04.09.2026, 13:25 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.09.2026, 13:25 przez Anthony Shafiq.)
—19/10/1972—
Anglia, Londyn
Jonathan Selwyn & Anthony Shafiq
![[Obrazek: CYHBWU6.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=CYHBWU6.png)
I walk, I trust, with open eyes;
I've travelled half my worldly course;
And in the way behind me lies
Much vanity and some remorse;
I've lived to feel how pride may part
Spirits, tho' matched like hand and glove;
I've blushed for love's abode, the heart;
But have not disbelieved in love;
Nor unto love, sole mortal thing
Or worth immortal, done the wrong
To count it, with the rest that sing,
Unworthy of a serious song;
And love is my reward: for now,
When most of dead'ning time complain,
The myrtle blooms upon my brow,
Its odour quickens all my brain.
![[Obrazek: CYHBWU6.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=CYHBWU6.png)
I walk, I trust, with open eyes;
I've travelled half my worldly course;
And in the way behind me lies
Much vanity and some remorse;
I've lived to feel how pride may part
Spirits, tho' matched like hand and glove;
I've blushed for love's abode, the heart;
But have not disbelieved in love;
Nor unto love, sole mortal thing
Or worth immortal, done the wrong
To count it, with the rest that sing,
Unworthy of a serious song;
And love is my reward: for now,
When most of dead'ning time complain,
The myrtle blooms upon my brow,
Its odour quickens all my brain.
Plany. Projekty. Pełnomocnictwa.
Papirus.
Pergamin.
Papier.
Przez pewien czas w ich biurze słychać było tylko skrobot stalówki o szorstką powierzchnię wypełniającą się kolejną adnotacją, podpisem, poleceniem, które miało iść dalej w świat - ich biurowy, lokalny, między piętrami czy dalej, do większości państw czy kontynentów.
Z powodu Spalonej Nocy bywał w biurze o wiele częściej niż przed laty. Wpierw robił to po to by coś komuś udowodnić. Potem… bo zawsze był to czas spędzony razem, a oni latami doświadczeń potrafili ukrywać to, że ich stopień znajomości osiągnął ukryty dotąd stopień zażyłości.
Pogodzili się – tak mówiono na korytarzach, bez świadomości, jak to zrobili. Wiedziałem, że to nie może trwać długo, biuro bez jednego z nich nie byłoby już takie samo – zauważał kto inny, myśląc, że ściany nie słyszą. Ale ściany słuchały i ściany się uśmiechały pod nosem, podpisując kolejne dokumenty.
Prawda była taka, że kiedy realnie był w biurze, był w stanie odciążyć Jonathana z części delegowanych na jego barki obecności i pozwolić mu na nieco więcej swobody "w godzinach pracy", choćby i ta swoboda miała polegać na tym, że siedział przy biurku i ledwie rozmyślał, niekoniecznie nawet o sprawach OMSHMu tylko… tej drugiej organizacji, której znak nosił głęboko ukryty w sercu.
Jako że i Anthony obecnie należał do tego "stowarzyszenia" było mu łatwiej poradzić sobie z koniecznością dzielenia się Jonathanem. Niewiedzia wciąż go bodła, bezsenność zadręczała lękami o obu przyjaciół, ale było mu jakoś lżej.
Aż do teraz.
Delegacja do Lozanny właściwie była za kilka godzin, nawet jeśli w rzeczywistości było to kilka dni.
To nie było tak, że Jonathan musiał tam jechać razem z nim, choć prawda była taka, że Shafiq od kilku dni tak mocno to racjonalizował, że uważał obecnie tę opcję za jedyną dostępną.
Potrzebował go z powodu jego czaru osobistego, wiedzy, kontaktów i łatwości zjednywania sobie ludzi. Potrzebował go ponieważ nikomu tak nie ufał jak jemu, zaufaniem wzmocnionym odbudowaniem po wrześniowej "wpadce". Potrzebował go z powodu francuskich i włoskich dyplomatów, którymi będzie mógł się zająć od ręki. Potrzebował bo…
… bo nie chciał, szalenie nie chciał zamartwiać się podczas całej wyprawy cóż też Jonathan zrobi i jak się narazi, kiedy Anthony będzie daleko w głębi starego kontynentu.
Westchnął, zdejmując z nosa okulary i rozmasowując nasadę nosa. Pióro powędrowało do kałamarza, a on poczuł lekkie mrowienie w punkcie gdzie opierał je wcześniej na smukłych palcach. Teraz formował się tam czerwienią odcisk. Odwykł od pisania.
Powinien rozegrać to tak, żeby był to pomysł Jonathana, a nie jego. Powinien tak rozdysponować partią, aby to Selwyn wyszedł z inicjatywą, ba! palił się do niej, gorał zapałem z przekonaniem ministerialnego neofity. Może powinien zasugerować benefity dla zakonu, wśród zagranicznych sojuszników? Może wynaleźć znikąd potężny artefakt, który przy okazji mogliby zdobyć? Albo surowic do eliksirów, skoro Jonathan w tym upatrywał jego przydatność dla tajnej grupy? Był piątek. I było późno. I był zmęczony i myślał tylko o wspólnej kąpieli z Selwynem w podziemiach Little Hangleton. Znaczy nie myślał, nie mógł myśleć o klatce piersiowej swojego partnera po której niespiesznie ściekała wonna śliwką piana, ani o słowach, które wyszeptałby mu wprost do serca, jakby w końcu znaleźli się przy sobie.
Tą sprawę musiał załatwić tutaj, na miejscu. Ostatecznie dotyczyła pracy.
– Jonathanie, zanim pójdziemy, muszę się Ciebie spytać o coś szalenie dla mnie istotnego – powiedział w końcu, siląc się na słaby uśmiech, próbując zdusić tak marzenia jak i koszmary, aby nie ubierały jego służbowego polecenia w brzydką aurę desperacji. – Jak wiesz, lista osób uczestnicząca w najbliższej delegacji nie została jeszcze zamknięta, a ja… cóż, potrzebuję Cię tam Jonathanie. Mam poczucie, że bez Ciebie ta inicjatywa spali na panewce. – postawił na szczere odsłonięcie wierzchołka góry lodowej wielu, wielu powodów, dla których to było ważne.
Papirus.
Pergamin.
Papier.
Przez pewien czas w ich biurze słychać było tylko skrobot stalówki o szorstką powierzchnię wypełniającą się kolejną adnotacją, podpisem, poleceniem, które miało iść dalej w świat - ich biurowy, lokalny, między piętrami czy dalej, do większości państw czy kontynentów.
Z powodu Spalonej Nocy bywał w biurze o wiele częściej niż przed laty. Wpierw robił to po to by coś komuś udowodnić. Potem… bo zawsze był to czas spędzony razem, a oni latami doświadczeń potrafili ukrywać to, że ich stopień znajomości osiągnął ukryty dotąd stopień zażyłości.
Pogodzili się – tak mówiono na korytarzach, bez świadomości, jak to zrobili. Wiedziałem, że to nie może trwać długo, biuro bez jednego z nich nie byłoby już takie samo – zauważał kto inny, myśląc, że ściany nie słyszą. Ale ściany słuchały i ściany się uśmiechały pod nosem, podpisując kolejne dokumenty.
Prawda była taka, że kiedy realnie był w biurze, był w stanie odciążyć Jonathana z części delegowanych na jego barki obecności i pozwolić mu na nieco więcej swobody "w godzinach pracy", choćby i ta swoboda miała polegać na tym, że siedział przy biurku i ledwie rozmyślał, niekoniecznie nawet o sprawach OMSHMu tylko… tej drugiej organizacji, której znak nosił głęboko ukryty w sercu.
Jako że i Anthony obecnie należał do tego "stowarzyszenia" było mu łatwiej poradzić sobie z koniecznością dzielenia się Jonathanem. Niewiedzia wciąż go bodła, bezsenność zadręczała lękami o obu przyjaciół, ale było mu jakoś lżej.
Aż do teraz.
Delegacja do Lozanny właściwie była za kilka godzin, nawet jeśli w rzeczywistości było to kilka dni.
To nie było tak, że Jonathan musiał tam jechać razem z nim, choć prawda była taka, że Shafiq od kilku dni tak mocno to racjonalizował, że uważał obecnie tę opcję za jedyną dostępną.
Potrzebował go z powodu jego czaru osobistego, wiedzy, kontaktów i łatwości zjednywania sobie ludzi. Potrzebował go ponieważ nikomu tak nie ufał jak jemu, zaufaniem wzmocnionym odbudowaniem po wrześniowej "wpadce". Potrzebował go z powodu francuskich i włoskich dyplomatów, którymi będzie mógł się zająć od ręki. Potrzebował bo…
… bo nie chciał, szalenie nie chciał zamartwiać się podczas całej wyprawy cóż też Jonathan zrobi i jak się narazi, kiedy Anthony będzie daleko w głębi starego kontynentu.
Westchnął, zdejmując z nosa okulary i rozmasowując nasadę nosa. Pióro powędrowało do kałamarza, a on poczuł lekkie mrowienie w punkcie gdzie opierał je wcześniej na smukłych palcach. Teraz formował się tam czerwienią odcisk. Odwykł od pisania.
Powinien rozegrać to tak, żeby był to pomysł Jonathana, a nie jego. Powinien tak rozdysponować partią, aby to Selwyn wyszedł z inicjatywą, ba! palił się do niej, gorał zapałem z przekonaniem ministerialnego neofity. Może powinien zasugerować benefity dla zakonu, wśród zagranicznych sojuszników? Może wynaleźć znikąd potężny artefakt, który przy okazji mogliby zdobyć? Albo surowic do eliksirów, skoro Jonathan w tym upatrywał jego przydatność dla tajnej grupy? Był piątek. I było późno. I był zmęczony i myślał tylko o wspólnej kąpieli z Selwynem w podziemiach Little Hangleton. Znaczy nie myślał, nie mógł myśleć o klatce piersiowej swojego partnera po której niespiesznie ściekała wonna śliwką piana, ani o słowach, które wyszeptałby mu wprost do serca, jakby w końcu znaleźli się przy sobie.
Tą sprawę musiał załatwić tutaj, na miejscu. Ostatecznie dotyczyła pracy.
– Jonathanie, zanim pójdziemy, muszę się Ciebie spytać o coś szalenie dla mnie istotnego – powiedział w końcu, siląc się na słaby uśmiech, próbując zdusić tak marzenia jak i koszmary, aby nie ubierały jego służbowego polecenia w brzydką aurę desperacji. – Jak wiesz, lista osób uczestnicząca w najbliższej delegacji nie została jeszcze zamknięta, a ja… cóż, potrzebuję Cię tam Jonathanie. Mam poczucie, że bez Ciebie ta inicjatywa spali na panewce. – postawił na szczere odsłonięcie wierzchołka góry lodowej wielu, wielu powodów, dla których to było ważne.