Daisy przeszła przez skrzyżowanie i skręciła w boczną uliczkę między Nokturnem a Pokątną. Czuła nieprzyjemne drżenie w żołądku, gdy przypominała sobie jak zwisała kilka metrów nad ziemią i jak niewiele wtedy dzieliło ją od bliskiego spotkania z zawartością kontenera na śmierci. Po feralnej próbie ratowania kota, który wcale nie miał właścicielki (chociaż pewna mała dziewczynka bardzo chciała stać się jego właścicielką), Daisy złożyła sobie solenne postanowienie, że za cholerę nie da się więcej uwikłać w żadne dziwne, durne, osobliwe i – tak naprawdę – groźne dla jej życia sytuacje. Postanowienia tego trzymała się dość twardo (co na swój sposób wcale nie było takie trudne, bo była raczej skupioną na sobie egoistką niż skłonną do pomocy altruistką).
Tego wieczoru jednak zasiedziała się odrobinę za długo w biurze Proroka Codziennego a potem przypomniała sobie, że od kilku dni miała podrzucić wywiad do autoryzacji pewnemu czarodziejowi-archeologowi, który akurat przebywał w Londynie. I jak na złość, okazało się, że to był ostatni dzień, kiedy mogła to zrobić, bo następnego mężczyzna miał wybyć do Egiptu, Palestyny albo jakiegoś innego, podobnego miejsca. Całe szczęście, że nie miał kompletnie żadnych uwag do tego co napisała a całość wywiadu zbył krótkim acz treściwym: niech będzie. Daisy nie rozumiała, po co właściwie musiała go odwiedzać, skoro nie miał żadnych uwag. To nie miało najmniejszego sensu.
Znieruchomiała, słysząc łoskot dochodzący z zaułka. Przystanęła. Wyprostowała się odruchowo i spojrzała w tamtym kierunku. Mózg podpowiadał jej, by jak najszybciej wzięła nogi za pas i pobiegła do pierwszego punktu aportacyjnego. Ale coś innego, chyba ambicja, nie dawało jej spokoju. Kiedy przypominała sobie swój strach z tamtego dnia, gdy zwisała kilka metrów nad ziemią, paliła ją wściekłość na samą siebie. Owszem, była tchórzem, ale…
Będę tego bardzo żałować – pomyślała i ruszyła w stronę tamtego zaułka.
Choć właściwie to co się mogło stać? Przecież nie zamierzała znowu wspinać się na kontener, by wleźć po drabince ku jednemu ze znajdujących się tam mieszkań. Swoją drogą miała sporo szczęścia, że jego właściciela nie było wtedy w domu i nie uznał jej za wyjątkowo nieudolną złodziejkę.
Mimo nocy, zaułek wyglądał niemal zupełnie jak wtedy, za dnia, gdy przywołały ją tu krzyki zapłakanej dziewczynki. Na jednej z ceglanych ścian ktoś napisał kilka nieprzystojnych wyrazów. Obok drugiej stał feralny kontener. Tak samo jak tamtego dnia – po brzegi wypełniony czarnymi, foliowymi pakunkami. Nawet na ziemi jakieś zwierzę rowłóczyło jeden z worków i cuchnęło tu jeszcze bardziej niż wtedy.
No i co? No i nie było czego się obawiać, boidupo – obrzuciła się w myślach niezbyt przyjemnym określeniem.
Ale znowu do jej uszu doleciał łoskot. Tym razem dolatujący wprost z kontenera. Przypominał trochę taki dźwięk, jakby coś znajdowało się w środku i usilnie próbowało stamtąd wyleźć. Żołądek Daisy zacisnął się w supeł, ale nogi same ruszyły w tamtą stronę.
Może ten zaułek miał być po prostu jej kresem? Miała tu umrzeć jak nie spadając z wysokości to rozszarpana przez zwierzę czające się w koszu na śmieci? To pewnie był wilkołak. To na pewno był wilkołak… Tylko taki trochę mniejszy.
Przeklinając w duchu własną głupotę, stanęła na palcach i zajrzała do środka.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)