• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[03.08.72] It's a family matter| Annaleigh & Louvain

[03.08.72] It's a family matter| Annaleigh & Louvain
Pani doktor
Don't touch my crown with your flithy hands
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Jasne, krótkie włosy okalają wręcz niezdrowo baldą twarz. Patrzą na ciebie szarozielone oczy, zwykle wyrażające znudzenie, choć potafią czasem rozbłysnąć, gdy ich włąścicielka uzna coś za interesujące. Wąskie wargi rzadko kiedy zdobi usmiech, szczególnie ten szczery. Jest szczupła, doś wysoka, ma 170 centymetrów wzrostu. Zwylke ubrana elagancko, acz wygodnie. Woli spodnie od sukienek czy spódnic, z drugej strony częsciej dojrzy się ja w koszuli i marynarce niż w swetrze. Wybiera raczej ciemne oraz stonowane kolory. Wielbicielka delikatnej biżuterii, szczególnie tej wykonanej ze srebra i pereł. Unois się za nią zpach ziół, a także ciężkich perfum o nucie opium.

Annaleigh Dolohov
#1
21.04.2024, 22:04  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.07.2024, 16:30 przez Annaleigh Dolohov.)  
03.08.1972
Maida Vale

Od jakiegoś czasu zdecydowanie częściej można było ją spotkać w Maida Vale, niż w jej obecnym domu. Nic dziwnego. Cała sprawa z Vakelem sprowadziła na jej życie wiele niezbyt przyjemnych zmian. Między innymi sprawiła, że w miejscu które stanowiło do niedawna jedną z jej bezpiecznych przystani, przestała być po prostu mile widziana.
A jednak wracała tam niemal codziennie po pracy, lądowała w swoim nowym pokoju i udawała, że jej małżeństwo wcale nie popadło w kompletną ruinę. Wszystko dla zachowania właściwych pozorów.
Czasami miała jednak dość pustki, urozmaicanej jedynie nienawistnymi spojrzeniami. Męczyło ją to. Dlatego w dni wolne wolała zwykle przenieś się w miejsce, gdzie była chociaż tolerowana przez resztę domowników. Potrzebowała choć odrobiny bezpieczeństwa, szczególnie po tym, jak musiała lekko przycichnąć przez włamanie i cóż, prawie porwanie jej z gabinetu.
Od razu wiedziała, że będą z tego kłopoty, ale ludzie mieli tendencję do tego, by jej nie słuchać. A potem kończyło się to tak, jak kończyło.
Siedziała w jednym ze swoich ulubionych foteli, obok niej parowała filiżanka z ziołową mieszanką o intensywnym zapachu, na którą składał się tymianek i szałwia.
Nadal było jej dziwnie z tym, że nikt nie czekał aż skończy, by odczytać jej przyszłość z fusów. Mała rzecz, a wyrwanie jej z codzienności wprawiała ją w dyskomfort.
W ręce miała wyświechtaną już przez czas książkę o ziołach leczniczych i ich wykorzystaniu w eliksirowarstwie. Znała ją niemal na pamięć, miała jednak wiele pięknych ilustracji, które lubiła oglądać. Często wracała do tej pozycji, czując komfort w znajomych frazach.
Siedziała tak, zagubiona we lekturze, która odwracała uwagę od własnych myśli, które ostatnio pędziły dla niej zbyt szybko. Powinna w końcu zdecydować, co miała zrobić w sprawie jej felernego małżeństwa, było to dla niej jednak trudne. Co było właściwe w tej sytuacji? Co jak najmniej zaszkodzi obu rodom? Jakiej wymówki użyć?
Miała co prawda pewne pomysły, nie chciała jednak decydować zbyt szybko.
Zawsze wszystko musiała skrzętnie przemyśleć i zabezpieczyć się na ewentualne niespodzianki, którymi mogła dostać w twarz.
Choć czasami zdarzały się takie, które mogłaby sklasyfikować jako miłe. Tak jak spotkanie swojego młodszego brata, który wszedł do biblioteki.
- Dzień dobry Louvain. Miło cię widzieć. - Uśmiechnęła się znad książki, zaraz jednak do niej wróciła, nie chcąc przeszkadzać. Zawsze taka była. Odsuwała się na bok, tak, by nikomu nie zawadzać, jeśli nikt jej nie potrzebował.
Niczym cichy strażnik rodziny, który gotowy był stawić się na wezwanie zawsze, jeśli ktoś go potrzebował.
evil twink
i ain't got no type
bad witches
is the thing that I like
wiek
26
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Asystent sędziny
Zimna cera i jeszcze chłodniejsze spojrzenie. Kruczoczarne włosy i onyksowe tęczówki bardzo wyraźnie kontrastują ze skórą bladą jak kreda. Buta oraz wyższość wylewa się z każdego gestu i słowa. Mierzy 187 centymetrów o szczupłej sylwetce, która coś jeszcze pamięta ze sportowych czasów. W godzinach pracy zawsze ubrany elegancko, zaczesany, a swoje tatuaże ukrywa pod zaklęciami transmutacji. Po godzinach najczęściej nosi się w skórzanych kurtkach i ciężkich butach.

Louvain Lestrange
#2
12.05.2024, 14:44  ✶  

I on również, ostatnimi czasy kręcił się sporo po Lestrangowej rezydencji, o wiele częściej niż miał w zwyczaju. Od tygodnia na wiecznym rauszu, bo nie potrafił inaczej radzić sobie ze swoim bałaganem w głowie. Myśl o rodzicielstwie i to z najlepszą przyjaciółką, która w rzeczywistości, tak naprawdę jeszcze od czasów szkolnych kochała się nie w nim, a w Lorettcie, przyprawiała go od parzące od wnętrza poczucie wstydu. Z butelczyną wina, włóczył się wieczorami po pokojach i korytarzach. Najwięcej czasu spędzał w dziecięcej bawialni, w tej której dzielił zabawki z bliźniaczką, zanim jeszcze potrafił latać na miotle. Wracanie wspomnieniami do tamtych beztroskich czasów, pozwalało mu chociaż odrobinę załagodzić mętlik w jego głowie. Tutaj nie musiał się martwić tym, że zasypiał na byle fotelu, czy kanapie w przejściu. I tak budził się we własnym łóżku, dzięki wysiłkowi skrzatów. Nawet kiedy zdarzyło mu się przesadzić któregoś wieczoru z winem, te same istoty zacierały dowody, kiedy Louvainowi zdarzyło się ulać z raz, czy dwa.

Cóż za paskudny dylemat moralny nosił pod sercem. Z jednej strony rozsądek podpowiadał mu, że nie powinien przyznawać się do swojego syna, narobiłby mu tym tylko więcej szkód, niż pożytku. Zresztą z Severine nie byli w stanie stworzyć odpowiedniej dla dziecka rodziny, przecież nie było między nimi prawdziwego uczucia. Jak mógłby nauczyć swojego syna miłości, skoro nawet rodzice nie potrafią pokochać siebie nawzajem? Z drugiej zaś strony jakieś dziwaczne poczucie dumy krzyczało by wziął na barki odpowiedzialność za swoje decyzje. Nawet jeśli wydawało się to bezcelowe i beznadziejne, to jakaś cząstka jego wyniosłej części siebie liczyła na to, że zachowa się jak prawdziwy rycerz. Że zgarnie pod pachę Severine oraz Atticusa i zbudują szczęśliwą rodzinę od podstaw. Jednak co z tego, skoro zarówno Louvain jak i Crouch nie chcieli takiego życia ani za grosz. Cholera, on nawet nie zdążył się tym z nikim podzielić. Nie miał odwagi przyznać się przed Cynthią, bo szczerze bał się jak na to zareaguje, a sytuacja między nimi i tak była mocno skomplikowana. Do Loretty nawet nie zamierzał iść, nie po tym co odwaliła na pojedynku oraz na afterparty.

Na szczęście w tym domu żyły jeszcze osoby na tyle dojrzałe, by powiedzieć mu, albo chociaż doradzić co powinien zrobić w tej sytuacji. Dlatego kiedy tylko dowiedział się od skrzatów, że Aneczka również gdzieś tu się kręci, nawet nie wahał się przez chwilę. Ojciec zawsze powtarzał; nic ponad, jak więzy krwi.

Do biblioteki wkroczył już "odpowiednio nawodniony". Lewym ramieniem przylgnął do ściany, nie idąc, a właściwie sunąć po niej do celu, by łatwiej było utrzymać stabilność. Oczy podkrążone, spierzchnięte usta i zmęczone, ciężkie powieki wyraźnie dawały do zrozumienia, że jego walka o nietrzeźwość trwała już tyle co pełen maraton. - Wi... - zaczął, ale przerwał po pierwszej sylabie, czując jak zachrypnięty głos zadrżał na jego strunach. Odchrząknął głośno. - Ciebie również Aneczko... - poprawił się, choć głos miał błędny, podobnie jak wzrok zawieszony na swojej siostrze. Oparł się o jeden z regałów biblioteki i w tym samym momencie jedna książka z wyższych półek spadła na podłogę, tuż obok niego. Zerknął niby od niechcenia, ale machnął na nią ręką niezgrabnym gestem.

- Ty też się przed czymś ukrywasz? - wydusił w końcu z siebie po chwili milczącego wpatrywania się w Annaleigh. Skrzyżował ręce na piersi, a na twarzy wymalował mu się płaski uśmiech z kategorii tych bardziej mało zręcznych. Może i był podpitym gamoniem, ale dobrze wiedział, że każde z rodzeństwa już dawno zresztą miało własne domy. Nikt z własnej woli nie przychodził do rezydencji częściej, niż święta i przyjęcia okolicznościowe, od tak, żeby posiedzieć nad książką.

Pani doktor
Don't touch my crown with your flithy hands
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Jasne, krótkie włosy okalają wręcz niezdrowo baldą twarz. Patrzą na ciebie szarozielone oczy, zwykle wyrażające znudzenie, choć potafią czasem rozbłysnąć, gdy ich włąścicielka uzna coś za interesujące. Wąskie wargi rzadko kiedy zdobi usmiech, szczególnie ten szczery. Jest szczupła, doś wysoka, ma 170 centymetrów wzrostu. Zwylke ubrana elagancko, acz wygodnie. Woli spodnie od sukienek czy spódnic, z drugej strony częsciej dojrzy się ja w koszuli i marynarce niż w swetrze. Wybiera raczej ciemne oraz stonowane kolory. Wielbicielka delikatnej biżuterii, szczególnie tej wykonanej ze srebra i pereł. Unois się za nią zpach ziół, a także ciężkich perfum o nucie opium.

Annaleigh Dolohov
#3
19.05.2024, 16:09  ✶  
Wejście Louvaina, cóż, nie należało do najzgrabniejszych. Wiedziała, że jej brat także okupuje posiadłość, skrzaty zresztą nawet pokusiły się o poinformowanie, że młody panicz nie czuje się najlepiej, naiwnie jednak nie przypuszczała, że chodziło o upojenie się do tego stopnia, że nie potrafił nawet prosto stanąć.
Przemknęła przez nią na ten widok chwilowa złość.
A  potem szybko uleciała, gdy przypomniała sobie o tych wszystkich samotnych wieczorach, podczas których miała po prostu ochotę sięgnąć po jedną z najlepszych butelek wina która mieli w piwnicy i na chwilę zapomnieć o wszystkim, co ostatecznie na siebie zrzuciła.
Nawet jeśli tak naprawdę ze względu na swój stan zdrowia nigdy nie piła więcej niż jeden kurtuazyjny kieliszek dla ewentualnego dotrzymania towarzystwa ewentualnym gościom.
To jednak prowadziło do kolejnej kwestii.
Coś się stało.
Z cichym westchnieniem odłożyła książkę, nawet nie próbując zaznaczać, gdzie ją skończyła. Nie było sensu, gdy znała jej strony niemal na pamięć. Zamiast tego przysunęła machnięciem różdżki kolejny z foteli bliżej stoliczka, na którym stała jej herbata.
- Usiądź, następnym razem strącona książka spadnie na ciebie i zrobisz sobie krzywdę. - Mówiła, by po chwili wezwać skrzata. Wysłała go po jeden ze swoich specyfików, który trzymała w zapasie zarówno w domu rodzinnym, jak i w posiadłości Dolohovów. Powinien złagodzić późniejsze skutki spożycia alkoholu. Lepiej było wstać rano żywym, niż spędzić kolejny dzień w cierpieniu.
I chyba lekko nawet pożałowała tej troski, szczególnie gdy została jej wytkniętą, cóż, oczywistość. Widać nawet pijany umysł potrafił połączyć jej rzeczywiście niezwykłe zachowanie z tym, co działo się w jej życiu. Wiedziała, że niektórych sekretów nie da się trzymać zbyt długo, choć tak bardzo by chciała.
Upiła spokojnie łyk herbaty, jej zmarszczone brwi i czoło mogły jednak zdradzić, że Louvain trafił w dziesiątkę.
- Ostatnio… To miejsce wydaje się najprzyjaźniejsze. - Wydusiła w końcu, czekając, aż skrzat nie pojawił się z odpowiednią fiolką i szklanką. Kazała położyć wszystko na stoliku, po czym wskazała na specyfik dłonią.
- Wypij, jutro będziesz dzięki temu normalnie funkcjonował. - Zaleciła, po czym zamilkła, zastanawiając się, co powinna teraz zrobić. Mogła obchodzić się z Louvainem delikatnie, wziąć go pod włos lub rzucić kilka bezsensownych słów pocieszenia nie wtrącając się zbytnio w prywatne sprawy jej dorosłego tak naprawdę już brata. Mogła.
Tylko że to wcale nie był jej styl.
- Przed czym ty uciekasz, jeśli mam prawo wiedzieć? - zapytała z surową bezpośredniością, bez żadnych gierek.
evil twink
i ain't got no type
bad witches
is the thing that I like
wiek
26
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Asystent sędziny
Zimna cera i jeszcze chłodniejsze spojrzenie. Kruczoczarne włosy i onyksowe tęczówki bardzo wyraźnie kontrastują ze skórą bladą jak kreda. Buta oraz wyższość wylewa się z każdego gestu i słowa. Mierzy 187 centymetrów o szczupłej sylwetce, która coś jeszcze pamięta ze sportowych czasów. W godzinach pracy zawsze ubrany elegancko, zaczesany, a swoje tatuaże ukrywa pod zaklęciami transmutacji. Po godzinach najczęściej nosi się w skórzanych kurtkach i ciężkich butach.

Louvain Lestrange
#4
26.05.2024, 22:34  ✶  

Miał bardzo luźny i spontaniczny stosunek do swoich obowiązków, w tym także służbowych, więc oprócz osobistej godności nie miał wiele powodów żeby wracać do trzeźwości. Przynajmniej tych powodów od zdrowego rozsądku. I nie zdziwiłby się gdyby za niedługo wypieprzyliby go z pracy w ministerstwie na zbity pysk. Co rusz tylko szukał wymówek i wykrętów, żeby tylko nie pojawiać się w biurze świstoklików. O wiele bardziej przejmowały go najnowsze obowiązki, które spadły na niego wraz z nową funkcją pełnioną przed Czarnym Panem. Przy nich, robota urzędasa z przyjmowaniem petentów i wypełnianiem druczków była wręcz komiczna. Ta dawna iskra do pracy organicznej, by powolutku piąć się po szczeblach kariery coraz szybciej w nim umierała. Nie wiedział w tym większego sensu, odkąd praca i obowiązki w konspiracji śmierciożerców zajmowała jego myśli praktycznie codziennie. Kiedy siedział przy tym swoim biureczku widział jakie to małe i nieznaczne w perspektywie budowania czarnej rewolucji.

No, ale wiadomość o dziecku totalnie wybiła go rytmu, a nie widząc innej możliwości na poradzenie sobie z własnymi emocjami uderzał w alkohol, a gdyby nie ten zatarg z narzeczonym Loretty i jego szwagierką, to zniżyłby się do jeszcze mocniejszych używek. Na szczęście tamte Mulcibery zbyt mocno dawały mu do zrozumienia, że dno jest jest jeszcze głębiej, niż mogłoby się wydawać. Gdyby jeszcze zaczął ćpać jak ten romski tabor, nie potrafiłby sobie już nigdy spojrzeć w twarz.

- Masz rację. Zawsze mnie odrzucało na widok książek. - odparł rzucając przy tym głupkowaty uśmiech. Nie zamierzał się zbyt stanowczo sprzeciwiać siostrze, jakby podświadomie miał zaprogramowane, że starsza siostra to rozsądek, więc należy się słuchać. Zresztą przyszedł tu po pomoc, więc w obecnej sytuacji zwyczajnie się posłuchał. Oderwał plecy od regały i dość ociężałym ruchem przesunął się na wskazany mu zaklęciem fotel. Na stwierdzenie o bezpiecznej przystani w ich rezydencji, od razu pokiwał twierdząco głową. Nawet jeśli mógł zobaczyć na twarzy Annaleigh i w jej mimice, że trafnie obstawił genezę przebywania jej tutaj, to żadne tego typu, przebiegła myśl nie przeszła mu przez głowę. Zbyt bardzo był przejęty tym co doskwiera mu samemu. No i był zbyt otępiony alkoholem, żeby wyciągać więcej wniosków, niż te które wpadły mu do głowy szukając starszej siostrzyczki po domostwie.

- Kiedy ja nie zamierzam tak szybko odpuszczać. - odrzucił z zadziornym uśmieszkiem. Oj tak, w tym stanie głupkowate żarty przychodziły mu z ogromną łatwością. Niemniej jednak sięgnął po flakonik z magicznym specyfikiem. W drugiej wciąż trzymał butelkę wina i przez chwilę przyglądał się jednej i drugiej, jakby warzył w myślach wszystkie za i przeciw, najtrudniejszego wyboru jaki mu dzisiaj przyszło rozstrzygnąć. Jednocześnie wykrzywił usta w mało zgrabny grymas, wydając z siebie długi, marudny dźwięk. W końcu jednak wybrał rozsądek, a odstawiając butelkę wina pocałował ją w szyjkę, jakby rozstawał się właśnie ze swoją wybranką. Oczywiście zerknął ukradkiem na Annaleigh, by zobaczyć jak bardzo mogłaby być zażenowana jego teatrzykiem, no ale cóż. Taki właśnie był ten jej braciszek.

Łyknął szybko całą zawartość lekarstwa, z przyzwyczajenia, że lekarstwa nigdy nie smakowały lepiej od najgorszego wina. Jednak wciąż miał na podniebieniu cierpki posmak wina, więc nawet nie musiał się specjalnie krzywić przy konsumpcji. Westchnął ciężko kiedy w końcu padło to pytanie od Aneczki. Oparł ciężką głowę na rękach, a łokcie na oparciach fotelu, wzrok wbijając gdzieś w podłogę.

- Przed konsekwencjami, cholera, a przed czym innym może uciekać facet... - rzucił przewracając oczami z boku na bok. - Codziennie podejmuje dziesiątki decyzji, a zawsze te najbardziej spontaniczne wracają do mnie z uderzeniem. - dodał zniesmaczony tym do czego zaraz będzie musiał się przyznać. Ukrywanie się za żartami było wiele wygodniejsze, niż żenujący moment przyznania się do nieprzemyślanych decyzji. Jednak zanim, jeszcze raz przerzucił wzrok na siostrę, szukając w jej oczach czegoś chociaż na kształt przypominającego, wsparcie, albo chociaż zrozumienie.

Pani doktor
Don't touch my crown with your flithy hands
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Jasne, krótkie włosy okalają wręcz niezdrowo baldą twarz. Patrzą na ciebie szarozielone oczy, zwykle wyrażające znudzenie, choć potafią czasem rozbłysnąć, gdy ich włąścicielka uzna coś za interesujące. Wąskie wargi rzadko kiedy zdobi usmiech, szczególnie ten szczery. Jest szczupła, doś wysoka, ma 170 centymetrów wzrostu. Zwylke ubrana elagancko, acz wygodnie. Woli spodnie od sukienek czy spódnic, z drugej strony częsciej dojrzy się ja w koszuli i marynarce niż w swetrze. Wybiera raczej ciemne oraz stonowane kolory. Wielbicielka delikatnej biżuterii, szczególnie tej wykonanej ze srebra i pereł. Unois się za nią zpach ziół, a także ciężkich perfum o nucie opium.

Annaleigh Dolohov
#5
02.06.2024, 15:56  ✶  
Annie również służbę Czarnemu Panu uznawała za jedną z ważniejszych aktualnie misji w swoim życiu, miała jednak świadomość, że choć stanowiła teraz większą jego część, tak nie jedyną. Jeśli kiedykolwiek mogłaby być przed kimś szczera, a o to aktualnie było trudno, na najważniejszym miejscu zawsze postawiłaby własną rodzinę, nie ideologię. Tę drugą przyjęła ze względu właśnie na dwa czystokrwiste rody, których była częścią i za które czuła się odpowiedzialna.
Był to więc jeden z powodów, dla których, mimo konieczności zjawienia się zawsze wtedy, gdy Czarny Pan wezwie, kontynuowała swoje życie w formie większości niezmienionej. Choć nie jedyny.
Doskonale wiedziała w końcu, że praca w odpowiednim miejscu oznacza dostęp do znacznej ilości osób, plotek, wiadomości i środków, które w innej sytuacji przeszłyby im koło nosa. Nie była czysto człowiekiem akcji. Wolała zawsze podchodzić do spraw z rozwagą, planem i odpowiednio przygotowana. Jej status szanowanego lekarza dawał jej dostęp do pacjentów, ale także ograniczał podejrzliwość w kwestii kupowania pewnych składników, czy wytwarzania pewnych eliksirów, chociażby w ramach prowadzenia małych badań.
Praca ze świstoklikami była w jej oczach niezwykle ważna.
Możliwość posiadania jednego, który umknął by rejestracji, lub zostałby przypisany innemu nazwisku… Cóż, widać nawet zwykły urzędnik miał w rękach wielką władzę, choć mógł jej nie doceniać. Nie o tym jednak mieli dziś rozmawiać.
Westchnęła, gdy jej brat w końcu ruszył ku stolikowi, w stanie gorszym niż, przypuszczała. Usta zacisnęły się w wąską linię, czoło przecięła zmarszczka zmartwienia, czuła jednak ulgę, że znajdowali się tu, w bezpiecznych czterech ścianach, a nie gdzieś w jakiejś podejrzanej spelunie. To oznaczało, że Louvain zachował resztki rozsądku. Choć pewnie w tej chwili zaprzeczał by, że go posiadał.
- Miejmy nadzieję, że ta allergia na wiedzę kiedyś zostanie wyleczona. Nasz świat by na tym zyskał - mruknęła, zerkając na odłożony wolumin.
Wiedziała, że to koniec spokojnego wieczoru, wiedziała jednak, że powinna cenić to, iż rodzeństwo przychodziło z troskami prosto do niej, ufając jej na tyle, że znajdzie rozwiązanie problemu. Ceniła to. Czuła się potrzebna.
Uniosła więc tylko więc brwi, na popisy młodszego brata, czekając aż skończy. Był niezwykle teatralny, jakby starała się odwrócić uwagę, tym swoją,od problemów, które go dręczyły. Była cierpliwa. Choć na pocałunek z butelką nie mogła się powstrzymać przed przewróceniem oczami. Wiedziała jednak, że nie ma co dyskutować z osobą w stanie tak poważnego upojenia. I tak to nic nie da.
Poczekała aż jej brat posłusznie zażyje lekarstwo, po czym sama upiła łyk herbaty. Czasami zastanawiała się, czy on i Loretta w ogóle kiedyś dorośli, czy jednak zatrzymali się na etapie absolwentów Hogwartu. W jej oczach w końcu nadal byli niemalże nastolatkami.
Choć widać mieli dorosłe problemy.
Znów westchnęła, widząc, że sprawa była raczej poważna. Oparła jedną z rąk na stole i oparła na niej głowę, tracą trochę surowego wyrazu. Zmarszczyła brwi.
- Każdy popełnia błędy - nawet ona, co przyjmowała z trudem. - To część życia. I jeśli mało ważne jest to, co do nich doprowadziło, tak liczy się, jak je naprawimy. A jeśli cię to przerasta, zawsze możesz prosić o radę, szczególnie kogoś z nas. - Także ją. Louvain musiał już wiedzieć, że nigdy nie odmówiłaby komukolwiek z rodzeństwa pomocy. - A teraz mów o co dokładnie chodzi. Może się zdenerwuję, ale nie zostawię cię samego nawet z największą katastrofą.
evil twink
i ain't got no type
bad witches
is the thing that I like
wiek
26
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Asystent sędziny
Zimna cera i jeszcze chłodniejsze spojrzenie. Kruczoczarne włosy i onyksowe tęczówki bardzo wyraźnie kontrastują ze skórą bladą jak kreda. Buta oraz wyższość wylewa się z każdego gestu i słowa. Mierzy 187 centymetrów o szczupłej sylwetce, która coś jeszcze pamięta ze sportowych czasów. W godzinach pracy zawsze ubrany elegancko, zaczesany, a swoje tatuaże ukrywa pod zaklęciami transmutacji. Po godzinach najczęściej nosi się w skórzanych kurtkach i ciężkich butach.

Louvain Lestrange
#6
29.07.2024, 17:57  ✶  

Pewnie gdyby tylko miał okazję spojrzeć na z boku, nieco trzeźwiejszym wzrokiem sam poczułby w żołądku palące uczucie żenady nad swoim zachowaniem. Ale cóż poradzić, nikt nigdy nie nauczył go radzić sobie z emocjami w żaden sposób, więc brał te przykłady które widział w domu, szczególnie po ojcu. I to też po nim, w swoim odczuciu, jedyną dozwoloną, negatywną emocją którą mógł uzewnętrznić była złość i to w całym swoim spektrum. Od opryskliwości, aż do agresji. Dlatego stres i smutek chował za próbą bycia dowcipnym, a alkohol choć z natury depresant, pozwalał nieco łagodzić emocjonalne bóle.

I chociaż potrafił zachować się dojrzale kiedy była tak potrzeba, prędzej w sprawach ważniejszych, niż tych płytkich, to nie myślał o sobie przesadnie w kategoriach dorosłego. Dorosła była Ann, czy Laurence, tak właśnie o nich myślał, jednak stanowczo nie on sam, czy Loretta. Wiedział o tym, bo byli bardziej zahartowani w dorosłych problemach, posiadali większe doświadczenie życiowe. Sprawiali, że wydawali się w jego oczach na lepiej przygotowanych na konfrontacje z rzeczywistością. Jednocześnie coś w ich postaciach, czy nawet w spojrzeniu sugerowało mu, że byli mniej szczęśliwi. Albo szczęście, taki zwykłe uczucie, że dobrze się im dziej, rzadziej u nich gościło. Może nie myślał o tym tak w prost, ale czuł to gdzieś wewnątrz, co sprawiało, że nigdy dorosłym nie pragnął zostać. Bo i po co, skoro życie pełnoletniego nastolatka, było takie łatwe i w większości przyjemne.

Jednak nawet jeśli starał się uciekać przed dorosłością, to ona i tak dopadła go z łatwością. Słuchał z upragnieniem tego co mówiła do niego siostra, bo było to właśnie to czego podświadomie oczekiwał, z zadziornym uśmieszkiem, ale i z podkulonym ogonem. Ciężko było nie móc pozwolić sobie na słabość, choć słaby był bardzo, a sprawy przygniatały go z każdej strony. Bo jeśli nie ratowanie Loretty z problemów, to jego własne.

Wzrok miał spuszczony, wbity we własne palce, które w nerwowym geście splatały się miedzy sobą, a on między jej zdaniami strzelał kostkami, nieświadomie próbując w ten sposób rozładować własne napięcie. Choć oczy wyrażały smutek, to usta wygięły się uśmiech, być może delikatnie rozczulony.

- Mam syna... - wyrzucił w końcu, wzdychając ciężko jakby właśnie z jego barków spadł ogromny ciężar. - Severine nazwała go Atticus, i powiedziała mi o nim raptem tydzień temu. Nie wiem co powinienem zrobić... - nakreślił, choć nie łatwo było mu o tym mówić. Nakreślił też od razu, kim jest matka jego syna, mając nadzieje, że pamięta wspólną, bo jego i Loretty koleżankę ze szkolnych lat. Ta Crouchówna, która uwielbiała zerkać w stronę Loretty i dzieliła z Lou ciężar bycia bliźniakiem tak niepokornej artystki jak właśnie Loretta. Dalej mówić, póki co, już nie mógł, jedynie podniósł nieco wzrok, choć dalej patrzył nieco spod brwi w kierunku starszej siostry, patrząc jak zareaguje na jego niuanse.

Pani doktor
Don't touch my crown with your flithy hands
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Jasne, krótkie włosy okalają wręcz niezdrowo baldą twarz. Patrzą na ciebie szarozielone oczy, zwykle wyrażające znudzenie, choć potafią czasem rozbłysnąć, gdy ich włąścicielka uzna coś za interesujące. Wąskie wargi rzadko kiedy zdobi usmiech, szczególnie ten szczery. Jest szczupła, doś wysoka, ma 170 centymetrów wzrostu. Zwylke ubrana elagancko, acz wygodnie. Woli spodnie od sukienek czy spódnic, z drugej strony częsciej dojrzy się ja w koszuli i marynarce niż w swetrze. Wybiera raczej ciemne oraz stonowane kolory. Wielbicielka delikatnej biżuterii, szczególnie tej wykonanej ze srebra i pereł. Unois się za nią zpach ziół, a także ciężkich perfum o nucie opium.

Annaleigh Dolohov
#7
21.08.2024, 16:52  ✶  
Dorosłość nie była kolorowa. Czasami Annie rozumiała, że trudno było stawić jej czoła, bo ile razy i ona chciała powrócić do czasów, gdy całe dnie spędzała chłonąc wiedzę, nie przejmując się praktycznie niczym innym, tak w końcu musiała zrozumieć, że odpowiedzialność w końcu wyciągnie po ciebie swoje macki.
Zajęło jej jednak to trochę. Może jej opór przed życiem dorosłego nie był tak widoczny jak u bliźniaków, a bardziej przypominał ten Williama, który odgrodził się od rzeczywistości bezpiecznym murem, istniał jednak przez kilka lat, zanim jej matka nie zdecydowała się popchnąć jej ku małżeństwu i skierować ku nowej roli, którą nagle musiała się nauczyć odgrywać.
Przyszło z nią wiele konieczności i kilka wyrzeczeń, nowe wyzwania. A także zrozumienie tego, że nie zawsze można było żyć tylko dla samego siebie.
Nie wiedzieć kiedy stanęła nie tylko tuż przy Dolohovie na czele jego familii, ale także stała się ważnym filarem w ich rodzinie Lestrange'ów. Szczególnie wtedy, gdy najstarszy syn wycofał się po stracie żony.
Ojciec i matka patrzyli na nią z dumą, choć i niepokojem, gdy spełniała plany, które nie koniecznie jej chcieliby powierzyć. Miała być w końcu idealną córką, a czasem jej pomoc wymykała się tym ramom. To do niej często zgłaszano się z problemami i to ona często znajdowała rozwiązania problemów, prezentując sobą wszystkie możliwe wartości jej rodu, Nawet jeśli była trochę wybrakowana.
Czasami zastanawiała się jednak, czy na pewno z wszystkim sobie potrafiła poradzić. Stawała się oparciem dla innych, choć ostatnio jej życie samo zadrżało tuż przy swoich fundamentach, a ona cicho jedynie zamiatała pod siebie piasek, który zaczął się z nich sypać, tak, by jak najmniej osób zauważyło nikłe pęknięcia.
Tak ja dziś, choć sama uciekła przed ciszą domu, który coraz mniej wydawał się domem, była gotowa wysłuchać swojego brata i zrobić wszystko, co konieczne, by mu pomóc.
Widziała jego zdenerwowanie, podobne do tego, gdy musiał przyznać się w dzieciństwie, że niechcący zbił ulubiony wazon matki, aby mogli go przywrócić do pierwotnego stanu zaklęciami, a jednocześnie było w jego twarzy coś innego, czego Annie nie potrafiła określić. Uśmiech, który zdawał się nie pasować do sytuacji.
A potem Annie w końcu usłyszała co sprawiło, że jej brat postanowił praktycznie spić się do nieprzytomności. Przez jej głowę przemknęło pewne zrozumienie dla jego stanu, choć głównie zagościła w niej mała panika.
Wyprostowała się nagle, spoglądając na niego z szeroko otwartymi oczami, przez chwilę nie potrafiąc wydusić z siebie słowa. Chciała zadać kilka pytań, zanim w ogóle odzyskała głos, Louvain odpowiedział na większość.
Wzięła głęboki oddech i ścisnęła nasadę nosa kciukiem i palcem wskazującym jednej z rąk, próbując przetrawić wieści. Westchnęła, wzięła kolejny wdech i spojrzała ze zmarszczonymi, oczami na brata, by zaraz dać im błądzić po pomieszczeniu, jakby miały znaleźć odpowiedzi na to, co mogli teraz zrobić.
To nie była łatwa sytuacja. Ale wiedziała, że nie może go z tym zostawić samego, na pewno nie teraz, gdy dotyczyło to spraw tak naprawdę całej rodziny.
- Severine Crouch - wykrztusiła w końcu, smakując na języku nazwisko, dobrze jej znane, a przede wszystkim czystokrwiste. Była to dobra wiadomość, choć jednocześnie trochę komplikowała pewne kwestie. - Kiedy wy… - zaczęła, by nagle uciąć, jakby szukała trochę lepszych słów. - Ile twój syn ma lat? - nadal marszczyła brwi, nie widać było jednak w jej szarych oczach złości. Szukały rozwiązań, kalkulowały, były skupione, choć stopniał ich zwyczajowy lód. - Rozmawiałeś z Severine, co ona zamierza w tej sprawie zrobić? - zapytała na wstępie, jako kobieta czując konieczność postawienia osoby która powiła dziecko na pierwszym miejscu w kwestii decyzyjności. Przynajmniej co do tego, co ona ma zamiar zrobić z dzieckiem, które nosiła pod sercem.
Matko, miej ich w opiece, jej młodszy brat miał syna. Nieślubnego syna.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Annaleigh Dolohov (1940), Louvain Lestrange (1667)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa