• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Wyspy Brytyjskie Walia [5.09.1972] Ribcage | Cynthia, Rodolphus

[5.09.1972] Ribcage | Cynthia, Rodolphus
Syn koleżanki twojej starej
We don't have to talk, We don't have to dance, We don't have to smile, We don't have to make friends
wiek
22
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Niewymowny
Ma czarne jak smoła włosy, zwykle zaczesane do tyłu, i nienaturalnie jasnoszare, przenikliwe oczy. Wyróżnia go blada cera i uprzejmy uśmiech błąkający się na ustach, który jednak nigdy nie ma odzwierciedlenia w oczach, oraz wysoki wzrost (190 cm). Jest zawsze porządnie ubrany w ciuchy z najlepszego materiału - nieważne gdzie aktualnie się znajduje i co robi. Na palcu serdecznym prawej ręki nosi duży sygnet z głową węża.

Rodolphus Lestrange
#11
10.02.2025, 13:08  ✶  
Rodolphus Lestrange cierpiał na pewną przypadłość, która była niezwykle niebezpieczna, jeżeli pozwolić by jej wypełznąć z dna ciała. Potrzebował bodźców, czegoś co sprawi, że nie będzie się nudził - nie lubił siedzieć bezczynnie, a jego umysł domagał się wyzwań tu i teraz. Gdy skupiał się na jednej rzeczy, cały świat mógł dla niego nie istnieć, lecz nie oznaczało to, że nie potrafił działać na wielu płaszczyznach jednocześnie. Cynthię interesowały pojedyncze jednostki, a dla niego samego ważny był efekt, wyniki badań. Wyniki, które z góry założył, chociaż nigdy nie przyznałby się do tego ani przed nią, ani przed kimkolwiek. Był tak pewny swego, że gdy poruszał ten temat z Robertem, gdy ten jeszcze żył, nie przyszłoby mu do głowy fałszowanie kolejnych kart pergaminu. Dla niej liczyły się jednostki, a on robił to dlatego, by pokazać światu magicznemu, że Voldemort miał rację we wszystkim, co głosił. Służył mu nie tylko jako żołnierz, skrywający tożsamość pod maską i czarną szatą, utkaną z ciemności - służył mu też jako naukowiec, gotów zabić tyle pojedynczych istnień, ile trzeba, by udowodnić że mają rację. Robił to dla dobra ogółu. I chociaż z pozoru razem z Cynthią stali po różnych stronach barykady (chociaż Flint zdawała się na tej barykadzie balansować z gracją godną srebrzystego kota), to wydawało się, że zawarli nieme przymierze w imię nauki. Nie będą wchodzić sobie w drogę, nie będą się nawzajem przekonywać, jeżeli w grę wchodziły wyższe idee. A te wyższe idee, paradoksalnie, spoczywały w piwnicy Rodolphusa.

Gdyby znajdowali się na przyjęciu, a on pomagałby jej schodzić po schodach do sali balowej, z troską nakryłby jej dłoń swoją. Być może posłałby jej uprzejmy, pokrzepiający uśmiech, bo mimo iż starał się trzymać na uboczu, to nazwisko Lestrange zwykle przyciągało w jego stronę ciekawskie spojrzenia. Ludzie wiedzieli kim był, przez uderzające podobieństwo chociażby do Louvaina, ale także do pozostałej części swojej rodziny. Czarne włosy, blada cera - to nie miało znaczenia. Znaczenie miała pewność siebie, pewna wyniosłość, dumnie uniesiona głowa i pewny krok osoby, która wychowywała się w poczuciu, że nie tylko może wszystko, ale że i jej to wszystko zwyczajnie się należy. To była postawa, której nie dało się podrobić. Nie byli jednak na balu, a dłoń Lestrange'a nie znalazła się na dłoni Flintówny. Przy nim była, paradoksalnie, bezpieczna - bezpieczna od łapczywych spojrzeń, które skutecznie odrywałyby ich oboje od tego, co było w tej chwili najważniejsze. I to nie chodziło o to, że nie dostrzegał tego, jak piękna była na zewnątrz, bo byłby ślepcem, gdyby tego nie widział. Dla niego liczyło się wnętrze, to co ludzie mieli w głowach: a jeszcze nie wiedział, czy w głowie Cynthii hula wiatr, czy być może jest to schronienie dla wiedzy, która okaże się kluczowa w jego badaniach. Zapewniono go o tym drugim, lecz musiał się przekonać na własne oczy.
- Praca z nieumarłymi jest zdecydowanie przyjemniejsza, to prawda - przytaknął Cynthii, rozciągając usta w uśmiechu. Nie chciał powiedzieć, że jest łatwiejsza, chociaż to rozumiało się samo przez się. - Nikt nie protestuje, gdy sięgasz po skalpel. Nie głuchniesz, gdy zaklęcie wyciszające przestanie działać. Lecz to dwie różne dziedziny: tego, nad czym pracuję, nie da się przeprowadzić na nieboszczykach.
Wolałby pracować na wykradzionych ciałach z kostnicy, oczywiście, lecz mózg żył tylko chwilę po śmierci ciała. Badania, które przeprowadził w Departamencie Tajemnic za przyzwoleniem swoich przełożonych wyraźnie podawały czas zgonu tego organu - nie zgadzał się z tym, co wiedzieli do tej pory. Był dłuższy, ale wciąż za krótki, by można było wyciągnąć z tego jakiekolwiek sensowne wnioski.

- Strach to jest właśnie to, co badam - powiedział, kiwając lekko głową na potwierdzenie tego, co mówiła Cynthia. Czy mówiła do niego, czy też do siebie - nie miało to znaczenia. Zaraz jednak po prostu zamilkł, patrząc na to, co robiła Flint. Uważnie wpatrywał się w jej profil, gdy nachylała się nad skrępowanym człowiekiem w klatce, z zachwytem patrzył na szczupłe palce, gdy te ujmowały podbródek mężczyzny i tak samo uważnie patrzył na jej skupienie, zmieniając lekko pozycję, chcąc obserwować jej twarz. Dopiero wtedy, gdy widział, co ta kobieta robi, wydała mu się prawdziwie piękna. Od zawsze powtarzał, że kobiet nie należało nie doceniać - podejrzewał, że Mulciber byłby wściekły, gdyby żył. Wkurzyłby się, gdyby dowiedział się, że jego kontakt polecił właśnie Cynthię, a nie kogokolwiek innej płci. On sam jednak był teraz tym szczerze zachwycony. Flintówna w tej jednej, krótkiej chwili sprawiła, że zmienił swoje postrzeganie na jej osobę o 180 stopni. Czy mężczyzna mógłby tak łatwo i lekko przekroczyć tę granicę? Jego stalowe oczy rozbłysły blaskiem podziwu, czego nawet nie zamierzał ukrywać. Milczał jednak, pozwalając jej na spokojne zapoznanie się z dokumentami. Gdy jednak się odezwała, Rodolphus odruchowo uniósł dłoń, by sięgnąć do pasma srebrzystych włosów, łaskoczących policzek kobiety. Zaczesał je za ucho, nie zdając sobie do końca sprawy z tego, co robił. W jego ruchu nie było gorąca, charakterystycznego dla czerpania fizycznej przyjemności. Na twarzy nie malował się wyraz lubości na samą myśl o tym, że znajdował się fizycznie tak blisko niej. Jego gest można było przyrównać bardziej do wyrazu opiekuńczości, troski, podobnież jak jego wyraz twarzy. - W Ministerstwie odkryliśmy, że odpowiednio stymulowany mózg może żyć dłużej niż zwyczajową minutę lub dwie. Udało nam się utrzymać kilka tych organów przy życiu przez ponad pięć minut, lecz to jest zbyt mało, żeby móc zbadać wszystko. Jak wiesz, pozyskanie materiałów do badań jest dla mnie problematyczne, a sama zauważyłaś, że potrzebuję więcej obiektów z magicznym rdzeniem. Każdy z nich jest na wagę złota.
Wyjaśnił spokojnie, cofając dłoń. Nie chciał wprawiać jej w zakłopotanie, lecz kołyszące się pasmo włosów, przesłaniające błękit jej oczu, byłoby zbyt irytujące, by mógł się w pełni skupić. Na wzmiankę o śmierci klinicznej uśmiechnął się kącikiem ust. O to mu chodziło - mniej więcej.
- Potrzebuję każdorazowo około dziesięciu minut. Śmierć kliniczna może wpłynąć negatywnie na układ limbiczny, jeżeli obiekt przebywałby w tym stanie zbyt długo. Próbki z rdzenia zostałyby zanieczyszczone, nie wspominając o urwanych przekaźnikach i neuronowych połączeniach - ale to nie było wszystko. Coś niebezpiecznego błysnęło w jego oczach, gdy wpatrywał się prosto w oczy Cynthii. - Potrzebuję sprawdzić, jak bardzo układ limbiczny będzie pobudzony, gdy będą na skraju śmierci. Bodźce bólowe to jedno, lecz sama świadomość tego, że czeka ich śmierć, to zupełnie inne reakcje. Do tej pory badałem głównie osoby, które miały nadzieję na ratunek.
Wskazał na teczkę, którą Cynthia trzymała w dłoniach. Pod częścią wniosków widniał właśnie taki dopisek: byli przekonani o tym, że będą wolni.
- Potrzebuję, żeby wiedzieli, że umrą. A gdy już stracą świadomość, a mózg pogodzi się ze śmiercią... Potrzebuję, żebyś utrzymała ich przy życiu przez kilka minut - podczas gdy to on będzie wykonywał brudną robotę. Nie prosił, żeby później ich mordowała. Nie musiał: jeżeli otworzy czaszkę i pokroi mózg, i tak umrą i ich krew będzie na jego rękach, nie jej.
Czarodziej
“It was hotter than rage, and sharper than fear, and cut deeper than helplessness, all because I couldn’t get to you.”
wiek
sława
—
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Koroner
Mieniące się srebrem, długie pasma włosów opadają Cynthii prosto na ramiona i ciągną się za połowę pleców, spod wachlarza czarnych rzęs spoglądają jasnoniebieskie, chłodne tęczówki. Jest średniego wzrostu o dość drobnej, smukłej budowie ciała. Wydaje się krucha i delikatna, głównie przez bladość skóry, jakby pozbawiona siły fizycznej. Doskonale dostosowuje sposób mówienia oraz gesty pod towarzystwo, w którym aktualnie przebywa, sprawnie manipuluje za pomocą wyglądu. Jest niewinnie śliczna, a jednocześnie przeraźliwie kojarzy się z zimą.

Cynthia Flint
#12
22.02.2025, 23:33  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.03.2025, 00:36 przez Cynthia Flint.)  
Świat nie był już biały i czarny. Nie można było tkwić w neutralnym punkcie z nadzieją, że problemy rozwiążą się same i z perspektywy czasu zaczynała rozumieć, jak naiwne było jej myślenie. Robiła, co musiała robić i czasem udawało się, że te obowiązki i potrzeby względem jednostek dla niej ważnych, względem nazwiska, pokrywały się z tym, czego Cynthia sama chciała. Nie podobało się jej krzywdzenie ludzi dla zabawy, ale jeśli w grę wchodziła nauka i ulepszenie otaczającego ich świata, to czy te kilka ofiar nie było wartych poświęcenia? Z drugiej jednak strony, czy świat pozbawiony mugoli — ich świat, mógł w ogóle istnieć? Były przecież pewne dziedziny, które się im pokrywały, a wynalazki stworzone na bazie kruszców i dostępnych materiałów, pozbawionych elementu magicznego, coraz częściej wkradały się do ich rzeczywistości, stając się inspiracją lub podłożem do czegoś nowego. Miał rację z tym że balansowała. Trwało to już długo, a ona zaczynała tracić równowagę od zmęczenia, które powstała wskutek chęci pozostania w bezpiecznej sferze. Miał jednak rację w tym, że i ona dla rozwoju, nauki, mogła się poświęcić. Mogli być podobni, a jednocześnie uzupełniać się zupełnie odmiennymi poglądami. I było to zjawisko na tyle rzadkie, że ją zaintrygowało.

Daleko było piwnicy do sali balowej, daleko było laboratorium do wykwintnego salonu, ale umiała lawirować zarówno po pierwszym, jak i po drugim, czasem z mniejszą i czasem z większą przyjemnością. Na sali jednak nosiliby maski tak perfekcyjnie dopasowane, wypowiadaliby słowa, które druga strona chciała usłyszeć i nijak mogliby dostrzec swoje prawdziwe oblicze, swoją pasję. A przecież jej iskra tliła się w spojrzeniach dwójki czarodziejów za każdym razem, gdy te przecinały się ze sobą. Były niczym nieme porozumienie niczym walc w najdroższym fraku i najlżejszych pantoflach.
W tej piwnicy pośrodku niczego maski mogli zostawić przed wejściem na schody i chociaż Cynthia o tym wiedziała, to bardzo trudno było się jej przełamać. Życie nauczyło ją ostrożności, a jednak Lestrange zdradzał jej swój sekret, wciągał ją w swoje badania i dał temu zaufanie. Ot tak, po prostu. Działał na wiarę, że go nie zdradził. Działał na jej słowo. Od lat nie spotkała kogoś, kto postąpiłby tak lekkomyślnie, a zarazem tak odważnie, bo przecież była mu obca. Była nekromantą z opowieści, nieznanym elementem, który mógł popsuć całą jego układankę. Tą prostotą właśnie, wiarą, sprawił, że chciała mu pomóc. Nawet jeśli uznawane być to mogło za mało etyczne, niewłaściwie. Schody przestały skrzypiec, a ona, wyrwała z zamyślenia, złapała nieco głębszy oddech. Znała ten zapach — wilgoci, kurzu, krwi, ale i śmierci. Rozkładu. Beznadziei.
- Żywy organizm daje zupełnie inne możliwości, nawet jeśli martwy jest elastyczniejszy do formowania i z łatwością wykonuje polecenia. - zgodziła się, posyłając mu krótkie spojrzenie. Obydwa miały swoje plusy i minusy, obydwa oferowały zupełnie inny zakres możliwości magicznych i badań. I los chciał, że tak, jak cień nie mógł istnieć bez światła, tak życie nie mogło istnieć bez śmierci. Wszystko to w pewnym momencie się po prostu splatało.

Strach.
Którą formę? W jakich okolicznościach? Żadne pytanie nie uciekło jednak z jej ust, chociaż znów udało się mu zaintrygować ją na tyle, że skupił całą jej uwagę, uruchamiając malutkie trybiki. To prawda, że emocje miały wpływ na organizm i na magię, dlatego ich tak unikała. Strach, obawa przed utratą, pożądanie, orgazm, nienawiść, miłość — każda była szybko działającym paliwem, które mogło wyswobodzić w człowieku reakcje lub słowa, o które by się nie podejrzewał. Obejrzała laboratorium, skupiła się na obiekcie. Zmęczony, o pustym spojrzeniu i charczącym oddechu. Podstawy nekromancji, ba, podstawy uzdrawiania pozwoliły jej w przeciągu sekund zbadać jego stan fizyczny. Skoro miał poświęcić się dla nauki, musiał się poprawić. I to wcale nie było trudne, wystarczyła jedna niteczka energii z jej własnego ciała, aby odciążyć odwodnione organy i przynieść mu odrobinę ukojenia. Pięknego snu, który pozwoli odetchnąć umysłowi, zregenerować się neuronom, które chciał przecież badać. Miał ciepłe policzki, wzdrygał się na chłód, który bił od jej palców, ale Cynthia w jakiś sposób czuła, że wiązał jej pojawienie się z nadzieją. Może było to drgnięcie jego serca, a może ulga, którą odczuły nerwy. Ludzie byli skomplikowanymi istotami, nie tylko pod względem umysłowym, ale również czysto fizycznym, jeśli zdjęło się z nich skórę.
W normalnych okolicznościach nie pozwoliłaby sobie na taką swobodę działania, ale w towarzystwie czarodzieja czuła się po prostu swobodnie. Lekko na tyle, aby jego spojrzenie zupełnie jej nie przeszkadzało.
Bez skrępowania wyprostowała się i zmniejszyła dzielący ich dystans, spoglądając na dokumenty dotyczące jego projektu. Praca, którą wykonał, była wyjątkowa. I trudna, zważywszy na okoliczności. Miał łatwiej, bo pracował w odpowiednim Departamencie, a jednak teraz to właśnie on wzbudzał w Ministerstwie największe wątpliwości pod względem lojalności. Lub może była to obawa, że wyniosą sekrety w nim drzemiące Voldemortowi?
Z zamyślenia nad jednym z wykresów wyrwał ją dotyk. Lekki, prosty i przede wszystkim niespodziewany. Poczuła przemykający po karku dreszcz, gdy podniosła na niego zdziwione spojrzenie, chwilę wcześniej zerkając przez sekundę na jego dłoń. Nie drgnęła, nie odsunęła się, kolejny raz czując tę dziwną więź zaufania, która bezwiednie ich ze sobą splątywała. Niewątpliwie był to z jej strony wyraz zaufania.
- Rozumiem. - odparła najpierw nieco ciszej, niż zamierzała, a chwilę po tym, gdy wyciekło spomiędzy jej warg ciche mruknięcie zastanowienia, kontynuowała. - Nieetycznym byłoby sprowadzenie tu Czarodziejów. I niebezpieczne, zważywszy na okoliczności i działania podjęte przez Departament Aurorów. Są jednak przypadki beznadziejne. Choroby, które dotykają osób z silnym źródłem, których nie da się wyleczyć. W Mungu, w hospicjum. Na intensywnej terapii. Takie, których śmierć by nikogo nie zaskoczyła.
Zasugerowała mu lekko, mimowolnie wzruszając ramionami. Nie mordowałby ludzi zdrowych, a jedynie skracał czas pozostały tym, na których za rogiem czekała śmierć. Nie było trudno o podrobiony akt zgonu. Nie było trudno upozorować go, a potem przywrócić pełną sprawność organizmu. Myślała nad tym już wcześniej w związku ze swoim rytuałem, który na celu miał uratowanie jego kuzynki, ale nie miała w zanadrzu pracownika placówki, któremu mogłaby ufać lub którego można byłoby wykorzystać. Dla kogoś z jej stanowiskiem, bo w końcu podlegała tylko szefowi ich Departemntu, nie było trudno do szpitala przeniknąć, zwłaszcza biorąc pod uwagę jej ścieżkę kariery i kursy, ale znalezienie właściwego człowieka, byłoby już znacznie trudniejsze. Z czymś takim nie można było ufać ludziom ot tak.
- Czyli wszystko chodzi o reakcje mózgu na informację o nadchodzącym końcu. Jedni zareagują walką, inni histerią, a jeszcze inni będą z tym pogodzeni. I każde z tych uczuć pobudzi mózg inaczej, co zaowocuje innym stanem hormonów w momencie śmierci. - stwierdziła po wysłuchaniu go, przenosząc wzrok znów na tkwiące przed nimi papiery. Opuściła dłonie i trzymaną teczkę, przeniosła spojrzenie na śpiącego spokojnie mężczyznę, tkwiącego gdzieś wśród swoich marzeń. On był właśnie faszerowany nadzieją.
- Chcesz spróbować dziś? - zapytała w końcu, odrzucając teczkę na bok i schowała dłonie za siebie, splątując ze sobą. Wbiła w niego pytające spojrzenie, chociaż jej twarz wiele nie zdradzała, Widziała, że dla swoich badań Lestrange mógł poświęcić wiele, być może i własną duszę. - Skoro mam być kostuchą, to nie powinieneś najpierw przekonać się, czy mogę to zrobić? Intrygujący z Ciebie człowiek, Rodolphusie. Nie pamiętam, kiedy spotkałam kogoś, kto stawiał wszystko na wiarę i rekomendacje. Muszę jednak przyznać.. - przerwała na chwilę, pozwalając sobie na wyprostowanie się i przesunięcie palcami po własnych nadgarstkach. - To w pewnym stopniu odświeżające. I schlebia mi, że pozwalasz mi dołączyć do swoich badań. Wyniki, nawet jeśli wstępne, są niesamowite i mogą faktycznie przynieść przełom. A to zawsze wymaga poświęcenia.
Syn koleżanki twojej starej
We don't have to talk, We don't have to dance, We don't have to smile, We don't have to make friends
wiek
22
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Niewymowny
Ma czarne jak smoła włosy, zwykle zaczesane do tyłu, i nienaturalnie jasnoszare, przenikliwe oczy. Wyróżnia go blada cera i uprzejmy uśmiech błąkający się na ustach, który jednak nigdy nie ma odzwierciedlenia w oczach, oraz wysoki wzrost (190 cm). Jest zawsze porządnie ubrany w ciuchy z najlepszego materiału - nieważne gdzie aktualnie się znajduje i co robi. Na palcu serdecznym prawej ręki nosi duży sygnet z głową węża.

Rodolphus Lestrange
#13
10.03.2025, 00:43  ✶  
Czy on sam odczuwał tę nić porozumienia tak mocno, jak Cynthia? Nie był co do tego przekonany. Bawił się kobietami już w Hogwarcie. Doprowadzał je na skraj szaleństwa, sprawiał że potem robiły z siebie idiotki - i to wszystko po to, by ta którą pokochał jako jedyną, mogła się śmiać pełną piersią. Wtedy jeszcze tego nie rozumiał, lecz dla niej byłby w stanie spalić cały świat. Dla niej byłby w stanie zdradzić każdego, łącznie z Mistrzem, byle by tylko była szczęśliwa. Na ich związku jednak dość szybko pojawiła się ryska, a później poważne pęknięcie, które w ciągu zaledwie kilku dni stało się przepaścią, której nie dało się przeskoczyć.

To bolało.

Bolało tak bardzo, że poprzysiągł sobie że nigdy już nie okaże się tak słaby. Jego ego ucierpiało tak mocno, że mózg musiał jakoś wyjaśnić tę sytuację, której nie potrafił z początku pojąć. Zamknął się w sobie, stłumił żar a potem pozwolił, by spalił go doszczętnie. Oddawał się romansom nie tylko z kobietami, ale i z mężczyznami. Manipulował ich, wykorzystywał do swoich celów. Nie był nikim innym jak alfonsem, który rozporządza swoim haremem tak, jak uważa za słuszne. I nie czuł wyrzutów sumienia. Ciało było tylko ciałem - w tym wszystkim nie było tej iskry, która pozwalała sądzić, że to może być coś więcej.

On nie zostawił maski na zewnątrz. On miał ich tyle, że nie wiedział, która twarz jest tą prawdziwą: jego własną. Zmieniał maski w zależności od sytuacji dużo wprawniej, niż Cynthia, mimo że był młodszy. Jej trudno było zostawić tę maskę, on po prostu nie potrafił jej oderwać od swojej twarzy. Gdyby to zrobił, odeszłaby razem ze skórą. A ta skóra szybko zasklepiłaby się inną maską. Obdarzył ją jednak, faktycznie, sporym zaufaniem. Jednak czy zdobyłby się na ten krok gdyby nie Robert? Zapewne nie. Inna sprawa, że Robert myślał, że ich ojciec pisze o jej bliźniaku: a nie samej Cynthii.
- W istocie - potwierdził z lekkim uśmiechem. Była małym puzzlem w jego układance, lecz nie była w stanie niczego zepsuć. Był jej pewny, a gdyby jakkolwiek próbowała się wyłamać: on złamałby ją. Z jakiegoś jednak powodu czuł pewność, że nie będzie musiał tego robić. Czy to właśnie była ta nić porozumienia, której jeszcze nie dostrzegał?

Widział to spojrzenie, jednak nie sprawiło ono, że się speszył. Dotyk ten, który był dla Cynthii niespodziewany, był tak samo niespodziewany dla niego samego. Być może bardziej pod kątem jego nerwicy natręctw, która nie zniosłaby faktu, że kilka kosmyków może być niepokornych i huśtać się nad spisem okropieństw, których dokonał i spisał na papierze... A być może dlatego, że nie godziło się by tak piękne włosy były brukane okropieństwami, których dokonał. Zwątpił na jedno małe uderzenie serca w swoje intencje. Ale zaraz jego myśli wróciły na właściwe tory. Przecież on chciał ją zbrukać, w każdym tego słowa znaczeniu. Cynthia nie wydawała się niewinna, sama przecież rozcinała trupy i zaglądała do ich wnętrza. Ale nigdy nie robiła tego - chyba? - w taki sposób, w jaki jej proponował teraz.
- Jeżeli chcesz być częścią tego... - powiedział, odwracając wzrok od kobiety, by mógł potoczyć nim po aparaturze, po zimnych meblach i w końcu: po klatkach za zasłonkami, tam gdzie przed chwilą była i pokazywała, co potrafi. - Etykę możemy schować między karty księgi o dobrym wychowaniu.
Słuchał tego, co do niego mówiła, lecz wiedział że nie do końca pojmuje to, co chciał jej przekazać. Ostrożnie wyjął teczkę z dokumentami z jej rąk, by odłożyć ją na stolik zanim ona sama ciśnie nimi o blat. Sam postanowił ująć jej dłoń lecz tylko po to, by pokazać jej, gdzie ma się udać. Prowadził ją do klatki tego samego mężczyzny, którego przed chwilą dotykała. Którego nie powinna dotykać, bo przecież teraz jej palce były brudne od nieczystej krwi. Nie zostały ubrudzone krwią, ale nie godziło się żeby ktoś taki jak ona dotykał go w taki sposób. A jednak potrzebował jej, potrzebował jej dotyku i potrzebował, żeby robiła to, czego on sam nie potrafił. Dłoń Rodolphusa spoczęła na plecach Cynthii, w okolicy łopatek, w bezpiecznym miejscu.
- Wiesz chyba, że nie mogę pracować na ludziach, którzy wiedzą, że ich koniec jest bliski, prawda? - zapytał, odpowiadając na jej wcześniejsze pytanie. Lekko wzmocnił nacisk na jej plecy, sugerując by się pochyliła. Pochyliła razem z nim, bo przecież nie zamierzał zostawiać jej z tym samej. On sam nachylał się w stronę mężczyzny, który teraz był skulony i patrzył na nich z przestrachem, nie móc wydobyć z siebie ani jednego słowa. Na widok jego miny Lestrange tylko się uśmiechnął. Nie można go było nazwać ekspertem jeżeli chodzi o pozbawianie głosu, lecz na koncie miał kilka podobnych... Sukcesów. - Nie masz być kostuchą, Cynthio.
Jej imię wypowiedział wyjątkowo łagodnie i miękko. Obserwował mężczyznę, który przyglądał się im ze strachem. Bo jeżeli na początku patrzył na kobietę jak na ratunek, to zdążył chyba zrozumieć, że ten ratunek nigdy nie nadejdzie.
- Masz być aniołem. Aniołem śmierci - uśmiechnął się lekko, nieznacznie, przesuwając dłonią tak, by w końcu oderwać ją od jej pleców. - Ty przedłużasz ich życie. To ja je im odbieram.
Słyszał słowa o wierze i rekomendacjach, ale minęła dłuższa chwila, zanim uznał, że może na nią spojrzeć. Nie był z nią szczery, nie tak do końca, ale... Skoro schlebiało jej to, że zaprasza ją do badań, to co powie gdy wyjawi jej jeszcze jeden, maleńki ułamek prawdy?
- Pamiętasz wspólnika, o którym wspominałem? - zapytał spokojnie, unosząc nieco kącik ust. [/b]- Zmarł niedawno na zawał. Ogromna szkoda...[/b]
Mruknął, patrząc na nadgarstek swojej prawej dłoni. Nici przysięgi wieczystej już nie paliły lecz ich wspomnienie: owszem.
- Jeżeli jesteś gotowa, możemy spróbować dzisiaj. - o ile chciałby być szarmancki, tak jego wzrok, który był teraz utkwiony w Cynthii, odstawał od tego miłego i zafascynowanego. Teraz przypominał wzrok drapieżnika, który czeka na ruch ofiary: a ofiara właśnie uwalniała się z klatki, bo Rodolphus sięgnął po różdżkę i jednym prostym machnięciem uwolnił ich "obiekt badań".
Czarodziej
“It was hotter than rage, and sharper than fear, and cut deeper than helplessness, all because I couldn’t get to you.”
wiek
sława
—
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Koroner
Mieniące się srebrem, długie pasma włosów opadają Cynthii prosto na ramiona i ciągną się za połowę pleców, spod wachlarza czarnych rzęs spoglądają jasnoniebieskie, chłodne tęczówki. Jest średniego wzrostu o dość drobnej, smukłej budowie ciała. Wydaje się krucha i delikatna, głównie przez bladość skóry, jakby pozbawiona siły fizycznej. Doskonale dostosowuje sposób mówienia oraz gesty pod towarzystwo, w którym aktualnie przebywa, sprawnie manipuluje za pomocą wyglądu. Jest niewinnie śliczna, a jednocześnie przeraźliwie kojarzy się z zimą.

Cynthia Flint
#14
25.03.2025, 22:11  ✶  
W Hogwarcie wszystko było bardziej kolorowe. Szarość nie przedostała się w tylu odcieniach do codzienności, nie pomogła nałożyć grubej skorupy i obudzić chęci zminimalizowania zaangażowania do minimum. Pod tym względem również coś ich łączyło, chociaż żadne o tym nie wiedziało — ten ból, to przeświadczenie, że dla drugiego człowieka mogli zrobić wszystko. I ten moment łudząco przypominający ten, w którym rysa zaczęła przebiegać przez środek lustra, aby roztrzaskać je na tysiące kawałków. Owszem, dało się to skleić, ale powierzchnia już nigdy nie będzie taka sama, najpewniej nawet nie będzie kompletną. Z czasem pojawiły się uczucia, ale instynktownie się broniła.
Ona odreagowywała w inny sposób. Nie angażowała się w żadną relację, żaden romans. Manipulować ludźmi można było na wiele sposobów, ale brutalna prawda była taka, że najskuteczniejszy był przez łóżko. Owinąć ich sobie wokół palca, zmusić do zrobienia rzeczy, o których samych siebie by nie posądzali.
Ciało było tylko ciałem — narzędziem badawczym. Naczyniem.

Czy nie przerażało go to, że zgubił siebie? Czy spoglądając w lustro, widział osobę, którą lubił i która mu się podobała? Bo Cynthia już dawno odkryła, że coraz trudniej było jej samą siebie rozpoznać. Mury były takie wysokie, że blokowały dostęp światła, zobojętniały. A były przecież rzeczy, były osoby, na które wcale taka być nie chciała. Jej spojrzenie z maleńką, niezauważalną zwykle nutą ciekawości przemykało po twarzy czarnowłosego mężczyzny. Był taki sam, a jednak tak różny w sytuacjach, w których miała okazję z nim przebywać.
Jeśli czegoś można było od niej oczekiwać, to dotrzymania słowa. Zawsze taka była, trzymała się obietnic i uważała na słowa, bo chociaż ludzie wciąż powtarzali, że to czyny miały większą moc sprawczą, czego nie negowała, to od słów wszystko się zaczynało. One były spoiwem, one narzucały oczekiwania i pogląd. Nie tylko wypowiadane zwroty, ale również ton czy akcent. Jednak jeśli musiałby ją złamać, czy było tam jeszcze cokolwiek do złamania? Była już przecież zepsuta w sposób niepojęty dla większości ludzi.

Kiedyś była nieśmiała. Rumieniła się, unikała kontaktu fizycznego, czasem odwracała spojrzenie — był to jeden obrazów, który tlił się w jej głowie rozmazany, ale silnie zaakcentowany. Teraz to ona zwykle onieśmielała, chłodem i bezpośredniością. Bo mężczyźni byli przyzwyczajeni do tych uroczych kokietek. Czasem takową udawała, ale za każdym razem odnosiła wrażenie, że nie umiała już być w tym naturalna — chyba dlatego, że taka była w pewnym sensie jej istota. Z pewnością była mniej ubrudzona krwią niż on. Jej obiekty były martwe, nieczęsto sięgała po żywe, tkwiła w niej jednak fascynacja możliwościami, które nekromancja dawała. Tymi, które ignorowała lub bagatelizowała od wielu lat, a które on chciał wykorzystać. Chyba głównie przez jego propozycję, przez cały ten wachlarz możliwości — budziło to w niej uczucia i miała ochotę uczepić się nich palcami, nawet jeśli wszystko miałoby się za kilka godzin skończyć.
- Stałam się tego częścią w momencie, w którym mnie tu wpuściłeś. Obydwoje o tym wiemy. Są takie rzeczy, od których nie ma odwrotu. Decyzje, które w ciągu sekundy zmieniają miejsce, w którym się znajdujemy. - odparła, wpatrując się gdzieś w punkt przed sobą, a jej głos jak zwykle emanował spokojem i pewnością, który tak doskonale opanowała. Pozwoliła sobie na bezgłośne westchnienie, nim przeszła dalej, wciąż mając odrobinę klapki na oczach. Głównie za sprawą tego, że jej sumienie próbowało zmienić kierunek postrzegania tej sprawy, kłócąc się z tym, co kilka tygodni wcześniej powiedział jej Louvain i co tak mocno się na niej odcisnęło, chociaż wówczas o tym nie wiedziała. Dała się prowadzić, obserwując mężczyznę, którego kilkanaście lub kilka — nie była pewna — minut wcześniej uspokoiła.
Przytaknęła, czując krótki uścisk w żołądku, zaskoczona tym nagłym protestem ze strony organizmu, który kontrolowała najlepiej, swojego własnego. Nigdy nie była katem. Z drugiej jednak strony była badaczem. Była głodna wiedzy, przekraczania granic. Potrzebowała doświadczenia, które mogłoby wspomóc ją dzisiejszego wieczora. I on jej to dawał. Słuchała go w milczeniu, lustrując spojrzeniem niebieskich oczu otumanionego mężczyznę. Przytaknęła, nachylając się i zdając sobie sprawę, że gdyby szukał w niej współczucia lub ratunku, nie umiała mu tego zaoferować. Nie mogła. Było to zupełnie inne doświadczenie niż obcowanie z martwym. Odwróciła głowę w jego stronę na dźwięk własnego imienia, napotykając stalowo-niebieskie oczy, zdecydowane.
- Mogę być wszystkim, zależnie od potrzeb projektu. Zrobię, co będę mogła, abyś miał jak najdłuższe okienko czasowe. - przerwała na chwilę, a spomiędzy jej warg uciekło mruknięcie. W jej spojrzeniu pojawił się chłód, obojętność na los jego wspólnika. Kojarzyła fakty. Kojarzyła jego. I zasługiwał na gorsze rzeczy, niż go spotkały. - Jaka szkoda.
Skwitowała jedynie, wzruszając ramionami. Z ulgą, bo z nim, by zwyczajnie pracować nie chciała. Czułaby, że zdradza zaufanie kogoś, komu nie mogła i nie chciała tego zrobić. To byłoby nie w porządku. On zresztą też nie brzmiał, jakby bardzo za nim tęsknił.
- Myślę, że byłoby zmarnowaniem dnia, gdybyśmy poprzestali tylko na teorii, nie sądzisz? Przełamanie lodów. - dopiero teraz wyprostowała głowę i spojrzała na uwolnionego mężczyznę, wcześniej przyglądając się swojemu partnerowi w nauce. Przesunęła dłonią w dół, sięgając własnego uda, aby podwinąć nieco sukienkę i sięgnąć do skórzanej opaski, przy której miała różdżkę, a także zabezpieczony skalpel. Wybrała to pierwsze, zaciskając palce na rękojeści, a drugą dłonią zgarnęła włosy na plecy tak, aby nie przeszkadzały. - Możemy zaczynać, gdy będziesz gotowy.
Syn koleżanki twojej starej
We don't have to talk, We don't have to dance, We don't have to smile, We don't have to make friends
wiek
22
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Niewymowny
Ma czarne jak smoła włosy, zwykle zaczesane do tyłu, i nienaturalnie jasnoszare, przenikliwe oczy. Wyróżnia go blada cera i uprzejmy uśmiech błąkający się na ustach, który jednak nigdy nie ma odzwierciedlenia w oczach, oraz wysoki wzrost (190 cm). Jest zawsze porządnie ubrany w ciuchy z najlepszego materiału - nieważne gdzie aktualnie się znajduje i co robi. Na palcu serdecznym prawej ręki nosi duży sygnet z głową węża.

Rodolphus Lestrange
#15
17.04.2025, 13:56  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 23.03.2026, 10:14 przez Rodolphus Lestrange.)  
Gdy Lestrange patrzył w lustro jeszcze kilka tygodni temu, widział kogoś, kim w obecnej sytuacji by gardził. Widział osobę słabą, zależną od innych - widział kogoś, kto był na każde skinienie ludzi w zasadzie mu obcych. A teraz? Teraz, gdy opuścił Mauzoleum, gdy Robert nie żył, w końcu mógł spojrzeć w lustro i myśleć, że znalazł się nareszcie w miejscu, w którym chciał być od zawsze. To on pociągał za sznurki, to on nadawał tor kolejnym wydarzeniom. To on sterował tym okrętem, nawet jeżeli codziennie musiał zmagać się z falami, które próbowały go zmyć z pokładu. Czy zgubił siebie? Nie - prędzej się odnalazł. W końcu stał pewnie na nogach, ale żeby to osiągnąć, musiał metaforycznie umrzeć. Jeden raz, drugi. Być może umrze niedługo po raz trzeci, a wtedy będzie na tyle godny, by stanąć bezpośrednio u boku Mistrza, razem ze swoim kuzynem. A może, tak jak do tej pory, wciąż będzie tylko pionkiem? Nie miał ambicji, by zajmować konkretne pozycje: miał jednak ambicje, by być użytecznym narzędziem w rękach Voldemorta. Narzędziem jednak, które myśli, a nie jest tylko szmacianką, którą można sterować tak, jak się komuś podoba.

Spodobał mu się ten chłód w jej oczach. Podejrzewał, że gdyby Mulciber nie gryzł teraz ziemi, to cały ten projekt mógłby runąć jak domek z kart. W tego typu działaniach konieczne było zaufanie, nawet jeżeli nie znali się jeszcze na tyle, by ochraniać własne plecy. Jednak w Cynthii widział to, co w sobie samym - głód wiedzy i zrozumienie dla przekraczania granic. Kolejnych i kolejnych, aż w końcu te granice zatrą się i przestaną być czymś, co ich będzie ograniczało. Musieli działać ostrożnie, owszem, lecz w końcu będą musieli podjąć ryzyko. On jedno ryzyko podjął dzisiaj, sprowadzając Cynthię do tej piwnicy. Kolejne podejmą pewnie już niedługo, gdy będą dopadać inny, bardziej wdzięczny obiekt od tego, którego uspokoiła Flint.

Mężczyzna był otępiały nie tylko przez energię, którą mu przekazała - był otępiały przez nieustanny ból tak fizyczny, jak i psychiczny. Patrzył na kobietę z początku bez wyrazu, jakby nie do końca wiedział, co się wokół niego dzieje i co miało się zaraz stać. Lestrange z kolei doskonale wiedział, co się wokół niego działo: widział, jak Cynthia podwija sukienkę, jak odsłania kawałek uda, do którego przytroczona była zarówno różdżka, jak i skalpel. Kulturalnie odwrócił wzrok, chociaż z trudem, zastanawiając się przez chwilę czy to była natura Cynthii, czy też robiła to w pełni świadomie, tak jak mu czasem zdarzało się w pełni świadomie przesuwać dłonią po skórze kobiet, by poczuły przyjemny dreszcz emocji, które niósł za sobą ten dotyk.
- Wstań - powiedział zdecydowanie, acz wciąż cicho, sięgając po swoją różdżkę. Nie był nigdy dobry w translokacji, lecz był niemalże doskonały w urokach. Gdy tylko pochwycił wzrok ich obiektu, wycelował w niego różdżką. Mężczyzna z widocznym trudem dźwignął się na nogi, tak że Lestrange bez przeszkód mógł otworzyć niewielką jak dla rozmiarów dorosłego człowieka klatkę. - Przejdź do stołu.
Jego polecenia nie były zimne i twarde, nie smagały niczym bicz. Były łagodne, niemalże akademickie, jeżeli chodzi o ton. Mówił jak nauczyciel, który jest surowy, lecz jednocześnie sprawiedliwy. Lecz czy można było nazwać go sprawiedliwym w tej chwili? Czy sprawiedliwe było to, co mieli zamiar za chwilę zrobić z Cynthią? Czy było sprawiedliwe mieć w planach morderstwo z zimną krwią?

Mężczyzna powłóczył nogami niczym zombie. Nie dlatego, że się w niego zamienił lecz dlatego, że mrowiło mu całe ciało od niewygodnej pozycji i zimna. Był tak osłabiony, że nie było możliwości, by się bronił przed Rodolphusem. Był podatny, cholernie podatny na jakiekolwiek polecenia - zmęczony umysł nie potrafił się bronić.
- Połóż się - Lestrange wciąż patrzył na mężczyznę, mrużąc przy tym nieznacznie oczy. - Cynthio, będziesz tak miła i zapniesz pasy?
Pasy... Przy stole, do którego mieli przywiązać mężczyznę, znajdowały się zarówno skórzane, mocne pasy, jak i łańcuchy, które miały je wzmocnić. Zanim zaczną, należało się upewnić, że obiekt nie przysporzy im kłopotów - nie spróbuje się uwolnić, nie będzie się szarpać. Unieruchomić można było mu nie tylko kończyny, lecz także głowę.
- Zwykle wdzieram się do ich umysłów, by wyciągnąć na wierzch najbardziej bolesne wspomnienia - powiedział, będąc gotowym by pomóc Cynthii w przywiązaniu mężczyzny do stołu. - Potem wtłaczam przy pomocy magii obrazy, które przepowiedzą im przyszłość. Śmierć. Żeby wiedzieli, że to już koniec. Dla osobnych badań zostawiam furtkę, żeby porównać jak się zachowają, gdy wszczepię im nadzieję.

Koniec sesji
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Cynthia Flint (5795), Rodolphus Lestrange (6449)


Strony (2): « Wstecz 1 2


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa