Jego policzki pokrywała czerwień, która kontrastowała z bladą skórą i sprawiała, że przy jasnych pasmach włosów, wyglądał całkiem uroczo, gdyby nie to, że pluł jadem i był wściekły. Prewettówna, jak miała to w zwyczaju, tłumaczyła sobie jego zachowania, starała się dla każdego zasugerowania jej, że jest wariatką — znaleźć dobry powód. Był z pewnością człowiekiem dość zamkniętym, tkwiącym w wąskim kręgu mieszkańców jakiegoś miasteczka i osady. Po lesie poruszał się niczym zwierz, więc musiał być w ten sposób wychowany. Jego gabaryty sugerowały, że pochodził z rodu wysokich ludzi, północnych ludzi. Księżycowych.
Westchnęła na jego minę z bezradnością i odrobiną irytacji, bo nie lubiła, gdy ktoś sugerował jej kłamstwa i bajki. Ceniła sobie prawdomówność i w całej swojej niezdarności, gadulstwie, mówiła szczerze. Jak mogłaby wymyślić sobie Marę i nie tkwić jednocześnie w celi lub w pokoju zamkniętym w Mungu — nie była pewna, której nazwy używano na oddziale dla chorych psychicznie. Pomyślała też o tym, żeby nie dostał czasem zawału, jego oczy z pewnością ciskałyby w nią piorunami, gdyby posiadał taką magię!
Na jego uśmiech po gwizdnięciu, przekręciła jedynie głowę, znów krzyżując ręce na wysokości piersi, emanując pewnością siebie. Była zbyt mądra, jak na wariatkę, chociaż skupione i milczące oblicze Pandory zwykle pokazywało się, gdy tkwiła na danym projektem. Zachowywała się wtedy, jakby nie istniał cały świat poza nią i mechanizmem, czy mapą, nad którą pracowała. Podobnie, jak w jego przypadku, gdy wyruszał w las. Cały wachlarz emocji przemknął po czerwonej buzi jej wybawiciela, począwszy od niedowierzania, poprzez zaskoczenie i przez chwilę nawet odrobinę strachu. Pegaz był majestatyczny, jeśli ktoś nie miał z nim wcześniej do czynienia, a jego charakterystyczna dla linii od Prewettów złota barwa sprawiała, że ludzie kilkukrotnie pytali, czy to przedstawiciele tego gatunku. Pegazy zwykle były białe. Mara była jaśniejsza niż inne Abraksany w rodowej hodowli, jej grzywa również była jaśniejsza, a oczy rubinowo-czerwone, dość wredne. Nikt o zdrowych zmysłach nie odmówiłby jednak jej przyjaciółce piękna. Brunetka się zawsze nią zachwycała, nawet jeśli od jej urodzenia rozstawały się bardzo rzadko.
- Nie szkodzi, zdarza się. - odpowiedziała krótko, wzruszając jedynie ramionami po tym, jak koń zniknął, a on mógł się wybudzić ze swojego letargu. Nie był jeszcze gotów, aby poznać kolejną tajemnicę Mary, bo fakt, że koń gadał, mógłby przyprawić go o atak serca, a ona z pewnością nie byłaby w stanie wyciągnąć go z lasu, nawet za nogę. - Na pewno nie chcesz? Rozgrzejesz się.
Dodała jeszcze ciszej, żeby przypadkiem znów go nie doprowadzić do ryku brzmieniem swojego głosu. Cofnęła dłoń z termosem, gdy nie zareagował i sama zrobiła kilka łyków, czując, jak przyjemne ciepło rozchodzi się po zmarzniętym ciele. Wiedziała, że marsz nie będzie prosty — było chyba późno, śniegu prawie do kolan i wszystko wyglądało tak samo. Ufała mu jednak nawet jeśli nazwał ją wariatką, potencjalnym trupem i przyjacielem choinek. Każdy miał swoją rzecz, na której się znał, swój talent i z pewnością tego typu przygody były dla niego niczym zdmuchnięcie świecy. Pandora na szczęście nie miała aż tak złej kondycji fizycznej, marna była z niej dama i częściej przebywała na dworze, niż w brytyjskich salonach. Szli w okropnej i długiej ciszy, którą przerywały tylko dźwięki lasu, który żył w najlepsze w swoim własnym tempie. Tu przeleciała sowa, tam zakołysały się korony drzew, a po lewej przebiegła jakaś kozica lub sarna, nie umiała rozpoznać w pół mroku, bo Lumos nie dawało im wcale tak dużo światła. Jego jeden krok był niczym dwa jej, nic więc dziwnego, że po dwudziestu minutach zaczynała odczuwać zmęczenie, a od chłodnego powietrza trochę piekły płuca.
- Huh? - prawie na niego padła zaskoczona, odchylając się w ostatniej chwili i z trudem powstrzymując wywalenie się, złapała oddech. Wilk? Jej myśli powędrowały w stronę siekiery, zrobiło się jej sucho i nieprzyjemnie w ustach. On chyba nie zamierzał polować na to piękne stworzenie? Nachyliła się po jego lewej stronie, wyglądając mu przez ramię i świecąc różdżką na twarz, zachwyciła się odrobinę odciśniętą w śniegu łapą. - Czy one teraz nie są szczenięce, żeby urodzić w okolicach kwietna i odchować młode przez lato? - zapytała szeptem, nie chcąc mu przeszkadzać i go irytować i trochę też chciała wybadać grunt. Mężczyzna zerwał się do przodu, a ona zamrugała zaskoczona, kręcąc głową. - Nie mógłbyś.. Upolować i zjeść, nie wiem, kozicy? Wilki są na pewno żylaste.. - mruknęła za nim, ściągając brwi w zaniepokojeniu. Zupełnie się jej nie podobała perspektywa mordowania dzieci matki natury, zwłaszcza jeśli była to samica przy nadziei. Martwiła i zdenerwowała się tym bardziej niż jego wcześniejszym wybuchem i rykiem. - Ja wiem Niedźwiadku, że tutaj takie są zwyczaje i tradycje, że tak się na Islandii żyje. I jeśli bardzo chcesz i bardzo musisz, to proszę, ale mogę tu zaczekać? Naprawdę nie chcę na to patrzeć..
Cofnęła się pół kroku, wbijając wzrok w jego plecy. Nie chciała robić scen, nie chciała pokazywać braku szacunku dla jego wiary czy zwyczajów, których nie rozumiała, ale wiedziała, o ich istnieniu. Każdy zakamarek świata rządził się własnymi prawami, obcy nie miał prawa się w to mieszać, niezależnie, jak się to mu nie podobało i jak robiło mu się słabo, na samą myśl o pięknym wilku w kałuży krwi i z odrąbaną głową. Nieprzyjemny dreszcz przebiegł jej po karku i ciele, coś ścisnęło się w żołądku. Nie była aż taką ignorantką, za jaką pewnie ją uważał i nie denerwowała się w jego towarzystwie tak bardzo, jak wcześniej. No, może poraniła sobie całe policzki i dolną wargę, żeby czegoś nie skomentować, ale czasem tak było trzeba.