— Koty. Niektórym zostały koty. Quintessa Longbottom ma koty, które nie odeszły — powiedziała czarownica, choć myślami daleko już była od zagadki znikających z Doliny kotów.
Działo się zbyt wiele na raz. Popioły, ognie, koty, mięso Bertiego Botta, owieczka. Myśli grały w jej głowie na przemian i żadnej nie mogła się skutecznie uczepić. Zabłądziła w swoim umyśle. Tylko dzięki temu, że tysiące razy powracała z tego miejsca do domu, podążyła właściwą ścieżką. Okoliczności były tak dziwaczne.
— Wiem, że miałeś — odpowiedziała zupełnie zwyczajnie, jakby nie było nic niepokojącego w tym, że zna stan trzódki Bertiego Botta. — Rozważałam, czy nie zabrać ci jednego, ale ktoś ofiarował mi od siebie jagnię, gdy usłyszał, co zamierzam. — W głosie czarownicy pojawiła się przy tej wzmiance jakaś miękkość. Uśmiechnęła się do myśli o Leviathanie, który pojawił się u niej kilka dni wcześniej z jej małą owieczką w ramionach. Miał tyle serca do zwierząt… Nie potrafiłaby mu spojrzeć w oczy i powiedzieć, że zaniedbała istotę, którą od niego dostała. Owieczka wiodła najlepsze życie, jakie mógł zaoferować jej człowiek. — Rzadko nadaję zwierzętom imiona. Ono również go nie ma. Pozwalam im być tak, jak chcą.