Omiatało ją zwolna fatum, które ściągnęła na siebie nieprzejednanie; jak te deszcze majowe, skraplające się na subtelnych i okrutnych płatkach piwonii; westchnięcie opuściło spętane wargi, zaciśnięte w wąską linię. Nie powinna była się tu pojawiać – choć od jej powrotu na londyńską kostkę brukową minął miesiąc, wciąż czuła się obco. Zupełnie jakby dłonie nieznanej siły odjęły ją od półświatka, skazując na bezwzględne wykluczenie. Wiedziała, że jej obecność sprowadzi salwę szeptów i nieprzychylnych spojrzeń, nie przejmowała się tym jednak nader – uniosła wysoko podbródek, mrużąc nieznacznie sarnie oczy – pomimo letniej pory, po jej ramionach spływały spienione fale peleryny, której kaptur rzucał się cieniem na oblicze, zakrzywiając jego kształty, czyniąc ją nieomal nierozpoznawalną.
Dopiero gdy przecisnęła się przez ciżbę – tę wesoło plotkującą, oddającą się towarzyskiej rozpuście – uniosła niepewne, drżące jeszcze dłonie, aby pozwolić kapturowi opaść na ramiona, ukazując w pełnej krasie jej wysokie kości policzkowe i krwiste usta. Wyraźnie schudła; policzki zapadły się lekko, piegi wybijały ponad biel skóry, a wargi barwione pozostały niezmienne; potrząsnęła subtelnie głową, w rytm czego czarne pukle zakołysały się na wietrze.
Ameryka zjadła ją od środka.
Początkowo chciała jedynie uciec – daleko i nieodwracalnie. Nie powiadomiła o swojej życiowej absencji nikogo, Louvaina pozostawiając jedynie ze skromnym listem, barwionym prośbą, aby się nie zamartwiał. Lecz im dalej brnęła w swoiste towarzystwo, im silniej myślała i szukała siebie, przez jej myśli przewijał się jedynie Leander Yaxley. Szukała go przez mnogość nocy; poranek zastawał ją nieśpiącą, a noce ubierały w swoją rozgwieżdżoną szatę.
Zemsta smakowała najpyszniej.
Zniszczyła go, łamała palec po palcu, uderzała niewybaczalnymi zaklęciami bez zawahania, chciała aby ognie piekielne go strawiły, aby został niczym i z niczym. Nie przyniosło to jednak słodyczy triumfu, a im dalej się posuwała, tym większy mrok i smutek ogarniały drgawkami jej ciało.
Leander Yaxley przez długi czas będzie się budził okryty kropelkami potu, z jej imieniem zamierającym na ustach.
Omiotła wzrokiem całą salę, wyłapując multum znajomych twarzy; ona sama prezentowała się nienagannie, chociaż niektórzy mogliby stwierdzić, że jak pierwsza lepsza kurwa – poza tym, że schudła, o czym szeptały rysy twarzy, pozostała nieodzowną sobą.