15.02.2026, 00:56 ✶
W zmęczeniu nie był do końca świadomy mieszania języków. On, maluczki, niosący na swoich plecach potomków budowniczych wieży Babel, którzy zawczasu uciekli nim grom uderzył w wieżę. Morpheus pokazywał mu tę kartę w swojej talii przed laty i Anthony miał poczucie pewnej swoistej dumy, że jego ród miał swoją kartę i jednocześnie w pewnym sensie uniknął tej tragedii. Nie ojciec, nie rodzina, którą raczej unikał, traktując ich trochę jak nieokrzesanych i pół zdziczałych archeologów (w głębi serca im zazdrościł wolności, ale tego nigdy nie wypowiedziałby na głos). Chodziło o korzenie. Chodziło o prawdę. Chodziło o magię, która rozsupływała mu język, uwrażliwiała ucho, dawała dostęp do...
... do zapomnienia, do mówienia i myślenia w tej przestrzeni geograficznej, w którą podążą myśli. Teraz już się pilnował. Tak. Francuski. Nie. Teraz angielski. Byli w Anglii. Był Anglikiem.
– Och spokojnie spokojnie, 15% wystarczy w zupełności, ojciec nie byłby zadowolony z podobnej rozrzutności – zmiarkował co prędzej zapędy młodszego z Selwynów, który choć obracał się w mugolskim świecie, to nie na tyle, by wiedzieć, że przy tak śmiałych deklaracjach mogą się pojawić proporcjonalne problemy. Cena była już i tak wygórowana. – Panicz zapłaci 15% za specjalną opiekę Państwa i dopełnienie wszelkich formalności. To wasz szczęśliwy dzień – dodał z naciskiem, a jego uśmiech nie sięgał oczu. Wyczuwał strach. Wyczuwał niepokój. Wyczuwał głód pieniędzy.
Kto nie był ich głodny w czasie kryzysu?
Nie mógł winić Hannibala, dysponował pieniędzmi od urodzenia, więc pewnie nie znał do końca ich wartości. Możliwe też, że był dla niego bardzo pobłażliwy, że gdyby był jego ojcem o wiele mocniej zareagowałby na tę informację. Szczęśliwie dla wielu, wielu osób pełnił funkcję bogatego wujka. Prawie ojca, choć bez ciężaru oczekiwań. Bez lęku o wyrzuty skierowane w dobie kryzysu.
– Czy dobrze się czujesz? Często sięgasz palcami do skroni, boli Cię głowa? – zapytał odchodząc na bok, troskliwie przypatrując się przszłemu właścicielowi apartamentu. Może stąd ta irytacja? Było to dość prawdopodobne, w końcu gdy człowiek odczuwał ból, o wiele łatwiej przychodziło mu irytować się i odbierać zachowania otoczenia jako atak na siebie. Anthony na ten przykład odczuwał już kolejną dobę ból istnienia i bardzo dobrze mógł z Hannibalem empatyzować w materii cierpienia. – Mogę polecić Ci odpowiednich specjalistów do Twoich potrzeb, choć wiadomo, że w obecnej sytuacji kolejki są czymś z czym trzeba się liczyć. Na szczęście masz gdzie się podziać. – Dodał pojednawczo do Hannibala, żeby przypadkiem jego wtrętu dotyczącego ceny nie odebrał, jako ataku w siebie. Ostatecznie, razem z Selwynem pełnili funkcję doradczą, a ta wymagała zdecydowanych kroków, zwłaszcza jak młodzież taka była wyrywna do przepuszczania swojego czy ojcowskiego majątku.
Sapnął też cicho na tą kawę i rogaliki, posyłając Jonathanowi smętne spojrzenie zza sztucznych szkieł przydających całemu wizerunkowi miękkości i melancholii. Nie chciał iść. Nie chciał spędzać ze swoim zastępcą więcej czasu niż wymagały tego godziny biurowe. Zapewne dlatego zgadzał się na wszystkie możliwości widywania się poza pracą, takie jak ta. Pewnie dlatego.
Odruch. Nawyk. Głupie przyzwyczajenie.
Jeszcze przed chwilą młody Selwyn zaprosił ich obu, obu, pewnie w tym samym czasie w tym samym momencie, pewnie będzie tam znów dużo alkoholu, ba! sam z pewnością zaoferowałby kilka własnych butelek rocznika 47. A przecież nie mógł pić, nie po tym co wydarzyło się na Mabon, gdzie prawie się złamał, prawie został odkryty.
– To bardzo ładny apartament. Kilka odpowiednich zmian może uczynić go też funkcjonalnym. Szczęście, że pożary ominęły ten mały wycinek miasta. I nawet woń spalenizny nie dociera do tego piętra. Jako agencja opiekująca się tym miejscem... mieliście dużo szczęścia – pozwolił sobie kurtuazyjnie zauważyć w stronę mugola, który zachowywał się tak, jakby pana Boga swego (zapewne chrześcijańskiego) za pięty złapał. Och, tak łatwo było z nich czytać. Małe robaczki pętające się magom pod nogami. Gdy już wypełzał z magicznej enklawy lubił im się przypatrywać zwłaszcza przy pracy, choć akurat pod tym względem o wiele ciekawsze były dzieła ich rąk, dzieła rąk ich geniuszy, próbujący sięgnąć po nieosiągalne. Teraz jednak robił to z czysto merkantylnej potrzeby odciągnięcia sprzedawcy od kupującego, który przed momentem rzucił "dam dwa razy tyle", zamglenia obrazu i dopilnowania, by umowa została podpisana.
– Przyspieszmy formalności, w końcu i tak już na dziś skończona była wasza praca. – zasugerował słodko, o wiele łatwiej było mu przywołać tę zastraszającą maskę życzliwości, gdy wyobrażał sobie, że Jonathana nie ma w okolicy.
... do zapomnienia, do mówienia i myślenia w tej przestrzeni geograficznej, w którą podążą myśli. Teraz już się pilnował. Tak. Francuski. Nie. Teraz angielski. Byli w Anglii. Był Anglikiem.
– Och spokojnie spokojnie, 15% wystarczy w zupełności, ojciec nie byłby zadowolony z podobnej rozrzutności – zmiarkował co prędzej zapędy młodszego z Selwynów, który choć obracał się w mugolskim świecie, to nie na tyle, by wiedzieć, że przy tak śmiałych deklaracjach mogą się pojawić proporcjonalne problemy. Cena była już i tak wygórowana. – Panicz zapłaci 15% za specjalną opiekę Państwa i dopełnienie wszelkich formalności. To wasz szczęśliwy dzień – dodał z naciskiem, a jego uśmiech nie sięgał oczu. Wyczuwał strach. Wyczuwał niepokój. Wyczuwał głód pieniędzy.
Kto nie był ich głodny w czasie kryzysu?
Nie mógł winić Hannibala, dysponował pieniędzmi od urodzenia, więc pewnie nie znał do końca ich wartości. Możliwe też, że był dla niego bardzo pobłażliwy, że gdyby był jego ojcem o wiele mocniej zareagowałby na tę informację. Szczęśliwie dla wielu, wielu osób pełnił funkcję bogatego wujka. Prawie ojca, choć bez ciężaru oczekiwań. Bez lęku o wyrzuty skierowane w dobie kryzysu.
– Czy dobrze się czujesz? Często sięgasz palcami do skroni, boli Cię głowa? – zapytał odchodząc na bok, troskliwie przypatrując się przszłemu właścicielowi apartamentu. Może stąd ta irytacja? Było to dość prawdopodobne, w końcu gdy człowiek odczuwał ból, o wiele łatwiej przychodziło mu irytować się i odbierać zachowania otoczenia jako atak na siebie. Anthony na ten przykład odczuwał już kolejną dobę ból istnienia i bardzo dobrze mógł z Hannibalem empatyzować w materii cierpienia. – Mogę polecić Ci odpowiednich specjalistów do Twoich potrzeb, choć wiadomo, że w obecnej sytuacji kolejki są czymś z czym trzeba się liczyć. Na szczęście masz gdzie się podziać. – Dodał pojednawczo do Hannibala, żeby przypadkiem jego wtrętu dotyczącego ceny nie odebrał, jako ataku w siebie. Ostatecznie, razem z Selwynem pełnili funkcję doradczą, a ta wymagała zdecydowanych kroków, zwłaszcza jak młodzież taka była wyrywna do przepuszczania swojego czy ojcowskiego majątku.
Sapnął też cicho na tą kawę i rogaliki, posyłając Jonathanowi smętne spojrzenie zza sztucznych szkieł przydających całemu wizerunkowi miękkości i melancholii. Nie chciał iść. Nie chciał spędzać ze swoim zastępcą więcej czasu niż wymagały tego godziny biurowe. Zapewne dlatego zgadzał się na wszystkie możliwości widywania się poza pracą, takie jak ta. Pewnie dlatego.
Odruch. Nawyk. Głupie przyzwyczajenie.
Jeszcze przed chwilą młody Selwyn zaprosił ich obu, obu, pewnie w tym samym czasie w tym samym momencie, pewnie będzie tam znów dużo alkoholu, ba! sam z pewnością zaoferowałby kilka własnych butelek rocznika 47. A przecież nie mógł pić, nie po tym co wydarzyło się na Mabon, gdzie prawie się złamał, prawie został odkryty.
– To bardzo ładny apartament. Kilka odpowiednich zmian może uczynić go też funkcjonalnym. Szczęście, że pożary ominęły ten mały wycinek miasta. I nawet woń spalenizny nie dociera do tego piętra. Jako agencja opiekująca się tym miejscem... mieliście dużo szczęścia – pozwolił sobie kurtuazyjnie zauważyć w stronę mugola, który zachowywał się tak, jakby pana Boga swego (zapewne chrześcijańskiego) za pięty złapał. Och, tak łatwo było z nich czytać. Małe robaczki pętające się magom pod nogami. Gdy już wypełzał z magicznej enklawy lubił im się przypatrywać zwłaszcza przy pracy, choć akurat pod tym względem o wiele ciekawsze były dzieła ich rąk, dzieła rąk ich geniuszy, próbujący sięgnąć po nieosiągalne. Teraz jednak robił to z czysto merkantylnej potrzeby odciągnięcia sprzedawcy od kupującego, który przed momentem rzucił "dam dwa razy tyle", zamglenia obrazu i dopilnowania, by umowa została podpisana.
– Przyspieszmy formalności, w końcu i tak już na dziś skończona była wasza praca. – zasugerował słodko, o wiele łatwiej było mu przywołać tę zastraszającą maskę życzliwości, gdy wyobrażał sobie, że Jonathana nie ma w okolicy.