• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Ulica Śmiertelnego Nokturnu v
« Wstecz 1 2 3 4 Dalej »
[26 czerwca 72'] I'll lend you my soul so you can commit

[26 czerwca 72'] I'll lend you my soul so you can commit
evil twink
i ain't got no type
bad witches
is the thing that I like
wiek
26
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Asystent sędziny
Zimna cera i jeszcze chłodniejsze spojrzenie. Kruczoczarne włosy i onyksowe tęczówki bardzo wyraźnie kontrastują ze skórą bladą jak kreda. Buta oraz wyższość wylewa się z każdego gestu i słowa. Mierzy 187 centymetrów o szczupłej sylwetce, która coś jeszcze pamięta ze sportowych czasów. W godzinach pracy zawsze ubrany elegancko, zaczesany, a swoje tatuaże ukrywa pod zaklęciami transmutacji. Po godzinach najczęściej nosi się w skórzanych kurtkach i ciężkich butach.

Louvain Lestrange
#11
29.02.2024, 22:05  ✶  

Te cztery lata temu był przekonany, że udziela tylko lekcji pokory dziewczynie, która na moment zbyt pewnie się poczuła. Takiej której ego wypaliło poza dopuszczalne normy, myśląc że będzie na tyle cwana i przebiegła, że uda się jej bez ponoszenia żadnych kosztów zagrać na nerwach tego sławnego ex piłkarzyka. Że najzwyczajniej w świecie nie doceniła jego przenikliwości, że pod płaszczykiem rozłożenia mu tarota będzie mogła sobie pofolgować na jego temat oraz temat jego siostry. Myślał, że pewnie usłyszała kilka salonowych plotek o tym jak prowadzi się Loretta i o tym jak dziecinnie łatwo można sprowokować Louvaina. Nie do końca wiedział wtedy jakie są jej intencje, bo dał się ponieś emocją. Jego tok myślenia zaciął się w pętli wrzeszcząc coś w stylu "chce cię rozgniewać? no to pokaż jej swój gniew". Nie było tam miejsca na głębokie rozważania przyczynowo-skutkowe, liczyło się tylko żeby uświadomić jej, że owszem, za igranie z nim w ten sposób płaci się słoną cenę.

Dopiero potem dotarło do niego, że to on nie płaci żadnej ceny za pomiatanie nią. Że może wypróbować na niej prawie każdą chorą wizję ze swoich zwyrolskich żądz, a ona zniesie to z odpowiednią dla sytuacji godnością. Wtedy kiedy diabelskimi podszeptami mówił Rosie, że jej łzy to najlepszy lubrykant. Tylko po to, żeby następnego dnia znowu mógł zgrywać powściągliwego, młodego gentelmena z idealnie ulizaną fryzurą i nienaganną etykietą w skarbczyku. Coś wytrąciło go z równowagi w czasie służbowych obowiązków? Lub wdał się w niekorzystną dla siebie pyskówkę na salonowych bankietach? Spokojnie, Ambrosia to jego najtwardszy elektorat, zniesie wszystko, każde upokorzenie.

No, a teraz zmuszony był nadać tej wibracji nowe częstotliwości. Największe domysły snuł na temat, czy w relacji z nim nadaje się ona jeszcze do zmian, czy tylko do dalszej tresury. Wciąż jednak było to o wiele łatwiejsze, niż powiedzenie swojej prawdziwej fascynacji, tego co do niej prawdziwie czuł.

A McKinnon wciąż pyskowała, jak prawdziwie niezłomna czarownica. Jej przodkowie sprzed stuleci, zwłaszcza ta żeńska część musiała być z niej dumna, że tak cierpliwie znosiła te jego szarpaniny i przykre słowa rzucane w jej kierunku. Na wszystkie pyskówki reagował identycznie szyderczym uśmiechem, raz większym, raz mniejszym. Przestał dopiero kiedy ta złapała go w końcu za rękę.

- Widzisz? Czyli potrafisz się jeszcze postawić. - odpowiedział, urywając nagle ten cały wzburzony ton i wszystkie szarpaniny. A jeśli już wspomniała o całowaniu, to mimowolnie spojrzał na jej wargi. - Zuch dziewczyna... Już ciszej i niższym tonem, dorzucił, by chwilę potem trzymając jeszcze rękę ściśniętą na jej policzkach, skradł z jej ust drobnego całusa, a potem odstąpił i zaśmiał się warchlacko. Powrócił na swoje miejsce, czyli na ten jeden mebel o który się opierał, jakby w symboliczny sposób zaznaczając, że spoczywając na nim wraca do tego bardziej rozsądnego i spokojnego tonu. - No dobrze, już bez zbędnych gierek... Chcę ci promyczku zaproponować układ. - oznajmił ceremonialnie. Rozpiął marynarkę i po kieszeniach zaczął szukać paczki papierosów razem z zapalniczką. Chciał jej dać przynajmniej moment, by zwróciła sobie trochę fasonu i mogła wysłuchać jego oferty, niezależnie od tego jak bardzo dość go miała i jak bardzo nim teraz pogardzała. Teatralnym gestem, poprzez sugestywne skinięcie głową, niby dopytał o pozwolenie na zapalenie wewnątrz. Oczywiście był to tylko buńczuczny blef bo i tak zrobił to co mu się podobało.

- Loretta nie wybaczy mu tylko jednej rzeczy, zdrady. Pomogę ci stworzyć do tego odpowiednią sytuację, jeśli nadarzy się okazja. Nie będę Cię za to karcił, ani nie będę szukał zemsty, to logiczne. - przeszedł w końcu do sedna, przekręcając głowę i znów krzyżując ręce na piersi. Przerwał swój przewód na moment, by zaciągnąć się kilka razy papierosem. - A jeśli obawiasz się gniewu mojej siostry, to uspokajam. Jestem jedyną osobą, która może się mu przeciwstawić. Nie wyciągnie różdżki na przeciw mnie, nigdy. Wyjaśniał dalej z zamyślonym grymasem, wlepiając swój wzrok raz na nią, raz w gęste obłoki dymu, które razem z palonymi kadzidłami zagęszczały atmosferę jeszcze bardziej. Taki już był aksjomat między bliźniakami, nawet jeśli mieli do siebie większe, lub mniejsze wyrzuty, nie było nawet cienia szansy, aby jedno mogło skrzywdzić drugie. Być może w ten sposób właśnie sugerował, że jest wstanie zasłonić Rosie własnym ciałem, co może brzmiało jak najbardziej żałosna poezja, ale dobrze wiedział, że bez odpowiedniej gwarancji bezpieczeństwa nie ma szans żeby weszła w ten układ. - W zamian chcę tylko jednej rzeczy... Ciebie. - oczy zabłyszczały mu się jak kotu w ciemnościach. Twarz nabrała gadzich rysów, bo po głowie chodziły mu już czarne wizje mrocznych potęg. - Potrzebuje twoich talentów ślicznotko. Ja i kilku, naprawdę potężnych czarnoksiężników. - ciągnął dalej, mocno akcentując słowo naprawdę. Orbitowanie wokół tego jednego tematu sprawiało, że nabierał autorytarnych i diabolicznych wibracji, które wyrażały się w gestach, a nawet w mikroekspresji na jego twarzy. Nie mówił wprost, ale na Nokturnie pewnie w kontekście potężnego czarnoksiężnika, mówiło się tylko o jednej osobie w magicznym świecie, a to powinno już dać Rosie coś do myślenia.

- Nawet wiem jak kupić twoją ciekawość. Zechcesz podać mi dłoń? - w gentelmeńskim tonie wyciągnął swoją dłoń w jej kierunku, lecz najpierw ugasił papierosa w niedopitej filiżance kawy, lub herbaty, a potem jeszcze zdjął rękawiczkę. Jeśli przystała na jego propozycję to w pierwszym momencie mogła poczuć chłód jego Zimnego ciała. Dał się jej rozgościć w tym dziwacznym odczuciu, ale nie zamierzał na tym poprzestawać. Prostym i nieskomplikowanym zaklęciem nekromancji rozpoczął wymianę energii witalnej, tak by na własnym ciele mogła poczuć jego naturę rodem z Limbo. Czy było to dla niej znajome uczucie? Takie które mogło przywołać kilka nieprzyjemnych wspomnień?

entropy
What if I fall into the abyss?
What if I swing only just to miss?
wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Egzorcystka, medium, wróżbitka
Jest w niej pewna nerwowość, którą widać tak samo w gestach jak i odległym spojrzeniu zielonych oczu, pod którymi rozsiane zostały konstelacje piegów. Blond włosy ma zawsze ścięte przed ramiona. Jej drobną, niewielką (160cm) sylwetkę otacza zwykle ciężki zapach kadzideł, który wydaje się wżerać w każdy skrawek jej ciała i noszonych przez nią materiałów, ale kiedy komuś dane jest znaleźć się dostatecznie blisko, spod spodu przebija się pewna o wiele lżejsza nuta, przywodząca na myśl letnią noc, podczas której z łatwością można policzyć na niebie wszystkie gwiazdy.

Ambrosia McKinnon
#12
01.03.2024, 02:18  ✶  
Kiedy cztery lata temu udzielał jej lekcji pokory, jak to ładnie nazywał, miała świadomość że odrobinę się chyba przeliczyła. Szła do niego bez większego planu, zwyczajnie chcąc go rozzłościć, skoro nie mogła podobnego żartu zrobić Lorettcie, a może zwyczajnie nie chciała, bo pójście akurat do niej, byłoby o wiele bardziej żałosne. Nikt jednak nie lubił, kiedy za siostrami ciągnęły się plotki, że były kurwami; faceci mogli pieprzyć na prawo i lewo kogo tylko chcieli i ile dusza zapragnęła, ale z jakiegoś dziwnego powodu okazywali się hipokrytami. Żaden nie nazwie przecież kolegi kurwą czy innym puszczalskim siurem, ale panna która sypia sobie gdzie popadnie z taką samą częstotliwością? Świętokradztwo, szczególnie dla panów braci i ojców.

Nawet dobrze się wtedy bawiła, pomijając oczywiście całą brutalną otoczkę, którą jej wtedy Louvain sprezentował, ale widok na jego twarzy? To jak traci kontrolę? Było coś w tym, co faktycznie sprawiało jej satysfakcję, nawet jeśli przegrywała na każdej innej linii. Przegrywała też za każdym następnym razem, ale to nie miała dla niej większego znaczenia, bo przecież grała w długodystansową rozgrywkę, a przynajmniej z uporem maniaka w ten sposób tłumaczyła sobie to wszystko, za każdym razem kiedy ukrywała wszystko to, co robił z Lestrange.

To było poniżające, oczywiście. Mógł to zobaczyć w jej oczach, za każdym razem kiedy przychodził, bo nie ważne jak bardzo się nie złościła, jak butna była, gdzieś pod spodem czaiło się to żałosne uczucie. Najśmieszniejsze jednak było dla niej w tym wszystkim to, jak kretyńsko zdawała się myśleć, że nie była to najgorsza rzecz, jaka ją w życiu spotkała. Zanadto nałykała się swoich własnych złudzeń (pewnie razem z tymi swoimi łzami), którymi się regularnie skarmiała, a dziejąca się jej krzywda zdawała się tylko to wszystko umacniać. Im bardziej bolało, tym mocniej wchłaniała ideę pomyśl, że to sen. Więc śniła. O rzeczach ładnych i przyjemnych, które mogły zmienić wykrzywioną zadowoleniem twarz Louvaina na coś o wiele bardziej zjadliwego.

Nie mogła jednak przestać myśleć o tym, że najbardziej poniżającą rzeczą, jaka spotkała ją w życiu, to miłość do Alexandra.

Nie wiedziała, czy była to wina wspomnień, czy może czegoś o wiele bardziej złożonego. Siedem długich lat robiło swoje. Pełen cykl, który skończył się, po to by mogli rozpocząć jakiś nowy, o wiele bardziej dla nich bolesny, w którym nie mogli odnaleźć się niczym dzieci we mgle. A może była to zasługa wiszących nad nimi przepowiedni, które wiązały ich ze sobą, albo raczej ją do niego, bo przecież to nie Mulciber słyszał je szeptane na ucho. Nawet jeśli nie była pewna, czy były one prawdziwe, trzymała je blisko serca, usprawiedliwiając nimi wiele. Wreszcie były też obietnice, te zwykłe, szeptane na ucho tak samo w najsłodszych jak i najprostszych chwilach, ale też te złożone podczas Lammas.

Ale mimo tego, jak czasem czuła się zdradzona, to nie do swojego Słońca czuła pretensje. Nawet nie do samej siebie, bo to wymagałoby nieco więcej samokrytyki z jej strony. I nawet nie do Loretty, bo nawet jeśli była problemem, to nie aż takim wielkim jak jej brat. Nawet jeśli ona sama to zaczęła, to cała krzywda była jego dziełem. Całe jego pierdolone niepowodzenie kończyło się na niej - idealnej do maltretowania laleczce, którą zawsze mógł znaleźć w tym samym miejscu, bo jak głupia czekała. Nie na niego, ale nie zmieniało to tego jak obsesyjnie próbowała trzymać się tego miejsca.

Najbardziej nienawidziła tego, że kiedy się nią bawił i miał humor na bycie delikatnym, albo po prostu nie aż tak brutalnym jak zwykle, to nawet była mu wdzięczna. Tak samo jak nienawidziła świadomości, że gdyby nie poznała go od tej strony, to wiedziała że byłaby w stanie go polubić.

Czasem nawet miała wrażenie, że odnajduje pewną przyjemność w tym, kiedy ją całował, jakby próbowała w tych drobnych chwilach miękkości znaleźć jakieś pocieszenie. Czasem oddawała te czułości, chyba tylko żeby go podrażnić, a czasem ściągała potem usta w zniechęconym grymasie, dokładnie tak jak teraz.

Kiedy ją puścił, wracając na miejsce, zmarszczyła lekko brwi, jakby wciąż czuła na ustach chłód jego warg. Było przez to w jej spojrzeniu coś podejrzliwego, kiedy znowu spojrzała mu w oczy, a może była to reakcja na rzekomy układ, albo promyczku, które natarczywie zadźwięczało jej w głowie, a na którego brzmienie mimowolnie zacisnęła usta. Kiedy jednak tak na nią patrzył, paląc i wykłądając o co mu chodzi, faktycznie zajęła się wygładzeniem sukienki, czy fryzury, w końcu też przysiadając na krawędzi stołu.

- Loretta - podjęła z pewnym zniecierpliwieniem, sięgając po jedną z różdżek odłożonych na blat i obracając ją w palcach. Wybrała tę z hikory, jego własną, przyglądając jej się z pewnym zaciekawieniem, ale też i ostrożnością, bo przecież różdżki potrafiły mieć swoje własne humorki. - Znosi takie zachowanie od lat. On znika, a kiedy wraca, ona czeka na niego z otwartymi ramionami - i nogami. Brzmiała, jakby tłumaczyło mu jedną z fundamentalnych rzeczy, bo prawdę powiedziawszy, była już chyba specjalistką jeśli chodzi o zachowania i tendencje Alexandra. Bo to do niej wracał, kiedy znikał z oczu Lorettcie. To z nim przerzucała się ostrzeżeniami, ze jeszcze raz i odwrócą się od siebie na dobre, wracając do swoich innych partnerów. On do Lestrange, ona do Degenhardta. - A to znaczy, że wybaczyła mu niejedną zdradę. Po krótszym czy dłuższym czasie, to nie ma znaczenia. Jeśli chcesz ją na to złapać, to musi być to zdrada z wielkiej litery. Musi wybrać mnie ponad nią w taki sposób, żeby nie miała wątpliwości co do tego, że nie jest w jego życiu najważniejsza - odchyliła się, podpierając ręką o blat i zakładając nogę na nogę. - Nie wątpię w to, Lou, że wasza miłość jest niezwykle głęboka, nawet jak na rodzeństwo, ale widzisz nie możesz wiecznie stać przede mną. Ale załóżmy, że no staniesz w mojej obronie, tak? - machała jego różdżką między palcami, wciąż jednak nie spuszczając z niego spojrzenia. - Zraniona kobieta to bardzo nieprzyjemna osoba i czy jesteś absolutnie przekonany, kiedy uświadomi sobie zdradę Alexandra, a potem ty ją zdradzisz, próbując zapobiec nieszczęściu, to zasady gry się nie zmienią? - zapytała, chociaż było to bardziej retoryczne zagadnienie. Ona na przykład, rozpierdoliłaby Hadesa w podanym właśnie scenariuszu.

- Mnie? Chyba faktycznie coś musi być na rzeczy, skoro tak gorliwie o mnie zabiegasz - uśmiechnęła się do niego uroczo, przywołując na twarz delikatny rumieniec. - Ale skoro taka jest twoja cena, czemu nie. Wykorzystam swoje umiejętności ku chwale Naprawdę Potężnych Czarnoksiężników - uśmiechnęła się do niego złośliwie. To jak to ujął, zabrzmiało trochę jakby się do tych potężnych czarodziejów w ogóle nie zaliczał, ale jakimś cudem z nimi trzymał. Może faktycznie trafiła, nazywając przy Theonie całą tę zgraję kolegami. Chłopakami z podwórka co walczyli patykami z pokrzywami. A Louvain był bratem jednego z ziomeczków i mama kazała go zabrać z domu żeby się pobawił. Nawet jednak jeśli miała pewne obiekcje co do tego czy faktycznie ją obroni, to nie miała zamiaru odmawiać. Plan można było doszlifować, a oprócz tego - Rosie dopatrywała się w tym korzyści. Jak na przykład zasrani szmalcownicy nie będą jej problemem.

Kiedy tak na niego patrzyła, nie mogła nie zauważyć, jak delikatnie zmienia się jego maniera. Coś w wypowiadanych słowach tchnęło w niego coś nowego, jakby pokazując jej nową wersję Lestrange'a. To było ciekawe, ale Ambrosia nie potrzebowała się specjalnie długo zastanawiać nad tym, w co on w ogóle grał, albo raczej z kim. Alexander, Diana, Theon, Stanley - każde z nich miało swoje własne powody i w inny sposób sprzedało swoje sekrety, świadomie czy też nie, ale za dużo było tego wokół niej, żeby nie stała się podejrzliwa. Za bardzo wokół niej śmierdziało czarną magią.

- Eh, a muszę? Nie możesz do mnie podejść? - zapytała, machając trochę zwieszonymi ze stołu nogami, ale o ile faktycznie sam nie uległ, to zsunęła się z blatu i podeszła do niego, ujmując go za dłoń. Nie wzdrygnęła się jednak, jak można było się spodziewać po osobie, która się nie spodziewała co może ją czekać. Travers też tak wyciągnął do niej tę rękę, ale kiedy to zrobił, jej własne dłonie zaczęły błądzić dalej po przedramieniu czy jego twarzy. Teraz jednak, pozostawały zaciśnięte w jednym miejscu. - O, to coś nowego - rzuciła, wyraźnie zaskoczona, kiedy postanowił uciec się do nekromancji. - Ale z ciebie niegrzeczny chłopiec, nie wiesz, że za takie rzeczy zamykają? - uniosła lekko brew z kpiną, ale spod tego wyglądało na niego to, czego oczekiwał - ciekawość. - Wiesz co się stanie, kiedy ktoś pchnie w drugą stronę? - zapytała, spoglądając mu czujnie w oczy, ale sama nie uciekła się do zaklęcia.

Przejmujące uczucie zimna, które rozesłał po jej ciele, było zwyczajnie nieprzyjemne. Czy tak czuł się ktoś, kto umierał? Nie raz miała okazję dotykać kogoś, kto został przywrócony do życia za pomocą nekromancji, ale miała wrażenie, że nie umywało się to do chłodu, który trzymała teraz w dłoni. Ten był obcy i przejmujący, narastający w klatce piersiowej niepokojem, jakby przywołane tym gestem, miało jej stanąć przed oczami limbo.


she was a gentle
sort of horror
evil twink
i ain't got no type
bad witches
is the thing that I like
wiek
26
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Asystent sędziny
Zimna cera i jeszcze chłodniejsze spojrzenie. Kruczoczarne włosy i onyksowe tęczówki bardzo wyraźnie kontrastują ze skórą bladą jak kreda. Buta oraz wyższość wylewa się z każdego gestu i słowa. Mierzy 187 centymetrów o szczupłej sylwetce, która coś jeszcze pamięta ze sportowych czasów. W godzinach pracy zawsze ubrany elegancko, zaczesany, a swoje tatuaże ukrywa pod zaklęciami transmutacji. Po godzinach najczęściej nosi się w skórzanych kurtkach i ciężkich butach.

Louvain Lestrange
#13
04.03.2024, 20:00  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.03.2024, 04:48 przez Louvain Lestrange.)  

To narzędzie kontroli, cały ten slut-shaming, pewnie wymyślony przez starych, bogatych dziadów, jak jeszcze byli młodzi. Lou z zasady nie sięgał po takie narzędzia, jeśli już to wyłącznie do obrażania i poniżania. Bo kiedy się z nim lubisz, to jest miło tak? Ale jeśli schodzimy na konflikt, to wyciągnie każdą możliwą przywarę, każdy krzywdzący mechanizm społeczny byle obrzucać guanem drugą stronę. Niechętnie po to sięgał, bo sam był pośrednią ofiarą takiego narzędzia. On tylko chciał, żeby nikt nie obrażał mu siostry, bo taką misję wpajano mu od najmłodszych lat. Bo ją kochał i jeśli świat miałby kiedyś trafić szlak, to nic innego po nią się nie liczyło. I przez większość życia za taką postawę dostawał wiadrem pomyj na twarz, bo tak zawsze na niego patrzyli. Biały rycerz w stroju smutnego klauna. Nikt tego nigdy nie rozumiał i nie zrozumie nigdy. Z wyjątkiem Severine, bo była to jego jedyna sojuszniczka w tej nierównej walce.

I śmiało, Rosie mogła się cieszyć tym, że przez jej giereczkę stracił panowanie nad sobą. Ale czy było się czym szczycić? Nawet największy idiota wiedział jaki jest najprostszy sposób, by sprowokować Louvaina. Cały Londyn o tym wiedział, a żeby to wykorzystać nie trzeba było mieć więcej, niż dwóch szarych komórek. To bardziej, niż proste. Dlatego był zamieszany w tyle konfliktów, a do dzisiejszego dnia zostało mu raptem tylko kilku przyjaciół na których mógł polegać. Ambrosia nie była pierwsza która wsadziła mu palec w te ranę i zapewne nie będzie ostatnia, ale skoro tak chciała. Z miłą chęcią podzielił się z nią tym bólem jakie sprawiało mu dźwigania tego brzemienia, bycie obrońcą honoru Loretty. Nie zdziwił go grymas na jej twarzy kiedy pozwolił sobie ją pocałować. Właściwie to chyba pierwszy raz po Baltane kiedy mogła poczuć chłód jego ciała. Dlatego jego uwadze nie uciekło podejrzliwe spojrzenie, jakim go obdarowała. Przez chwilę myślał, że o coś zapyta, zahaczy o ten temat, przynajmniej z czystej ciekawości. Być może zagadał ją swoim niby powściągliwym wykładem i propozycją układu. Jeśli miał wyciągać jakieś plusy z tej zmiany jaką zafundowało mu limbo, to była to kolejna zagrywka w manipulowaniu ją, gdyby kiedyś zaczęła stawać się mniej wyczulona na jego bodźce.

A jej kolejne słowa o Lorettcie i jej relacji z Mulciberem nie przypadły mu do gustu, dlatego zaczął ostentacyjnie zrzucać popiół z papierosa prosto na podłogę i dywan pod sobą. Nie dlatego, że wyrażała się niewłaściwie o niej, bo nawet ostrożnie dobierała słowa. - Nie musisz mi tłumaczyć jak działają te mechanizmy, U MOJEJ SIOSTRY. Wierz, znam ją najlepiej ze wszystkich. - spuentował jej krótki wykład na dynamikę relacji tych masochistów. Nuta irytacji przewinęła się w jego tonie, bo naprawdę nie było potrzeby tego wszystkiego mu mówić. Wiedział to i o wiele więcej, na pewno więcej niż by kurwa tego chciał. Dobrze wiedział, że jej związek to paranoja i próżno szukać tam czegoś ocierającego się z przyzwoitością. I nie było w tym nic zaskakującego, przerabiał to z każdym poprzednim jej facetem. Jednak za każdym razem stawka pojebaństwa musiała być podbijana, jakby za każdym razem stawała się zaszczepiona na te toksyny jakich doznała, szukając kolejnych, tych nieodkrytych wcześniej. - Nie zmienią się. Nie po to przez całe życie wystawiam się na pośmiewisko, żeby teraz rzucała mi zaklęciami w pysk. Zapewnił ją, nie odwracając onyksowego spojrzenia ani na moment. Dlatego jego najmocniejszą stroną było rozpraszanie. Zawsze musiał sprzątać syf, który za sobą zostawiała, ściągać klątwy i uroki z kobiet z którymi go zobaczyła, zamknąć swoją głowę i schować się za zasłoną oklumencji, gdyby taka była potrzeba. - I dlatego powinnaś skorzystać z mojego zaproszenia do naszego grona. Zyskasz dostęp do zasobów, kontaktów i lokacji, które mogą okazać się przydatne w odpowiedniej chwili. - ciągnął dalej, spokojnie bez zbędnego unoszenia się. Oprócz tego znajdzie się w hierarchii w której to on decydował, kto z kim, gdzie i cholera, jak. Nadużywanie tych uprawnień mogło ściągnąć na niego kłopoty, ale jeśli się zobowiązał do jej protekcji, nie zamierzał rzucać słów na wiatr. Ale o tym już niekoniecznie chciał jej teraz wspominać, może jeśli zajdzie taka potrzeba to się dowie, przed kim Louvain bezpośrednio odpowiada.

On sam za potężnego czarnoksiężnika się nie uważał. Jak mroczny i tajemniczy mógł się wydawać w odbiorze, to uważał że powinien ostrożnie używać czarnej magii. Dobrze wiedział, że droga w spaczeniu swojej duszy ma tylko jeden kierunek, a będąc kilka kroków za pozostałymi, miał pełniejszy ogląd na sytuację. Może kogoś to zdziwić, ale z dwójki bliźniaków to on był tym rozsądniejszym, warzącym każdą opcję zanim podejmie ostateczną decyzję. Chyba, że nazywałaś Lorettę kurwą, tutaj nie było się nad czym zastanawiać. Tak był w Limbo i uwalniał razem z Czarnym Panem duszę ze zaświatów, tak zaczerpnął ze źródła w zaświatach, ale z wszystkich tych rzeczy korzystał z rozwagą i nie sięgał po to jeśli nie było takiej palącej potrzeby. Jeszcze będzie czas, by pogrążyć się w mroku i zepsuciu.

- Zamknę to ja Ciebie w rodowej winiarni i będę upijał Cię do nieprzytomności, żebyś nie musiała pamiętać co z Tobą zrobię jeśli mnie oszukasz. - znów przybierając na groźnych tonach odezwał się dopiero kiedy zobaczył jak zimno rozlewa się po jej ciele. Dał moment, żeby dobrze się w tym rozgościła. Nie byłby sobą, gdyby chociaż na koniec nie przypomniał jej, że zawsze jej szansa żeby skrzywdzić ją bardziej i bardziej. Na myśli miał oczywiście ten ich sekretny układ, aby przypadkiem do głowy nie przyszło jej kombinowanie czegoś poza tym wszystkim. Nawet jeśli w piwniczce Lestrangów można było znaleźć najlepsze butelki z najlepszych francuskich winiarni, to wciąż nie było to szczęśliwe zakończenie.

- Dobrze znasz ten chłód, prawda? Byłaś tam... - teraz znowu, głos i twarz nabrała kolorów zadziorności i trochę ekscytacji. Wiedział, że po linii Trelawney miała sporo wspólnego z Limbo, na pewno więcej, niż by chciała. Tylko czy przywołując te niewygodne wspomnienia faktycznie ją zainteresował, czy może właśnie przestraszył? Nie zamierzał więcej teraz na ten temat opowiadać, wystarczy że zasieje ziarno niepewności i intrygi. Patrzył jej w oczy tak długo, aż zobaczył w jej oczach, że dobrze zrozumiała co miał teraz na myśli.

- Na mnie już czas, ale przemyśl sobie moją ofertę. Jedną i drugą. - rzucił tak nagle, jak nagle zmieniła się jego maniera. Filuternym ruchem i krokiem oderwał się z przestrzeni w której rozmawiali, od niechcenia spoglądając na zegarek. Nie mówiąc nic więcej, zwrócił się w kierunku drzwi i już chwytał za klamkę, już otwierał drzwi, kiedy zatrzymał się nagle. Odwrócił się w kierunku tego jednego połamanego szmalcownika, zacmokał kilkukrotnie i podszedł do niego bliżej, kucając nad jego zmęczonym ciałem. - A Ty, przyjacielu mój, pójdziesz ze mną, ale najpierw przeproś panią. - rzucił jakby nieco rozbawiony. Wyjął mu ten śmierdzący kaszkiet z mordy, żeby miał jak złożyć język do słów. Ten milczał przez chwilę, a kiedy Lou nie usłyszał tego co od niego wymagał, zamruczał niezadowolony. Dlatego zachęcił go, nadeptując na pogruchotaną rzepkę, a jęk bólu rozbrzmiał. Lestrange zachichotał nad jego marnym losem, ale ten ruch przynajmniej szybko przywrócił upodlonemu rozsądek. Zaklaskał w sarkastycznym geście, kiedy przerywane szlochem bólu słowo przepraszam w końcu padło z jego mordy. Ostatnim spojrzeniem jeszcze pożegnał się z Rosie, sugestywnym mrugnięciem oka. Przy okazji chciał zobaczyć czy chociaż jakiekolwiek wrażenie wywołał na jej buźce tą humorystyczna scenką. Nie pozostało mu nic innego, jak zabrać ich teleportacją wspólną z Ataraxii, co uczynił, chwytając szmalcownika pod łokieć.

entropy
What if I fall into the abyss?
What if I swing only just to miss?
wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Egzorcystka, medium, wróżbitka
Jest w niej pewna nerwowość, którą widać tak samo w gestach jak i odległym spojrzeniu zielonych oczu, pod którymi rozsiane zostały konstelacje piegów. Blond włosy ma zawsze ścięte przed ramiona. Jej drobną, niewielką (160cm) sylwetkę otacza zwykle ciężki zapach kadzideł, który wydaje się wżerać w każdy skrawek jej ciała i noszonych przez nią materiałów, ale kiedy komuś dane jest znaleźć się dostatecznie blisko, spod spodu przebija się pewna o wiele lżejsza nuta, przywodząca na myśl letnią noc, podczas której z łatwością można policzyć na niebie wszystkie gwiazdy.

Ambrosia McKinnon
#14
28.03.2024, 07:22  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.03.2024, 03:34 przez Ambrosia McKinnon.)  
Była pewna różnica między sprowokowaniem kogoś, a zrobieniem tego w taki sposób, by zareagował jak Louvain. Tych parę ładnych lat temu, zwyczajnie działała na ślepo. Ot, chciała zwyczajnie z dobroci serca postawić mu karty, żeby go trochę na trop tej jego kurwiącej się siostry naprowadzić. Można by rzec, że cała tamta sceneria była metaforą pisania jakiegoś zawoalowanego listu do Louvaina na maszynie do pisania, na temat jej własnych do do niego intencji. Tyle, że Rosie nie pisała ładnie literka po literce, a postanowiła uderzyć w klawiaturę pięścią i zobaczyć co się stanie.

Może to jego zimno wywołało na niej nieco większe wrażenie, gdyby było dla niej całkowicie nowe. Ale Louvain nie był pierwszym mężczyzną, który podzielił się z nią tą tajemnicą, bo miała już okazję dotknąć kogoś innego i pobawić się odrobinę jego energią. Może dlatego, tak samo i przez to że było to właśnie Lestrange, nie była aż taka chętna by ciągnąć go za język, bo zbytnia natarczywość wydawała się jej tutaj niewłaściwa. Jakby miała oznaczać przegranie jakiejś potyczki, której nawet nie toczyli.

Zacisnęła wargi, widząc jak śmieci jej na podłogę, bo ją to w pewien sposób drażniło bardziej jak zwykle. W Ataraxii i tak panował aktualnie nieporządek; kanapa była wciąż przesunięta, kula strzaskana, a gdzieś pod ścianą leżał świecznik, którym rzucał wczorajszego dnia Hades. Były drobne zmiany, przestawione przedmioty, które zdążyły na swoich miejscach odcisnąć ślady bytności, ale w sposób widoczny tylko po bliższym przyjrzeniu się. Ona jednak widziała to wszystko, jakby zostało odznaczone razem z siniakami na jej szyi. Powinna tu posprzątać, ale zwyczajnie nie miała siły. Ani na to patrzeć, ani rzucać zaklęć.

Zarzekał się, że znał Lorettę najlepiej ze wszystkich, ale intuicja podpowiadała jej, że wcale tak nie było. Był facetem - pewnych rzeczy zwyczajnie nie mógł rozumieć, ani nawet ich wiedzieć, a to nieco utrudniało to całe znanie drugiej osoby na wylot. Ale drobna nuta irytacji pobrzękująca w jego tonie nie przeszła niezauważona, bo Ambrosia uśmiechnęła się na jej dźwięk leciutko, może odrobinę pobłażliwie.

- Powiedzmy, że ci wierzę - rzuciła kwaśno, ale zaufaniem w tej kwestii nie zamierzała go obdarzać, głównie dlatego że jakaś jej część uważała Lorettę za szaloną. Musiała taką być, skoro zapracowała na swoja reputację, a przede wszystkim - biorąc pod uwagę fakt jak długo kręciła się dookoła Alexandra. Może patrzyłaby na nią inaczej, gdyby nie zdawała sobie sprawy z tego, jaki Mulciber jest przy niej - i miała tu na myśli siebie. Wiedziała, mimo wszelkich swoich kompleksów i niepewności, że stawiał ją na piedestale. Niedostępnym dla innych kobiet, a kiedy mówił, że była wyjątkowa - cholera, wierzył w to całym sercem. Dlatego Loretta dostawała resztki. Produkt uboczny tego, jak Axel odnosił się do McKinnon - wszystkie jego najpodlejsze fragmenty. I nawet jeśli Ambrosia uważała, że nie było czego zazdrościć pannie Lestrange, to na swoje nieszczęście i tak to robiła. Bo chciała, żeby Alexander był cały jej. Tylko jej. Chciała wziąć wszystko co go męczyło, co uważał w sobie złe i niegodne dla niej i pokazać mu, że nie przeszkadza jej to. Że jest w stanie mu pomóc się z tym uporać. Że zawsze będzie przy nim.

- Każesz mi zapomnieć? Oh, Lou, jesteś zbyt łaskawy - zaszczebiotała tym wyuczonym, specjalnie niedoszlifowanym głosem, żeby go odrobinkę wyśmiać. - Gdybym była tobą zadbałabym o to, żeby taka dziewczyna pamiętała wszystko - uśmiechnęła się do niego w dziwny, nieopisany sposób, zerkając spod wachlarza rzęs to na swoją dłoń, po której wspinało się jego zimno, to na jego twarz. Wyraz jej twarzy pozostał taki sam, kiedy zadał kolejne pytanie, zmieniając tylko odrobinę kontekst na nieco bardziej tajemniczy, jakby bez słów mówiła, że nie chciała mu zdradzać wszystkich sekretów. Prawda jednak była taka, że nie była pewna o co mu chodziło, ale nie zamierzała mu odbierać tej ekscytacji.

Ale wspomnienie limbo, nawet jeśli nie wywoływało w niej paniki jak kiedyś, wciąż wprowadzało w nią pewne napięcie. Nigdy nie mogła się z tego śmiać czy żartować, jakby nieodpowiednie słowa miały je przywołać w najgorszej możliwej postaci.

Na jego ostatnie słowa pokiwała głową z pewną przekorną rezerwą wymalowaną na twarzy, jakby faktycznie musiała się nad tym wszystkim zastanowić. Tak, jakby nie podjęła już decyzji. Ale kiedy Louvain zwrócił się jeszcze do szmalcownika, w spojrzeniu zielonych oczu wykwitło zaciekawienie, które szybko jednak zniknęło, ustępując miejsca zdegustowaniu. Tym samym, którym obdarzała często Alexandra, kiedy był się na jej oczach. W przypadku Lestrange'a jednak, nie kryła się pod tym satysfakcja i wzbierająca ekscytacja. Wywróciła jeszcze oczami, kiedy mrugnął do niej, odwracając się kiedy teleportował się z pokiereszowanym mężczyzną, samej wracając do swoich spraw.

Koniec sesji


she was a gentle
sort of horror
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambrosia McKinnon (5402), Louvain Lestrange (5260)


Strony (2): « Wstecz 1 2


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa