumarłymi, których może faktycznie dostrzegł, albo tylko zmyślił w ramach dziwacznego żartu.<br />
Słońce świeciło jasno na niebie. Tafla jeziora złociła się w jego promieniach. Lekki, ledwo wyczuwalny wiatr poruszał gałęziami w koronach drzew. Mimo braku wczasowiczów Ośrodek Windermere pachniał życiem. Pachniał młodą trawą, rosnącymi dziko mleczami i stokrotkami, dźwięczał od bzyczenia pszczół zbierających nektar. Na pierwszy rzut oka nic nie wskazywało na to, by w tym miejscu kiedykolwiek wydarzyło się coś strasznego.<br />
A jednak się wydarzyło. Ludzie tu czasem umierali. Ludzie tu czasem popełniali zbrodnie. Ludzie tu czasem znikali. I – najpewniej – przynajmniej czasami, nie działo się tak dlatego, że powodowała nimi ludzka natura, ale maczały w tym palce jakieś inne… siły.<br />
Mildred odeszła na bok, by testować własną teorię dotyczącą tego miejsca. Leon odpuścił, odszedł by nie kłócić się z Alexandrem i zamknął się w domku letniskowym. Szukając śladów po Owenie i nieumarłych, dostrzegaliście, że to miejsce nie było do końca takie, jakie być powinno. Niektórzy z was mieli nawet wizje tego, co miało się tutaj zdarzyć już niebawem.<br />
A najbliżej spełnienia własnej znalazł się właściwie Morpheus w chwili, w której do jego uszu dotarł krzyk.<br />
- <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Mówiłem! Mówiłem! Mówiłem!</span><br />
W jakiś sposób mąż Tary Roberts, dostał się na teren Ośrodka. Mężczyzna znajdował się zaledwie dziesięć, może piętnaście metrów od Longbottoma. W ręku trzymał wyciągniętą różdżkę. Wyglądał jak wariat, jak ktoś kogo desperacja miała właśnie popchnąć do popełnienia czegoś niewybaczalnego.<br />
- <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Nie pozwolę, żeby ktoś jeszcze tutaj zginął! Nie pozwolę!</span> – ryknął dziko.<br />
- <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Noah, uspokój się! </span>– zawołał do niego jeden z nadbiegających brygadzistów.<br />
Ale Noah nie chciał się uspokoić. Przez lata mówił, że śmierć jego żony nie mogła być dziełem przypadku. Teraz, gdy tylko dowiedział się o zaginięciu Bagshota, zyskał potwierdzenie, którego szukał przez lata. Tara nie popełniła samobójstwa. W jakiś sposób Tara została tutaj zamordowana.<br />
Machnął różdżką, ale gdy tylko pierwsze płomienie, które z niej wytrysnęły dotknęły krzaków, Ośrodek Windermere ożył. Na oczach Morpheusa dalej spełniała się przewidziana przez niego przepowiednia. Znajdujący się niedaleko niego Alexander, Ambrosia i Mildred widzieli dokładnie to samo co on. Ziemia, na której stali rozstępowała się z głośnym trzaskiem a spod niej zaczęły się wysuwać korzenie drzew. Sięgnęły po Robertsa, uniosły w górę jak zabawkę, oplotły wokół jego nóg i cisnęły o ziemię.<br />
- <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Ratujcie go!</span> – krzyknął ktoś, może ten sam brygadzista, który odezwał się wcześniej i który teraz, na dowód tego, że nie tylko krzyczał, próbował za pomocą magii przeciąć korzenie atakujące Noaha.<br />
Na oczach nadbiegających Penny i Peppy brygadzista również został zaatakowany przez rośliny. Tym razem rozłożyste krzaki bzu wystrzeliły ku niemu agresywnie, mocno już nie sięgając nóg, ale oplatając ręce i szyję. Przycisnęły do siebie jak zbyt namiętna kochanka, albo złakniony krwi morderca. Gdzieś dalej rozległ się krzyk, ktoś jeszcze próbował bronić się za pomocą ognia, bo znowu pojawiło się więcej dymu.<br />
*<br />
Penny runęła w dół, bo dosłownie pod jej stopami rozstąpił się nagle grunt. Kolejne korzenie wynurzały się na powierzchnię. Czuła zapach ziemi. Widziała poruszające się jak węże młode pędy drzew. Oplatały ją i ściskały. Ściągały niżej i niżej, ale najstraszniejsze było to, że ziemia nad jej głową wracała na swoje miejsce. Była spychana coraz niżej i niżej aż nagle… aż nagle znowu spadła w dół.<br />
Leżała na ziemi pogrążona w całkowitych ciemnościach. Krzyki i chaos, które rozgrywały się na górze, były teraz przytłumione. Była trochę obolała, ale nie miała nic złamanego. Oblepiona ziemią, ale miała swoją różdżkę.<br />
Millie spotkał podobny los, choć początkowo nic nie zapowiadało, że będzie aż tak dramatyczny. Rozoranie glanem trawy nic nie dało. Złamanie gałązki, nawet trzech, nie przyniosło rezultatu. Być może zadziało się coś dziwnego w chwili, w której zerwała kwiat, ale bardziej przypominało to… strach? Jakby natura obawiała się zranienia. A potem, z chwilą, w której do jej uszu dotarły krzyki Noaha Robertsa, natura przestała się jej obawiać, ale postanowiła ją zniszczyć. Młode pędy wystrzeliły ku Millie owijając się wokół jej glanów i gwałtownie ciągnąc ją w dół. Czuła jak ziemia ją pochłania, jak zapada się w niej, jak w bagnie, jak piach oblepia jej ręce, wciska się pod ubranie, wreszcie odbiera jej szansę na złapanie oddechu. Ale nie miała się udusić, bo spotkał ją dosłownie ten sam los co Penny – runęła w dół, w całkowite ciemności. <br />
Weasley usłyszała tylko jak niedaleko niej upadło coś ciężkiego.<br />
<br />
<a href="http://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=418" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Millie Moody</a> <a href="http://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=397" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Penny Weasley</a><br />
<br />
<div style="text-align: justify;" class="mycode_align"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Czas na odpis do 21.05, godzina 21.00</span></div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Patrick Steward - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Bajarz III</span><br />
Rozliczono - Millie Moody - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Pierwsze koty za płoty</span></div></div>
<br />
Powoli trzeba się było pogodzić z myślą, że Owena Bagshota nie było w Ośrodku Windermere. Nie ukrywał się w żadnym z domków letniskowych. Nie krył po krzakach. Nie kąpał w jeziorze. Nie włóczył po Carlisle, w nadziei na przeczekanie pracowników Ministerstwa Magii. Nie było go także na wyspie – bo gdyby tam się skrył, to wysłana grupa czarodziei, na pewno dałaby już jakiś znak. A nie dała żadnego.<br />
Owen Bagshot rozpłynął się w powietrzu razem ze swoimi nieumarłymi, których może faktycznie dostrzegł, albo tylko zmyślił w ramach dziwacznego żartu.<br />
Słońce świeciło jasno na niebie. Tafla jeziora złociła się w jego promieniach. Lekki, ledwo wyczuwalny wiatr poruszał gałęziami w koronach drzew. Mimo braku wczasowiczów Ośrodek Windermere pachniał życiem. Pachniał młodą trawą, rosnącymi dziko mleczami i stokrotkami, dźwięczał od bzyczenia pszczół zbierających nektar. Na pierwszy rzut oka nic nie wskazywało na to, by w tym miejscu kiedykolwiek wydarzyło się coś strasznego.<br />
A jednak się wydarzyło. Ludzie tu czasem umierali. Ludzie tu czasem popełniali zbrodnie. Ludzie tu czasem znikali. I – najpewniej – przynajmniej czasami, nie działo się tak dlatego, że powodowała nimi ludzka natura, ale maczały w tym palce jakieś inne… siły.<br />
Mildred odeszła na bok, by testować własną teorię dotyczącą tego miejsca. Leon odpuścił, odszedł by nie kłócić się z Alexandrem i zamknął się w domku letniskowym. Szukając śladów po Owenie i nieumarłych, dostrzegaliście, że to miejsce nie było do końca takie, jakie być powinno. Niektórzy z was mieli nawet wizje tego, co miało się tutaj zdarzyć już niebawem.<br />
A najbliżej spełnienia własnej znalazł się właściwie Morpheus w chwili, w której do jego uszu dotarł krzyk.<br />
- <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Mówiłem! Mówiłem! Mówiłem!</span><br />
W jakiś sposób mąż Tary Roberts, dostał się na teren Ośrodka. Mężczyzna znajdował się zaledwie dziesięć, może piętnaście metrów od Longbottoma. W ręku trzymał wyciągniętą różdżkę. Wyglądał jak wariat, jak ktoś kogo desperacja miała właśnie popchnąć do popełnienia czegoś niewybaczalnego.<br />
- <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Nie pozwolę, żeby ktoś jeszcze tutaj zginął! Nie pozwolę!</span> – ryknął dziko.<br />
- <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Noah, uspokój się! </span>– zawołał do niego jeden z nadbiegających brygadzistów.<br />
Ale Noah nie chciał się uspokoić. Przez lata mówił, że śmierć jego żony nie mogła być dziełem przypadku. Teraz, gdy tylko dowiedział się o zaginięciu Bagshota, zyskał potwierdzenie, którego szukał przez lata. Tara nie popełniła samobójstwa. W jakiś sposób Tara została tutaj zamordowana.<br />
Machnął różdżką, ale gdy tylko pierwsze płomienie, które z niej wytrysnęły dotknęły krzaków, Ośrodek Windermere ożył. Na oczach Morpheusa dalej spełniała się przewidziana przez niego przepowiednia. Znajdujący się niedaleko niego Alexander, Ambrosia i Mildred widzieli dokładnie to samo co on. Ziemia, na której stali rozstępowała się z głośnym trzaskiem a spod niej zaczęły się wysuwać korzenie drzew. Sięgnęły po Robertsa, uniosły w górę jak zabawkę, oplotły wokół jego nóg i cisnęły o ziemię.<br />
- <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Ratujcie go!</span> – krzyknął ktoś, może ten sam brygadzista, który odezwał się wcześniej i który teraz, na dowód tego, że nie tylko krzyczał, próbował za pomocą magii przeciąć korzenie atakujące Noaha.<br />
Na oczach nadbiegających Penny i Peppy brygadzista również został zaatakowany przez rośliny. Tym razem rozłożyste krzaki bzu wystrzeliły ku niemu agresywnie, mocno już nie sięgając nóg, ale oplatając ręce i szyję. Przycisnęły do siebie jak zbyt namiętna kochanka, albo złakniony krwi morderca. Gdzieś dalej rozległ się krzyk, ktoś jeszcze próbował bronić się za pomocą ognia, bo znowu pojawiło się więcej dymu.<br />
*<br />
Penny runęła w dół, bo dosłownie pod jej stopami rozstąpił się nagle grunt. Kolejne korzenie wynurzały się na powierzchnię. Czuła zapach ziemi. Widziała poruszające się jak węże młode pędy drzew. Oplatały ją i ściskały. Ściągały niżej i niżej, ale najstraszniejsze było to, że ziemia nad jej głową wracała na swoje miejsce. Była spychana coraz niżej i niżej aż nagle… aż nagle znowu spadła w dół.<br />
Leżała na ziemi pogrążona w całkowitych ciemnościach. Krzyki i chaos, które rozgrywały się na górze, były teraz przytłumione. Była trochę obolała, ale nie miała nic złamanego. Oblepiona ziemią, ale miała swoją różdżkę.<br />
Millie spotkał podobny los, choć początkowo nic nie zapowiadało, że będzie aż tak dramatyczny. Rozoranie glanem trawy nic nie dało. Złamanie gałązki, nawet trzech, nie przyniosło rezultatu. Być może zadziało się coś dziwnego w chwili, w której zerwała kwiat, ale bardziej przypominało to… strach? Jakby natura obawiała się zranienia. A potem, z chwilą, w której do jej uszu dotarły krzyki Noaha Robertsa, natura przestała się jej obawiać, ale postanowiła ją zniszczyć. Młode pędy wystrzeliły ku Millie owijając się wokół jej glanów i gwałtownie ciągnąc ją w dół. Czuła jak ziemia ją pochłania, jak zapada się w niej, jak w bagnie, jak piach oblepia jej ręce, wciska się pod ubranie, wreszcie odbiera jej szansę na złapanie oddechu. Ale nie miała się udusić, bo spotkał ją dosłownie ten sam los co Penny – runęła w dół, w całkowite ciemności. <br />
Weasley usłyszała tylko jak niedaleko niej upadło coś ciężkiego.<br />
<br />
<a href="http://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=418" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Millie Moody</a> <a href="http://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=397" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Penny Weasley</a><br />
<br />
<div style="text-align: justify;" class="mycode_align"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Czas na odpis do 21.05, godzina 21.00</span></div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[10.08.72] Windermere. Las przesiąknięty znanym złem]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=3277</link>
			<pubDate>Sat, 18 May 2024 00:14:52 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=209">Norvel Twonk</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=3277</guid>
			<description><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Brenna Longbottom - osiągnięcie Życie to przygody lub pustka</div></div>
<br />
Powoli trzeba się było pogodzić z myślą, że Owena Bagshota nie było w Ośrodku Windermere. Nie ukrywał się w żadnym z domków letniskowych. Nie krył po krzakach. Nie kąpał w jeziorze. Nie włóczył po Carlisle, w nadziei na przeczekanie pracowników Ministerstwa Magii. Nie było go także na wyspie – bo gdyby tam się skrył, to wysłana grupa czarodziei, na pewno dałaby już jakiś znak. A nie dała żadnego.<br />
Owen Bagshot rozpłynął się w powietrzu razem ze swoimi nieumarłymi, których może faktycznie dostrzegł, albo tylko zmyślił w ramach dziwacznego żartu.<br />
Słońce świeciło jasno na niebie. Tafla jeziora złociła się w jego promieniach. Lekki, ledwo wyczuwalny wiatr poruszał gałęziami w koronach drzew. Mimo braku wczasowiczów Ośrodek Windermere pachniał życiem. Pachniał młodą trawą, rosnącymi dziko mleczami i stokrotkami, dźwięczał od bzyczenia pszczół zbierających nektar. Na pierwszy rzut oka nic nie wskazywało na to, by w tym miejscu kiedykolwiek wydarzyło się coś strasznego.<br />
A jednak się wydarzyło. Ludzie tu czasem umierali. Ludzie tu czasem popełniali zbrodnie. Ludzie tu czasem znikali. I – najpewniej – przynajmniej czasami, nie działo się tak dlatego, że powodowała nimi ludzka natura, ale maczały w tym palce jakieś inne… siły.<br />
Pozostawało jeszcze jedno miejsce, w którym mógł się ukrywać Owen Bagshot, a które do tej pory wszyscy omijali – bo najpierw nie sprzyjała ku temu pora, w której pracownicy Ministerstwa Magii pojawili się w Ośrodku Windermere a potem miejsce to wydawało się najmniej prawdopodobnym tropem. Historyk mógł być w lesie. W tym samym lesie, którego osobliwe działanie Brenna dostrzegła jeszcze w nocy, w którym również znajdowały się ruiny z wizji Peregrinusa.<br />
Byliście już na skraju lasu. Dosłownie przekroczyliście pierwszą linię drzew, gdy wszystko się rozpoczęło. Najpierw zza waszych pleców dobiegł was wrzask.<br />
- <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Mówiłem! Mówiłem! Mówiłem!</span><br />
W jakiś sposób mąż Tary Roberts, dostał się na teren Ośrodka Windermere. Isaac, najpewniej z racji na jego zawód, odwrócił się i dostrzegł go pierwszy. Mężczyzna znajdował się mniej więcej sto metrów od nich. W ręku trzymał wyciągniętą różdżkę. Wyglądał jak wariat, jak ktoś kogo desperacja miała właśnie popchnąć do popełnienia czegoś niewybaczalnego.<br />
- <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Nie pozwolę, żeby ktoś jeszcze tutaj zginął! Nie pozwolę!</span> – ryknął dziko.<br />
- <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Noah, uspokój się!</span> – zawołał do niego jeden z nadbiegających brygadzistów.<br />
Ale Noah nie chciał się uspokoić. Przez lata mówił, że śmierć jego żony nie mogła być dziełem przypadku. Teraz, gdy tylko wiedział się o zaginięciu Bagshota, zyskał potwierdzenie którego szukał przez lata. Tara nie popełniła samobójstwa. W jakiś sposób Tara została tutaj zamordowana.<br />
Machnął różdżką, ale gdy tylko pierwsze płomienie, które z niej wytrysnęły dotknęły krzaków, Ośrodek Windermere ożył. Słyszeli trzask rozstępującej się ziemi, gdy spod niej zaczęły się wysuwać korzenie drzew. Sięgnęły po mężczyznę, wyrzucając go najpierw górę, potem splatając się ciasno wokół jego nóg i ciskając nim o ziemię.<br />
Sebastian, Brenna, Peregrinus, Isaac i Basilius też poczuli jak ziemia drży pod ich stopami. Leśne krzaki zgęstniały nagle. Odgrodziły Sebastiana, Brennę i Peregrinusa od Prewetta i Bagshota. <br />
*<br />
Las, tak pełny życia, pachnący igliwiem, ściółką leśną i grzybami stał się ciemny i ponury, broniący wstępu i wyjścia. Brenna poczuła szarpnięcie, jedna z gałęzi drzew sięgnęła ku niej, nagle jak ożyła, szukając sposobu by się opleść wokół kobiecej talii.<br />
Również Sebastian nie został pozostawiony w spokoju. Kiedy spojrzał w dół, dostrzegł drobne korzenie, które wydostawały się spod ściółki leśnej i oplatały jego buty, jakby przytwierdzając go do miejsca, w którym stał. Tylko Peregrinus pozostał względnie bezpieczny. Nic po niego nie sięgało. Był tylko jakby obserwowany. <br />
<br />
<a href="http://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=172" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Peregrinus Trelawney</a> <a href="http://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=24" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Brenna Longbottom</a> <a href="http://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=206" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Sebastian Macmillan</a> <br />
<br />
<div style="text-align: justify;" class="mycode_align"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Czas na odpis do 21.05, godzina 21.00</span></div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Brenna Longbottom - osiągnięcie Życie to przygody lub pustka</div></div>
<br />
Powoli trzeba się było pogodzić z myślą, że Owena Bagshota nie było w Ośrodku Windermere. Nie ukrywał się w żadnym z domków letniskowych. Nie krył po krzakach. Nie kąpał w jeziorze. Nie włóczył po Carlisle, w nadziei na przeczekanie pracowników Ministerstwa Magii. Nie było go także na wyspie – bo gdyby tam się skrył, to wysłana grupa czarodziei, na pewno dałaby już jakiś znak. A nie dała żadnego.<br />
Owen Bagshot rozpłynął się w powietrzu razem ze swoimi nieumarłymi, których może faktycznie dostrzegł, albo tylko zmyślił w ramach dziwacznego żartu.<br />
Słońce świeciło jasno na niebie. Tafla jeziora złociła się w jego promieniach. Lekki, ledwo wyczuwalny wiatr poruszał gałęziami w koronach drzew. Mimo braku wczasowiczów Ośrodek Windermere pachniał życiem. Pachniał młodą trawą, rosnącymi dziko mleczami i stokrotkami, dźwięczał od bzyczenia pszczół zbierających nektar. Na pierwszy rzut oka nic nie wskazywało na to, by w tym miejscu kiedykolwiek wydarzyło się coś strasznego.<br />
A jednak się wydarzyło. Ludzie tu czasem umierali. Ludzie tu czasem popełniali zbrodnie. Ludzie tu czasem znikali. I – najpewniej – przynajmniej czasami, nie działo się tak dlatego, że powodowała nimi ludzka natura, ale maczały w tym palce jakieś inne… siły.<br />
Pozostawało jeszcze jedno miejsce, w którym mógł się ukrywać Owen Bagshot, a które do tej pory wszyscy omijali – bo najpierw nie sprzyjała ku temu pora, w której pracownicy Ministerstwa Magii pojawili się w Ośrodku Windermere a potem miejsce to wydawało się najmniej prawdopodobnym tropem. Historyk mógł być w lesie. W tym samym lesie, którego osobliwe działanie Brenna dostrzegła jeszcze w nocy, w którym również znajdowały się ruiny z wizji Peregrinusa.<br />
Byliście już na skraju lasu. Dosłownie przekroczyliście pierwszą linię drzew, gdy wszystko się rozpoczęło. Najpierw zza waszych pleców dobiegł was wrzask.<br />
- <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Mówiłem! Mówiłem! Mówiłem!</span><br />
W jakiś sposób mąż Tary Roberts, dostał się na teren Ośrodka Windermere. Isaac, najpewniej z racji na jego zawód, odwrócił się i dostrzegł go pierwszy. Mężczyzna znajdował się mniej więcej sto metrów od nich. W ręku trzymał wyciągniętą różdżkę. Wyglądał jak wariat, jak ktoś kogo desperacja miała właśnie popchnąć do popełnienia czegoś niewybaczalnego.<br />
- <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Nie pozwolę, żeby ktoś jeszcze tutaj zginął! Nie pozwolę!</span> – ryknął dziko.<br />
- <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Noah, uspokój się!</span> – zawołał do niego jeden z nadbiegających brygadzistów.<br />
Ale Noah nie chciał się uspokoić. Przez lata mówił, że śmierć jego żony nie mogła być dziełem przypadku. Teraz, gdy tylko wiedział się o zaginięciu Bagshota, zyskał potwierdzenie którego szukał przez lata. Tara nie popełniła samobójstwa. W jakiś sposób Tara została tutaj zamordowana.<br />
Machnął różdżką, ale gdy tylko pierwsze płomienie, które z niej wytrysnęły dotknęły krzaków, Ośrodek Windermere ożył. Słyszeli trzask rozstępującej się ziemi, gdy spod niej zaczęły się wysuwać korzenie drzew. Sięgnęły po mężczyznę, wyrzucając go najpierw górę, potem splatając się ciasno wokół jego nóg i ciskając nim o ziemię.<br />
Sebastian, Brenna, Peregrinus, Isaac i Basilius też poczuli jak ziemia drży pod ich stopami. Leśne krzaki zgęstniały nagle. Odgrodziły Sebastiana, Brennę i Peregrinusa od Prewetta i Bagshota. <br />
*<br />
Las, tak pełny życia, pachnący igliwiem, ściółką leśną i grzybami stał się ciemny i ponury, broniący wstępu i wyjścia. Brenna poczuła szarpnięcie, jedna z gałęzi drzew sięgnęła ku niej, nagle jak ożyła, szukając sposobu by się opleść wokół kobiecej talii.<br />
Również Sebastian nie został pozostawiony w spokoju. Kiedy spojrzał w dół, dostrzegł drobne korzenie, które wydostawały się spod ściółki leśnej i oplatały jego buty, jakby przytwierdzając go do miejsca, w którym stał. Tylko Peregrinus pozostał względnie bezpieczny. Nic po niego nie sięgało. Był tylko jakby obserwowany. <br />
<br />
<a href="http://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=172" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Peregrinus Trelawney</a> <a href="http://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=24" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Brenna Longbottom</a> <a href="http://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=206" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Sebastian Macmillan</a> <br />
<br />
<div style="text-align: justify;" class="mycode_align"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Czas na odpis do 21.05, godzina 21.00</span></div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[10.08.72] Windermere. Bestie, które miały chronić (II)]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=3276</link>
			<pubDate>Sat, 18 May 2024 00:09:45 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=209">Norvel Twonk</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=3276</guid>
			<description><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Patrick Steward - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Bajarz III</span><br />
Rozliczono - Geraldine Yaxley - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz Tajemnic IV</span></div></div>
<br />
Słońce unosiło się wysoko na niebie, gdy Geraldine, Victoria, Esme, Perseus i Laurent, najpierw przenosili ranną fokę do łodzi, a potem odbili od brzegów niewielkiej wysepki. Promienie odbijały się od spokojnej, wodnej tafli, dając miałkie złudzenie migoczącego, rozlanego po powierzchni złota. Foka drżała ze strachu. Nieufnie spoglądała na wiosłujących, ale nie poruszała się, nie próbowała uciekać lub sprawiać im trudności. <br />
Ośrodek Windermere majaczył przed ich oczami. Niby dostrzegali go również z wyspy, ale w miarę jak się zbliżali, złudnie statyczny obraz nabierał coraz więcej szczegółów. Mugolskie łódki bujały się sennie przypięte do molo. Korony drzew kołysały się od wiatru. Domki letniskowe – o tej porze roku, zazwyczaj tętniące życiem, pozostawały nieme. Na malutkich balkonach brakowało suszących się ręczników, dmuchanych kół i materacy. Brakowało wczasowiczów. Po terenie ośrodka krążyli szukający śladów Owena Bagshota czarodzieje.<br />
Byli mniej więcej w połowie drogi, gdy wszystko się rozpoczęło. Męski krzyk dochodzący z Ośrodka Windermere jako pierwszy zwrócił uwagę Victorii. <br />
- <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Mówiłem! Mówiłem! Mówiłem!</span> – wrzeszczał.<br />
Esme zaalarmowała nagła cisza – jakby na chwilę świat zamarł i zwolnił, nawet wiatr przestał wiać a wiosła nie uderzały już o taflę jeziora. Zmysły Geraldine wychwyciły, że coś niedobrego zaczęło się zbliżać w stronę ich łodzi. Foka gwałtownie się poruszyła. Laurent dostrzegł narastającą panikę w oczach Cirila. To wszystko trwało najwyżej trzy, może pięć sekund. Aurowidzenie uderzyło w zmysły Perseusa w chwili, gdy nastąpił atak. Łódź zakołysała się gwałtownie pod naporem wyprowadzonego z dna niewidzialnego ciosu, jakby wiązki energii – bo Geraldine nie wyczuła potworów aż tak blisko. Świat przed oczami Blacka zalała czerń. W pierwszej chwili mógł pomyśleć, że zła aura uniosła się nad jeziorem, ale trzask łamanego kadłuba uświadomił go, że to on tonął. Wszyscy tonęli. Zanim pochłonęła go woda, dostrzegł jeszcze fiolet – morze fioletu szalejącego w Ośrodku Windermere.<br />
Kolejna wiązka energii uderzyła w tonącą łódź, unosząc ją do góry i przepoławiając na pół. Wszystkich zalała woda.<br />
*<br />
Wszystko działo się zbyt szybko, żeby zareagować. Jeszcze sekundę wcześniej Esme przygniatała cisza, ale teraz pochłaniała go woda. Był młodym, silnym mężczyzną a jednak czuł dziwny, oplatający jego brzuch ciężar, jak zaciśnięte na sobie szpony. Geraldine obejmowała go czule w pasie, ale zamiast popychać go ku powierzchni, ciągnęła w dół, nic sobie nie robiąc z tego, że zaczynało brakować mu powietrza.<br />
Tymczasem prawdziwa Yaxley wynurzyła się z wody, tuż przy jednej z części przepołowionej łodzi. Była sama. Nigdzie nie dostrzegła ani Esme, ani Victorii, Laurenta, Perseusa, nawet foki. Jej zmysły szalały od nadmiaru bodźców. Czuła, że coś niedobrego dzieje się w Ośrodku Windermere. Słyszała krzyki i trzask łamanych drzew. Ale niebezpieczeństwo czaiło się także niżej, tuż pod powierzchnią wody. Wystarczyło, by spojrzała w dół a dostrzegła, że Rowle’a próbowała właśnie utopić trytonka.<br />
<br />
<a href="http://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=320" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Esmé Rowle</a> <a href="http://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=29" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Geraldine Yaxley</a><br />
<br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Czas na odpis do 21.05, godzina 21.00</span></div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Patrick Steward - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Bajarz III</span><br />
Rozliczono - Geraldine Yaxley - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz Tajemnic IV</span></div></div>
<br />
Słońce unosiło się wysoko na niebie, gdy Geraldine, Victoria, Esme, Perseus i Laurent, najpierw przenosili ranną fokę do łodzi, a potem odbili od brzegów niewielkiej wysepki. Promienie odbijały się od spokojnej, wodnej tafli, dając miałkie złudzenie migoczącego, rozlanego po powierzchni złota. Foka drżała ze strachu. Nieufnie spoglądała na wiosłujących, ale nie poruszała się, nie próbowała uciekać lub sprawiać im trudności. <br />
Ośrodek Windermere majaczył przed ich oczami. Niby dostrzegali go również z wyspy, ale w miarę jak się zbliżali, złudnie statyczny obraz nabierał coraz więcej szczegółów. Mugolskie łódki bujały się sennie przypięte do molo. Korony drzew kołysały się od wiatru. Domki letniskowe – o tej porze roku, zazwyczaj tętniące życiem, pozostawały nieme. Na malutkich balkonach brakowało suszących się ręczników, dmuchanych kół i materacy. Brakowało wczasowiczów. Po terenie ośrodka krążyli szukający śladów Owena Bagshota czarodzieje.<br />
Byli mniej więcej w połowie drogi, gdy wszystko się rozpoczęło. Męski krzyk dochodzący z Ośrodka Windermere jako pierwszy zwrócił uwagę Victorii. <br />
- <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Mówiłem! Mówiłem! Mówiłem!</span> – wrzeszczał.<br />
Esme zaalarmowała nagła cisza – jakby na chwilę świat zamarł i zwolnił, nawet wiatr przestał wiać a wiosła nie uderzały już o taflę jeziora. Zmysły Geraldine wychwyciły, że coś niedobrego zaczęło się zbliżać w stronę ich łodzi. Foka gwałtownie się poruszyła. Laurent dostrzegł narastającą panikę w oczach Cirila. To wszystko trwało najwyżej trzy, może pięć sekund. Aurowidzenie uderzyło w zmysły Perseusa w chwili, gdy nastąpił atak. Łódź zakołysała się gwałtownie pod naporem wyprowadzonego z dna niewidzialnego ciosu, jakby wiązki energii – bo Geraldine nie wyczuła potworów aż tak blisko. Świat przed oczami Blacka zalała czerń. W pierwszej chwili mógł pomyśleć, że zła aura uniosła się nad jeziorem, ale trzask łamanego kadłuba uświadomił go, że to on tonął. Wszyscy tonęli. Zanim pochłonęła go woda, dostrzegł jeszcze fiolet – morze fioletu szalejącego w Ośrodku Windermere.<br />
Kolejna wiązka energii uderzyła w tonącą łódź, unosząc ją do góry i przepoławiając na pół. Wszystkich zalała woda.<br />
*<br />
Wszystko działo się zbyt szybko, żeby zareagować. Jeszcze sekundę wcześniej Esme przygniatała cisza, ale teraz pochłaniała go woda. Był młodym, silnym mężczyzną a jednak czuł dziwny, oplatający jego brzuch ciężar, jak zaciśnięte na sobie szpony. Geraldine obejmowała go czule w pasie, ale zamiast popychać go ku powierzchni, ciągnęła w dół, nic sobie nie robiąc z tego, że zaczynało brakować mu powietrza.<br />
Tymczasem prawdziwa Yaxley wynurzyła się z wody, tuż przy jednej z części przepołowionej łodzi. Była sama. Nigdzie nie dostrzegła ani Esme, ani Victorii, Laurenta, Perseusa, nawet foki. Jej zmysły szalały od nadmiaru bodźców. Czuła, że coś niedobrego dzieje się w Ośrodku Windermere. Słyszała krzyki i trzask łamanych drzew. Ale niebezpieczeństwo czaiło się także niżej, tuż pod powierzchnią wody. Wystarczyło, by spojrzała w dół a dostrzegła, że Rowle’a próbowała właśnie utopić trytonka.<br />
<br />
<a href="http://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=320" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Esmé Rowle</a> <a href="http://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=29" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Geraldine Yaxley</a><br />
<br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Czas na odpis do 21.05, godzina 21.00</span></div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[10.08.72] Windermere. Bestie, które miały chronić (I)]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=3275</link>
			<pubDate>Sat, 18 May 2024 00:03:02 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=209">Norvel Twonk</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=3275</guid>
			<description><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Patrick Steward - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Bajarz III</span><br />
Rozliczono - Victoria Lestrange - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Życie to przygody lub pustka</span></div></div>
<br />
Słońce unosiło się wysoko na niebie, gdy Geraldine, Victoria, Esme, Perseus i Laurent, najpierw przenosili ranną fokę do łodzi, a potem odbili od brzegów niewielkiej wysepki. Promienie odbijały się od spokojnej, wodnej tafli, dając miałkie złudzenie migoczącego, rozlanego po powierzchni złota. Foka drżała ze strachu. Nieufnie spoglądała na wiosłujących, ale nie poruszała się, nie próbowała uciekać lub sprawiać im trudności. <br />
Ośrodek Windermere majaczył przed ich oczami. Niby dostrzegali go również z wyspy, ale w miarę jak się zbliżali, złudnie statyczny obraz nabierał coraz więcej szczegółów. Mugolskie łódki bujały się sennie przypięte do molo. Korony drzew kołysały się od wiatru. Domki letniskowe – o tej porze roku, zazwyczaj tętniące życiem, pozostawały nieme. Na malutkich balkonach brakowało suszących się ręczników, dmuchanych kół i materacy. Brakowało wczasowiczów. Po terenie ośrodka krążyli szukający śladów Owena Bagshota czarodzieje.<br />
Byli mniej więcej w połowie drogi, gdy wszystko się rozpoczęło. Esme zaalarmowała nagła cisza – jakby na chwilę świat zamarł i zwolnił, nawet wiatr przestał wiać a wiosła nie uderzały już o taflę jeziora. Męski krzyk dochodzący z Ośrodka Windermere jako pierwszy zwrócił uwagę Victorii. <br />
- <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Mówiłem! Mówiłem! Mówiłem!</span> – wrzeszczał.<br />
Zmysły Geraldine wychwyciły, że coś niedobrego zaczęło się zbliżać w stronę ich łodzi. Foka gwałtownie się poruszyła. Laurent dostrzegł narastającą panikę w oczach Cirila. To wszystko trwało najwyżej trzy, może pięć sekund. Aurowidzenie uderzyło w zmysły Perseusa w chwili, gdy nastąpił atak. Łódź zakołysała się gwałtownie pod naporem wyprowadzonego z dna niewidzialnego ciosu, jakby wiązki energii – bo Geraldine nie wyczuła potworów aż tak blisko. Świat przed oczami Blacka zalała czerń. W pierwszej chwili mógł pomyśleć, że zła aura uniosła się nad jeziorem, ale trzask łamanego kadłuba uświadomił go, że to on tonął. Wszyscy tonęli. Zanim pochłonęła go woda, dostrzegł jeszcze fiolet – morze fioletu szalejącego w Ośrodku Windermere.<br />
Kolejna wiązka energii uderzyła w tonącą łódź, unosząc ją do góry jak zabawkę i przepoławiając na pół. Wszystkich zalała woda.<br />
*<br />
To brak możliwości zaczerpnięcia powietrza ukrócił działanie aurowidzenia Perseusa. Od tafli jeziora i dostępu do tlenu dzieliło go jakieś dwa, może trzy metry wody. Victoria – pewnie przez wzgląd na kondycję fizyczną (albo i brak mącącej w głowie zdolności) znajdowała się najbliżej powierzchni. Laurent w połowie między nimi, ale najbliżej rannej selkie. <br />
- <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Mówiłem, że trzeba ich powstrzymać! </span>– rzucił Ciril. Bandaże, tylko co założone mu przez Blacka nasiąkły wodą. Tyle, że usilnie starał się to zignorować. – <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Jeśli naprawdę jesteśmy stadem, płyń ze mną. Płyńcie ze mną</span> – poprosił, nie zważając na to w jakim położeniu się znajdowali. Sam ruszył w dół, w głąb jeziora na spotkanie z trytonami.<br />
Niżej, jeszcze niżej, ukryta przed wzrokiem mugoli znajdowała się trytońska wioska. Dookoła siebie nie widzieli ani Geraldine, ani Esme, ani tego, kto ich zaatakował. Byli tylko oni i oddalający się selkie.<br />
<br />
<a href="http://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=44" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Perseus Black</a> <a href="http://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=300" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Laurent Prewett</a> <a href="http://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=177" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Victoria Lestrange</a><br />
<br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Czas na odpis do 21.05, godzina 21.00</span></div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div style="color:#878787;width: 80%;margin: auto;padding: 10px;font-size:80%;line-height:95%;text-align:center;"><span style="color:#575757;font-family: 'Libre Caslon Text';font-size: 9px;text-transform: uppercase;font-weight: lighter;letter-spacing: 1px;margin:5px;">adnotacja moderatora</span><div style="padding:10px;border-top: 1px dashed #333;">Rozliczono - Patrick Steward - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Bajarz III</span><br />
Rozliczono - Victoria Lestrange - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Życie to przygody lub pustka</span></div></div>
<br />
Słońce unosiło się wysoko na niebie, gdy Geraldine, Victoria, Esme, Perseus i Laurent, najpierw przenosili ranną fokę do łodzi, a potem odbili od brzegów niewielkiej wysepki. Promienie odbijały się od spokojnej, wodnej tafli, dając miałkie złudzenie migoczącego, rozlanego po powierzchni złota. Foka drżała ze strachu. Nieufnie spoglądała na wiosłujących, ale nie poruszała się, nie próbowała uciekać lub sprawiać im trudności. <br />
Ośrodek Windermere majaczył przed ich oczami. Niby dostrzegali go również z wyspy, ale w miarę jak się zbliżali, złudnie statyczny obraz nabierał coraz więcej szczegółów. Mugolskie łódki bujały się sennie przypięte do molo. Korony drzew kołysały się od wiatru. Domki letniskowe – o tej porze roku, zazwyczaj tętniące życiem, pozostawały nieme. Na malutkich balkonach brakowało suszących się ręczników, dmuchanych kół i materacy. Brakowało wczasowiczów. Po terenie ośrodka krążyli szukający śladów Owena Bagshota czarodzieje.<br />
Byli mniej więcej w połowie drogi, gdy wszystko się rozpoczęło. Esme zaalarmowała nagła cisza – jakby na chwilę świat zamarł i zwolnił, nawet wiatr przestał wiać a wiosła nie uderzały już o taflę jeziora. Męski krzyk dochodzący z Ośrodka Windermere jako pierwszy zwrócił uwagę Victorii. <br />
- <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Mówiłem! Mówiłem! Mówiłem!</span> – wrzeszczał.<br />
Zmysły Geraldine wychwyciły, że coś niedobrego zaczęło się zbliżać w stronę ich łodzi. Foka gwałtownie się poruszyła. Laurent dostrzegł narastającą panikę w oczach Cirila. To wszystko trwało najwyżej trzy, może pięć sekund. Aurowidzenie uderzyło w zmysły Perseusa w chwili, gdy nastąpił atak. Łódź zakołysała się gwałtownie pod naporem wyprowadzonego z dna niewidzialnego ciosu, jakby wiązki energii – bo Geraldine nie wyczuła potworów aż tak blisko. Świat przed oczami Blacka zalała czerń. W pierwszej chwili mógł pomyśleć, że zła aura uniosła się nad jeziorem, ale trzask łamanego kadłuba uświadomił go, że to on tonął. Wszyscy tonęli. Zanim pochłonęła go woda, dostrzegł jeszcze fiolet – morze fioletu szalejącego w Ośrodku Windermere.<br />
Kolejna wiązka energii uderzyła w tonącą łódź, unosząc ją do góry jak zabawkę i przepoławiając na pół. Wszystkich zalała woda.<br />
*<br />
To brak możliwości zaczerpnięcia powietrza ukrócił działanie aurowidzenia Perseusa. Od tafli jeziora i dostępu do tlenu dzieliło go jakieś dwa, może trzy metry wody. Victoria – pewnie przez wzgląd na kondycję fizyczną (albo i brak mącącej w głowie zdolności) znajdowała się najbliżej powierzchni. Laurent w połowie między nimi, ale najbliżej rannej selkie. <br />
- <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Mówiłem, że trzeba ich powstrzymać! </span>– rzucił Ciril. Bandaże, tylko co założone mu przez Blacka nasiąkły wodą. Tyle, że usilnie starał się to zignorować. – <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Jeśli naprawdę jesteśmy stadem, płyń ze mną. Płyńcie ze mną</span> – poprosił, nie zważając na to w jakim położeniu się znajdowali. Sam ruszył w dół, w głąb jeziora na spotkanie z trytonami.<br />
Niżej, jeszcze niżej, ukryta przed wzrokiem mugoli znajdowała się trytońska wioska. Dookoła siebie nie widzieli ani Geraldine, ani Esme, ani tego, kto ich zaatakował. Byli tylko oni i oddalający się selkie.<br />
<br />
<a href="http://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=44" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Perseus Black</a> <a href="http://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=300" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Laurent Prewett</a> <a href="http://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=177" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Victoria Lestrange</a><br />
<br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Czas na odpis do 21.05, godzina 21.00</span></div>]]></content:encoded>
		</item>
	</channel>
</rss>