Istotnie, panował chaos i bałagan, których również nie znosiła i w gruncie rzeczy przeklęła siarczyście, że się tu znalazła. Umiejętność dopasowania się jednak sprawiła, że cień zmartwienia przemknął przez jej bladą buzię, a pełne troski westchnięcie zostało skierowane w stronę Czarodzieja z biura bezpieczeństwa, który skierował ją na północ, aby pomóc tam osobom, których jeszcze nie zabrano do Munga. Miała więc okazję rzucić na kogoś Freulę, aby ustabilizować kończynę lub Episkey, które poradziło się z małym rozcięciem głowy. Widok przerażonych, brudnych i często też zbulwersowanych oczu sprawiał, że utwierdzała się w przekonaniu o słuszności wyboru swojej kariery. Z martwymi łatwiej pracować, oni nie dyskutują. Przy każdej okazji przesuwała wzrokiem po kolejnych twarz, pozornie tylko szukając osób z największymi obrażeniami, które wymagały pomocy. Czasem musiała się przepchnąć przez wąską alejkę boczną, czasem ktoś leżał skulony pod sklepową witryną i gdy tak pomagała wstać jakieś Pani w skrzywionym kapeluszu, która łkała o mężu i bólu głowy, dostrzegła gdzieś na lewo zarys znajomej postaci. Zmarszczyła brwi, przyglądając się mu badawczo, pomiędzy przytakiwaniami i tłumaczeniem, dokąd powinna się udać. Cóż, nie była jej priorytetem. Gdy tylko kapelusz zniknął gdzieś wśród aurorów, skierowała się do mężczyzny, stając przed nim z uniesioną brwią i kręcąc głową z dezaprobatą. Czemu nie pomyślała, że zastanie tu akurat jego? Znali się ze szkoły, czasem widywali, chociaż srebrnowłosą ciężko było wyciągnąć z kostnicy, bo większość swojej uwagi poświęcała pracy i nauce, a nie niuansom towarzyskim. Czasem jednak każdy potrzebował drinka. Kolejny krzyk dobiegł jej uszu, a ona kolejny raz pomyślała o braku sensu zamieszek przy takim marszu. - Naprawdę Yaxley? - zapytała tylko charakterystycznym dla siebie głosem, kucając i wyciągając dłoń, aby unieść jego podbródek i przyjrzeć się jego twarzy. W dłoni ściskała różdżkę. - Gdzieś konkretnie Cię boli? Poza dumą ewentualnie, bo tego nie naprawię. - zapytała, odszukując na chwilę jego spojrzenie i pozwalając sobie na lekki, zadziorny uśmiech, zanim uniosła swój magiczny patyk i skierowała jego koniec do rozcięcia na policzku, rzucając kolejny już raz Episkey.
Istotnie, panował chaos i bałagan, których również nie znosiła i w gruncie rzeczy przeklęła siarczyście, że się tu znalazła. Umiejętność dopasowania się jednak sprawiła, że cień zmartwienia przemknął przez jej bladą buzię, a pełne troski westchnięcie zostało skierowane w stronę Czarodzieja z biura bezpieczeństwa, który skierował ją na północ, aby pomóc tam osobom, których jeszcze nie zabrano do Munga. Miała więc okazję rzucić na kogoś Freulę, aby ustabilizować kończynę lub Episkey, które poradziło się z małym rozcięciem głowy. Widok przerażonych, brudnych i często też zbulwersowanych oczu sprawiał, że utwierdzała się w przekonaniu o słuszności wyboru swojej kariery. Z martwymi łatwiej pracować, oni nie dyskutują. Przy każdej okazji przesuwała wzrokiem po kolejnych twarz, pozornie tylko szukając osób z największymi obrażeniami, które wymagały pomocy. Czasem musiała się przepchnąć przez wąską alejkę boczną, czasem ktoś leżał skulony pod sklepową witryną i gdy tak pomagała wstać jakieś Pani w skrzywionym kapeluszu, która łkała o mężu i bólu głowy, dostrzegła gdzieś na lewo zarys znajomej postaci. Zmarszczyła brwi, przyglądając się mu badawczo, pomiędzy przytakiwaniami i tłumaczeniem, dokąd powinna się udać. Cóż, nie była jej priorytetem. Gdy tylko kapelusz zniknął gdzieś wśród aurorów, skierowała się do mężczyzny, stając przed nim z uniesioną brwią i kręcąc głową z dezaprobatą. Czemu nie pomyślała, że zastanie tu akurat jego? Znali się ze szkoły, czasem widywali, chociaż srebrnowłosą ciężko było wyciągnąć z kostnicy, bo większość swojej uwagi poświęcała pracy i nauce, a nie niuansom towarzyskim. Czasem jednak każdy potrzebował drinka. Kolejny krzyk dobiegł jej uszu, a ona kolejny raz pomyślała o braku sensu zamieszek przy takim marszu. - Naprawdę Yaxley? - zapytała tylko charakterystycznym dla siebie głosem, kucając i wyciągając dłoń, aby unieść jego podbródek i przyjrzeć się jego twarzy. W dłoni ściskała różdżkę. - Gdzieś konkretnie Cię boli? Poza dumą ewentualnie, bo tego nie naprawię. - zapytała, odszukując na chwilę jego spojrzenie i pozwalając sobie na lekki, zadziorny uśmiech, zanim uniosła swój magiczny patyk i skierowała jego koniec do rozcięcia na policzku, rzucając kolejny już raz Episkey.
Miał całkiem solidne podstawy do tego, żeby spodziewać się zamieszek, do których doszło na ulicy Pokątnej. W pewnych kręgach już na kilka dni wcześniej mówiło się o marszu mającym na celu wywalczenie praw dla charłaków. Nie przez wszystkich zostało to dobrze przyjęte. Sam miał okazje uczestniczyć w spotkaniu mającym zachęcić ludzi do przeciwstawienia się temu wszystkiemu. Niby nikt nie powiedział wprost - sięgnijcie po różdżki, zaatakujcie. Tylko czy faktycznie istniała taka potrzeba? I bez tego nastroje były dość napięte. Niezadowolenie było w ostatnich dniach wręcz wyczuwalne w powietrzu.
Początkowo nie był tym wszystkim szczególnie zainteresowany. Nie zamierzał w niczym brać udziału. Z czasem jednak sytuacja zmieniła się. Pojawił się impuls, który był bodźcem więcej niż wystarczającym. Od dawna obracał się wśród ludzi o dość... konserwatywnych, w zasadzie radykalnych poglądach. Zanurzał się w to coraz głębiej i głębiej. Robił to czego od niego odczekiwano, zapominając z wolna o tym w co sam wierzył.
O własnych poglądach i wartościach.
I tak też znalazł się tutaj.
Siedział na chodniku, na Pokątnej, czekając w kolejce na pomoc medyczną. Cholernie długiej kolejce, tak swoją drogą, dzięki czemu miał całkiem sporo czasu na przemyślenie tego, co wydarzyło się jakiś czas wcześniej. Spodziewał się tego, że marsz nie będzie miał charaktery pokojowego, ale... to co się wydarzyło znacząco przerosło oczekiwania.
Zarazem musiało być jednak też bardzo bliskie tego, co chcieli zobaczyć ludzie pokroju Chestera Rookwooda.
- Naprawdę Flint? - odezwał się, przenosząc spojrzenie na dziewczynę. Pozwolił sobie odpowiedzieć w ten sam sposób. Przedrzeźniając ją. Ostatnim czego potrzebował w tym momencie były kazania. Zwłaszcza, że był zmęczony. A do tego jeszcze czuł się paskudnie. Prawie tak samo paskudnie jak podczas tego pojedynku, w którym wziął udział na spotkaniu srebrnych różdżek, jakieś pół roku temu. Nieźle wtedy oberwał, nie obeszło się bez pomocy medycznej. Naprawdę nie spodziewał się, że coś takiego spotka go akurat dzisiaj. - Prawa ręka. - dodał po chwili, przenosząc na moment spojrzenie na wspomnianą kończynę. Łatwo dało się zauważyć, że z tą nie było najlepiej. Zwisała w nienaturalny sposób. Całkowicie bezwładna. Nie było to co prawda otwarte złamanie, ale niewiele to zmieniało.
Zmieniało niewiele, bo wyraźnie było coś nie tak z kośćmi.
- Nie mogę ruszać, jest kompletnie bezwładna, kości jakby... - jakby ich wcale nie było. Nie dokończył tego. Powinna się jednak bez trudu domyślić w czym rzecz. I że tutaj nie skończy się na jednym, drobnym zaklęciu. Sprawa była ciut bardziej skomplikowana.
Nie chodziło o to, że życzyła źle Charłakom, że nie zasługiwali na dobre traktowanie. Tylko czy w trwających, tak niespokojnych miesiącach ten marsz był potrzebny? Czy potrzeba było wydarzenia, do którego wystarczyła tylko iskra, aby zakłócić porządek i bezpieczeństwo? Aby wzajemnie się ranić? Nie szkoda było im na to czasu, który przecież mogli znacznie lepiej wykorzystać? Były inne formy walki, wychodzenie na ulice nie było teraz rozsądne. Jako przedstawicielka rodziny widniejącej w skorowidzu czystej krwi wiedziała, o czym mówiono na przyjęciach, jakie konserwatywne i stare prawdy jawiły się na ustach coraz to młodszych przedstawicieli szlachetnych nazwisk.
I tak oto los splótł ich ze sobą w sytuację, która chyba nie była na rękę zarówno Cynthii, jak i Theonowi. Nie sądziła, że go tu spotka, chociaż zdawała sobie sprawę, z jakiej rodziny mężczyzna pochodził.
Na jego odpowiedź brew jej drgnęła, cień rozbawienia przemknął przez chłodne oblicze. Zawsze w jakiś sposób umieli się ze sobą porozumieć, chociaż niekiedy ich konwersacje mogły wydawać się wstępem do kuchni dla przypadkowego obserwatora. Pewnie dlatego, że jasnowłosa miała w naturze coś, co prowokowało i chociaż była chłodna, niedostępna i źle nastawiona do ludzi, to jednak rzucała nieme wyzwania. Była dumna, przez co czasem nawet zerkała na innych z góry. To akurat nie było zabiegiem celowym. Tak więc jej oczy przesunęły się po jego sylwetce i twarzy, gdy kucnęła, aby pozbyć się rozcięcia na policzku. Odziana w rękawiczkę dłoń delikatnie, aczkolwiek stanowczo unosiła jego podbródek. Trochę bezwstydnie.
- Naprawdę Yaxley. - odparła w końcu z delikatnym wzruszeniem ramion, opuszczając różdżkę. Powędrowała za jego wzrokiem, za słowami. Ręka wyglądała źle i od razu zauważyła, że będzie konieczne trudniejsze, całodobowe leczenie niż kilka prostych zaklęć. Mogła mu pomóc? Owszem, na wiele sposobów. Była w stanie dostać się z nim do Munga bez większych kolejek, mogła również zabrać go do siebie i przygotować odpowiedni roztwór bez wścibskich oczu. Co chciała zrobić? Nie była pewna. W milczeniu tkwiła dłuższą chwilę, wpatrując się w dłoń mężczyzny. - Zniknęły.
Dokończyła jego wypowiedź, splątując ręce pod biustem. Rozejrzała się dookoła, kolejka oczekujących na pomoc była spora, a wszędzie kręcili się aurorzy, zbierali chyba zeznania lub poszukali potencjalnej ofiary do aresztu. - Będzie Ci łatwiej, jak odpowiednio ułożymy rękę i skorzystam z usztywnienia, ale kości nie przywróci Ci żaden czar. Musisz dostać eliksir, co niestety, ale sprawia, że będziesz potrzebował przynajmniej doby, aby powrócić do normalnego funkcjonowania. I nie będzie to przyjemne Theon.
Wyjaśniła mu nieco żywszym niż zwykle tonem, bo zawsze, gdy poruszała się w wątku pracy, eliksirów lub uzdrawiania wykazywała większy entuzjazm. Niewygodnie było jej kucać, więc ruchem magicznego patyka przyzwała jeden z przewróconych stołków, podwijając zaraz rękawy swojej koszuli. Włosy miała spięte ciasno, żaden kosmyk nie zdołał jeszcze uciec.
Yaxleyowie stosunkowo wcześnie wybrali swoją stronę konfliktu. Nie wszyscy, ale nadal mowa tutaj o zdecydowanej większości członków tej rodziny. Ojciec Theona poszedł w tym wszystkim nawet i o krok dalej, mniej więcej dwa lata temu decydując się zrezygnować z pracy w ministerstwie. Nie był pierwszym ani ostatnim czarodziejem, który odmówił pracy dla szlamy na stołku ministra. Mógł sobie na to pozwolić. Zwłaszcza w kontekście finansowym.
Theon zawsze był podporządkowany swojej rodzinie. Inaczej niż Geraldine - jego siostra bliźniaczka - podążał ścieżkami wyznaczonymi przez rodziców. Ci zresztą mieli wobec niego praktycznie od zawsze bardziej konkretne oczekiwania. Chociażby w kontekście pracy. Podczas gdy syn, jeszcze w czasach szkolnych, marzył o zostaniu aurorem, oni przewidzieli dla niego karierę w Departamencie Kontroli nad Magicznymi Stworzeniami.
Nie zbuntował się.
Zrobił czego od niego oczekiwań.
I nadal działał w ten sposób, będąc od pewnego czasu stosunkowo blisko osób zaangażowanych w zbliżający się konflikt. Nadal odległy, ale dla niektórych aż nazbyt jasne było, że wszystko pozostawało tutaj kwestią czasu. Miesięcy? Możliwe.
Zapewne nigdy nie przyzwyczai się do tego specyficznego uczucia, które towarzyszyło zaklęciom wykorzystywanym przy drobnych, mniej skomplikowanych urazach. Było specyficzne, ale nie znaczy to zarazem, że nieprzyjemne. Kiedy rana na policzku zniknęła, lewa dłoń powędrowała w kierunku miejsca, gdzie jeszcze chwilę wcześniej znajdywało się rozcięcie. Palce prześlizgnęły się po policzku, jakby musiał w ten sposób upewnić się co do tego, że zaklęcie zadziałało. W pierwszym odruchu chciał posłużyć się przy tym swoją prawą ręką, ale to okazało się niemożliwe. Towarzyszące tej próbie uczucie było niezbyt przyjemne. Począwszy od łokcia aż po palce, ręka pozostawała bezwładna. Niby pozbawiona kości ale jakby cięższa.
- Tak. Zniknęły. - przyznał jej racje.
Następnie wysłuchał, co miała w tym przypadku do powiedzenia. Sam o czymś takim niby słyszał, ale przytrafiło mu się po raz pierwszy. A urazów miał na swoim koncie całkiem sporo. W czasach Hogwartu był pałkarzem. Tłuczki nie raz i nie dwa porządnie dały mu się we znaki. Można powiedzieć, że takie tam ryzyko zawodowe. Swoje robiła ponadto przynależność do szkolnego klubu pojedynków. Z raz czy dwa zdarzyło mu się z tego powodu trafić do szpitalnego skrzydła. Niby zajęcia miały być względnie bezpieczne, ale ryzyka nigdy nie da się ograniczyć do minimum.
Nie w sytuacji, kiedy w grę wchodzi magia.
- Przynajmniej doby? - powtórzył za nią. Nie brzmiało to dobrze. Theo był praworęczny, tą ręką wykonywał większość swoich czynności. Zapowiadały się męczące 24 godziny bądź więcej. Trochę miał ochotę wyklinać cały ten marsz i swoją własną głupotę, ale oczywiście nie zamierzał się tymi przemyśleniami dzielić. - Co masz na myśli, mówiąc że nie będzie to przyjemne?
Przy ostatnich słowach brzmiał już na nieco zrezygnowanego. Pogodzonego z sytuacją? Cierpliwie czekał, aż się nim zajmie. Nie protestował w kontekście usztywnienia ręki. Niczego nie zamierzał utrudniać. Przedłużać. Był świadomy, że obok znajdywało się sporo osób, które również potrzebowały pomocy. Cały ten marsz trochę wymknął się spod kontroli i oto były tego efekty.
Rodzice zawsze mieli oczekiwania, powinnością dzieci było je spełniać, jednak nie zawsze szło to w parze z tym, co działo się w rzeczywistości. Konserwatywne, stare pokolenia nie umiały zrozumieć, że nowe pokolenia snuły całkiem nowe marzenia i ich ambicja sięgała znacznie dalej wraz z rosnącymi możliwościami otaczającego ich świata. Na Castielu spoczywał obowiązek spłodzenia syna, który po nim przejąłby tytuł głowy rodu za kilkadziesiąt lat, a jej małżeństwo miało wpłynąć na kontakty biznesowe oraz rozwój handlu ojca. Powiększyć imperium, wnieść coś świeżego - jak zwał, tak zwał, ale prawda była taka, że jej to wcale nie było na rękę. I robiła wszystko, aby się z tego wykaraskać, znikając ojcu z pola widzenia, skupiając się na karierze. Poniekąd też cieszyło go pozyskiwanie przez nią nowych znajomości w departamentach, bo do samego Ministra wolał, aby się nie zbliżała.
Powody były była oczywiste.
Nadchodziła burza. Na horyzoncie kłębiły się coraz gęstsze chmury zwiastujące dni pełne wiatru i ulewnego deszczu, dni jakieś próby i przebudzenia dla odwiecznego konfliktu w świecie Magii, który dotyczył krwi. Nie dało się tego uniknąć, prędzej czy później będzie trzeba wybrać odpowiednie dla siebie miejsce pod którymś z wielkich parasoli. Nie była z Theonem na tyle blisko, aby swobodnie lawirować pomiędzy takimi tematami, wiec swoje przemyślenia wywołane dzisiejszym sensownym, ale i bezsensownym jednocześnie marszem zostawiła dla siebie, kwitując je jedynie westchnięciem.
Wiele można było zarzucić Cynthii wad i złego, ale zawsze była dokładna w pracy. Lubiła porządek i precyzję, kontrolę. Blizna na policzku rozpłynęła się, zostawiając po sobie jedynie ubrudzoną krwią skórę, na co mimowolnie sięgnęła do kieszeni i krańcem chustki przetarła mu polik delikatnie, wędrując zaraz spojrzeniem do pozbawionej kości kończyny, którą usiłował poruszać. Miał pecha. Taką puentą były chyba jej słowa, które ze spokojem wypływały spomiędzy karminowych warg. Nie spuszczała z niego spojrzenia, nie uciekała wzrokiem, siedząc prosto i ignorując rozgrywający się dookoła harmider. Ktoś znów krzyczał na aurorów, ktoś wył i krzyczał. Padały oskarżenia, słowa o dyskryminacji i zwolennikach metod zawierających zaklęcia z gałęzi czarnej magii. - Przynajmniej doby.
Powtórzyła jakoś odruchowo, bo on w podobny sposób rozpoczął ich dzisiejszą konwersację. Odłożyła różdżkę na kolana, wyciągając dłonie w stronę bezwładnej, gumowej ręki i poruszała nią, naciskając palcami od dołu do góry, sprawdzając dokładnie dłoń, nadgarstek - szukając miejsca, gdzie kość była wyczuwalna. - Odrastanie kości jest bolesne, zwłaszcza tych drobnych. W najlepszym wypadku eliksir wykona swoje zadanie w dwadzieścia dwie godziny, a w najgorszym hmm może dwadzieścia siedem?
Zakończyła, przysuwając się nieco bliżej i układając rękę na wysokości jego pasa, starała się nadać jej najbardziej naturalnej pozycji, zanim użyje różdżki i zaklęcia, które miało ustabilizować i ograniczyć dyskomfort kończyny. Nie było to konieczne rozwiązanie, ale jaki sens miało machanie pozbawioną kości ręką? Czarować i tak nie mógł. Podniosła wzrok na jego twarz, zaciskając palce na skierowanym w jego stronę patyku. Odpowiednia formułka wypowiedziana szeptem sprawiła, że ręka ułożyła się na kawałku drewna, a bandaż ustabilizował ją do ciała. - Mogę zabrać Cię do Munga, nie będziesz czekał na przyjęcie i szybko dostaniesz eliksir. Drugą możliwością jest wizyta u mnie, bo mam flakonik w zanadrzu
Musiała tylko przypomnieć sobie, czy potrzebna mu mikstura była u niej w domu, czy raczej w gabinecie? Przyrządzenie jej nie było czasochłonne, gdyby nastała taka konieczność, bo wątpiła w jej szeroką dostępność w aptekach. Zabranie go stąd sprawiłoby, że i ona mogłaby opuścić Pokątną i wrócić do swoich obowiązków. Obopólna korzyść. - Rozmawiali już z Tobą aurorzy?
Nie wszystkie rodziny widniejące w skorowidzu były sobie równe. Yaxleyowie, podobnie jak Flintowie, nie zaliczali się do grona tych najważniejszych. Najbardziej szanowanych. Pod tym względem nie mogli się równać z czarodziejami noszącymi nazwiska takie jak Malfoy, Black, Crouch. W zasadzie, to nawet nie próbowali tego robić. Było im dobrze tak jak było. Nie czuli potrzeby podjęcia się walki o coś więcej. Nie brakowało im pieniędzy. Mogli się cieszyć pewnymi przywilejami płynącymi ze swojego statusu; wynikającymi z płynącej w żyłach czystej krwi. Ta może i posiadała w sobie pewną domieszkę krwi olbrzymów, ale nadal pozostawała wolna od największej, możliwej skazy - krwi mugolskiej.
Nie było to bez znaczenia.
Theon wychowany został w poczuciu bycia lepszym, a przy tym nauczony, iż niezależnie od okoliczności, na pierwszym miejscu należy stawiać własną rodzinę. Jako ogół, nie jako pojedyncze jednostki. Wartości przekazywane przez matkę i ojca, umocniły się w czasach szkolnych. Podczas pobytu w Hogwarcie. Nie był co prawda nigdy jednym z tych, którzy zwykli aktywnie występować przeciwko mugolakom i zdrajcom krwi, ale nie dało się przeoczyć, iż daleko mu było chociażby do roli ich obrońcy. Zwyczajnie pozostawał on po prostu skupiony na swoim własnym życiu.
Tym samym życiu, z którego obecnie zdawało się pozostawać mu coraz mniej.
Zamiast realizować własne plany, marzenia, od kilku lat pozostawał skupiony na tym, czego oczekiwali od niego najbliżsi. Rodzice. Zdawał się być z tym wszystkim pogodzony. Rozwijał swoją karierę. Wspierał rodzinny biznes - nie do końca legalny, ale dochodowy. Angażował się we wszystko to, czego od niego oczekiwano. I cholera jedna wie, skąd się u niego brała ta ugodowość. Ustępliwość. Chęć współpracy? Strasznie się pod tym względem różnił od swojej bliźniaczki. Geraldine była dużo bardziej samodzielna. W mniejszym stopniu pozostawała też podporządkowana rodzinie. Bywały dni, kiedy jej tego zazdrościł. Żałował, że nie potrafił funkcjonować w sposób podobny.
Zarazem jednak wcale nie próbował tego zmienić.
Było w końcu tak, jak być powinno. Jego zadaniem było to zaakceptować.
- Czyli czeka mnie wesoły dzień? - i noc, ale tego już nie dodał. Przyglądał się wykonywanej przez nią pracy. Choć czuł dotyk palców Cynthii na swojej prawej ręce, to ten pozostawał do pewnego stopnia zaburzony. Z powodu "urazu" zdawał się być nie taki jak powinien. - Powiedz przynajmniej, że syrop jest smaczny. Nie zamierzasz mi wciskać jakiegoś eliksiru z dodatkiem smoczych gilów? - dopytał. Starał się zadbać o odpowiednie nastawienie. Poprawić sobie nieco humor żartami. Poradzić sobie z sytuacją. Każdy człowiek robił to na swój sposób. Theonowy wyglądał właśnie tak. Nie zawsze, ale stosunkowo często.
Kiedy Cynthia przeszła do usztywniania ręki, Theon zaczął rozglądać się w miarę dyskretnie po okolicy. Identycznie jak wielu innych, jego również zgarnęli podczas marszu. Kazali czekać. Osobiście wolałby się stąd ewakuować. Uniknąć rozmów. Tłumaczeń. Konieczności wymyślenia jakiejś ściemy. Niestety, ciężko było się zawinąć, kiedy prawa ręka była niesprawna, zaś posługiwanie się różdżką przy pomocy lewej sprawiało na tyle duże trudności, że zwyczajne lumos stawało się misją niemalże niemożliwą do wykonania.
- W zasadzie, to taka drobnostka, ale... wolałbym jednak z nimi nie rozmawiać. - zareagował, kiedy zadała pytanie. Kwestia tego dokąd się udadzą była w tym przypadku raczej drugoplanowa. Spoważniał. Przeniósł z powrotem na nią spojrzenie, z którego można było odczytać niemą prośbę o pomoc. W zasadzie nie do końca niemą, ale na pewno cichą. Bo i nazbyt głośno teraz nie mówił. - Nie miałem jak się stąd zmyć, a byłoby lepiej, gdybym jednak nie musiał składać żadnych wyjaśnień. - kątem oka dostrzegł pracownicę BUM, która już wcześniej kręciła się w tej okolicy. Poinformowała ich wtedy, że powinni czekać; że w końcu ktoś do nich podejdzie. Mieli zbyt dużo na głowie, żeby dać radę zająć się tym wszystkim sprawniej. - Więc gdybyś przypadkiem była w stanie mnie stąd... - urwał, niepewny czy ktoś przypadkiem nie zwrócił na nich uwagi; nie usłyszał zbyt dużo. W takim tłumie łatwo było usłyszeć coś, co przeznaczone było dla innych uszu.
Mieli wpojone podobne wartości, chociaż zupełnie inne charaktery. Mężczyzna wydawał się jej dość łagodny pomimo swojej postury, a w jego spojrzeniu wciąż czaiła się chłopięca, rozmarzona iskra. Nie miała pojęcia, czego rzecz jasna dotyczyła, ale dodawała mu z pewnością pewnej świeżości na tle pogardliwych, pełnych rywalizacji spojrzeń osób w zbliżonym do ich wieku. Rodzina była najważniejsza, chociaż Cynthia miała tyle szczęścia w nieszczęściu, że nie była mężczyzną. Jedynie krową na pokaz, półśrodkiem.
Obydwoje mieli bliźniaków, skrajnie od siebie różnych.
Flintówna nigdy nie poświęciła tyle uwagi Theonowi, aby głębiej zastanowić się nad tym, co ich łączyło i uświadomić sobie, że mógł być potencjalnym znajomym. Łatwiej było relacji unikać, spełniać oczekiwania i w międzyczasie lawirować w tym, co budziło w niej fascynację. Siedząc jednak obok, sprawdzając kończynę, czasem zerkała w jego stronę, a stalowoniebieskie tęczówki szukały odpowiedniej odpowiedzi na to, co on mógł tutaj robić.
- Lepsza gorzka prawda niż słodkie kłamstwo. Jest obrzydliwy. - odparła, nie chcąc pozostawić żadnych złudzeń, bo daleko było temu specyfikowi do dobrych ciastek czy trunku. Składniki, z których był, sugerowały raczej cierpkość i goryczkę w niezbyt zachęcającej, galaretkowej konsystencji oraz brzydkim kolorze. Podniosła na niego spojrzenie, zaciskając na chwilę usta po krótkim westchnięciu, jakbym zdumiona tym, o co ją właściwie żartami posądzał. Całkiem odzwyczaiła się od takich rozmów, trupy zwykle się nie odzywały. - Dopóki nie dasz mi powodu, to smarki smoka zostawmy na inną okazję.
Zabrała się do pracy, ostrożnie postępując z kończyną, aby w jakikolwiek sposób ułatwić mu życie. Nie działa szybko, chcąc unikać pracy z pełnym rozhisteryzowanych czarodziejów otoczeniem, wśród których nawet te gile nie były takie złe.
- Ah tak. - nie wnikała, nie zadawała pytań, całkiem pochłonięta odpowiednim ułożeniem, zanim rzuciła zaklęcie. Życie i postępki czarodzieja nie były jej sprawą, podobnie jak powody uczestniczenia w tym nieszczęsnym Marszu. Oczekiwał od niej pomocy, czuła to w jego spojrzeniu i w brzmieniu jego głosu, co wywołało u niej wewnętrzny konflikt, czy właściwie miała ku temu powód. Owszem nie byłoby problemem zabranie go stąd, bo Cynthię w biurze lubili — szczególnie dlatego, że jej nie znali i zawsze była dokładna w tym, co robiła, nosząc przy okazji odrobinę naiwny, pocieszny uśmiech. Nienawidziła go, ale przynosił korzyści. Czy Yaxley mógł jej przynieść korzyść i kiedyś spłacić przysługę?
Cofnęła dłonie, gdy jego ręka była gotowa. Wpatrywała się w niego w bezruchu i milczeniu, niemal natychmiast odszukując jego spojrzenia.
- Pani Cassandro? - zawołała nagle do pracownicy, odwracając głowę w jej stronę, przywdziewając miły i serdeczny uśmiech na swoją bladą buzię, a do tego niewinnie zgarniając kosmyk włosów za ucho. - Muszę go zabrać ze sobą, potrzebuje pomocy. Znalazł się tu przypadkiem, wpadł w sam środek tych okropnych wydarzeń, gdy robił zakupy. To mój dobry znajomy. Ah, czy to ta bransoletka? Jest naprawdę przepiękna. - podniosła się żywo z miejsca, obserwując nadgarstek kobiety i prawiąc jeszcze kilka komplementów. Stare czarownice były na nie łase, a Cynthia wiedziała, że ostatnio miała problemy z mężem i ten sprawił żonie podarek w ramach przeprosin. Łatwo było odwrócić uwagę od ważnych rzeczy, gdy się słuchało i obserwowało innych. - Przyniosę jutro pączki, to Pani mi wszystko opowie podczas przerwy na kawę!
Zakończyła po kilku minutach, odwracając się do Yaxleya i wyciągając rękę w jego stronę, spoważniała, znów wzdychając. - Chodź, musimy się Tobą zająć. To nie może czekać, bo odbije się na Twoim zdrowiu.
Zdecydowanie był jej coś winien.
Nie zależało mu na zawieraniu licznych znajomości. Nie starał się na siłę wynajdywać kolejnych. Theon od ludzi co prawda nie stronił, ale wychodził tutaj zarazem z założenia, że jeśli uda się z kimś znaleźć wspólny język, to wszystko potoczy się... jakoś tak samo z siebie. Ludzi zawsze ciągnęło w kierunku tych, przy których mogli czuć się względnie swobodnie, komfortowo; z którymi łączyły ich podobne zainteresowania czy poglądy. Zdecydowanie łatwiej przychodziło wówczas podtrzymanie takiej relacji. Dbanie o nią. Z Cynthią nigdy nie było mu jakoś szczególnie po drodze. Kojarzył Flintówne, można powiedzieć, że znał ale... nie obracali się w tych samych kręgach, przynajmniej nie do końca, nie posiadali zbyt wielu wspólnych znajomych. Ta znajomość była więc bardzo luźna, w znacznej mierzę opierająca się o wydaje mi się bądź sprawia wrażenie. Obraz drugiej osoby był więc nie do końca jasny, momentami zamazany, zniekształcony.
Nie do końca zgodny z tym, jak przedstawiała się rzeczywistość.
- W takim razie mam nadzieje, że dorzucisz do tego coś na pocieszenie. - nadal nie odrywał od niej spojrzenia, choć też w jakimś stopniu pozostawał czujny, zwracał uwagę na to, co działo się w najbliższym otoczeniu. Obserwując go można było odnieść wrażenie, że bardzo chętnie wziąłby stąd nogi za pas. Sytuacja jednak nie bardzo na to pozwalała. Problem z kończyną sprawy do pewnego stopnia skomplikował. - Eklerki byłyby dobre na początek... takie czekoladowe. - czy mówił o tym na poważnie? Jak najbardziej. Kiedy chodziło o jedzenie, Theon zawsze był poważny. Nie miało większego znaczenia to, w jakich okolicznościach temat wypłynął. Chociażby teraz, kiedy przez cały czas miał nadzieje na drobny cud, uniknięcie brygadzistów bądź aurorów.
Liczył na to, że Cynthia okaże się w tym przypadku kimś, kto pomoże mu się z tego wszystkiego jakoś wyplątać. Nie znali się zbyt dobrze, ale na tyle, żeby był skłonny zaryzykować. Nigdy nie zaszli sobie za skórę. Nie było pomiędzy nimi większych czy mniejszych nieporozumień. Tym samym Flintówna nie miała powodu mu szkodzić, tak samo jak pomagać. Gra była warta świeczki?
Taką miał nadzieje.
Odetchnął z ulgą, kiedy zorientował się, że ryzyko się opłaciło. Starał się za bardzo nie wychylać, nie zwracać na siebie większej uwagi. Zaprezentować się jako ktoś niewinny. Przypadkowa ofiara, jak go przedstawiła Cynthia. Nie było to szczególnie łatwe, kiedy człowiek mierzył ponad dwa metry, ale misiek też czasem potrafił być niepozorny.
Choć może niekoniecznie tyczyło się to niedźwiedzia grizzly.
- Jasne.
Nieco niezgrabnie podniósł się z dotychczasowego miejsca. Przeszkadzało mu to, że w całym tym procesie podnoszenia się, nie mógł podeprzeć się swoją prawą ręką. Było to jakieś takie bardziej dla niego naturalne. Pozwolił na to, żeby Cynthia poprowadziła go przez tłum, przeciągnęła pomiędzy rannymi czarodziejami, aurorami, brygadzistami, a także medykami, starającymi się pomóc każdemu, kto pomocy potrzebował. I oczywiście mógł ją otrzymać tu, na miejscu, bez konieczności wizyty chociażby w szpitalu.
- Mam nadzieje, że dobrze sobie wybrałem lekarza. Nie chciałbym dodatkowo do tej ręki skończyć z wielkimi krostami na całej twarzy, wiesz? - po tym, jak pokonali kilka pierwszych metrów, pozwolił sobie kolejny raz do niej zagadać. Na dłuższą metę nie potrafił usiedzieć cicho.
Jego słowa sprawiły, że na ułamek sekundy uniosła brew, jakby niezdecydowana, jak je odebrać. Osoba tnąca zwłoki i ważąca ich serca zwykle nie była kojarzona z czymś takim jak pocieszenie. Wydała z siebie ciche mruknięcie zastanowienia, które zginęło jednak w hałasach i szlochach dookoła. Ulica Pokątna była zrujnowana i brudna, ale wciąż tętniła życiem. Odwzajemniła jego spojrzenie znów bezpośrednio, pozwalając sobie na chwilę znów zatonąć w głębi tęczówek. To był chyba jej ulubiony moment rozmów z ludźmi, gdy widzieli się oko w oko, nie twarzą w twarz.
- Kieliszek wina i sałatka? - rzuciła z delikatnym wzruszeniem ramion, prostując się na zajmowanym przez siebie stołeczku. Nie miała pojęcia, co mogłoby go pocieszyć lub umilić mu proces odrostu tych nieszczęsnych kości. Mimowolnie uśmiechnęła się pod nosem na słowa o eklerkach, które brzmiały jak życzenie młodego chłopca na poprawę humoru. Kiedy ona ostatnio pomyślała o czymś tak błahym i prostym na poprawę humoru? Ujmujące. - Dobrze, niech będą eklerki.
Niespokojne iskierki w oczach nie umknęły jej uwadze i być może były powodem, dla którego zdecydowała się mu pomóc. Może chciała przysługę? Może po prostu uznała, że ma na to ochotę, trudno było stwierdzić. Nie miała pojęcia, co ukrywał i co tu robił, wiedząc, że nie powinna pytać. Każdy miał swoje życie i swoje sprawy. Pozostało tylko mieć Cynthii nadzieję, że jutro nie zobaczy za nim listu gończego, bo mogłoby to się odbić na jej karierze, jeśli tak by pomogła stąd uciec.
Podjęła już jednak decyzję, konsekwencję weźmie na klatkę.
Uśmiechała się więc, czarując słodkim kłamstwem i uderzając w punkty, które były wartymi uderzenia w stojącej przed nią kobiecie. Ludzi nie było trudno owinąć sobie wokół palca, zwłaszcza gdy uznali się za lepszych od osoby, z którą prowadzili konwersację. Posłała mu krótkie spojrzenie, gdy ich puściła i mogli ruszyć dalej. Nikt ich nie zaczepiał, a gdy uznała wzrok mijanych ludzi za zbyt wścibski lub podejrzliwy, uśmiechała się i rzucała jakiś komentarz, biorąc go nawet pod zdrową rękę, jakby była niesamowicie przejęta jego obrażeniami.
- Mogłabym Ci zrobić gorsze rzeczy niż te krosty. Pamiętaj, że chociaż skończyłam uzdrawianie i miałam staż w szpitalu, ostatecznie pracuję z trupami. A one wiele nie mówią o moich metodach i ich efektach.
Ciężko było stwierdzić, czy żartowała, czy mówiła poważnie. Weszli w jedną z bocznych alejek, a Cynthia rozejrzała się dookoła. Nie było w zasięgu spojrzenia nikogo, komu mogłaby zgłosić swoją obecną pozycję i raport z tego, komu i z czym pomogła po tym nieszczęsnym marszu, więc uznała, że najlepszym sposobem będzie wysłanie listu, gdziekolwiek dotrą. Wyciągnęła dłoń w jego stronę, aby mogli się teleportować. Pomimo tego, że sama nie była niska i miała obcasy, Theon był olbrzymi, więc musiała zadrzeć odrobinę głowę, aby zobaczyć jego twarz. - Gotowy? Dokąd Cię zabrać?
Nie miało dla niego większego znaczenia to, czym Cynthia się zajmowała. Wśród swoich bliskich znajomych Theon miał koronerke, będącą na dokładkę kobietą dość specyficzną. Nietypową. Do pewnych rzeczy zdążył już przywyknąć. Biuro koronera miał okazje całkiem nieźle poznać. Wielokrotnie tam zaglądał. Zdarzało mu się nawet zjadać tam swoje drugie śniadanie. Albo podkradać jedzenie, które do pracy zabierała ze sobą Lycoris. Zgodnie ze sprawdzoną, starą zasadą, że kradzione smakuje lepiej niż własne.
- Kompletnie nie znasz się na pocieszaniu. - zawyrokował. Sałatka i kieliszek wina? Sałatka to byłaby dobra dla królika. I to pod warunkiem, że ten nie byłby za bardzo wybredny. Wino natomiast nadawało się tylko i wyłącznie dla kobiet. Możliwe, że zabrzmiał przy tym trochę jak takie rozkapryszone dziecko, ale hej! Był ranny. A rana była z tych naprawdę poważnych, możliwe nawet, że śmiertelnych, gdyby nie uzyskał szybko niezbędnej pomocy. Zasługiwał w tym przypadku na coś lepszego; coś co mogłoby pomóc przetrwać najbliższe godziny. Zwłaszcza, że te nie miały należeć do najprzyjemniejszych.
Całe szczęście, udało się wynegocjować eklerki.
Nie zamierzał dzielić się z nią informacjami dotyczącymi tego co tutaj robił, czym konkretnie się zajmował. O ile nie byłoby to z jakiś względów niezbędne, wolał pewne rzeczy zachować wyłącznie dla samego siebie. Tak było bezpieczniej. Tym sposobem nie narażał innych ludzi, którzy w całe te zamieszanie byli zamieszani.
A było ich całkiem sporo.
W pewnych kwestiach, miał to nieszczęście, był całkiem nieźle zorientowany.
- Nie wiem czy potrafię sobie te znacznie gorsze rzeczy wyobrazić. - odpowiedział, dość lekko jak na sposób wypowiedzi Cynthii. Sam nie był w stanie określić, na ile było w tym powagi. Nie znał Flintówny wystarczająco dobrze, żeby móc to ocenić. Wolał jednak uznać, że nie była to żadna groźba albo ostrzeżenie. - Powinienem nauczyć się nekromancji, żeby dowiedzieć się na ten temat czegoś konkretnego?
Niekoniecznie interesowała go ta dziedzina magii, ale nigdy nie uważał, żeby była czymś niewłaściwym. Potrafił zrozumieć, że zdarzały się sytuacje, kiedy mogła okazać się naprawdę przydatna; kiedy cel uświęcał środki. Nie odstręczały go tym samym tego rodzaju żarty. Nie widział w tym niczego niestosownego.
Zresztą - czy takie podejście nie byłoby typowe co najwyżej dla kogoś o bardziej radykalnym podejściu do tego tematu?
- Mówiłaś, że do wyboru mam wizytę w Mungu lub u Ciebie? - zapytał, reagując na jej słowa. - Jeśli ta druga opcja faktycznie wchodzi w grę, to chyba byłoby lepiej, gdybym nie pojawił się w szpitalu. - postawił sprawę jasno, ale niczego na niej nie wymuszał. Jeśli będzie wolała rozegrać to w taki sposób, będzie musiał sobie po prostu poradzić. I tyle. Jakoś to będzie. Czasami odrobina uroku potrafiła być naprawdę pomocna. A kto jak kto, ale Theon potrafił sprawiać wrażenie kompletnie nieszkodliwego, dużego dziecka. Tego nie można było mu odmówić.
Może dlatego, że w jakiejś części faktycznie nim był?
Cholera jedna wie.
Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości