12.07.2026, 14:29 ✶
Mandat w święta to czyste skurwysyństwo! — pomyślał Clemens Longbottom po tym, jak spędził na podobnych aktywnościach ostatnich kilka godzin służby.
— Nie przyjmuję. Spotkamy się w Wizengamocie! — awanturował się jeszcze chwilę pijak, gdy otrzymał karteluszek z blankietu Moody’ego, po czym obaj młodzieńcy ruszyli ścieżką ku Warowni.
Atmosfera sprzyjała spontanicznym radościom. Zimno jak cholera, ale nagroda czekała ich słodka: rodzinna kolacja, pyszne potrawy, domowe ciepło w mroźny, ciemny dzień. Nic tak nie rozgrzewało jak świąteczna atmosfera — i Longbottom myślał o tym wcale nieironicznie, wbrew temu, jak ironicznie pokpiwał sobie z upijania pniaków. Ostatecznie one też dokładały element do świątecznej atmosfery. Wszystko było tamtych świąt na swoim miejscu, włącznie z młodzieńczym entuzjazmem, który Clemensowi kazał opowiadać Moody’emu o tym, że to zupełnie do kitu, że w ogóle są jakieś regulacje w sporcie, bo ludzie i tak będą na eksperymentalnych miotłach latać! To po co zabraniać! — argumentował przedstawiciel służb państwowych.
Cieszyła mu się złośliwie twarz, gdy widział, jak się denerwują od jego zabiegów te skrzaty Morpheusa wystrojone na święta jak ulizane szczury. Kiedyś zaczepiał ich więcej, ale teraz był dorosłym poważnym człowiekiem, więc tak tylko trochę ich drażnił dla smaku i żeby pamiętali, kto tu jest starszym.
Zaczepiał zresztą nie tylko ich. Przez cały czas gdy uzbrojony w pochodnie pochód zdążał między skąpane w mrokach wieczora drzewa, Clemens zaczepnie zygał co chwila do siedzącego Aaronowi na barana Alastora, żeby się do niego maluch śmiał. Dzieciaki były takie pocieszne! Na początku to Longbottom się z Moody’ego po przyjacielsku podśmiewał, że no stary, tak młodo i dzieciak. Teraz to już mu głównie zazdrościł, bo taki się wydawał Aaron dorosły i ustatkowany, a Clemens, mimo że miał pracę, młodą żonę i własny dom, to się wciąż sam czuł po trosze jak dzieciak czasami. Tak mu się wydawało, że gdyby miał takiego małego Alastorka, to by już musiał koniecznie dorosnąć, żeby zarobić na autorytet ojcowski.
Powiedzieć, że Longbottom miał w dupie zniknienie tamtych trzech siuśmajtków, to jak nic nie powiedzieć. Oglądał sobie znudzony święcone gorzałą drzewka, przerzucał swoją pochodnię z ręki do ręki, tworząc zagrożenie pożarowe. Myślami był już na kolacji. Widać nie każdy miał w dupie dzieci. Nie każdy: konkretnie matka dziecka.
Ta mama podeszła do Clemensa dyskretnie, gdy przemieszczali się pomiędzy stacjami.
— Idź, znajdź brata — poprosiła szeptem pani Longbottom, zatrzymując chłopaka obok pochodu.
Syn spojrzał na nią ze śmiertelnie poważnym wyrazem twarzy i odrzekł:
— Mamo, ja się boję iść sam.
Na czole matki pojawiła się drobna zmarszczka, a jej spoważniałe spojrzenie skarciło go cichą naganą: to nie pora na żarty.
— Naprawdę się boję — szedł w zaparte Clemens, choć już mniej bezczelnie. Widać było, że pod matczynym okiem potulnieje.
— Nie wygłupiaj się, idź po chłopców.
— A weźmiesz Alastora, żeby Aaron szedł ze mną? — zapytał z nadzieją.
I wiedział, że mama ulegnie, tak jak on zawsze ulegał jej prośbom, nie chcąc jej denerwować.
Wyposażony w zadanie bojowe Clemens dogonił w kilku susach pochód i zrównał krok z Aaronem.
— Ej — syknął do niego konspiracyjnie — przerwa? Trzeba iść szukać dzieciaków. Możesz wziąć Alastora albo dać mojej mamie.
Ta misja w zasadzie mu się podobała, bo to była świetna wymówka, żeby sobie chwilę porobić nic. Los bąbelków niezbyt go przejmował, bo nie miały wcale pięciu lat i nie byli wcale tak daleko od domu.
— Nie przyjmuję. Spotkamy się w Wizengamocie! — awanturował się jeszcze chwilę pijak, gdy otrzymał karteluszek z blankietu Moody’ego, po czym obaj młodzieńcy ruszyli ścieżką ku Warowni.
Atmosfera sprzyjała spontanicznym radościom. Zimno jak cholera, ale nagroda czekała ich słodka: rodzinna kolacja, pyszne potrawy, domowe ciepło w mroźny, ciemny dzień. Nic tak nie rozgrzewało jak świąteczna atmosfera — i Longbottom myślał o tym wcale nieironicznie, wbrew temu, jak ironicznie pokpiwał sobie z upijania pniaków. Ostatecznie one też dokładały element do świątecznej atmosfery. Wszystko było tamtych świąt na swoim miejscu, włącznie z młodzieńczym entuzjazmem, który Clemensowi kazał opowiadać Moody’emu o tym, że to zupełnie do kitu, że w ogóle są jakieś regulacje w sporcie, bo ludzie i tak będą na eksperymentalnych miotłach latać! To po co zabraniać! — argumentował przedstawiciel służb państwowych.
Cieszyła mu się złośliwie twarz, gdy widział, jak się denerwują od jego zabiegów te skrzaty Morpheusa wystrojone na święta jak ulizane szczury. Kiedyś zaczepiał ich więcej, ale teraz był dorosłym poważnym człowiekiem, więc tak tylko trochę ich drażnił dla smaku i żeby pamiętali, kto tu jest starszym.
Zaczepiał zresztą nie tylko ich. Przez cały czas gdy uzbrojony w pochodnie pochód zdążał między skąpane w mrokach wieczora drzewa, Clemens zaczepnie zygał co chwila do siedzącego Aaronowi na barana Alastora, żeby się do niego maluch śmiał. Dzieciaki były takie pocieszne! Na początku to Longbottom się z Moody’ego po przyjacielsku podśmiewał, że no stary, tak młodo i dzieciak. Teraz to już mu głównie zazdrościł, bo taki się wydawał Aaron dorosły i ustatkowany, a Clemens, mimo że miał pracę, młodą żonę i własny dom, to się wciąż sam czuł po trosze jak dzieciak czasami. Tak mu się wydawało, że gdyby miał takiego małego Alastorka, to by już musiał koniecznie dorosnąć, żeby zarobić na autorytet ojcowski.
Powiedzieć, że Longbottom miał w dupie zniknienie tamtych trzech siuśmajtków, to jak nic nie powiedzieć. Oglądał sobie znudzony święcone gorzałą drzewka, przerzucał swoją pochodnię z ręki do ręki, tworząc zagrożenie pożarowe. Myślami był już na kolacji. Widać nie każdy miał w dupie dzieci. Nie każdy: konkretnie matka dziecka.
Ta mama podeszła do Clemensa dyskretnie, gdy przemieszczali się pomiędzy stacjami.
— Idź, znajdź brata — poprosiła szeptem pani Longbottom, zatrzymując chłopaka obok pochodu.
Syn spojrzał na nią ze śmiertelnie poważnym wyrazem twarzy i odrzekł:
— Mamo, ja się boję iść sam.
Na czole matki pojawiła się drobna zmarszczka, a jej spoważniałe spojrzenie skarciło go cichą naganą: to nie pora na żarty.
— Naprawdę się boję — szedł w zaparte Clemens, choć już mniej bezczelnie. Widać było, że pod matczynym okiem potulnieje.
— Nie wygłupiaj się, idź po chłopców.
— A weźmiesz Alastora, żeby Aaron szedł ze mną? — zapytał z nadzieją.
I wiedział, że mama ulegnie, tak jak on zawsze ulegał jej prośbom, nie chcąc jej denerwować.
Wyposażony w zadanie bojowe Clemens dogonił w kilku susach pochód i zrównał krok z Aaronem.
— Ej — syknął do niego konspiracyjnie — przerwa? Trzeba iść szukać dzieciaków. Możesz wziąć Alastora albo dać mojej mamie.
Ta misja w zasadzie mu się podobała, bo to była świetna wymówka, żeby sobie chwilę porobić nic. Los bąbelków niezbyt go przejmował, bo nie miały wcale pięciu lat i nie byli wcale tak daleko od domu.
piw0 to moje paliwo