17 lipca 1972, po śniadaniu
Robert & Richard
Zgodnie z wcześniejszą zapowiedzią, zaprosił Richarda do gabinetu krótko po zdecydowanie zbyt szybkim śniadaniu. Rytuał, któremu od zawsze poświęcał całkiem sporo czasu, w towarzystwie zbyt wielu osób okazał się bardziej męczarnią niż przyjemnością. Choć dzień dopiero się rozpoczął, odczuwał spore zmęczenie. Był świadomy tego, że najpewniej wszystko będzie ciągnęło się długimi godzinami. Już teraz miał chęć sięgnąć po szklankę oraz karafkę z alkoholem. Oczywiście wybierając ten sam trunek, co zwykle. Powstrzymywała go przed tym jedynie świadomość odnośnie stosunkowo wczesnej godziny.
Zbyt wczesnej jak na tego rodzaju przyjemności.
Zajmując miejsce za biurkiem, czekał aż Rick usiądzie po drugiej stronie tegoż mebla. Nie popędzał. Nie okazywał bratu żadnego zniecierpliwienia. Jedyne co, to sięgnął po wykonany z drewna cedrowego humidor. O ile na alkohol było zbyt wcześnie, to na cygaro każda pora wydawała się odpowiednia. Albo też Robert tak sobie wmawiał. I w dodatku, wmawiał to sobie całkiem skutecznie.
Długie zapałki oraz obcinaczka - podstawowe akcesoria, bez których nie mógł obejść się żaden miłośnik cygar. Pierwsze z nich wylądowały na biurku. Drugie, miały pozwolić na przycięcie niewielkiej części kapturka. Tym też Robert zajął się, kiedy tylko otworzył eleganckie, zdobione pudełko; kiedy wyjął z niego cygaro.
- Masz ochotę? - zapytał. Ot, zwykła grzeczność. Nie sądził bowiem, żeby Richard wykazał zainteresowaniem cygarem. Brat wybrał dla siebie nieco inne uzależnienie. Ale może to i dobrze? W porównaniu z papierosami, cygara zdawały się kosztować małą fortunę.
Pozbywszy się kapturka, zapalił jedną, długą zapałkę, którą następnie przystawił do stopy. Na tyle blisko, żeby ją ogrzewać, ale nie dotykać bezpośrednio. Następnie drugą oraz trzecią. Jak na tradycjonalistę przystało. Skierowane do dołu cygaru, obracał podczas tego procesu w dłoni. Delikatnie. Z wprawą typową dla kogoś, kto zwykł delektować się tym od lat. Kiedy wreszcie zaczęło się ono odpowiednio żarzyć, zgasił ostatnią zapałkę.
Cygaro powędrowało prosto do ust.
I na Merlina - jak on na ten moment czekał! Jak bardzo tego potrzebował!
Odpowiednią ilość dymu wciągnął prosto do ust, rozkoszując się jego smakiem. Przymykając przy tym na moment oczy. Opierając się wygodniej o oparcie fotela. Wreszcie wypuścił go, również ustami. Tak jak należało. Nie za szybko. Dobrze bowiem wiedział, że nadmierny pośpiech zabijał cały czar. Całą tę magie, która wiązała się z paleniem cygara.
- Nie wiem jak ja przetrwam kolejne takie śniadania. - pozwolił sobie na ten komentarz. Nie znaczyło to jednak, że zamierzał skupić się na tym temacie. To było tylko krótkie spostrzeżenie. Drobna uwaga, po której miał przejść do tego, co sprowadziło ich do gabinetu. - Załatwiłeś wszystko, co związane z podróżą? - zapytał, ponownie przystawiając cygaro do ust. Wyciągając dym, zatrzymując go na odpowiednio długą chwilę w ustach. Delektował się jego smakiem. Intensywnością.
O co pytał? Dla Richarda powinno to być jasne. To na niego i Charlesa spadł bowiem obowiązek zaplanowania tej krótkiej podróży. Umówienia spotkań z ludźmi, którzy okazać się zainteresowani współpracą. Skoro Richard i Charles zdecydowali się przenieść do Londynu, potrzebowali w Oslo kogoś, kto będzie czuwał nad interesem. Nad wszystkimi ludźmi, z którymi Mulciberowie współpracowali.