• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
1 2 3 4 5 … 17 Dalej »
[Yule 1943] Remember that the sun returns upon the solstice day

[Yule 1943] Remember that the sun returns upon the solstice day
a guy who knows a guy
Ojciec Wirgiliusz uczył dzieci swoje,
a miał ich wszystkich sto dwadzieścia troje
wiek
51
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
przedsiębiorczy właściciel pubu "Rejwach"
Niemal zawsze towarzyszy mu nakrycie głowy: któryś z jego kapeluszy. Zmysł modowy ma raczej mierny i kiczowaty, ale lubi eksperymenty. Widać w jego kreacjach silną inspirację retro westernami, twoim starym na rybach ze szwagrem, ale też mugolską modą lat 70. Nie da się ukryć, że przekroczył pięćdziesiątkę, więc nie próbuje udawać, że tak nie jest. Ma charakterystyczną przerwę między jedynkami, niebieskie oczy, 186 centymetrów wzrostu i barczystą sylwetkę. Zarost na ogół maksymalnie kilkudniowy, choć zdarza się, że zapuści okresowo jasną brodę przetykaną siwymi włosami. Włosów na głowie od lat nie stwierdzono.

Woody Tarpaulin
#11
12.07.2026, 14:29  ✶  
Mandat w święta to czyste skurwysyństwo! — pomyślał Clemens Longbottom po tym, jak spędził na podobnych aktywnościach ostatnich kilka godzin służby.
— Nie przyjmuję. Spotkamy się w Wizengamocie! — awanturował się jeszcze chwilę pijak, gdy otrzymał karteluszek z blankietu Moody’ego, po czym obaj młodzieńcy ruszyli ścieżką ku Warowni.
Atmosfera sprzyjała spontanicznym radościom. Zimno jak cholera, ale nagroda czekała ich słodka: rodzinna kolacja, pyszne potrawy, domowe ciepło w mroźny, ciemny dzień. Nic tak nie rozgrzewało jak świąteczna atmosfera — i Longbottom myślał o tym wcale nieironicznie, wbrew temu, jak ironicznie pokpiwał sobie z upijania pniaków. Ostatecznie one też dokładały element do świątecznej atmosfery. Wszystko było tamtych świąt na swoim miejscu, włącznie z młodzieńczym entuzjazmem, który Clemensowi kazał opowiadać Moody’emu o tym, że to zupełnie do kitu, że w ogóle są jakieś regulacje w sporcie, bo ludzie i tak będą na eksperymentalnych miotłach latać! To po co zabraniać! — argumentował przedstawiciel służb państwowych.

Cieszyła mu się złośliwie twarz, gdy widział, jak się denerwują od jego zabiegów te skrzaty Morpheusa wystrojone na święta jak ulizane szczury. Kiedyś zaczepiał ich więcej, ale teraz był dorosłym poważnym człowiekiem, więc tak tylko trochę ich drażnił dla smaku i żeby pamiętali, kto tu jest starszym.
Zaczepiał zresztą nie tylko ich. Przez cały czas gdy uzbrojony w pochodnie pochód zdążał między skąpane w mrokach wieczora drzewa, Clemens zaczepnie zygał co chwila do siedzącego Aaronowi na barana Alastora, żeby się do niego maluch śmiał. Dzieciaki były takie pocieszne! Na początku to Longbottom się z Moody’ego po przyjacielsku podśmiewał, że no stary, tak młodo i dzieciak. Teraz to już mu głównie zazdrościł, bo taki się wydawał Aaron dorosły i ustatkowany, a Clemens, mimo że miał pracę, młodą żonę i własny dom, to się wciąż sam czuł po trosze jak dzieciak czasami. Tak mu się wydawało, że gdyby miał takiego małego Alastorka, to by już musiał koniecznie dorosnąć, żeby zarobić na autorytet ojcowski.

Powiedzieć, że Longbottom miał w dupie zniknienie tamtych trzech siuśmajtków, to jak nic nie powiedzieć. Oglądał sobie znudzony święcone gorzałą drzewka, przerzucał swoją pochodnię z ręki do ręki, tworząc zagrożenie pożarowe. Myślami był już na kolacji. Widać nie każdy miał w dupie dzieci. Nie każdy: konkretnie matka dziecka.
Ta mama podeszła do Clemensa dyskretnie, gdy przemieszczali się pomiędzy stacjami.
— Idź, znajdź brata — poprosiła szeptem pani Longbottom, zatrzymując chłopaka obok pochodu.
Syn spojrzał na nią ze śmiertelnie poważnym wyrazem twarzy i odrzekł:
— Mamo, ja się boję iść sam.
Na czole matki pojawiła się drobna zmarszczka, a jej spoważniałe spojrzenie skarciło go cichą naganą: to nie pora na żarty.
— Naprawdę się boję — szedł w zaparte Clemens, choć już mniej bezczelnie. Widać było, że pod matczynym okiem potulnieje.
— Nie wygłupiaj się, idź po chłopców.
— A weźmiesz Alastora, żeby Aaron szedł ze mną? — zapytał z nadzieją.
I wiedział, że mama ulegnie, tak jak on zawsze ulegał jej prośbom, nie chcąc jej denerwować.
Wyposażony w zadanie bojowe Clemens dogonił w kilku susach pochód i zrównał krok z Aaronem.
— Ej — syknął do niego konspiracyjnie — przerwa? Trzeba iść szukać dzieciaków. Możesz wziąć Alastora albo dać mojej mamie.
Ta misja w zasadzie mu się podobała, bo to była świetna wymówka, żeby sobie chwilę porobić nic. Los bąbelków niezbyt go przejmował, bo nie miały wcale pięciu lat i nie byli wcale tak daleko od domu.


piw0 to moje paliwo
Inkwizytor
"Bijące serce Zakonu" – cytat by Woody Tarpaulin (czyli twój stary najebany gada z kolegą o tym, jak był zomowcem i pałował księży na ulicach)
wiek
51
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Auror na pełen etat, majster na pół
Myślisz sobie, "ale skurwysyn", i masz w sumie rację. Szczupły, zawsze schludnie ubrany mężczyzna w średnim wieku o jasnobrązowych włosach. Niby chudy, ale jednak byk. Jak na kogoś raczej średniego wzrostu (mierzy dokładnie 1,78 m), podejrzanie mocno lubi patrzeć z góry na przestępców, których przetrzymuje w swojej sali przesłuchań. Wygląda na młodszego, aniżeli jest w rzeczywistości, chociaż na jego twarzy zaczynają już rysować się zmarszczki. Pod zmęczonymi, ciemnozielonymi oczyma, widać cienie od niewyspania. Nie jest kimś, kto przesadnie dba o swój wygląd, a jednak, przepisowy mundur aurora zawsze ma idealnie wyprasowany, kołnierzyk koszuli stoi sztywno, a buty — wydają się być świeżo pastowane. Wyważenie Aarona wynika z wtłoczonego przez lata służby aurorskiego rygoru, zaś wojskowa elegancja — z przekonania o potrzebie zachowywania wewnętrznej dyscypliny bez względu na okoliczności. Przynajmniej w godzinach pracy jest elegancki, bo po cywilnemu ubiera zwykle stare łachy robocze, w których jest mu najwygodniej. Widać po nim, że pracuje manualnie, ręce ma bowiem szorstkie, z widocznymi odciskami. Jego ruchy cechuje precyzja i pewność siebie. Na co dzień pachnie wodą po goleniu (od lat tą samą), roztaczając wokół siebie mdłą woń najtańszej kawy z ministerialnego automatu, zmieszaną z dymem papierosowym. Na prawej ręce ma dwa tatuaże, które zwykle chowa jednak pod zaklęciami maskującymi.

Aaron Andrew Moody
#12
08.08.2026, 19:28  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.08.2026, 19:34 przez Aaron Andrew Moody.)  
"To po co zabraniać?" Otóż to, zgodził się ochoczo Aaron, przejęty inżynieryjną wizją miotły wyścigowej. Nie miał zbyt wiele doświadczenia w stolarce, ale nie mogło być to takie znowu trudne: gorzej z dokoniem odpowiednich alteracji w taki sposób, żeby zachować właściwości miotły. Producenci nakładali na nie coraz więcej zabezpieczeń. Wstrzymywać chcą nas przed postępem, zawyrokował stróż prawa i porządku, który nie dalej jak kilka tygodni temu konfiksował towar nielegalnemu przemytnikowi tuningowanych mioteł wyścigowych. W czasach renesansu czarodzieje projektowali napowietrzne maszyny, które znacznie przewyższały współczesną myśl technologiczną. Nikt nie zastanawiał się wtedy, czy były bezpieczne, czy też nie. A teraz? Teraz tylko regulacje, i atesty, i kontrole bezpieczeństwa… Teraz to byli sto lat za mugolami, bo Wood & Wright załatwiło sobie monopol na rynku mioteł. Sprzedaliśmy swoją wolność za miotły z podgrzewanymi siedzeniami, smętnie podsumował sprawę Aaron, po czym uraczył Woody'ego ciekawostką, że chyba jeszcze gdzieś ma w piwnicy antyczną Galaktykę, na której mogliby poeksperymentować.
Jego entuzjazm nieco jednak przygasł, gdy zobaczył minę żony, która nie wyglądała na równie podekscytowaną wynikiem owych eksperymentów.
— Nie potrzebuję trzeciego oka, żeby wiedzieć, że znowu wymyśliłeś coś głupiego, wiesz o tym? — syknęła mężowi na ucho, gdy razem z resztą rodziny Longbottom spacerowali w stronę zagajnika.
— Ja? Ja nic nie zrobiłem, Maddie. — Padła bardzo pewna siebie odpowiedź. Aaron udawał przez chwilę, że całą jego uwagę pochłania wiewiórka, którą pokazał mu paluszkiem siedzący na jego ramionach Alastor, zanim szeptem pociągnął temat dalej. — Myśmy tylko rozmawiali, co wyczyniał z miotłą taki jeden gałgan, któremu wlepiłem dzisiaj mandat…

Po minie widział, że nie uwierzyła.

Szybko jednak coś innego pochłonęło jej uwagę: jak na młodych rodziców przystało, zbyt wiele mieli na głowie, żeby jeszcze znajdować czas na sprzeczki. Jakaś tam stara miotła wyścigowa schowana w piwnicy nie była w tym momencie sprawą życia i śmierci… W przeciwieństwie do zgubionych rękawiczek Alka, tych, które Maddie zrobiła na drutach. Gdzie zniknęły? Kiedy? Aaron nie miał bladego pojęcia, no i to nie tak, że mógł przeprowadzić śledztwo wśród drzew porastających las. Mógłby co najwyżej przesłuchać śniegowe bałwany, po to tylko, żeby stwierdzić, że sam jest z nich największym. Oddalił się wcześniej nieco od żony, żeby dołączyć do grona wyśpiewającego świąteczne pieśni: sam okropnie fałszował, ale były przecież święta, a synek też chciał pośpiewać. Być może rękawiczki wypadły mu wtedy, gdy Aaron podsadził go, żeby zerwał wielkiego sopla zwisającego z gałęzi?
— Brzmi jak materiał na nowe śledztwo, detektywie — stwierdził bardzo poważnym tonem, ujmując zmarznięte rączki syna. Rozglądał się dookoła, szukając czerwonych rękawiczek w otaczających ich zaspach. — Tajemnica czerwonej rękawiczki… No to dmuchamy w łapy! — zakomanderował żywo, po czym zaczął chuchać potężnie jak smok z bajki: po trosze po to, żeby rozgrzać zziębniete rączki, a po trosze po to, żeby odwrócić uwagę syna od zgubionych rękawiczek. Nie chciał przecież, żeby nakablował matce, że zaginęły na jego warcie. Synek śmiał się, gdy Aaron zaczął trzeć jego ręce między swoimi, jak gdyby chciał wykrzesać ogień magią łaskoczącą tuż pod opuszkami palców.

Takimi zastali ich Longbottomowie.

— A teraz idziemy z wujkiem Woody'm na tajną misję, dobra? Złapiemy tego złodzieja rękawiczek… W porządku, jeżeli go z ciocią zostawię? — zwrócił się wesoło do mamy Woody'ego, nakładając na małe łapki Alastora swoje własne wełniane rękawice, nieważne, że przeznaczone były na o wiele większe graby. Gdy tylko pani Longbottom się zgodziła, Aaron klepnął przyjaciela w plecy, po czym raźno ruszyli w drogę, znikając między drzewami. Niespecjalnie czuł wyrzuty sumienia, że zwala na przyszywaną ciotkę opiekę na dzieckiem. Dorastający syn wchodził w ten hiperaktywny okres dziecięctwa, w którym wymagał nieustannej uwagi, a Moody nie pamiętał kiedy ostatnio się wyspał.

— Czy Tessa zrobiła może w tym roooooku… — ziewnął potężnie Aaron, z trudem zmuszając się, żeby zasłonić usta ramieniem — …ten swój świąteczny jabłecznik? — spytał tęsknie, na powrót wsadziwszy zmarzniętą łapę do kieszeni kurtki. Oczywiście, że on i myślami był już przy kolacji! Dzieciaki pewnie budowały lodowy fort, tak jak on i Woody za czasów szczenięcych, ewentualnie taplali się w przerębli razem z resztą podobnych im leszczy. Wcale nie było się czym przejmować… Chociaż, jak dłużej się nad tym zastanowił, rzeczywiście dość długo nie było w zasięgu jego wzroku. Bogowie, pomyślał nagle, rozsierdzony tym, że przez krótką chwilę całkiem na poważnie rozważył, czy nie powinni się o smarków martwić. Czy już naprawdę bycie ojcem rzuciło mu się na głowę?!


I am the righteous hand of Justice
and I am ready to strike in her name
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Aaron Andrew Moody (1340), Anthony Shafiq (1024), Jonathan Selwyn (1041), Morpheus Longbottom (680), Woody Tarpaulin (833)


Strony (2): « Wstecz 1 2


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa