<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0" xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">
	<channel>
		<title><![CDATA[Secrets of London - Lake District]]></title>
		<link>https://secretsoflondon.pl/</link>
		<description><![CDATA[Secrets of London - https://secretsoflondon.pl]]></description>
		<pubDate>Fri, 09 Oct 2026 17:05:03 +0000</pubDate>
		<generator>MyBB</generator>
		<item>
			<title><![CDATA[[31.10 jezioro Windermere | Violet & Samuel] Dance me]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6506</link>
			<pubDate>Fri, 09 Oct 2026 16:23:13 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=412">Samuel McGonagall</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6506</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">31.10</div>
<br />
Myślał o tym bardzo dużo.<br />
<br />
Myślał o tym podczas pracy.<br />
<br />
Myślał o tym podczas odpoczynku.<br />
<br />
Myślał o tym rozmawiając z tymi z którymi pracował, myślał o tym kiedy milczał.<br />
<br />
Panna Avery rozbudziła w nim potrzebę, która zgasła równie szybko jak ociosana drzazga wyłuszczona z łuczywa. Własne stoisko, chwalenie się rzeźbami, które ponoć był bruistyczne przez to piękne, prymitywne, przez co intrygujące. Był umęczony, jego ciało krzyczało o odpoczynek, ale zapalił się do tego pomysłu. Amulety, zwierzęce totemy, wisiorki i duperelki, które pełniły funkcje ochronne i estetyczne. Które niosły ze sobą odrobinę ciepła. <br />
<br />
Nie były przydatne, większość nie. Dłonie miał naznaczone odciskami a jego umysł niebezpiecznie zbliżał się do granicy, w którym klątwa żywiołów nie byłaby niespodzianką, a wręcz oczekiwanym gościem. Kumulacja stresu, niedospania i poczucia obowiązku wobec wszystkich którym obiecał pomóc… Nie chodziło o to, że żałował. Chodziło o to, że pojawiając się na sabacie naraziłby wszystkich. <br />
<br />
Dlatego zgodnie ze swoim nowym sabatowym zwyczajem, odwiedził przedpołudniem Mabel by zjeść z nią ciasto. Nie dał się sprowokować Karlowi, pojawił się w Little Hangleton, by dopilnować straganów, a potem uciekł. Uciekł stamtąd co prędzej, zabierając kilka produktów, które przyjął od swoich zleceniodawców z niezręcznym uśmiechem. Nie był osobą nawykłą do pikników - było to w jego mniemaniu zajęcie dla mieszczuchów, którzy chcieli udawać, że mają jeszcze w zgniłych sercach połączenie z natura. Ostatecznie jednak zabrał słoiczki, chleb owinięty w płócienną szmatkę, ser i pęto kiełbasy, butelkę wina i kosz owoców. Zabrał ze sobą koc oferowany przez panią Wesley i zabrał drewniany amulet wciśnięty w dłoń. <br />
<br />
Zabrał wszystko. Swój strach i przemęczenie. Zabrał drżenie człowieka, który w ostatnim czasie wymagał od siebie zbyt wiele. <br />
<br />
I w końcu dotarł w to miejsce, które poznał magią uwolnionych elfów kilka tygodni wcześniej. Kwiaty zakwitłe wkoło już obumarły, a słońce dopiero zaczęło snuć się ku zachodowi. Zdawało mu się, że gdy przed momentem opowiadał o tym miejscu komuś w Little Hangleton, o jeziorze Windermere, to oddawał piękno tego miejsca. Teraz jednak zdał sobie sprawę z tego, że słowa pozostawały bezbronne wobec uroku. Wobec piękna. Wobec prawdy. <br />
<br />
Rzeczy opadł na miękką trawę, podobnie jak zrzucił z siebie ubrania i nie bacząc na chłód zanurzył się w jeziornej wodzie, póki słońce nie opadło zupełnie, tak aby spłukać z siebie trud, otrzeźwić umysł przed nadchodzącą nocą zjednoczenia dusz, żywych i umarłych. W torbie miał też świece, miał zmniejszone gałęzie gotowe do ułożenia ogniska. Będzie to małe ognisko, ofiarowane szczerą intencją bardziej niż dłońmi kapłanów, ale na razie… na razie oddał się zimnej wodzie i mgle niespiesznie zasnuwającej milczącą taflę.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">31.10</div>
<br />
Myślał o tym bardzo dużo.<br />
<br />
Myślał o tym podczas pracy.<br />
<br />
Myślał o tym podczas odpoczynku.<br />
<br />
Myślał o tym rozmawiając z tymi z którymi pracował, myślał o tym kiedy milczał.<br />
<br />
Panna Avery rozbudziła w nim potrzebę, która zgasła równie szybko jak ociosana drzazga wyłuszczona z łuczywa. Własne stoisko, chwalenie się rzeźbami, które ponoć był bruistyczne przez to piękne, prymitywne, przez co intrygujące. Był umęczony, jego ciało krzyczało o odpoczynek, ale zapalił się do tego pomysłu. Amulety, zwierzęce totemy, wisiorki i duperelki, które pełniły funkcje ochronne i estetyczne. Które niosły ze sobą odrobinę ciepła. <br />
<br />
Nie były przydatne, większość nie. Dłonie miał naznaczone odciskami a jego umysł niebezpiecznie zbliżał się do granicy, w którym klątwa żywiołów nie byłaby niespodzianką, a wręcz oczekiwanym gościem. Kumulacja stresu, niedospania i poczucia obowiązku wobec wszystkich którym obiecał pomóc… Nie chodziło o to, że żałował. Chodziło o to, że pojawiając się na sabacie naraziłby wszystkich. <br />
<br />
Dlatego zgodnie ze swoim nowym sabatowym zwyczajem, odwiedził przedpołudniem Mabel by zjeść z nią ciasto. Nie dał się sprowokować Karlowi, pojawił się w Little Hangleton, by dopilnować straganów, a potem uciekł. Uciekł stamtąd co prędzej, zabierając kilka produktów, które przyjął od swoich zleceniodawców z niezręcznym uśmiechem. Nie był osobą nawykłą do pikników - było to w jego mniemaniu zajęcie dla mieszczuchów, którzy chcieli udawać, że mają jeszcze w zgniłych sercach połączenie z natura. Ostatecznie jednak zabrał słoiczki, chleb owinięty w płócienną szmatkę, ser i pęto kiełbasy, butelkę wina i kosz owoców. Zabrał ze sobą koc oferowany przez panią Wesley i zabrał drewniany amulet wciśnięty w dłoń. <br />
<br />
Zabrał wszystko. Swój strach i przemęczenie. Zabrał drżenie człowieka, który w ostatnim czasie wymagał od siebie zbyt wiele. <br />
<br />
I w końcu dotarł w to miejsce, które poznał magią uwolnionych elfów kilka tygodni wcześniej. Kwiaty zakwitłe wkoło już obumarły, a słońce dopiero zaczęło snuć się ku zachodowi. Zdawało mu się, że gdy przed momentem opowiadał o tym miejscu komuś w Little Hangleton, o jeziorze Windermere, to oddawał piękno tego miejsca. Teraz jednak zdał sobie sprawę z tego, że słowa pozostawały bezbronne wobec uroku. Wobec piękna. Wobec prawdy. <br />
<br />
Rzeczy opadł na miękką trawę, podobnie jak zrzucił z siebie ubrania i nie bacząc na chłód zanurzył się w jeziornej wodzie, póki słońce nie opadło zupełnie, tak aby spłukać z siebie trud, otrzeźwić umysł przed nadchodzącą nocą zjednoczenia dusz, żywych i umarłych. W torbie miał też świece, miał zmniejszone gałęzie gotowe do ułożenia ogniska. Będzie to małe ognisko, ofiarowane szczerą intencją bardziej niż dłońmi kapłanów, ale na razie… na razie oddał się zimnej wodzie i mgle niespiesznie zasnuwającej milczącą taflę.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[31.10.1972, Grasmere] Dobranoc słodki książę, od jutra zacznie się ciężka praca]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6483</link>
			<pubDate>Sun, 27 Sep 2026 21:45:12 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=177">Victoria Lestrange</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6483</guid>
			<description><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">31 X 1972<br />
<span style="font-size: small;" class="mycode_size">świt – popołudnie</span></div>
<br />
<p>Kiedy kładła się spać dość późno (a raczej wcześnie, bo już zaczynało świtać…), po tym, jak przez ostatnie kilka godzin trochę nerwowo przeglądała książki traktujące o Limbo, wiedząc doskonale, że i tak nic tam nie znajdzie, ale robiła to trochę kompulsywnie, ze względu na nerwy, wiedziała, że to nie jest moment na marnotrawienie czasu, i w normalnych warunkach pewnie przewracałaby się jeszcze długo z boku na bok. Bała się, ale nie tym paraliżującym strachem, a tą niepewnością, co przyniesie jutro – albo raczej dzisiaj. Myślała o Samhain przez kilka ostatnich miesięcy, to w końcu to bliźniacze, nierozłączne z Beltane święto: krąg roku, życie i śmierć, przenikające się granice światów… I w tym wszystkim ona, z energią wyrwaną samemu Limbo. </p>
<p>Wiedziała, że musi być tego dnia wyspana. Że nie ma miejsca na przecieranie oczu, na zwolnione reakcje ciała czy umysłu. W lesie czaiło się śmiertelne niebezpieczeństwo, a jeśli ci idioci naprawdę chcieli tam wejść, to jeszcze trzeba było być gotowym na to, że i oni mogą rzucić jakieś paskudne zaklęcia. Zawczasu przygotowała więc sobie wszystko, czego potrzebowała na wieczorny sabat: podstawowe eliksiry (wiggenowe, uzupełniające krew i jedno antidotum), gwoździe, lampion, pudełko na proch, szatę uszytą przez Christophera, runę ochronną, którą dostała od Brenny i inne potrzebne rzeczy…</p>
<p>Postanowiła sięgnąć po ususzone owoce, które zakupiła podczas tego smętnego kiermaszu na Mabon. Miały ułatwiać zaśnięcie i Victoria pomyślała sobie, że to całkiem niezły symbol i klamra – dar Matki zakupiony podczas święta, który miał się przysłużyć, by w trakcie kolejnego sabatu była sprawna psychicznie i fizycznie. Miała ich dwa koszyczki i do tej pory, w całej tej zawierusze domowo-przeprowadzkowo-pracowo-sercowej, zwyczajnie czekały na swoją kolej. </p>
<p>Zjadła kilka kęsów tuż przed ostatnimi przygotowaniami do spania (choć na wszelki wypadek miała też przygotowany eliksir nasenny, gdyby jednak sen wcale jej po tym nie zmorzył), ale już, gdy wykonywała ostatnie kroki przedsennej toalety, poczuła, jak powieki robią jej się ciężkie. </p>
<p>Chwilę później była już w łóżku i smacznie spała. Zaś gdy już się wyspała, zadbała też o zjedzenie porządnego posiłku, który przygotowała dla niej skrzatka, wiedząc, że nie wiadomo kiedy następnym razem Victoria będzie miała okazję coś zjeść, więc była to pożywna potrawka z elfa.</p>
<br />
<span style="font-size: x-small;" class="mycode_size"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">//</span> <span style="color: #6d6d6d;" class="mycode_color">Zawada: bezsenność; Zużywam 1 porcję owoców ususzonych w popiele oraz 1 porcję potrawki z elfa</span></span><br />
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">Koniec sesji</div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div id="dataa" class="mycode_b">31 X 1972<br />
<span style="font-size: small;" class="mycode_size">świt – popołudnie</span></div>
<br />
<p>Kiedy kładła się spać dość późno (a raczej wcześnie, bo już zaczynało świtać…), po tym, jak przez ostatnie kilka godzin trochę nerwowo przeglądała książki traktujące o Limbo, wiedząc doskonale, że i tak nic tam nie znajdzie, ale robiła to trochę kompulsywnie, ze względu na nerwy, wiedziała, że to nie jest moment na marnotrawienie czasu, i w normalnych warunkach pewnie przewracałaby się jeszcze długo z boku na bok. Bała się, ale nie tym paraliżującym strachem, a tą niepewnością, co przyniesie jutro – albo raczej dzisiaj. Myślała o Samhain przez kilka ostatnich miesięcy, to w końcu to bliźniacze, nierozłączne z Beltane święto: krąg roku, życie i śmierć, przenikające się granice światów… I w tym wszystkim ona, z energią wyrwaną samemu Limbo. </p>
<p>Wiedziała, że musi być tego dnia wyspana. Że nie ma miejsca na przecieranie oczu, na zwolnione reakcje ciała czy umysłu. W lesie czaiło się śmiertelne niebezpieczeństwo, a jeśli ci idioci naprawdę chcieli tam wejść, to jeszcze trzeba było być gotowym na to, że i oni mogą rzucić jakieś paskudne zaklęcia. Zawczasu przygotowała więc sobie wszystko, czego potrzebowała na wieczorny sabat: podstawowe eliksiry (wiggenowe, uzupełniające krew i jedno antidotum), gwoździe, lampion, pudełko na proch, szatę uszytą przez Christophera, runę ochronną, którą dostała od Brenny i inne potrzebne rzeczy…</p>
<p>Postanowiła sięgnąć po ususzone owoce, które zakupiła podczas tego smętnego kiermaszu na Mabon. Miały ułatwiać zaśnięcie i Victoria pomyślała sobie, że to całkiem niezły symbol i klamra – dar Matki zakupiony podczas święta, który miał się przysłużyć, by w trakcie kolejnego sabatu była sprawna psychicznie i fizycznie. Miała ich dwa koszyczki i do tej pory, w całej tej zawierusze domowo-przeprowadzkowo-pracowo-sercowej, zwyczajnie czekały na swoją kolej. </p>
<p>Zjadła kilka kęsów tuż przed ostatnimi przygotowaniami do spania (choć na wszelki wypadek miała też przygotowany eliksir nasenny, gdyby jednak sen wcale jej po tym nie zmorzył), ale już, gdy wykonywała ostatnie kroki przedsennej toalety, poczuła, jak powieki robią jej się ciężkie. </p>
<p>Chwilę później była już w łóżku i smacznie spała. Zaś gdy już się wyspała, zadbała też o zjedzenie porządnego posiłku, który przygotowała dla niej skrzatka, wiedząc, że nie wiadomo kiedy następnym razem Victoria będzie miała okazję coś zjeść, więc była to pożywna potrawka z elfa.</p>
<br />
<span style="font-size: x-small;" class="mycode_size"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">//</span> <span style="color: #6d6d6d;" class="mycode_color">Zawada: bezsenność; Zużywam 1 porcję owoców ususzonych w popiele oraz 1 porcję potrawki z elfa</span></span><br />
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">Koniec sesji</div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[25.10.1972, Grasmere] Zmieniam twarz i nagle jest zimno]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6392</link>
			<pubDate>Fri, 11 Sep 2026 15:11:54 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=177">Victoria Lestrange</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6392</guid>
			<description><![CDATA[[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=Av03fUS.png[/inny avek]<br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><img src="https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=ZjBCoPs.png" loading="lazy"  alt="[Obrazek: imgproxy.php?id=ZjBCoPs.png]" class="mycode_img" /></div>
<br />
<p>Teraz, gdy Victoria na powrót była w swoim domu, zastanawiała się, czy coś zrobiła nie tak i to Bogini karze ją w taki sposób, czy może zwyczajnie wlazła ostatnio w jakieś gówno, które się do niej przykleiło i nie chciało przestać śmierdzieć (metaforycznie).</p>
<p>Była dzisiaj w pracy, a jakże. Wykonywała jakieś czynności w Londynie, kiedy ni z tego, ni z owego, zjawił się <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">on</span>. Najpierw nastąpił głuchy, niemalże rozchodzący się echem rechot, potem pojawił się śmieszny, lewitujący człowieczek w czapeczce i paskudnym uśmiechu. A chwilę później oglądała świat z nieco niższej perspektywy, w za dużym mundurze, a zdecydowanie bardziej dziecięcy głos rzucał (kontr)przekleństwa pod adresem poltergeista.</p>
<p>Musiała pilnie prosić o zwolnienie z tego dnia w pracy. Zła jak osa wpadła do biura aurorów, gdzie spotkała się najpierw ze zdziwieniem, co nastolatka tu w ogóle robi i kto ją wpuścił, potem czemu nosi mundur aurora, a potem ze śmiechem, gdy koledzy zorientowali się, że to Victoria Lestrange we własnej osobie. Nie nadawała się do pracy w takich warunkach: nikt nie wziąłby jej na poważnie (co już zresztą było widać w biurze i choć się zamknęli kiedy napyskowała jednemu czy drugiemu, to pod nosem nadal słyszała chichoty), poza tym warunki fizyczne były gorsze, jakby musiała dać komuś w nos, to wiedziała, że źle to sobie wszystko wyliczy i tragedia gotowa. Ktoś jej poradził, żeby poszła do Munga, ale Victoria warknęła na to tylko, że sama sobie lepiej poradzi.</p>
<p>I dlatego wróciła do domu. I nie zamierzała nigdzie wychodzić przez całą dobę: bo dość szybko połapała się z tym, co się dzieje. I co prawda jej przydarzyło się to po raz pierwszy, ale już to przecież widziała, w nieco innym wydaniu. I na ile rozumiała już działanie klątw, to chyba faktycznie ściąganie tego było zbyt niebezpieczne i kontrproduktywne, skoro mijało samoistnie po czasie…</p>
<p>Ale w domu też spotkała się ze zdziwieniem, tym razem skrzatki, która nie powstrzymała zrobienia oczu wielkich jak spodki od filiżanek herbaty (jakby już nie miała dużych oczu), kiedy zobaczyła Victorię jako żywo cofnięta w czasie o kilkanaście lat. Dopiero tutaj miała okazję uważnie spojrzeć w lustro, zastanawiając się, czy tak właśnie wyglądała gdy miała jakieś… trzynaście? Może czternaście lat? Albo piętnaście? Nie umiała ocenić. Rysy twarzy, owszem, jej, ale łagodniejsze, jeszcze trochę dziecięce, głos trochę inny… i tylko spojrzenie to samo. I ciało nadal lodowate.</p>
<p>I ubrania jakoś za luźne w biodrach i klatce piersiowej. Niełatwo było wygrzebać z szafy coś, co nie wyglądałoby teraz komicznie. A choć nie zamierzała się już nigdzie dzisiaj pokazywać, to chciała się przynajmniej dobrze czuć we własnym domu. Przynajmniej koty po pierwszym zdziwieniu, dokładnie wiedziały, kim jest, cokolwiek od niej wyczuwały, zapach czy cokolwiek innego – wystarczyło, by ją teraz obległy, jakby wyczuwając, że ich właścicielka właśnie tego potrzebuje.</p>
<p>A potem przyleciała sowa. Od Chrisa. Że wpadnie.</p>
<p>I zaczęła panikować.</p>
<p>Była rozdarta, bo z jednej strony chciała się z nim zobaczyć, z drugiej nie chciała żeby oglądał ją <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">taką</span>. Krążyła po swojej sypialni, nie wiedząc co zrobić, aż w końcu dotarło do niej, że nie zdąży mu nawet wysłać informacji, że dzisiaj jednak nie może, nawet gdyby chciała.</p>
<p>A potem uznała, że w takim razie przyjmie taktykę pod tytułem, że… nic się nie stało. Że wszystko jest tak jak miało być (na Matkę, umysł też jej cofnęło do czasów nastoletnich?). </p>
<p>Więc teraz czekała w salonie, trochę jak na szpilkach, trochę przekonując samą siebie, że zupełnie nic się nie stało, wszystko jest w jak najlepszym porządku. Tak, miała przed sobą książkę o klątwołamaniu. Mimo wszystko, nawet znając dziedzinę rozpraszania magii tak dobrze, szukała informacji o tym, czy nie ma jakiegoś kruczka, czy nie można tego ściągnąć wcześniej…</p>
<p>Nie, nie można było.</p>
<p>A potem usłyszała pukanie do drzwi. </p>
<p>Wzięła głęboki oddech i poszła otworzyć.</p>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=Av03fUS.png[/inny avek]<br />
<div style="text-align: center;" class="mycode_align"><img src="https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=ZjBCoPs.png" loading="lazy"  alt="[Obrazek: imgproxy.php?id=ZjBCoPs.png]" class="mycode_img" /></div>
<br />
<p>Teraz, gdy Victoria na powrót była w swoim domu, zastanawiała się, czy coś zrobiła nie tak i to Bogini karze ją w taki sposób, czy może zwyczajnie wlazła ostatnio w jakieś gówno, które się do niej przykleiło i nie chciało przestać śmierdzieć (metaforycznie).</p>
<p>Była dzisiaj w pracy, a jakże. Wykonywała jakieś czynności w Londynie, kiedy ni z tego, ni z owego, zjawił się <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">on</span>. Najpierw nastąpił głuchy, niemalże rozchodzący się echem rechot, potem pojawił się śmieszny, lewitujący człowieczek w czapeczce i paskudnym uśmiechu. A chwilę później oglądała świat z nieco niższej perspektywy, w za dużym mundurze, a zdecydowanie bardziej dziecięcy głos rzucał (kontr)przekleństwa pod adresem poltergeista.</p>
<p>Musiała pilnie prosić o zwolnienie z tego dnia w pracy. Zła jak osa wpadła do biura aurorów, gdzie spotkała się najpierw ze zdziwieniem, co nastolatka tu w ogóle robi i kto ją wpuścił, potem czemu nosi mundur aurora, a potem ze śmiechem, gdy koledzy zorientowali się, że to Victoria Lestrange we własnej osobie. Nie nadawała się do pracy w takich warunkach: nikt nie wziąłby jej na poważnie (co już zresztą było widać w biurze i choć się zamknęli kiedy napyskowała jednemu czy drugiemu, to pod nosem nadal słyszała chichoty), poza tym warunki fizyczne były gorsze, jakby musiała dać komuś w nos, to wiedziała, że źle to sobie wszystko wyliczy i tragedia gotowa. Ktoś jej poradził, żeby poszła do Munga, ale Victoria warknęła na to tylko, że sama sobie lepiej poradzi.</p>
<p>I dlatego wróciła do domu. I nie zamierzała nigdzie wychodzić przez całą dobę: bo dość szybko połapała się z tym, co się dzieje. I co prawda jej przydarzyło się to po raz pierwszy, ale już to przecież widziała, w nieco innym wydaniu. I na ile rozumiała już działanie klątw, to chyba faktycznie ściąganie tego było zbyt niebezpieczne i kontrproduktywne, skoro mijało samoistnie po czasie…</p>
<p>Ale w domu też spotkała się ze zdziwieniem, tym razem skrzatki, która nie powstrzymała zrobienia oczu wielkich jak spodki od filiżanek herbaty (jakby już nie miała dużych oczu), kiedy zobaczyła Victorię jako żywo cofnięta w czasie o kilkanaście lat. Dopiero tutaj miała okazję uważnie spojrzeć w lustro, zastanawiając się, czy tak właśnie wyglądała gdy miała jakieś… trzynaście? Może czternaście lat? Albo piętnaście? Nie umiała ocenić. Rysy twarzy, owszem, jej, ale łagodniejsze, jeszcze trochę dziecięce, głos trochę inny… i tylko spojrzenie to samo. I ciało nadal lodowate.</p>
<p>I ubrania jakoś za luźne w biodrach i klatce piersiowej. Niełatwo było wygrzebać z szafy coś, co nie wyglądałoby teraz komicznie. A choć nie zamierzała się już nigdzie dzisiaj pokazywać, to chciała się przynajmniej dobrze czuć we własnym domu. Przynajmniej koty po pierwszym zdziwieniu, dokładnie wiedziały, kim jest, cokolwiek od niej wyczuwały, zapach czy cokolwiek innego – wystarczyło, by ją teraz obległy, jakby wyczuwając, że ich właścicielka właśnie tego potrzebuje.</p>
<p>A potem przyleciała sowa. Od Chrisa. Że wpadnie.</p>
<p>I zaczęła panikować.</p>
<p>Była rozdarta, bo z jednej strony chciała się z nim zobaczyć, z drugiej nie chciała żeby oglądał ją <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">taką</span>. Krążyła po swojej sypialni, nie wiedząc co zrobić, aż w końcu dotarło do niej, że nie zdąży mu nawet wysłać informacji, że dzisiaj jednak nie może, nawet gdyby chciała.</p>
<p>A potem uznała, że w takim razie przyjmie taktykę pod tytułem, że… nic się nie stało. Że wszystko jest tak jak miało być (na Matkę, umysł też jej cofnęło do czasów nastoletnich?). </p>
<p>Więc teraz czekała w salonie, trochę jak na szpilkach, trochę przekonując samą siebie, że zupełnie nic się nie stało, wszystko jest w jak najlepszym porządku. Tak, miała przed sobą książkę o klątwołamaniu. Mimo wszystko, nawet znając dziedzinę rozpraszania magii tak dobrze, szukała informacji o tym, czy nie ma jakiegoś kruczka, czy nie można tego ściągnąć wcześniej…</p>
<p>Nie, nie można było.</p>
<p>A potem usłyszała pukanie do drzwi. </p>
<p>Wzięła głęboki oddech i poszła otworzyć.</p>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[23.10.1972, Grasmere] Imbryk i filiżanka]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6296</link>
			<pubDate>Fri, 21 Aug 2026 19:16:56 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=177">Victoria Lestrange</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6296</guid>
			<description><![CDATA[<p><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Nie, inaczej –</span> mruknęła, podpierając się pod boki. </p>
<p>Stała właśnie w salonie i zamieniała miejscem donice z kolorowymi kalateami, mrużąc przy tym oczy. Wczorajszego dnia robiła tutaj małe przemeblowanie, żeby jakoś wpasować we wnęki te nieszczęsne akwaria – jedno całkiem spore krewetkarium, teraz prezentujące się już naprawdę dobrze, bo wypełnione w środku  formacją skalną i wodnymi roślinami. Kolorowe krewetki najwyraźniej były zadowolone, bo pływały wesoło, zamiast się chować. Musiała jeszcze wkomponować w to całkiem spore pomieszczenie dwa trochę mniejsze akwaria (a w każdym był piękny, kolorowy bojownik; jeden kobaltowo-karmazynowy, a drugi krwistoczerwono-biały) oraz te rośliny, które chciała trzymać właśnie tutaj – wymyśliła sobie, że najlepiej sprawdzą się w salonie razem z akwariami te, które lubią wyższą wilgotność. I teraz ciągle coś przestawiała, bo najwyraźniej któryś element nadal zaburzał jej salonowe feng-shui. A jak ruszysz jedną część układanki, to zwykle było tak, że trzeba przy okazji ruszać też kolejne. </p>
<p>Siadała na minutę, maksymalnie dwie i znowu wstawała, nie przejmując się wcale tym, że ma tu teraz gościa, który zajął jeden z foteli. </p>
<p>Ani, że Luna zajęła jego kolana. Mała zdrajczyni mruczała w najlepsze, zupełnie nie przejmując się poruszeniem w pomieszczeniu, jakimś niespokojnym zachowaniem Victorii, która musiała mieć absolutnie wszystko poukładane tak, żeby pasowało i miało swoje miejsce w kompozycji, bo inaczej dostawała szału. Szał objawiał się jak wyżej. Przestawiała rzeczy. Kwiatki, jakieś książki czy inne drobiazgi. Aż w końcu założyła dłonie na piersi i nieco niecierpliwie zastukała trzy razy stopą. Jeśli Christopher chciał mieć potwierdzenie, że Victoria nie jest wcale niewzruszoną królową lodu, to miał to właśnie jak na dłoni przed swoimi oczyma. </p>
<p> <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Wybacz, ciągle nie umiem tego ułożyć tak, żeby coś mnie nie denerwowało –</span> powiedziała po chwili i usiadła, sięgając po swoją filiżankę z herbatą. Druga rzecz jasna stała przed Chrisem, tuż obok rysunków, które obiecała mu przynieść z biura: jeden portret pamięciowy przedstawiał starszego mugola w charakterystycznym ubraniu, ze strzelbą w ręce, a drugi faceta niepodobnego do nikogo innego, paskudnego jak najpaskudniejszy pająk (i który poruszał się jak on w ostatnim koszmarze, który o nim śniła). Błękitny kwiatuszek znalazł sobie miejsce na parapecie, obok tych roślinek, których Victoria nie ruszała co chwilę i wydawałoby się, że leżał całkiem spokojnie, gdyby nie to, że jego ogon chyba żył własnym życiem. </p>
<p>Za oknem było już całkiem ciemno. Ale o tej porze roku następowało to już szybciej niż później.</p>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Nie, inaczej –</span> mruknęła, podpierając się pod boki. </p>
<p>Stała właśnie w salonie i zamieniała miejscem donice z kolorowymi kalateami, mrużąc przy tym oczy. Wczorajszego dnia robiła tutaj małe przemeblowanie, żeby jakoś wpasować we wnęki te nieszczęsne akwaria – jedno całkiem spore krewetkarium, teraz prezentujące się już naprawdę dobrze, bo wypełnione w środku  formacją skalną i wodnymi roślinami. Kolorowe krewetki najwyraźniej były zadowolone, bo pływały wesoło, zamiast się chować. Musiała jeszcze wkomponować w to całkiem spore pomieszczenie dwa trochę mniejsze akwaria (a w każdym był piękny, kolorowy bojownik; jeden kobaltowo-karmazynowy, a drugi krwistoczerwono-biały) oraz te rośliny, które chciała trzymać właśnie tutaj – wymyśliła sobie, że najlepiej sprawdzą się w salonie razem z akwariami te, które lubią wyższą wilgotność. I teraz ciągle coś przestawiała, bo najwyraźniej któryś element nadal zaburzał jej salonowe feng-shui. A jak ruszysz jedną część układanki, to zwykle było tak, że trzeba przy okazji ruszać też kolejne. </p>
<p>Siadała na minutę, maksymalnie dwie i znowu wstawała, nie przejmując się wcale tym, że ma tu teraz gościa, który zajął jeden z foteli. </p>
<p>Ani, że Luna zajęła jego kolana. Mała zdrajczyni mruczała w najlepsze, zupełnie nie przejmując się poruszeniem w pomieszczeniu, jakimś niespokojnym zachowaniem Victorii, która musiała mieć absolutnie wszystko poukładane tak, żeby pasowało i miało swoje miejsce w kompozycji, bo inaczej dostawała szału. Szał objawiał się jak wyżej. Przestawiała rzeczy. Kwiatki, jakieś książki czy inne drobiazgi. Aż w końcu założyła dłonie na piersi i nieco niecierpliwie zastukała trzy razy stopą. Jeśli Christopher chciał mieć potwierdzenie, że Victoria nie jest wcale niewzruszoną królową lodu, to miał to właśnie jak na dłoni przed swoimi oczyma. </p>
<p> <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">– Wybacz, ciągle nie umiem tego ułożyć tak, żeby coś mnie nie denerwowało –</span> powiedziała po chwili i usiadła, sięgając po swoją filiżankę z herbatą. Druga rzecz jasna stała przed Chrisem, tuż obok rysunków, które obiecała mu przynieść z biura: jeden portret pamięciowy przedstawiał starszego mugola w charakterystycznym ubraniu, ze strzelbą w ręce, a drugi faceta niepodobnego do nikogo innego, paskudnego jak najpaskudniejszy pająk (i który poruszał się jak on w ostatnim koszmarze, który o nim śniła). Błękitny kwiatuszek znalazł sobie miejsce na parapecie, obok tych roślinek, których Victoria nie ruszała co chwilę i wydawałoby się, że leżał całkiem spokojnie, gdyby nie to, że jego ogon chyba żył własnym życiem. </p>
<p>Za oknem było już całkiem ciemno. Ale o tej porze roku następowało to już szybciej niż później.</p>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Lost in the lore of trees our souls are singing earthen melodies]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5960</link>
			<pubDate>Sat, 09 May 2026 08:39:22 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=1">Eutierria</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5960</guid>
			<description><![CDATA[[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4G7N9UL.png[/inny avek]<div style="display:flex;width:80%;justify-content: flex-start;align-items: center;margin:auto;"><div class="h5rameczka" style="padding: 5px;width:100px;height:100px;flex-shrink:0;"><div style="width:100%;height:100%;background-image: url('https://i.pinimg.com/1200x/42/e9/a3/42e9a3ca01ca529aa95f2152696b5736.jpg');background-size: cover;background-position:center;border-radius:2px;"></div></div><div style="margin-left:10px;"><span style="font-family: Parisienne;font-size: 250%;color: var(--kolorek, var(--akcent));"><span style="color: #623537;" class="mycode_color">Czekoladowe spotkanie</span></span><hr />
<span style="color: #7f7f7f;font-size: 85%;line-height: 100%;font-family: serif;">Lost in the lore of trees<br />
our souls are singing earthen melodies</span></div></div>
<br />
<br />
<span style="font-family: Parisienne;" class="mycode_font"><span style="font-size: x-large;" class="mycode_size"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #623537;" class="mycode_color">Z</span></span></span></span>lecenie za zleceniem – oto wasze życie po Spalonej Nocy – nic jednak nie mogło równać się z uczuciem po dobrze wykonanej pracy. Mogło was więc odrobinę poruszyć to, iż zarówno pan Ollivander, jak i Gerard Yaxley poprosili was o pomoc w sprawie mniej typowej dla tegorocznej jesieni. Zamiast pomagać w Dolinie lub Magicznych Dzielnicach, mieliście udać się dalej na północ, aż do Lake District, zmagającego się ze sprawą niepowiązaną z działalnością Śmierciożerców (ale czy przez to mniej ważną?). Przyjmując kolejną robotę nie wiedzieliście jeszcze, że to praca dla dwójki snycerzy – oświeciło was dopiero wspólne spotkanie w leśniczówce Dippeta.<br />
<br />
<span style="font-family: Parisienne;" class="mycode_font"><span style="font-size: x-large;" class="mycode_size"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #623537;" class="mycode_color">O</span></span></span></span>d pewnego czasu mugole nazywali niewielki odcinek lasu w Lake District <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Lasem Szeptów</span>. Te szepty, zdiagnozowane przez Dippeta właśnie, czyli jednego z lokalnych badaczy, okazały się łkaniami wróżek jeziornych uwięzionych w jałowej ziemi za sprawą skomplikowanego zaklęcia.<br />
<br />
<span style="font-family: Parisienne;" class="mycode_font"><span style="font-size: x-large;" class="mycode_size"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #623537;" class="mycode_color">A</span></span></span></span>rthur Dippet, który posłał listy zarówno do Gerarda, jak i do Garricka, nie miał do zaoferowania zbyt wielu pieniędzy, ale kiedy spotkaliście się z nim w jego miejscu pracy, zrozumieliście dlaczego tak łatwo przekonał waszych przełożonych do odłożenia na bok spraw palących. Głębokie oczy i przeszywające na wskroś spojrzenie wywoływały w was niesamowicie dziwne uczucie znajdujące się na granicy dyskomfortu i jednocześnie motywujące was do walki. Gwargedd Annwn, niezależnie od tego, jakim cudem znalazły się tak daleko od walijskich jezior, mogły liczyć na waszą pomoc.<br />
<br />
<span style="font-family: Parisienne;" class="mycode_font"><span style="font-size: x-large;" class="mycode_size"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #623537;" class="mycode_color">N</span></span></span></span>ie była to jednak pomoc łatwa.<br />
<br />
<span style="font-family: Parisienne;" class="mycode_font"><span style="font-size: x-large;" class="mycode_size"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #623537;" class="mycode_color">Ż</span></span></span></span>eby uwolnić te istoty, musieliście współpracować. Jedynym sposobem na złamanie okrutnej magii więżącej je w tym więzieniu, był stworzenie artefaktu na tyle silnego, aby na moment pozwolił im się zdematerializować. Inaczej nie były w stanie wydostać się z gruntu. Dippet dostarczył wam na miejsce sporych rozmiarów, powalone przez piorun drzewo, z którego mieliście stworzyć prawdopodobnie jedno z najważniejszych dzieł waszego życia. Jedno z was skupić się miało na doskonałości formy, podczas gdy drugie miało tchnąć w drewno natchnienie, recytując poezję na wzór dawnych filidów. Tylko idealne połączenie aspektu rzemieślniczego i imbasu mogło pozwolić na wyrwanie się wróżek z kajdan.<br />
<br />
<span style="font-family: Parisienne;" class="mycode_font"><span style="font-size: x-large;" class="mycode_size"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #623537;" class="mycode_color">S</span></span></span></span>zkoda tylko, że nikt was nie uprzedził, co? Przekazany przez Dippeta tomik miłosnej poezji co prawda działał, a znaki wyryte na drewnie rozbłyskały jasnym światłem po każdym wierszu, ale niezręczność mogła być silna. Uwolnione wróżki nie bez powodu wzięły was za parę kochanków. Wydostawszy się na powierzchnię, uradowane i natchnione zasypały was pyłem i otoczyły kręgiem kamieni, przenosząc na brzeg jeziora Windermere.<br />
<br />
<span style="font-family: Parisienne;" class="mycode_font"><span style="font-size: x-large;" class="mycode_size"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #623537;" class="mycode_color">J</span></span></span></span>eśli wam się udało, oprócz drobnej zapłaty otrzymaliście dar ujrzenia najpiękniejszego zachodu słońca, jaki widzieliście w swoim życiu. Jeśli nie – cóż, te biedne istoty będą musiały poczekać na innych bohaterów.<br />
<br />
<br />
<div class="mg">Dla <a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=412" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Samuel McGonagall</a>  i <a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=625" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Kate Barclay</a> – rozpoczyna się wasza Randka w ciemno. Wybierzcie fabularną datę tego spotkania i zgłoście ją w moim <a href="https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=1376" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">temacie konsultacji</a>. Uprzejmie informuję, że ponieważ pisanie postów wstępnych zajęło mi sporo czasu, wszyscy uczestnicy otrzymują dodatkowe dwa miesiące na rozliczenie tych sesji. Mistrz gry nie kontynuuje rozgrywki. Życzę <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #623537;" class="mycode_color">słodkiej</span></span> zabawy.</div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4G7N9UL.png[/inny avek]<div style="display:flex;width:80%;justify-content: flex-start;align-items: center;margin:auto;"><div class="h5rameczka" style="padding: 5px;width:100px;height:100px;flex-shrink:0;"><div style="width:100%;height:100%;background-image: url('https://i.pinimg.com/1200x/42/e9/a3/42e9a3ca01ca529aa95f2152696b5736.jpg');background-size: cover;background-position:center;border-radius:2px;"></div></div><div style="margin-left:10px;"><span style="font-family: Parisienne;font-size: 250%;color: var(--kolorek, var(--akcent));"><span style="color: #623537;" class="mycode_color">Czekoladowe spotkanie</span></span><hr />
<span style="color: #7f7f7f;font-size: 85%;line-height: 100%;font-family: serif;">Lost in the lore of trees<br />
our souls are singing earthen melodies</span></div></div>
<br />
<br />
<span style="font-family: Parisienne;" class="mycode_font"><span style="font-size: x-large;" class="mycode_size"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #623537;" class="mycode_color">Z</span></span></span></span>lecenie za zleceniem – oto wasze życie po Spalonej Nocy – nic jednak nie mogło równać się z uczuciem po dobrze wykonanej pracy. Mogło was więc odrobinę poruszyć to, iż zarówno pan Ollivander, jak i Gerard Yaxley poprosili was o pomoc w sprawie mniej typowej dla tegorocznej jesieni. Zamiast pomagać w Dolinie lub Magicznych Dzielnicach, mieliście udać się dalej na północ, aż do Lake District, zmagającego się ze sprawą niepowiązaną z działalnością Śmierciożerców (ale czy przez to mniej ważną?). Przyjmując kolejną robotę nie wiedzieliście jeszcze, że to praca dla dwójki snycerzy – oświeciło was dopiero wspólne spotkanie w leśniczówce Dippeta.<br />
<br />
<span style="font-family: Parisienne;" class="mycode_font"><span style="font-size: x-large;" class="mycode_size"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #623537;" class="mycode_color">O</span></span></span></span>d pewnego czasu mugole nazywali niewielki odcinek lasu w Lake District <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Lasem Szeptów</span>. Te szepty, zdiagnozowane przez Dippeta właśnie, czyli jednego z lokalnych badaczy, okazały się łkaniami wróżek jeziornych uwięzionych w jałowej ziemi za sprawą skomplikowanego zaklęcia.<br />
<br />
<span style="font-family: Parisienne;" class="mycode_font"><span style="font-size: x-large;" class="mycode_size"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #623537;" class="mycode_color">A</span></span></span></span>rthur Dippet, który posłał listy zarówno do Gerarda, jak i do Garricka, nie miał do zaoferowania zbyt wielu pieniędzy, ale kiedy spotkaliście się z nim w jego miejscu pracy, zrozumieliście dlaczego tak łatwo przekonał waszych przełożonych do odłożenia na bok spraw palących. Głębokie oczy i przeszywające na wskroś spojrzenie wywoływały w was niesamowicie dziwne uczucie znajdujące się na granicy dyskomfortu i jednocześnie motywujące was do walki. Gwargedd Annwn, niezależnie od tego, jakim cudem znalazły się tak daleko od walijskich jezior, mogły liczyć na waszą pomoc.<br />
<br />
<span style="font-family: Parisienne;" class="mycode_font"><span style="font-size: x-large;" class="mycode_size"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #623537;" class="mycode_color">N</span></span></span></span>ie była to jednak pomoc łatwa.<br />
<br />
<span style="font-family: Parisienne;" class="mycode_font"><span style="font-size: x-large;" class="mycode_size"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #623537;" class="mycode_color">Ż</span></span></span></span>eby uwolnić te istoty, musieliście współpracować. Jedynym sposobem na złamanie okrutnej magii więżącej je w tym więzieniu, był stworzenie artefaktu na tyle silnego, aby na moment pozwolił im się zdematerializować. Inaczej nie były w stanie wydostać się z gruntu. Dippet dostarczył wam na miejsce sporych rozmiarów, powalone przez piorun drzewo, z którego mieliście stworzyć prawdopodobnie jedno z najważniejszych dzieł waszego życia. Jedno z was skupić się miało na doskonałości formy, podczas gdy drugie miało tchnąć w drewno natchnienie, recytując poezję na wzór dawnych filidów. Tylko idealne połączenie aspektu rzemieślniczego i imbasu mogło pozwolić na wyrwanie się wróżek z kajdan.<br />
<br />
<span style="font-family: Parisienne;" class="mycode_font"><span style="font-size: x-large;" class="mycode_size"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #623537;" class="mycode_color">S</span></span></span></span>zkoda tylko, że nikt was nie uprzedził, co? Przekazany przez Dippeta tomik miłosnej poezji co prawda działał, a znaki wyryte na drewnie rozbłyskały jasnym światłem po każdym wierszu, ale niezręczność mogła być silna. Uwolnione wróżki nie bez powodu wzięły was za parę kochanków. Wydostawszy się na powierzchnię, uradowane i natchnione zasypały was pyłem i otoczyły kręgiem kamieni, przenosząc na brzeg jeziora Windermere.<br />
<br />
<span style="font-family: Parisienne;" class="mycode_font"><span style="font-size: x-large;" class="mycode_size"><span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #623537;" class="mycode_color">J</span></span></span></span>eśli wam się udało, oprócz drobnej zapłaty otrzymaliście dar ujrzenia najpiękniejszego zachodu słońca, jaki widzieliście w swoim życiu. Jeśli nie – cóż, te biedne istoty będą musiały poczekać na innych bohaterów.<br />
<br />
<br />
<div class="mg">Dla <a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=412" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Samuel McGonagall</a>  i <a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&amp;uid=625" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">@Kate Barclay</a> – rozpoczyna się wasza Randka w ciemno. Wybierzcie fabularną datę tego spotkania i zgłoście ją w moim <a href="https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=1376" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">temacie konsultacji</a>. Uprzejmie informuję, że ponieważ pisanie postów wstępnych zajęło mi sporo czasu, wszyscy uczestnicy otrzymują dodatkowe dwa miesiące na rozliczenie tych sesji. Mistrz gry nie kontynuuje rozgrywki. Życzę <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"><span style="color: #623537;" class="mycode_color">słodkiej</span></span> zabawy.</div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[17.10.1972, Grasmere] Czarny posłaniec]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6000</link>
			<pubDate>Sat, 02 May 2026 19:23:37 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=177">Victoria Lestrange</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=6000</guid>
			<description><![CDATA[<div style="text-align: right;" class="mycode_align"><span style="font-size: x-small;" class="mycode_size"><span style="color: #6d6d6d;" class="mycode_color">17.10.1972, wczesny wieczór</span> <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">//</span> </span></div>
<br />
<p>Jajo leżało w żarze dobrą dobę. Dobę, podczas której działo się naprawdę sporo dziwnych rzeczy – zwłaszcza popołudniu po spotkaniu poltergeista i zamieszaniu w Domu Mody. Zastanawiała się <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">co teraz</span>, czy w ogóle będzie do czego wracać, co budować, czy zupełnie nie… Ale teraz musiała już odrzucić te wszystkie niepotrzebne myśli i wątpliwości na bok, bo ktoś wymagał pełni jej uwagi. </p>
<p>Podwinęła rękawy i klęcząc na podłodze swojego salonu, wsadziła obie dłonie prosto w ogień kominka, który podtrzymywany był pilnie przez nią i skrzatkę od wczoraj. Chwyciła jajo i zaraz przełożyła go do garnka, by mogło wytracić swoją temperaturę. Już teraz widziała na jego węglowej powierzchni drobne pęknięcia, z których zaczęło się sączyć światło. Zaraz uniosła garnuszek i położyła go na stole, a sama rozsiadła się na kanapie i zajęła książką, ale prawdę powiedziawszy, to nie do końca umiała się skupić. Co chwila zerkała do garnuszka, jakby to miało przyspieszyć cały proces. </p>
<p>Pęknięć przybywało, a w końcu usłyszała odgłos jakby… stukania, łamania? Coś poruszało się wewnątrz jaja i choć kusiło mu pomóc, to było dla Victorii oczywiste, że pewnych rzeczy przyspieszyć nie można… Czekała więc – teraz już nawet nie udawała, że czyta i po prostu odłożyła książkę, ramiona oparłszy na stole i patrzyła. </p>
<p>Maleńki dziobek w końcu przebił się przez skorupkę, a z ust Victorii wydobyło się ciche westchnięcie zachwytu. Jeszcze kilka ruchów i góra skorupki całkiem się obsypała i oczom kobiety ukazał się maluszek, nieopierzony, nieporadny pisklak. Uśmiechnęła się mimowolnie – bo oto na jej oczach narodziła się bardzo szczególna sowa, o którą trzeba było teraz zadbać, bo nie miała swojej sowy-matki, która go odchowa. </p>
<p>Victoria wychowywała już dwa koty (z czego jeden nadal był kociakiem), wierzyła więc, że i z sową sobie poradzi. Musiała się tylko upewnić, że koty nie zrobią pisklakowi krzywdy. </p>
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">Koniec sesji</div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div style="text-align: right;" class="mycode_align"><span style="font-size: x-small;" class="mycode_size"><span style="color: #6d6d6d;" class="mycode_color">17.10.1972, wczesny wieczór</span> <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">//</span> </span></div>
<br />
<p>Jajo leżało w żarze dobrą dobę. Dobę, podczas której działo się naprawdę sporo dziwnych rzeczy – zwłaszcza popołudniu po spotkaniu poltergeista i zamieszaniu w Domu Mody. Zastanawiała się <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">co teraz</span>, czy w ogóle będzie do czego wracać, co budować, czy zupełnie nie… Ale teraz musiała już odrzucić te wszystkie niepotrzebne myśli i wątpliwości na bok, bo ktoś wymagał pełni jej uwagi. </p>
<p>Podwinęła rękawy i klęcząc na podłodze swojego salonu, wsadziła obie dłonie prosto w ogień kominka, który podtrzymywany był pilnie przez nią i skrzatkę od wczoraj. Chwyciła jajo i zaraz przełożyła go do garnka, by mogło wytracić swoją temperaturę. Już teraz widziała na jego węglowej powierzchni drobne pęknięcia, z których zaczęło się sączyć światło. Zaraz uniosła garnuszek i położyła go na stole, a sama rozsiadła się na kanapie i zajęła książką, ale prawdę powiedziawszy, to nie do końca umiała się skupić. Co chwila zerkała do garnuszka, jakby to miało przyspieszyć cały proces. </p>
<p>Pęknięć przybywało, a w końcu usłyszała odgłos jakby… stukania, łamania? Coś poruszało się wewnątrz jaja i choć kusiło mu pomóc, to było dla Victorii oczywiste, że pewnych rzeczy przyspieszyć nie można… Czekała więc – teraz już nawet nie udawała, że czyta i po prostu odłożyła książkę, ramiona oparłszy na stole i patrzyła. </p>
<p>Maleńki dziobek w końcu przebił się przez skorupkę, a z ust Victorii wydobyło się ciche westchnięcie zachwytu. Jeszcze kilka ruchów i góra skorupki całkiem się obsypała i oczom kobiety ukazał się maluszek, nieopierzony, nieporadny pisklak. Uśmiechnęła się mimowolnie – bo oto na jej oczach narodziła się bardzo szczególna sowa, o którą trzeba było teraz zadbać, bo nie miała swojej sowy-matki, która go odchowa. </p>
<p>Victoria wychowywała już dwa koty (z czego jeden nadal był kociakiem), wierzyła więc, że i z sową sobie poradzi. Musiała się tylko upewnić, że koty nie zrobią pisklakowi krzywdy. </p>
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">Koniec sesji</div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[16.10.1972, Grasmere] I do pieca]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5999</link>
			<pubDate>Sat, 02 May 2026 19:04:05 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=177">Victoria Lestrange</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5999</guid>
			<description><![CDATA[<div style="text-align: right;" class="mycode_align"><span style="font-size: x-small;" class="mycode_size"><span style="color: #6d6d6d;" class="mycode_color">16.10.1972, wczesny wieczór</span> <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">//</span> </span></div>
<br />
<p>Dzisiejszego dnia pomagała wykluć sowę z jaja, które znalazł Chistopher i Victoria faktycznie pomyślała, że to najwyższy czas, by w końcu zająć się swoim, które znalazła na początku miesiąca, gdy robiła pierwszy obchód po świeżo zakupionej posesji domu. Domu, który nie miał być tym przejściowym, a stałym, wymarzonym. Wzgórza, las, polany i jeziora, malownicze widoki i święty spokój tak od czarodziejów, jak i mugoli – czego chcieć więcej? </p>
<p>Napaliła w kominku w salonie, dnie były już chłodne i co prawda sama nie czuła żadnej różnicy z wesoło trzaskającym ogniem czy nie, ale inni domownicy już owszem. No i… Potrzebowała dzisiaj tego ognia. Odczekała więc, aż się rozpali porządnie, upewniła się, że ma zapas drewna, by było z czego dorzucać tak przez cały wieczór, by wystarczyło przez noc i przez kolejny dzień – bo tym razem nie mogło tutaj zgasnąć. Zresztą poinstruowała o tym również swoją skrzatkę, której wytłumaczyła, co chce zrobić, a ta – skrzacim zwyczajem – przejęła się tematem. </p>
<p>Ostrożnie wyjęła czarne jajo, wyglądające jak zwęglony ziemniak i spokojnie włożyła dłoń do ognia, prosto w największe płomienie, nie przejmując się tym ani trochę (wcześniej podwinęła tylko rękawy koszuli) i upewniła się, że zrobiła tam takie gniazdko, by jajo leżało sobie bezpiecznie. Nie zapaliło się, nie zaczęło się zmniejszać, czy cokolwiek. Victoria w końcu uśmiechnęła się pod nosem, oglądała to zjawisko jeszcze przez chwilę, po czym usiadła na jednym z miękkich foteli i sięgnęła po swój notatnik, wracając do szkicu tekstu, nad którym pracowała. O wynikach swojej pracy dotyczącej eliksirów, jakie opracowała specjalnie dla wampirów. </p>
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">Koniec sesji</div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div style="text-align: right;" class="mycode_align"><span style="font-size: x-small;" class="mycode_size"><span style="color: #6d6d6d;" class="mycode_color">16.10.1972, wczesny wieczór</span> <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">//</span> </span></div>
<br />
<p>Dzisiejszego dnia pomagała wykluć sowę z jaja, które znalazł Chistopher i Victoria faktycznie pomyślała, że to najwyższy czas, by w końcu zająć się swoim, które znalazła na początku miesiąca, gdy robiła pierwszy obchód po świeżo zakupionej posesji domu. Domu, który nie miał być tym przejściowym, a stałym, wymarzonym. Wzgórza, las, polany i jeziora, malownicze widoki i święty spokój tak od czarodziejów, jak i mugoli – czego chcieć więcej? </p>
<p>Napaliła w kominku w salonie, dnie były już chłodne i co prawda sama nie czuła żadnej różnicy z wesoło trzaskającym ogniem czy nie, ale inni domownicy już owszem. No i… Potrzebowała dzisiaj tego ognia. Odczekała więc, aż się rozpali porządnie, upewniła się, że ma zapas drewna, by było z czego dorzucać tak przez cały wieczór, by wystarczyło przez noc i przez kolejny dzień – bo tym razem nie mogło tutaj zgasnąć. Zresztą poinstruowała o tym również swoją skrzatkę, której wytłumaczyła, co chce zrobić, a ta – skrzacim zwyczajem – przejęła się tematem. </p>
<p>Ostrożnie wyjęła czarne jajo, wyglądające jak zwęglony ziemniak i spokojnie włożyła dłoń do ognia, prosto w największe płomienie, nie przejmując się tym ani trochę (wcześniej podwinęła tylko rękawy koszuli) i upewniła się, że zrobiła tam takie gniazdko, by jajo leżało sobie bezpiecznie. Nie zapaliło się, nie zaczęło się zmniejszać, czy cokolwiek. Victoria w końcu uśmiechnęła się pod nosem, oglądała to zjawisko jeszcze przez chwilę, po czym usiadła na jednym z miękkich foteli i sięgnęła po swój notatnik, wracając do szkicu tekstu, nad którym pracowała. O wynikach swojej pracy dotyczącej eliksirów, jakie opracowała specjalnie dla wampirów. </p>
<br />
<div id="dataa" class="mycode_b">Koniec sesji</div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Lake District]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5823</link>
			<pubDate>Fri, 13 Mar 2026 14:46:22 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=210">Strażnik Tajemnic</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5823</guid>
			<description><![CDATA[<div class="locka"><h4>Wieża Blishwicków w Lake District</h4><br />
Pośród spowitych mgłą wzgórz Lake District, wznosi się samotna wieża – strzelista, ponura, zdająca się przeczyć upływowi czasu. Porosły mchem kamień lśni wilgocią nawet w pogodne dni, a wysokie okna ołowiowe, ozdobione szkłem w barwach krwi i bursztynu, rzucają na podłogi cienie jak witraże dawno zapomnianej kaplicy. Nad drzwiami wykuto dewizę rodu: <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Magia przemija. Słowo zostaje.</span><br />
<br />
To dom Blishwicków – poetów, egzaltowanych wizjonerów, twórców elegii i dramatów, dla których język był zawsze potężniejszy niż różdżka. Wnętrze wieży to labirynt chłodnych korytarzy i pokojów o wysokich sufitach, gdzie księgi leżą w stosach na podłodze, a świece nigdy nie wypalają się do końca. Na ścianach wiszą portrety przodków – o oczach śledzących każdy ruch, o twarzach zamyślonych i nieobecnych. Tu słychać kroki tylko własne – lub cudze, których być nie powinno.<br />
<br />
Nocą, w szczytowej komnacie wieży, poeta może stanąć przy marmurowym parapecie i patrzeć na bezgwiezdne niebo, próbując nazwać jego ciemność. Ogród wokół posiadłości przypomina bardziej starą nekropolię niż park – z krzywymi alejkami, fontanną bez wody i ławkami, na których nie wypada siadać zbyt długo. Czasem, spontanicznie wyrastają tam róże, o ciemnych płatkach. Ich obecność jest jedną z licznych tajemnic tego miejsca, których jednak nikt nie próbował rozwikłać. <br />
<br />
Wieża Blishwicków to nie tyle dom, co pomnik – miejsce utkane z wersów, wspomnień i niedopowiedzeń. Cudownie piękne i odrobinę niepokojące. Niewielu czuje się tu swobodnie. Ale kto raz się zatrzyma, ten wraca we wspomnieniach na zawsze.</div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div class="locka"><h4>Wieża Blishwicków w Lake District</h4><br />
Pośród spowitych mgłą wzgórz Lake District, wznosi się samotna wieża – strzelista, ponura, zdająca się przeczyć upływowi czasu. Porosły mchem kamień lśni wilgocią nawet w pogodne dni, a wysokie okna ołowiowe, ozdobione szkłem w barwach krwi i bursztynu, rzucają na podłogi cienie jak witraże dawno zapomnianej kaplicy. Nad drzwiami wykuto dewizę rodu: <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Magia przemija. Słowo zostaje.</span><br />
<br />
To dom Blishwicków – poetów, egzaltowanych wizjonerów, twórców elegii i dramatów, dla których język był zawsze potężniejszy niż różdżka. Wnętrze wieży to labirynt chłodnych korytarzy i pokojów o wysokich sufitach, gdzie księgi leżą w stosach na podłodze, a świece nigdy nie wypalają się do końca. Na ścianach wiszą portrety przodków – o oczach śledzących każdy ruch, o twarzach zamyślonych i nieobecnych. Tu słychać kroki tylko własne – lub cudze, których być nie powinno.<br />
<br />
Nocą, w szczytowej komnacie wieży, poeta może stanąć przy marmurowym parapecie i patrzeć na bezgwiezdne niebo, próbując nazwać jego ciemność. Ogród wokół posiadłości przypomina bardziej starą nekropolię niż park – z krzywymi alejkami, fontanną bez wody i ławkami, na których nie wypada siadać zbyt długo. Czasem, spontanicznie wyrastają tam róże, o ciemnych płatkach. Ich obecność jest jedną z licznych tajemnic tego miejsca, których jednak nikt nie próbował rozwikłać. <br />
<br />
Wieża Blishwicków to nie tyle dom, co pomnik – miejsce utkane z wersów, wspomnień i niedopowiedzeń. Cudownie piękne i odrobinę niepokojące. Niewielu czuje się tu swobodnie. Ale kto raz się zatrzyma, ten wraca we wspomnieniach na zawsze.</div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[16.10.72, Cumbria] To ja, twój kurier]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5802</link>
			<pubDate>Fri, 06 Mar 2026 13:33:04 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=313">Christopher Rosier</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5802</guid>
			<description><![CDATA[Christopher nie był pewny, co znajdowało się w paczce, mającej trafić do Victorii – może więcej ubrań dla Daphne i Primrose ze stałej kolekcji, może nowy płaszcz z kolekcji jesiennej, może coś, co zamówiła, żeby wręczyć komuś w prezencie. Zgarnął ją spośród rzeczy do rozesłania pod wpływem impulsu, który może był głupi i może nie do końca do niego pasował, ale skoro już paczkę wyniósł sprzed nosa kuriera, byłoby jeszcze głupiej się z nią wrócić. <br />
Na całe szczęście albo nieszczęście, należał do ludzi pewnych siebie, odłożył więc wszelkie wątpliwości na bok i pojawił się pod znanym już sobie adresem. <br />
I po zrobieniu paru kroków, z paczką w rękach, potknął się i omal nie wywrócił o coś, co leżało w trawie. Udało mu się jakimś cudem nie upuścić paczki i nie paść widowisko na ziemię – chyba gdyby tak się stało, ze wstydu by się stąd teleportował.<br />
Rosier zaklął pod nosem, co czynił niezwykle rzadko. Rozejrzał się najpierw, upewniając, że nikt nie był świadkiem tej scenki, bo był człowiekiem, który bardzo nie lubił, gdy ktoś widział go w okolicznościach choćby zbliżonych do upokarzających, a potem opuścił wzrok. W trawie coś leżało: coś, co mogło być dziwnym kamieniem, dziwną rzeźbą albo jajkiem. Christopher przykląkł na moment, trochę zaintrygowany, zanim podniósł to znalezisko. Nie znał się na magicznych zwierzętach, bo mogąc wybierać szkolne przedmioty, o stokroć wolał siedzieć w ławce na numerologii niż karmić jakieś gargulce na błoniach, ale był prawie pewny, że to nie jest zwykła skała. Może to coś, co zostało upuszczone, kiedy siostry Lestrange się tutaj wprowadzały?<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – Dostawa od Rosierów</span> – oświadczył chwilę później, po zapukaniu do drzwi, gdy te się otworzyły i uśmiechnął do Victorii znad trzymanego pudła. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – To pani paczka, panno Lestrange. A to… czy to pani jajko?</span> – dodał, wręczając jej paczkę, a potem demonstrując także swoją „zdobycz”, odnalezioną w ogrodzie. <br />
<br />
<br />
!Jajo z kalendarza]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Christopher nie był pewny, co znajdowało się w paczce, mającej trafić do Victorii – może więcej ubrań dla Daphne i Primrose ze stałej kolekcji, może nowy płaszcz z kolekcji jesiennej, może coś, co zamówiła, żeby wręczyć komuś w prezencie. Zgarnął ją spośród rzeczy do rozesłania pod wpływem impulsu, który może był głupi i może nie do końca do niego pasował, ale skoro już paczkę wyniósł sprzed nosa kuriera, byłoby jeszcze głupiej się z nią wrócić. <br />
Na całe szczęście albo nieszczęście, należał do ludzi pewnych siebie, odłożył więc wszelkie wątpliwości na bok i pojawił się pod znanym już sobie adresem. <br />
I po zrobieniu paru kroków, z paczką w rękach, potknął się i omal nie wywrócił o coś, co leżało w trawie. Udało mu się jakimś cudem nie upuścić paczki i nie paść widowisko na ziemię – chyba gdyby tak się stało, ze wstydu by się stąd teleportował.<br />
Rosier zaklął pod nosem, co czynił niezwykle rzadko. Rozejrzał się najpierw, upewniając, że nikt nie był świadkiem tej scenki, bo był człowiekiem, który bardzo nie lubił, gdy ktoś widział go w okolicznościach choćby zbliżonych do upokarzających, a potem opuścił wzrok. W trawie coś leżało: coś, co mogło być dziwnym kamieniem, dziwną rzeźbą albo jajkiem. Christopher przykląkł na moment, trochę zaintrygowany, zanim podniósł to znalezisko. Nie znał się na magicznych zwierzętach, bo mogąc wybierać szkolne przedmioty, o stokroć wolał siedzieć w ławce na numerologii niż karmić jakieś gargulce na błoniach, ale był prawie pewny, że to nie jest zwykła skała. Może to coś, co zostało upuszczone, kiedy siostry Lestrange się tutaj wprowadzały?<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – Dostawa od Rosierów</span> – oświadczył chwilę później, po zapukaniu do drzwi, gdy te się otworzyły i uśmiechnął do Victorii znad trzymanego pudła. <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – To pani paczka, panno Lestrange. A to… czy to pani jajko?</span> – dodał, wręczając jej paczkę, a potem demonstrując także swoją „zdobycz”, odnalezioną w ogrodzie. <br />
<br />
<br />
!Jajo z kalendarza]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[01.10.1972, Grasmere] Szyba w iskier tysiące rozbita]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5597</link>
			<pubDate>Sun, 11 Jan 2026 17:17:06 +0100</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=177">Victoria Lestrange</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=5597</guid>
			<description><![CDATA[<div class="mod"><span class="modtitle">adnotacja moderatora</span><div class="modopis">
Rozliczono - Victoria Lestrange - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz Tajemnic II</span></div></div>
<br />
<p>Grasmere. </p>
<p>Victoria była tu już wcześniej w lipcu, była też w sierpniu, gdy zastanawiała się nad kupnem domu. Owszem, miała dla siebie całą kamienicę na Pokątnej, ale prawda o niej była taka, że to nigdy nie miało być miejsce na stałe. Dobrze, że było – w dogodnej lokalizacji, w samym centrum Londynu i przydało jej się, gdy zdecydowała się wyprowadzić z rodzinnego domu, nie musząc kupować nic na szybko i bez przemyślenia. Później przydało się jeszcze bardziej, gdy po Spalonej Nocy jej siostry miały do wyboru albo zamieszkać z rodzicami i innymi członkami rodziny w Maida Vale lub z siostrą na Pokątnej… Wybór wydawał się prosty. Proste nie było natomiast to, co na tej Pokątnej się działo. Najpierw w lipcu ten przeklęty, potężny poltergeist jakimś cudem wciśnięty w kratkę wentylacyjną, który tygodniami mieszał jej, oklumentce, w głowie, co skończyło się egzorcyzmami w środku nocy. A teraz… Teraz jakiś, najpewniej czarnomagiczny, ołtarz w piwniczce, której nawet nie było na planach kamienicy; w piwniczce, której Victoria nigdy dotąd nawet nie widziała, choć przechodziła tamtędy wiele razy do swojej pracowni z kociołkami; w piwniczce, z której dobiegał hałas na całą okolicę, jakichś dudniących bębnów. </p>
<p>Grasmere nie było jedynym miejscem, nad którym się zastanawiała, miała na liście jeszcze kilka, ale to podobało jej się zdecydowanie najbardziej. I całe szczęście, gdy odezwała się do agenta nieruchomości Pettigrew, który miał pieczę nad tym miejscem, okazało się, że nadal nie jest sprzedane i to nawet po tragedii jaką była Spalona Noc, a wielu ludzi szukało nowych domów lub wynosiło się z dotychczas zamieszkiwanej przez nich okolicy. Nie każdego było na to jednak stać, nie każdy miał oszczędności, a jeśli tak, to nie wszyscy mogli sobie pozwolić na wyprowadzkę. Czasami taniej było wyremontować coś, co nie było doszczętnie zniszczone. Takie kupowanie nowych nieruchomości raczej było uskuteczniane przez tych najbogatszych. A na biednego przecież nie trafiło, bo Victoria nadal miała gdzie mieszkać. Wielu nazwałoby to wszystko nie czym innym, jak fanaberią, ale to było znacznie bardziej skomplikowane: nie chciała mieszkać z rodzicami, nie chciała więcej nacisku z ich strony, gdy w końcu się spod niego całkowicie wyrwała. Byłyby tarcia, byłoby źle. I nie mogła dłużej mieszkać w Bluszczowej Kamienicy, nie dopóki działy się tam tak dziwne rzeczy. I tak planowała opłacić jakiegoś klątwołamacza, by zajął się tamtym mieszkaniem – by znowu był awaryjną opcją, ale teraz poszukiwała czegoś nowego. I czegoś na stałe, a nie przejściowego. To zaś, że ten dom nadal nie został sprzedany było najprawdopodobniej kwestią cena – bo to nie był malutki byle jaki domek, a sporych rozmiarów kamienny dom, ten z serii, które można było spokojnie nazwać posiadłością (choć nie jakichś przesadzonych rozmiarów, nie mówiliśmy o pięćdziesięciu pokojach, czterech piętrach i wielkiej sali balowej, a o dużym domu, na który nie mógłby sobie pozwolić ktoś z klasy średniej), zwłaszcza w porównaniu do innych domostw w Grasmere. Znajdował się w pewnym oddaleniu od reszty zabudowań wioski, na południe od jeziora z widokiem na odpływ rzeki Rothay, nieco w górze, bo na niewysokim wzniesieniu, z jednej strony przytulony do czegoś, co można było nazwać lasem, a przynajmniej gajem, mając u podnóża morze traw, na których wypasały się owce i krowy, i widok na jezioro, wzgórza oraz resztę wioski po drugiej stronie jeziora. Dom nie znajdował się bezpośrednio przy jeziorze Grasmere i to też było w porządku, bo miała tu na uwadze swoją młodszą siostrę, która panicznie bała się zbiorników wodnych. Najwyraźniej osoby, które go wybudowały, chciały mieć pewien spokój od mieszkańców, wybierając to oddalenie – i dokładnie to Victorii pasowało. Dokładnie tego szukała. Podpytywała, kto tu wcześniej mieszkał – wyglądało na to, że dom wybudowano w XIX wieku i był regularnie zamieszkiwany aż do 1970 roku. Ostatnim mieszkającym tu na stałe właścicielem był Arthur Bennett, samotny emerytowany nauczyciel, choć w rzeczywistości czarodziej półkrwi. Zmarł on nagle, będąc na jakimś wyjeździe, a budynek odziedziczyło w spadku po dalekim krewnym bezdzietne mugolskie małżeństwo, które nigdy właściwie się tutaj na stałe nie wprowadziło. To znaczy próbowali, bo dom był dobrze zbudowany i zaopiekowany, ale coś… źle się tutaj czuli z jakiegoś powodu, dlatego ostatecznie zdecydowali się go sprzedać, a agent nieruchomości, który prześledził historię domu, doszedł do tego, co im tam nie pasowało: najpewniej jakieś widmo magii. I tak właśnie został wystawiony na sprzedaż. Oczywiście właściciele nie mieli pojęcia, że agent był czarodziejem, tak samo jak krewny nauczyciel, którego nazywali ekscentrycznym dziwakiem. </p>
<p>I właśnie w ten sposób dom i jego tereny trafiły do Victorii. Bo gdy już się zdecydowała, że na pewno wynoszą się z Pokątnej i skontaktowała z panem Pettigrew, ostatni raz obejrzała dom i dokonała decyzji: bierze go. W ciągu następnych kilku dni dokonali wszystkich formalności, przekazała zapłatę, podpisała umowę, otrzymała swoją i tak dalej, a właśnie dzisiaj dostała klucz już tak oficjalnie. Dom był jej na własność. Patrzyła na niego i czuła pewien dziwny spokój. To może ta roślinność, która pomalutku zaczynała się układać do snu, zwiastując już w pełni nadejście jesieni. A może cichy spokój malowniczej okolicy.</p>
<p>Czuła pewną ulgę, gdy teraz przechadzała się po pokojach, doskonale widząc, że dom faktycznie na którymś etapie musiał należeć do maga; osobny kominek w dużym przedpokoju mówił sam za siebie (coś, co zostało nazwane przez poprzednich właścicieli jako architektoniczne dziwactwo, wedle słów pana Pettigrew), tak samo jak przestrzeń na strychu, wydzielona najpewniej dla ptaków pocztowych. Okolica zupełnie ominęła atak Lorda Voldemorta, dom nie wymagał więc żadnych napraw, był dobrze zachowany, choć przez ostatnie dwa lata zakurzył się trochę… lecz to nie problem. Meble tu były, może niekoniecznie w stylu Victorii, ale na ten moment wystarczą, przeniosą to, co było potrzeba z mieszkania na Pokątnej tutaj, tam zostawią najpotrzebniejsze rzeczy. Dwa piętra… Może to nawet za dużo jak na nie dwie… albo trzy, ale na pewno będzie im tutaj wygodnie (nie wiedziała wszak, czy jej siostry będą się chciały tutaj przenieść, czy może będą wolały zostać z jakiegoś powodu na Pokątnej, choć to byłoby nierozważne, a może jednak wrócić do rodziców, do Maida Vale). Nawet gdyby miała mieszkać tu sama, to sto razy wolała spokój tej wioski, bo to do tego była całe życie przyzwyczajona: do domu na uboczu, do pięknych widoków natury, do mugoli gdzieś tam kręcących się w miasteczku… No i ogród. Można tu było zagospodarować ogród. Znajdował się tu już mały sad i Victoria zastanawiała się jak to wszystko dobrze wkomponować… ale to nie coś na dzisiejsze rozmyślania. Dzisiaj czuła, że ściągnęła z barków pewien ciężar. Że może to jednak jakiś kolejny etap, nowy rozdział w książce, która w ostatnim czasie nie była dla niej łaskawa. </p>
<p>To nie był jeszcze dzień, w którym można tu było zamieszkać. To znaczy technicznie można było, ale praktycznie to dom potrzebował jeszcze chwili, małej adaptacji, by się do tego w pełni nadawał. W pierwszej kolejności trzeba było podłączyć sieć fiuu i załatwieniem tej sprawy zamierzała się zająć jak najszybciej, jeszcze zanim pójdzie na swoją zmianę do pracy. Zabezpieczenia… Zabezpieczenia domu będą musiały poczekać, będzie musiała tu chwilę pomieszkać, by mieć pewność co do tego, które będą tutaj niezbędne, zresztą specjaliści byli pewnie teraz zajęci, tak jak większość rzemieślników. </p>
<p>Przynajmniej była pewna tego, który pokój będzie jej sypialnią: na piętrze, z widokiem na jezioro i wzgórza. </p>
<p>Przeszła się jeszcze po dworze, po tym, co miało być jej przyszłym ogrodem, chłonęła zapach – wolny tutaj od wszelkiego dymu, pyłu i smrodu. I wtedy coś przykuło jej uwagę. Kucnęła, chcąc obejrzeć w trawie dziwne… najwyraźniej jajo? Wzięła je do ręki.</p>
<br />
<span style="font-size: x-small;" class="mycode_size"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">!Jajo z kalendarza</span></span>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div class="mod"><span class="modtitle">adnotacja moderatora</span><div class="modopis">
Rozliczono - Victoria Lestrange - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz Tajemnic II</span></div></div>
<br />
<p>Grasmere. </p>
<p>Victoria była tu już wcześniej w lipcu, była też w sierpniu, gdy zastanawiała się nad kupnem domu. Owszem, miała dla siebie całą kamienicę na Pokątnej, ale prawda o niej była taka, że to nigdy nie miało być miejsce na stałe. Dobrze, że było – w dogodnej lokalizacji, w samym centrum Londynu i przydało jej się, gdy zdecydowała się wyprowadzić z rodzinnego domu, nie musząc kupować nic na szybko i bez przemyślenia. Później przydało się jeszcze bardziej, gdy po Spalonej Nocy jej siostry miały do wyboru albo zamieszkać z rodzicami i innymi członkami rodziny w Maida Vale lub z siostrą na Pokątnej… Wybór wydawał się prosty. Proste nie było natomiast to, co na tej Pokątnej się działo. Najpierw w lipcu ten przeklęty, potężny poltergeist jakimś cudem wciśnięty w kratkę wentylacyjną, który tygodniami mieszał jej, oklumentce, w głowie, co skończyło się egzorcyzmami w środku nocy. A teraz… Teraz jakiś, najpewniej czarnomagiczny, ołtarz w piwniczce, której nawet nie było na planach kamienicy; w piwniczce, której Victoria nigdy dotąd nawet nie widziała, choć przechodziła tamtędy wiele razy do swojej pracowni z kociołkami; w piwniczce, z której dobiegał hałas na całą okolicę, jakichś dudniących bębnów. </p>
<p>Grasmere nie było jedynym miejscem, nad którym się zastanawiała, miała na liście jeszcze kilka, ale to podobało jej się zdecydowanie najbardziej. I całe szczęście, gdy odezwała się do agenta nieruchomości Pettigrew, który miał pieczę nad tym miejscem, okazało się, że nadal nie jest sprzedane i to nawet po tragedii jaką była Spalona Noc, a wielu ludzi szukało nowych domów lub wynosiło się z dotychczas zamieszkiwanej przez nich okolicy. Nie każdego było na to jednak stać, nie każdy miał oszczędności, a jeśli tak, to nie wszyscy mogli sobie pozwolić na wyprowadzkę. Czasami taniej było wyremontować coś, co nie było doszczętnie zniszczone. Takie kupowanie nowych nieruchomości raczej było uskuteczniane przez tych najbogatszych. A na biednego przecież nie trafiło, bo Victoria nadal miała gdzie mieszkać. Wielu nazwałoby to wszystko nie czym innym, jak fanaberią, ale to było znacznie bardziej skomplikowane: nie chciała mieszkać z rodzicami, nie chciała więcej nacisku z ich strony, gdy w końcu się spod niego całkowicie wyrwała. Byłyby tarcia, byłoby źle. I nie mogła dłużej mieszkać w Bluszczowej Kamienicy, nie dopóki działy się tam tak dziwne rzeczy. I tak planowała opłacić jakiegoś klątwołamacza, by zajął się tamtym mieszkaniem – by znowu był awaryjną opcją, ale teraz poszukiwała czegoś nowego. I czegoś na stałe, a nie przejściowego. To zaś, że ten dom nadal nie został sprzedany było najprawdopodobniej kwestią cena – bo to nie był malutki byle jaki domek, a sporych rozmiarów kamienny dom, ten z serii, które można było spokojnie nazwać posiadłością (choć nie jakichś przesadzonych rozmiarów, nie mówiliśmy o pięćdziesięciu pokojach, czterech piętrach i wielkiej sali balowej, a o dużym domu, na który nie mógłby sobie pozwolić ktoś z klasy średniej), zwłaszcza w porównaniu do innych domostw w Grasmere. Znajdował się w pewnym oddaleniu od reszty zabudowań wioski, na południe od jeziora z widokiem na odpływ rzeki Rothay, nieco w górze, bo na niewysokim wzniesieniu, z jednej strony przytulony do czegoś, co można było nazwać lasem, a przynajmniej gajem, mając u podnóża morze traw, na których wypasały się owce i krowy, i widok na jezioro, wzgórza oraz resztę wioski po drugiej stronie jeziora. Dom nie znajdował się bezpośrednio przy jeziorze Grasmere i to też było w porządku, bo miała tu na uwadze swoją młodszą siostrę, która panicznie bała się zbiorników wodnych. Najwyraźniej osoby, które go wybudowały, chciały mieć pewien spokój od mieszkańców, wybierając to oddalenie – i dokładnie to Victorii pasowało. Dokładnie tego szukała. Podpytywała, kto tu wcześniej mieszkał – wyglądało na to, że dom wybudowano w XIX wieku i był regularnie zamieszkiwany aż do 1970 roku. Ostatnim mieszkającym tu na stałe właścicielem był Arthur Bennett, samotny emerytowany nauczyciel, choć w rzeczywistości czarodziej półkrwi. Zmarł on nagle, będąc na jakimś wyjeździe, a budynek odziedziczyło w spadku po dalekim krewnym bezdzietne mugolskie małżeństwo, które nigdy właściwie się tutaj na stałe nie wprowadziło. To znaczy próbowali, bo dom był dobrze zbudowany i zaopiekowany, ale coś… źle się tutaj czuli z jakiegoś powodu, dlatego ostatecznie zdecydowali się go sprzedać, a agent nieruchomości, który prześledził historię domu, doszedł do tego, co im tam nie pasowało: najpewniej jakieś widmo magii. I tak właśnie został wystawiony na sprzedaż. Oczywiście właściciele nie mieli pojęcia, że agent był czarodziejem, tak samo jak krewny nauczyciel, którego nazywali ekscentrycznym dziwakiem. </p>
<p>I właśnie w ten sposób dom i jego tereny trafiły do Victorii. Bo gdy już się zdecydowała, że na pewno wynoszą się z Pokątnej i skontaktowała z panem Pettigrew, ostatni raz obejrzała dom i dokonała decyzji: bierze go. W ciągu następnych kilku dni dokonali wszystkich formalności, przekazała zapłatę, podpisała umowę, otrzymała swoją i tak dalej, a właśnie dzisiaj dostała klucz już tak oficjalnie. Dom był jej na własność. Patrzyła na niego i czuła pewien dziwny spokój. To może ta roślinność, która pomalutku zaczynała się układać do snu, zwiastując już w pełni nadejście jesieni. A może cichy spokój malowniczej okolicy.</p>
<p>Czuła pewną ulgę, gdy teraz przechadzała się po pokojach, doskonale widząc, że dom faktycznie na którymś etapie musiał należeć do maga; osobny kominek w dużym przedpokoju mówił sam za siebie (coś, co zostało nazwane przez poprzednich właścicieli jako architektoniczne dziwactwo, wedle słów pana Pettigrew), tak samo jak przestrzeń na strychu, wydzielona najpewniej dla ptaków pocztowych. Okolica zupełnie ominęła atak Lorda Voldemorta, dom nie wymagał więc żadnych napraw, był dobrze zachowany, choć przez ostatnie dwa lata zakurzył się trochę… lecz to nie problem. Meble tu były, może niekoniecznie w stylu Victorii, ale na ten moment wystarczą, przeniosą to, co było potrzeba z mieszkania na Pokątnej tutaj, tam zostawią najpotrzebniejsze rzeczy. Dwa piętra… Może to nawet za dużo jak na nie dwie… albo trzy, ale na pewno będzie im tutaj wygodnie (nie wiedziała wszak, czy jej siostry będą się chciały tutaj przenieść, czy może będą wolały zostać z jakiegoś powodu na Pokątnej, choć to byłoby nierozważne, a może jednak wrócić do rodziców, do Maida Vale). Nawet gdyby miała mieszkać tu sama, to sto razy wolała spokój tej wioski, bo to do tego była całe życie przyzwyczajona: do domu na uboczu, do pięknych widoków natury, do mugoli gdzieś tam kręcących się w miasteczku… No i ogród. Można tu było zagospodarować ogród. Znajdował się tu już mały sad i Victoria zastanawiała się jak to wszystko dobrze wkomponować… ale to nie coś na dzisiejsze rozmyślania. Dzisiaj czuła, że ściągnęła z barków pewien ciężar. Że może to jednak jakiś kolejny etap, nowy rozdział w książce, która w ostatnim czasie nie była dla niej łaskawa. </p>
<p>To nie był jeszcze dzień, w którym można tu było zamieszkać. To znaczy technicznie można było, ale praktycznie to dom potrzebował jeszcze chwili, małej adaptacji, by się do tego w pełni nadawał. W pierwszej kolejności trzeba było podłączyć sieć fiuu i załatwieniem tej sprawy zamierzała się zająć jak najszybciej, jeszcze zanim pójdzie na swoją zmianę do pracy. Zabezpieczenia… Zabezpieczenia domu będą musiały poczekać, będzie musiała tu chwilę pomieszkać, by mieć pewność co do tego, które będą tutaj niezbędne, zresztą specjaliści byli pewnie teraz zajęci, tak jak większość rzemieślników. </p>
<p>Przynajmniej była pewna tego, który pokój będzie jej sypialnią: na piętrze, z widokiem na jezioro i wzgórza. </p>
<p>Przeszła się jeszcze po dworze, po tym, co miało być jej przyszłym ogrodem, chłonęła zapach – wolny tutaj od wszelkiego dymu, pyłu i smrodu. I wtedy coś przykuło jej uwagę. Kucnęła, chcąc obejrzeć w trawie dziwne… najwyraźniej jajo? Wzięła je do ręki.</p>
<br />
<span style="font-size: x-small;" class="mycode_size"><span style="font-style: italic;" class="mycode_i">!Jajo z kalendarza</span></span>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[jesień 1972: 14 września, Keswick] Życie i śmierć Florence Bulstrode]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4882</link>
			<pubDate>Wed, 04 Jun 2025 14:44:27 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=363">Baba Jaga</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4882</guid>
			<description><![CDATA[<div class="mod"><span class="modtitle">adnotacja moderatora</span><div class="modopis">
Rozliczono - Victoria Lestrange - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz Tajemnic II</span><br />
Rozliczono — Atreus Bulstrode — osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz Tajemnic II</span></div></div>
<br />
<h1>Życie i śmierć Florence Bulstrode</h1><br />
<div class="divek">Nabożeństwo żałobne rozpoczęło się o godzinie 10 w kaplicy kowenu Whitecroft, pozwalając na zebranie się wszystkim, którzy znali Florence. Rodzinie, przyjaciołom, kolegom z pracy lub znajomym i osobom, którym pojawić się zwyczajnie wypadało. Była to uroczystość otwarta, dzięki której każdy mógł pożegnać się z panną Bulstrode przed niewzruszonym obliczem Matki. Po mszy, żałobnicy ruszyli na parafialny cmentarz, gdzie ciało zostało złożone w rodzinnym grobowcu, pozwalając zgromadzonym oddalić się na dalsze obchody.<br />
<br />
Rodzina, przyjaciele i niektórzy ze współpracowników - takie były kryteria dla gości, którzy zostali zaproszeni na konsolację. Dla nich zostały zorganizowane świstokliki, które miały teleportować gości na teren posiadłości rodziny Prewett w Keswick. Do dyspozycji został parter, w szczególności sala gdzie rozstawiono stoły z jedzeniem i piciem, a z której prowadziło wyjście na taras i rozległe ogrody. <br />
<br />
Zgromadzeni mieli już nieco czasu na to, żeby ochłonąć po samym nabożeństwie i pogrzebie, o ile w ogóle można to było uznać za możliwe. Emocje wciąż były żywe, jednak zachęcono wszystkich do posilenia się, rozmów i korzystania z uroków Keswick. <br />
<br />
Sami rodzice Florence siedzieli blisko głowy rodziny Prewett - Edwarda. Jego siostra była nienaturalnie cicha, zajmując się przede wszystkim lampką wina, którą obracała nieśpiesznie w palcach, podczas kiedy jej mąż oddawał się rozmowie z swoim bratem, Gregorym Bulstrode. Imani Spencer-Moon uśmiechała się blado do jednej z ciotek Bulstrode, która mówiła coś do niej szybkim, rzeczowym tonem. </div>
<br />
<div class="divek"><h2> Ku pamięci </h2><br />
Jako, że Florence w sercach wielu odcisnęła swoje piętno, rodzina zaplanowała małą atrakcję. Wchodząc na teren posiadłości w Keswick, postacie mogą dostrzec obszerny wazon ze świeżo ciętymi kwiatami różnych gatunków i tabliczką; Ku pamięci. Biorąc do ręki kwiat, odczuwa się przypływ emocji, determinowany przez rzut kością* <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Emocje</span>. Wywołują one wspomnienia, oczywiście związane z daną emocją, ale także dotyczące osoby Florence. Od tego momentu, kiedy postać trzyma w dłoni kwiat, czuje silniej tę właśnie emocję i przypomina sobie wyraźniej związane z nią wspomnienie, które przyszło do niej podczas stypy. Kwiaty zostają oddane gościom na pamiątkę.<br />
<br />
<span style="font-size: small;" class="mycode_size"><span style="color: #6d6d6d;" class="mycode_color">*Jest to kość uniwersalna, zawierająca w sobie również te mało pozytywne, dlatego proszę żebyście wynik negatywny zignorowali i przerzucili. Będziemy wspominać Florence tylko w pozytywny sposób, elo.</span></span></div>
<br />
<div class="divek"><h3>Organizacyjnie</h3><br />
Powiedziałabym, że mamy takie wczesne popołudnie. Zdążyliśmy coś zjeść, niektórzy wstali ze swoich miejsc, zbijając w rozmawiające ze sobą grupki. Wciąż jednak jesteśmy zebrani w jednym miejscu - daję tym samym możliwość wypowiedzenia się przed większym gronem postaciom, które chętnie dałyby nam tutaj jakąś mowę żałobną. Oprócz tego - myślę, że na spokojnie goście mogą liczyć na nocleg, jeśli zależy im na siedzeniu z nami do późna. <br />
<br />
Parę linków; <a href="http://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=1616" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">Gregory Bulstrode</a>, <a href="http://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4524" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">Imani Spencer-Moon</a>, <a href="http://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=128" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">rodzice Florence</a>, <a href="http://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=136" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">posiadłość w Keswick</a><br />
<br />
Daję nam też termin, głównie dlatego, że chciałabym tutaj odpisać jako Legenda jeszcze przed Pyrkonem - proszę więc o odpisy do 11 czerwca.</div>
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=0z4EpSp.png[/inny avek]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div class="mod"><span class="modtitle">adnotacja moderatora</span><div class="modopis">
Rozliczono - Victoria Lestrange - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz Tajemnic II</span><br />
Rozliczono — Atreus Bulstrode — osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz Tajemnic II</span></div></div>
<br />
<h1>Życie i śmierć Florence Bulstrode</h1><br />
<div class="divek">Nabożeństwo żałobne rozpoczęło się o godzinie 10 w kaplicy kowenu Whitecroft, pozwalając na zebranie się wszystkim, którzy znali Florence. Rodzinie, przyjaciołom, kolegom z pracy lub znajomym i osobom, którym pojawić się zwyczajnie wypadało. Była to uroczystość otwarta, dzięki której każdy mógł pożegnać się z panną Bulstrode przed niewzruszonym obliczem Matki. Po mszy, żałobnicy ruszyli na parafialny cmentarz, gdzie ciało zostało złożone w rodzinnym grobowcu, pozwalając zgromadzonym oddalić się na dalsze obchody.<br />
<br />
Rodzina, przyjaciele i niektórzy ze współpracowników - takie były kryteria dla gości, którzy zostali zaproszeni na konsolację. Dla nich zostały zorganizowane świstokliki, które miały teleportować gości na teren posiadłości rodziny Prewett w Keswick. Do dyspozycji został parter, w szczególności sala gdzie rozstawiono stoły z jedzeniem i piciem, a z której prowadziło wyjście na taras i rozległe ogrody. <br />
<br />
Zgromadzeni mieli już nieco czasu na to, żeby ochłonąć po samym nabożeństwie i pogrzebie, o ile w ogóle można to było uznać za możliwe. Emocje wciąż były żywe, jednak zachęcono wszystkich do posilenia się, rozmów i korzystania z uroków Keswick. <br />
<br />
Sami rodzice Florence siedzieli blisko głowy rodziny Prewett - Edwarda. Jego siostra była nienaturalnie cicha, zajmując się przede wszystkim lampką wina, którą obracała nieśpiesznie w palcach, podczas kiedy jej mąż oddawał się rozmowie z swoim bratem, Gregorym Bulstrode. Imani Spencer-Moon uśmiechała się blado do jednej z ciotek Bulstrode, która mówiła coś do niej szybkim, rzeczowym tonem. </div>
<br />
<div class="divek"><h2> Ku pamięci </h2><br />
Jako, że Florence w sercach wielu odcisnęła swoje piętno, rodzina zaplanowała małą atrakcję. Wchodząc na teren posiadłości w Keswick, postacie mogą dostrzec obszerny wazon ze świeżo ciętymi kwiatami różnych gatunków i tabliczką; Ku pamięci. Biorąc do ręki kwiat, odczuwa się przypływ emocji, determinowany przez rzut kością* <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Emocje</span>. Wywołują one wspomnienia, oczywiście związane z daną emocją, ale także dotyczące osoby Florence. Od tego momentu, kiedy postać trzyma w dłoni kwiat, czuje silniej tę właśnie emocję i przypomina sobie wyraźniej związane z nią wspomnienie, które przyszło do niej podczas stypy. Kwiaty zostają oddane gościom na pamiątkę.<br />
<br />
<span style="font-size: small;" class="mycode_size"><span style="color: #6d6d6d;" class="mycode_color">*Jest to kość uniwersalna, zawierająca w sobie również te mało pozytywne, dlatego proszę żebyście wynik negatywny zignorowali i przerzucili. Będziemy wspominać Florence tylko w pozytywny sposób, elo.</span></span></div>
<br />
<div class="divek"><h3>Organizacyjnie</h3><br />
Powiedziałabym, że mamy takie wczesne popołudnie. Zdążyliśmy coś zjeść, niektórzy wstali ze swoich miejsc, zbijając w rozmawiające ze sobą grupki. Wciąż jednak jesteśmy zebrani w jednym miejscu - daję tym samym możliwość wypowiedzenia się przed większym gronem postaciom, które chętnie dałyby nam tutaj jakąś mowę żałobną. Oprócz tego - myślę, że na spokojnie goście mogą liczyć na nocleg, jeśli zależy im na siedzeniu z nami do późna. <br />
<br />
Parę linków; <a href="http://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=1616" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">Gregory Bulstrode</a>, <a href="http://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=4524" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">Imani Spencer-Moon</a>, <a href="http://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=128" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">rodzice Florence</a>, <a href="http://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=136" target="_blank" rel="noopener" class="mycode_url">posiadłość w Keswick</a><br />
<br />
Daję nam też termin, głównie dlatego, że chciałabym tutaj odpisać jako Legenda jeszcze przed Pyrkonem - proszę więc o odpisy do 11 czerwca.</div>
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=0z4EpSp.png[/inny avek]]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[10.08.72] gwiazd naszych wina | laurent x perseus]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=3890</link>
			<pubDate>Fri, 13 Sep 2024 23:34:14 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=44">Perseus Black</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=3890</guid>
			<description><![CDATA[<div class="mod"><span class="modtitle">adnotacja moderatora</span><div class="modopis">Rozliczono - Perseus Black - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Piszę, więc jestem</span></div></div>
<br />
Skończyło się tak w ten sam sposób, w jaki się zaczęło; na drewnianych schodkach domku letniskowego w różowo szarym świetle zapadającego zmierzchu. Nad migoczącą w ostatnich promieniach dnia taflą wody zbierała się cienka warstwa mgły; jeszcze wczoraj uznałby ten widok za co najmniej czarujący, lecz po kilku godzinach spędzonych w zimnej wodzie przerażała go sama myśl o tym, co kryło się na dnie jeziora. Wspomnienia wydawały się zatarte, jakby od wydarzeń w królestwie trytonów minęły lata; pamiętał powrót na brzeg i mokry piasek na swoim policzku, kiedy opadł bez sił na plaży. Obrazy nakładały się na siebie; popielatość foczego futra i onyks włosów Victorii, smukła sylwetka kaletnika i rodzeństwo łowców - nie ufał tym ostatnim, przynajmniej nie mężczyznom. Przez cały czas bał się, że pokusa jaką stanowiła skóra selkie stanie się dla nich zbyt silna, a on nie będzie w stanie obronić swojego Laurenta. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Swojego Laurenta</span>, cóż za bezecna myśl zakołatała w jego głowie! Laurent przecież w żaden sposób nie należał do Perseusa i nie wiedział już, czy czuje z tego powodu dojmujący smutek, czy też ulgę. Nie miał zresztą czasu o tym myśleć, kiedy czyjeś ręce poderwały go do góry, obce palce musnęły jego poraniony nadgarstek i zatamowały wypływającą z nań truciznę miękkością bandaża. <br />
Przyglądał się teraz temu opatrunkowi, dochodząc do wniosku, że musiała go założyć osoba znająca się na rzeczy. Mnóstwo ludzi zresztą kręciło się wokół nich, zadając przy tym pytania, na które Perseusowi trudno było znaleźć odpowiedź. Głos mu drżał, a w gardle zasychało, kiedy kolejny raz opowiadał o martwych rybach i rannej selkie, o wodzie zamykającej się nad jego głową i konfliktem trytonów, w który przypadkiem zostali wciągnięci. Wreszcie pozostawiono go w spokoju, narzucono na drżące z zimna ramiona (naturalną reakcją na spadek adrenaliny, która towarzyszyła mu od rana) wełniany koc, a w skostniałe dłonie wciśnięto kubek gorącej herbaty. Ktoś wyłowił z jeziora jego laskę, która teraz ociekała wodą oparta o jeden ze schodków. Nie chciał jej dotykać, brzydził się jej, jakby była pokryta obmierzłym szlamem, którego faktura przyprawiała o mdłości. Miejscami wilgotne ubranie lepiło się do jego ciała; wiedział, że powinien się przebrać, ale nie potrafił się ruszyć. <br />
Jego uwagę przykuł jakiś ruch w kącie pola widzenia i chrzęst żwirowej ścieżki pod czyimiś nogami. Nieśpiesznie odwrócił głowę w tamtym kierunku, a serce zatrzepotało gwałtownie, gdy jego wzrok spoczął na sylwetce Laurenta. Posłał mu słaby uśmiech, a oczy miał przy tym smutne i zmęczone. <br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Jak się czujesz?</span> — zapytał ochryple, przesuwając się nieznacznie na schodach, by zrobić mu miejsce obok siebie.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div class="mod"><span class="modtitle">adnotacja moderatora</span><div class="modopis">Rozliczono - Perseus Black - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Piszę, więc jestem</span></div></div>
<br />
Skończyło się tak w ten sam sposób, w jaki się zaczęło; na drewnianych schodkach domku letniskowego w różowo szarym świetle zapadającego zmierzchu. Nad migoczącą w ostatnich promieniach dnia taflą wody zbierała się cienka warstwa mgły; jeszcze wczoraj uznałby ten widok za co najmniej czarujący, lecz po kilku godzinach spędzonych w zimnej wodzie przerażała go sama myśl o tym, co kryło się na dnie jeziora. Wspomnienia wydawały się zatarte, jakby od wydarzeń w królestwie trytonów minęły lata; pamiętał powrót na brzeg i mokry piasek na swoim policzku, kiedy opadł bez sił na plaży. Obrazy nakładały się na siebie; popielatość foczego futra i onyks włosów Victorii, smukła sylwetka kaletnika i rodzeństwo łowców - nie ufał tym ostatnim, przynajmniej nie mężczyznom. Przez cały czas bał się, że pokusa jaką stanowiła skóra selkie stanie się dla nich zbyt silna, a on nie będzie w stanie obronić swojego Laurenta. <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Swojego Laurenta</span>, cóż za bezecna myśl zakołatała w jego głowie! Laurent przecież w żaden sposób nie należał do Perseusa i nie wiedział już, czy czuje z tego powodu dojmujący smutek, czy też ulgę. Nie miał zresztą czasu o tym myśleć, kiedy czyjeś ręce poderwały go do góry, obce palce musnęły jego poraniony nadgarstek i zatamowały wypływającą z nań truciznę miękkością bandaża. <br />
Przyglądał się teraz temu opatrunkowi, dochodząc do wniosku, że musiała go założyć osoba znająca się na rzeczy. Mnóstwo ludzi zresztą kręciło się wokół nich, zadając przy tym pytania, na które Perseusowi trudno było znaleźć odpowiedź. Głos mu drżał, a w gardle zasychało, kiedy kolejny raz opowiadał o martwych rybach i rannej selkie, o wodzie zamykającej się nad jego głową i konfliktem trytonów, w który przypadkiem zostali wciągnięci. Wreszcie pozostawiono go w spokoju, narzucono na drżące z zimna ramiona (naturalną reakcją na spadek adrenaliny, która towarzyszyła mu od rana) wełniany koc, a w skostniałe dłonie wciśnięto kubek gorącej herbaty. Ktoś wyłowił z jeziora jego laskę, która teraz ociekała wodą oparta o jeden ze schodków. Nie chciał jej dotykać, brzydził się jej, jakby była pokryta obmierzłym szlamem, którego faktura przyprawiała o mdłości. Miejscami wilgotne ubranie lepiło się do jego ciała; wiedział, że powinien się przebrać, ale nie potrafił się ruszyć. <br />
Jego uwagę przykuł jakiś ruch w kącie pola widzenia i chrzęst żwirowej ścieżki pod czyimiś nogami. Nieśpiesznie odwrócił głowę w tamtym kierunku, a serce zatrzepotało gwałtownie, gdy jego wzrok spoczął na sylwetce Laurenta. Posłał mu słaby uśmiech, a oczy miał przy tym smutne i zmęczone. <br />
— <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Jak się czujesz?</span> — zapytał ochryple, przesuwając się nieznacznie na schodach, by zrobić mu miejsce obok siebie.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[10.08.72] Windermere | This head I hold]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=3708</link>
			<pubDate>Fri, 02 Aug 2024 01:27:56 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=38">Atreus Bulstrode</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=3708</guid>
			<description><![CDATA[<div class="mod"><span class="modtitle">adnotacja moderatora</span><div class="modopis">Rozliczono - Brenna Longbottom - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz Tajemnic VI</span><br />
Rozliczono - Atreus Bulstrode - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz Tajemnic I</span></div></div>
<br />
Zgodnie z ustaleniami ze zniszczonego kościoła, przenieśli czaszkę do Ministerstwa Magii i tam zajęli się zabezpieczeniem jej, tak żeby do czasu przeprowadzenia egzorcyzmów, nikomu więcej nie wyrządziła przypadkowo krzywdy. Zajęło im to trochę czasu, ale czy faktycznie musieli się aż tak śpieszyć, biorąc pod uwagę fakt, że kiedy tylko wydobyli artefakt z piachu, czarna aura zdawała się rozproszyć i zostawić to miejsce w spokoju? Reszta należała do brygadzistów i aurorów, wysłanych z departamentu, by dokładniej zajęli się całym ośrodkiem i skontrolowali, jakie faktycznie konsekwencje miały wydarzenia ostatniej nocy. <br />
W końcu też, sam Bulstrode znowu aportował się na teren Windermere, kiedy razem ze Stewardem skończyli co mieli do zrobienia w ministerialnym gmachu. I teraz, kiedy patrzył na rozpościerającą się dookoła zieleń, miał trochę wrażenie jakby nic niepokojącego się tutaj nie wydarzyło. Pozostał tylko fiolet, który zachęcał rośliny do nadmiernego rozrostu i wciąż ciągnął się za niektórymi, poświadczając o działaniu ochronnego rytuału. <br />
Atreus chciał przede wszystkim porozmawiać z Prewettem, bo to jego imię najbardziej utkwiło w jego głowie, kiedy jeszcze w kościele Brenna wymieniała mu, kogo wcześniej widziała w ośrodku. Inną osobą, którą chciał zaczepić, była w sumie ona sama, która teraz leżała rozłożona na trawie, wyglądając trochę, jakby z braku innych opcji zasnęła tu i teraz.<br />
Dogasił papierosa, którego do tej pory popalał i pozbył się, kroki kierując właśnie do wylegującej się w zieleni Longbottom, podchodząc do niej od strony głowy, a kiedy się obok niej zatrzymał, kucnął sobie.<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nieprawdopodobne. Brenna Longbottom, ucina sobie drzemkę na służbie?</span> - rzucił i może zazwyczaj tego typu słowa pobrzmiewałyby zaczepnie, ale teraz kładło się na nich zbyt duże zmęczenie. Bo najchętniej sam położyłby się obok niej i zasnął chociażby na chwilę. Spojrzenie miał znużone, ale uśmiechał się do tego lekko, kiedy się jej przyglądał. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Wszystko dobrze? Zdążyłem niedawno wrócić z Ministerstwa i szukałem Basiliusa albo ciebie. Ktoś by jeszcze mógł cię wziąć za jakąś przeoczoną ofiarę inferisa albo rozwścieczonego krzaka bzu, jak tak sobie leżysz.</span>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div class="mod"><span class="modtitle">adnotacja moderatora</span><div class="modopis">Rozliczono - Brenna Longbottom - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz Tajemnic VI</span><br />
Rozliczono - Atreus Bulstrode - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz Tajemnic I</span></div></div>
<br />
Zgodnie z ustaleniami ze zniszczonego kościoła, przenieśli czaszkę do Ministerstwa Magii i tam zajęli się zabezpieczeniem jej, tak żeby do czasu przeprowadzenia egzorcyzmów, nikomu więcej nie wyrządziła przypadkowo krzywdy. Zajęło im to trochę czasu, ale czy faktycznie musieli się aż tak śpieszyć, biorąc pod uwagę fakt, że kiedy tylko wydobyli artefakt z piachu, czarna aura zdawała się rozproszyć i zostawić to miejsce w spokoju? Reszta należała do brygadzistów i aurorów, wysłanych z departamentu, by dokładniej zajęli się całym ośrodkiem i skontrolowali, jakie faktycznie konsekwencje miały wydarzenia ostatniej nocy. <br />
W końcu też, sam Bulstrode znowu aportował się na teren Windermere, kiedy razem ze Stewardem skończyli co mieli do zrobienia w ministerialnym gmachu. I teraz, kiedy patrzył na rozpościerającą się dookoła zieleń, miał trochę wrażenie jakby nic niepokojącego się tutaj nie wydarzyło. Pozostał tylko fiolet, który zachęcał rośliny do nadmiernego rozrostu i wciąż ciągnął się za niektórymi, poświadczając o działaniu ochronnego rytuału. <br />
Atreus chciał przede wszystkim porozmawiać z Prewettem, bo to jego imię najbardziej utkwiło w jego głowie, kiedy jeszcze w kościele Brenna wymieniała mu, kogo wcześniej widziała w ośrodku. Inną osobą, którą chciał zaczepić, była w sumie ona sama, która teraz leżała rozłożona na trawie, wyglądając trochę, jakby z braku innych opcji zasnęła tu i teraz.<br />
Dogasił papierosa, którego do tej pory popalał i pozbył się, kroki kierując właśnie do wylegującej się w zieleni Longbottom, podchodząc do niej od strony głowy, a kiedy się obok niej zatrzymał, kucnął sobie.<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Nieprawdopodobne. Brenna Longbottom, ucina sobie drzemkę na służbie?</span> - rzucił i może zazwyczaj tego typu słowa pobrzmiewałyby zaczepnie, ale teraz kładło się na nich zbyt duże zmęczenie. Bo najchętniej sam położyłby się obok niej i zasnął chociażby na chwilę. Spojrzenie miał znużone, ale uśmiechał się do tego lekko, kiedy się jej przyglądał. - <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Wszystko dobrze? Zdążyłem niedawno wrócić z Ministerstwa i szukałem Basiliusa albo ciebie. Ktoś by jeszcze mógł cię wziąć za jakąś przeoczoną ofiarę inferisa albo rozwścieczonego krzaka bzu, jak tak sobie leżysz.</span>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[10.08.72, Windermere] Tym razem to nie trzynasty]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=3527</link>
			<pubDate>Wed, 03 Jul 2024 13:19:22 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=24">Brenna Longbottom</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=3527</guid>
			<description><![CDATA[<div class="mod"><span class="modtitle">adnotacja moderatora</span><div class="modopis">Rozliczono - Brenna Longbottom - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz Tajemnic V</span><br />
Rozliczono - Basilius Prewett - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Piszę, więc jestem</span> </div></div>
<br />
Las znów był zwykłym lasem. Spowijająca go czerń, niewidoczna gołym okiem, ulotniła się w chwili, w której czaszka została wydobyta z ruin kapliczki. Pozostał tylko fiolet, niewidoczny dla oczu Brenny, echa pradawnego zaklęcia, ofiary, miłości i bezlitosności.<br />
Roberts był martwy, podobnie jak kilku mugoli, których szczątki znaleziono w podziemiach, i którzy powrócili pod postacią nieumarłych. Brenna więc w ciągu tej pierwszej godziny po wyjściu z lasu najpierw dorwała pierwszą lepszą osobę, by spytać, jaki jest bilans strat – i dowiedziawszy się, że zginął tylko nieszczęsny mąż Tary Roberts, aż musiała sobie usiąść, bo jakoś z tej ulgi nie mogła ustać. Wiedziała, że popełniła błąd wchodząc w las, ale przynajmniej tym razem ten błąd nie miał tak katastrofalnych efektów. Żałowała Roberta, ale jemu nie zdążyłaby pomóc, a gdyby zginął ktoś jeszcze, zwłaszcza gdyby Basilius, Isaac, Millie, Morpheus albo Erik nie wyszli z tego cało, nie wybaczyłaby sobie do końca życia. Potem była już zajęta robieniem tych wszystkich rzeczy, którymi zwykle zajmują się funkcjonariusze, kiedy okazuje się, że doszło do czarnomagicznej aktywności, odkryto wiele ciał i spisek mający na celu wywołanie wojny międzygatunkowej. <br />
Kiedy wpadła na Basiliusa była cholernie wykończona, chyba nawet bardziej psychicznie niż fizycznie. Tej nocy nie spała, poprzedniej wprawdzie owszem, i to bardzo długo, ale przed tamtą nocą miała za sobą wizytę na przeklętej wyspie, a jeszcze wcześniej urodziny Millie. Wbrew rozumowi wciąż też martwiła się o Patricka i Atreusa, którzy teleportowali się do Ministerstwa: czy wpływ tamtego miejsca na pewno nie odcisnął na nich głębszego piętna niż mogłoby się wydawać? Ale nie tylko ona była w Windermere zmęczona, naprawdę więc nie mogła narzekać. Dlatego uśmiechnęła się do Prewetta pogodnie, jakby nigdy nic, kiedy go dostrzegła w pobliżu jeziora – nie tak dawno zatrutego i pełnego wściekłych trytonów…<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – Dałeś się wciągnąć pod ziemię, i to ja jestem przeklęta, co?</span> – spytała. Nie wyglądała specjalnie tragicznie: ubranie miała brudne, spodnie na kolanach rozerwane, a dłonie poobcierane, ale Sebastian i Pereginus w wybuchu energii oberwali znacznie mocniej od niej.<br />
Zmierzyła Basiliusa uważnym spojrzeniem, ale wyglądało na to, że chociaż on też został trochę sponiewierany, to nie był ranny. <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – Chyba nie powiesz mi, że dziesiąty też liczy się jako dziwna data?</span>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div class="mod"><span class="modtitle">adnotacja moderatora</span><div class="modopis">Rozliczono - Brenna Longbottom - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz Tajemnic V</span><br />
Rozliczono - Basilius Prewett - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Piszę, więc jestem</span> </div></div>
<br />
Las znów był zwykłym lasem. Spowijająca go czerń, niewidoczna gołym okiem, ulotniła się w chwili, w której czaszka została wydobyta z ruin kapliczki. Pozostał tylko fiolet, niewidoczny dla oczu Brenny, echa pradawnego zaklęcia, ofiary, miłości i bezlitosności.<br />
Roberts był martwy, podobnie jak kilku mugoli, których szczątki znaleziono w podziemiach, i którzy powrócili pod postacią nieumarłych. Brenna więc w ciągu tej pierwszej godziny po wyjściu z lasu najpierw dorwała pierwszą lepszą osobę, by spytać, jaki jest bilans strat – i dowiedziawszy się, że zginął tylko nieszczęsny mąż Tary Roberts, aż musiała sobie usiąść, bo jakoś z tej ulgi nie mogła ustać. Wiedziała, że popełniła błąd wchodząc w las, ale przynajmniej tym razem ten błąd nie miał tak katastrofalnych efektów. Żałowała Roberta, ale jemu nie zdążyłaby pomóc, a gdyby zginął ktoś jeszcze, zwłaszcza gdyby Basilius, Isaac, Millie, Morpheus albo Erik nie wyszli z tego cało, nie wybaczyłaby sobie do końca życia. Potem była już zajęta robieniem tych wszystkich rzeczy, którymi zwykle zajmują się funkcjonariusze, kiedy okazuje się, że doszło do czarnomagicznej aktywności, odkryto wiele ciał i spisek mający na celu wywołanie wojny międzygatunkowej. <br />
Kiedy wpadła na Basiliusa była cholernie wykończona, chyba nawet bardziej psychicznie niż fizycznie. Tej nocy nie spała, poprzedniej wprawdzie owszem, i to bardzo długo, ale przed tamtą nocą miała za sobą wizytę na przeklętej wyspie, a jeszcze wcześniej urodziny Millie. Wbrew rozumowi wciąż też martwiła się o Patricka i Atreusa, którzy teleportowali się do Ministerstwa: czy wpływ tamtego miejsca na pewno nie odcisnął na nich głębszego piętna niż mogłoby się wydawać? Ale nie tylko ona była w Windermere zmęczona, naprawdę więc nie mogła narzekać. Dlatego uśmiechnęła się do Prewetta pogodnie, jakby nigdy nic, kiedy go dostrzegła w pobliżu jeziora – nie tak dawno zatrutego i pełnego wściekłych trytonów…<br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – Dałeś się wciągnąć pod ziemię, i to ja jestem przeklęta, co?</span> – spytała. Nie wyglądała specjalnie tragicznie: ubranie miała brudne, spodnie na kolanach rozerwane, a dłonie poobcierane, ale Sebastian i Pereginus w wybuchu energii oberwali znacznie mocniej od niej.<br />
Zmierzyła Basiliusa uważnym spojrzeniem, ale wyglądało na to, że chociaż on też został trochę sponiewierany, to nie był ranny. <br />
<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> – Chyba nie powiesz mi, że dziesiąty też liczy się jako dziwna data?</span>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[[10.08.72] Szaleństwo Windermere. Nie było nas, był las - Atreus/Patrick]]></title>
			<link>https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=3335</link>
			<pubDate>Sun, 26 May 2024 22:41:31 +0200</pubDate>
			<dc:creator><![CDATA[<a href="https://secretsoflondon.pl/member.php?action=profile&uid=114">Patrick Steward</a>]]></dc:creator>
			<guid isPermaLink="false">https://secretsoflondon.pl/showthread.php?tid=3335</guid>
			<description><![CDATA[<div class="mod"><span class="modtitle">adnotacja moderatora</span><div class="modopis">Rozliczono - Atreus Bulstrode - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz Tajemnic I</span></div></div>
<br />
Patrick oparł się plecami o drzewo i przymknął oczy. Jakie szczęście, że udało mu się uwolnić od Brenny Longbottom. Przez chwilę był przekonany, że ta wyda go tu zaraz, za chwilę, w samym sercu Windermere i… właściwie nie wiedział, co powinien zrobić, żeby jej przeszkodzić.<br />
A potem dostrzegł rozlewającą się czerń i ta czerń uderzyła w niego. Boleśnie uświadomiła mu, że to nie Brenna była problemem, ale on. W tym miejscu działo się coś niedobrego. Steward nie wiedział jak uwikłany w to został Owen Bagshot, ale nagle zaczęło mu się wydawać, że Roberts mógł mieć rację. Tu coś tkwiło i ujawniało się…<br />
Zmarszczył brwi.<br />
Dostrzegł fiolet i czerń. Barwy toczyły ze sobą niewidzialną wojnę i w jakiś sposób oddziaływały również na ludzi. Patrick nie miał pojęcia, jak właściwie to robiły, ale… robiły. Z jakiegoś powodu on znalazł się we władaniu czerni a Brennę chronił fiolet. Longbottom okazała się dobra, a on zły. Czy to przez sprawę z Hillami? Czy chodziło o to kim byli jego rodzice?<br />
Nieważne. To wszystko było cholernie nieważne. Trzeba było znaleźć źródło czerni, znaleźć i je jakoś rozbroić zanim naprawdę dojdzie do wojny. Znowu przed oczami stanęło mu pulsowanie, krążące wokół siebie barwy jak wilki badające przeciwnika. Na razie tylko powarkiwały, ale kto wie co zrobią za moment. Steward nie wiedział o klątwach, o biskupie, o paleniu na stosie, ale był dobrym aurowidzem i jeśli coś do niego dotarło, to właśnie to, że fiolet chronił a czerń chciała zniszczyć.<br />
Dobrze, niech Brenna go zdradzi, niech wbije mu nóż w plecy, skoro najwidoczniej uznała, że w sprawie Hillów posunął się za daleko, ale przynajmniej dała mu trochę czasu. Może zanim go wyda, uda mu się zrobić coś dobrego.<br />
Jeszcze raz upewnił się, że brygadzistka zniknęła w ciemnościach, a potem odepchnął się rękami od pnia drzewa i zamrugał koncentrując się na tym, co dostrzegł wcześniej. Świat znowu wypełnił fiolet i czerń, Patrick próbował skupić się na czerni i dostrzec, gdzie mogło tkwić jej źródło. W lesie? W jeziorze? Chyba jednak w lesie.<br />
Otarł wilgotne od potu ręce o spodnie. Nie miał pojęcia, czy uda mu się samodzielnie odnaleźć źródło czerni, ale chyba musiał spróbować. I w chwili, w której uznał, że pójdzie do lasu sam, natknął się na brata Florence. Bulstrode był aurowidzem. Jeśli ktoś mógłby mu pomóc, to chyba właśnie on.<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Dobry wieczór, Atreusie </span>– przywitał się z nim. –<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> Nie masz ochoty na spacer po lesie? Wiem, że dopiero świta, że to nie najlepszy moment i w ogóle, ale…</span> - urwał, dając Bulstrode’owi możliwość domyślenia się całej reszty. Rankiem do lasu pewnie wejdzie tłum, a jemu zależało na przeczesaniu lasu teraz. – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Jesteś aurowidzem. Czy twój talent, uaktywnił się tutaj?</span>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<div class="mod"><span class="modtitle">adnotacja moderatora</span><div class="modopis">Rozliczono - Atreus Bulstrode - osiągnięcie <span style="font-style: italic;" class="mycode_i">Badacz Tajemnic I</span></div></div>
<br />
Patrick oparł się plecami o drzewo i przymknął oczy. Jakie szczęście, że udało mu się uwolnić od Brenny Longbottom. Przez chwilę był przekonany, że ta wyda go tu zaraz, za chwilę, w samym sercu Windermere i… właściwie nie wiedział, co powinien zrobić, żeby jej przeszkodzić.<br />
A potem dostrzegł rozlewającą się czerń i ta czerń uderzyła w niego. Boleśnie uświadomiła mu, że to nie Brenna była problemem, ale on. W tym miejscu działo się coś niedobrego. Steward nie wiedział jak uwikłany w to został Owen Bagshot, ale nagle zaczęło mu się wydawać, że Roberts mógł mieć rację. Tu coś tkwiło i ujawniało się…<br />
Zmarszczył brwi.<br />
Dostrzegł fiolet i czerń. Barwy toczyły ze sobą niewidzialną wojnę i w jakiś sposób oddziaływały również na ludzi. Patrick nie miał pojęcia, jak właściwie to robiły, ale… robiły. Z jakiegoś powodu on znalazł się we władaniu czerni a Brennę chronił fiolet. Longbottom okazała się dobra, a on zły. Czy to przez sprawę z Hillami? Czy chodziło o to kim byli jego rodzice?<br />
Nieważne. To wszystko było cholernie nieważne. Trzeba było znaleźć źródło czerni, znaleźć i je jakoś rozbroić zanim naprawdę dojdzie do wojny. Znowu przed oczami stanęło mu pulsowanie, krążące wokół siebie barwy jak wilki badające przeciwnika. Na razie tylko powarkiwały, ale kto wie co zrobią za moment. Steward nie wiedział o klątwach, o biskupie, o paleniu na stosie, ale był dobrym aurowidzem i jeśli coś do niego dotarło, to właśnie to, że fiolet chronił a czerń chciała zniszczyć.<br />
Dobrze, niech Brenna go zdradzi, niech wbije mu nóż w plecy, skoro najwidoczniej uznała, że w sprawie Hillów posunął się za daleko, ale przynajmniej dała mu trochę czasu. Może zanim go wyda, uda mu się zrobić coś dobrego.<br />
Jeszcze raz upewnił się, że brygadzistka zniknęła w ciemnościach, a potem odepchnął się rękami od pnia drzewa i zamrugał koncentrując się na tym, co dostrzegł wcześniej. Świat znowu wypełnił fiolet i czerń, Patrick próbował skupić się na czerni i dostrzec, gdzie mogło tkwić jej źródło. W lesie? W jeziorze? Chyba jednak w lesie.<br />
Otarł wilgotne od potu ręce o spodnie. Nie miał pojęcia, czy uda mu się samodzielnie odnaleźć źródło czerni, ale chyba musiał spróbować. I w chwili, w której uznał, że pójdzie do lasu sam, natknął się na brata Florence. Bulstrode był aurowidzem. Jeśli ktoś mógłby mu pomóc, to chyba właśnie on.<br />
- <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Dobry wieczór, Atreusie </span>– przywitał się z nim. –<span style="font-weight: bold;" class="mycode_b"> Nie masz ochoty na spacer po lesie? Wiem, że dopiero świta, że to nie najlepszy moment i w ogóle, ale…</span> - urwał, dając Bulstrode’owi możliwość domyślenia się całej reszty. Rankiem do lasu pewnie wejdzie tłum, a jemu zależało na przeczesaniu lasu teraz. – <span style="font-weight: bold;" class="mycode_b">Jesteś aurowidzem. Czy twój talent, uaktywnił się tutaj?</span>]]></content:encoded>
		</item>
	</channel>
</rss>