• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 7 8 9 10 11 … 16 Dalej »
[15 luty 1972] Pierwsze ataki, Robert & Anthony

[15 luty 1972] Pierwsze ataki, Robert & Anthony
Porządny Czarodziej
To zostanie między nami.
Tylko nami.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Mierzący 183 cm wzrostu, mężczyzna o ciemnych, acz wyraźnie posiwiałych włosach. Posiadacz oczu o kolorze brązowym, w których czasem da się dostrzec nieco zieleni. Robert jest zawsze gładko ogolony. Zadbany. Ubrany adekwatnie do sytuacji.

Robert Mulciber
#1
27.11.2023, 08:00  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.07.2024, 21:57 przez Eutierria.)  
adnotacja moderatora
Sesja rozliczona w osiągnięciu Badacz Tajemnic przez Roberta Mulcibera.

15 luty 1972
Pierwsze ataki śmierciożerców - Robert & Anthony


Nieczęsto zdarzało się, aby Mulciber osobiście brał udział w eliminowaniu celów wyznaczanych śmierciożercom oraz naśladowcom. Jako Lewa Ręka Czarnego Pana, odpowiadał bowiem za coś dużo bardziej istotnego, zarazem znacznie mniej przyziemnego. Miał być istotnym elementem całej tej machiny, której zadaniem było odmienienie magicznego świata...

...albo przynajmniej tej jego części, którą stanowiła Wielka Brytania.

Kiedy przed kilkoma dniami, wraz z Corvusem zajmowali się omawianiem kolejnych działań, w oczy Apisa rzuciło się jedno bardziej istotne nazwisko. Znane mu przez wzgląd na własne plany. Osobiste. Bez szerszych wyjaśnień, wykreślił je z listy, mówiąc jedynie, iż sprawę mogą uznać za załatwioną. I w zasadzie nic więcej tutaj nie było potrzebne. Prawa i Lewa ręka największego czarnoksiężnika w kraju znali się bowiem na tyle dobrze, aby pewne rzeczy zwyczajnie rozumieć.

O tym, że podczas tego konkretnego zadania będzie mu towarzyszył Anthony, zdecydował odpowiednio wcześniej. Dokładnie sobie tę kwestie przemyślał. Znał chłopaka od lat, podobnie jak jego bliskich, z którymi Mulciberowie prowadzili interesy. Wiedział też coś niecoś o tym, co ten potrafił - czarodziejów o tym profilu nigdy nie było zbyt wielu. Zawsze mogli się do czegoś przydać. Byli w stanie przechylić szale zwycięstwa na ich stronę w sytuacji, kiedy sprawy nie układały się w odpowiedni sposób.

W końcu czy istniało coś groźniejszego od silnego uroku?

Wysłany do dziedzica Borginów list, nie zawierał wielu informacji. Wyznaczał jednak dzień oraz godzinę spotkania. Zawierał ponadto prowadzący we właściwe miejsce świstoklik, mający wszystko uczynić dużo sprawniejszym. Tradycyjnie już była nim niewielka moneta, na którą należało uważać aby nie trafiła w niepowołane ręce. Ktoś przypadkowy, pojawiający się w jednym z bezpiecznych miejsc przygotowanych na potrzeby popleczników Czarnego Pana, mógłby wszystkim narobić problemów.

Miejscem, w którym mieli się spotkać, był niewielki dom na obrzeżach Londynu. Dokładniej - zlokalizowany na zadupiu, gdzie psy szczekały dupami. Czarodzieje nie zwykli zapuszczać się w te rejony, dlatego napotkanie znajomej twarzy graniczyło z cudem. Budynek składał się z piwnicy, parteru i strychu. pomieszczeń miał łącznie może z 6 lub 7. Nie był szczególnie duży. Z zewnątrz ponadto nie zachęcał aby zatrzymać się tu na dłużej. Zarośnięty trawnik. Usychająca roślinność. Rdzewiejący rower oparty o niszczejący, drewniany płot. Brudne okna, w których wisiały żółte już firanki. W środku, o czym Anthony miał okazje się przekonać, nie było dużo lepiej. Tapeta miejscami odchodziła od ścian. Unosił się nieprzyjemny zapach. Meble zdawały się być bliskie temu, aby rozpaść się pod wpływem kontaktu z człowiekiem.

Aczkolwiek jakie to miało znaczenie?

Najwyraźniej całkiem spore dla Apisa, który czekając na pojawienie się swojego towarzysza, zajął się odnoszeniem do zlewu brudnych naczyń, dotąd walających się po całym salonie. Wszystko to robił własnoręcznie. Bez korzystania z magii. Dla wielu byłoby to zapewne poniżej ich godności. Wszak po to otrzymali dar, aby pewne rzeczy móc sobie ułatwić. Apis nie widział tego jednak w ten sposób. O każdy dar należało odpowiednio zadbać. Wykorzystując go we właściwych celach.

- Nareszcie. - skomentował pojawienie się chłopaka, odkładając kolejne szklanki na kuchennym blacie. Nie ukrywał swojej tożsamości. Ta Borginowi była bowiem po części znana. Wiedział, że popierali tę samą sprawę. Nie był jedynie świadomy tego, jaką role w tym wszystkim odgrywał Mulciber. - Jesteś gotowy? - odwrócił się, lustrując chłopaka oceniającym spojrzeniem. Oczekiwał, że ten należycie się przygotował; że nie zawiedzie go w tak istotnym momencie.

Nie chciał się pomylić w ocenie jego osoby.

Na ten moment jeszcze ocenie pozytywnej.

Kapryśny Dziedzic
"Have some fire. Be unstoppable. Be a force of nature. Be better than anyone here and don't give a damn about what anyone thinks."
wiek
sława
—
krew
—
genetyka
—
zawód
Anthony jest wysokim i dobrze zbudowanym facetem, schludnym i przeważnie elegancko ubranym, zważywszy na swoją pozycję.. Ma burzę brązowych, niesfornych włosów - delikatnie kręconych i duże oczy. Gdy się uśmiecha, czasem pojawiają mu się dołeczki w polikach i ma ten charakterystyczny, zadziorny wyraz twarzy. Lubi nosić zegarki, na palcu ma sygnet rodowy. Jeśli nie korzysta z teleportacji, spotkać go można na motorze.

Anthony Ian Borgin
#2
28.11.2023, 20:41  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.11.2023, 22:04 przez Anthony Ian Borgin.)  
Tosiek sam nie wiedział, co o tym myśleć. Oczywiście wierzył w wyższość czystości krwi, brzydził się szlmamami, ale w gruncie rzeczy, miał przecież ciekawsze rzeczy do roboty niż noszenie tej durnej maski rodem z cyrku. Był jednak Borginem, a co z tym idzie, miał na ramionach ciężar odpowiedzialności za ród, jako jego dziedzic, bo Stasiek nie chciał pełnić tej funkcji, chociaż nadawałby się milion razy bardziej, niż on. Odwlekał więc ten moment tak długo, jak jego własna rodzina odwlekała wtajemniczenie go w te wszystkie konspiracje. Ciemne sprawy, które przecież na zawsze zmienią jego życie i będą w późniejszym etapie życie miały jakieś konsekwencje. Nie wspominając już o Brennie, która brzydziła się poplecznikami popularnego ostatnio Czarnoksiężnika. Westchnął, czując, jak schowane w kieszeni palce zaciskają się w pięści.
Tylko dlaczego na Merlina, był tak kurwa popularny, że wybrał go sobie sam Robert? Nie był przecież świeżakiem, miał szacunek wśród Śmierciożerców i sam Voldi zdawał się go lubić. Przeskrobał coś sobie? Stanley przegrał jakiś zakład, miał przejść wielki test inicjacyjny, który znając jego szczęście, po prostu spierdoli? Wijące się pasmo włosów opadło mu niesfornie na czoło, a spojrzenie powędrowało gdzieś przed siebie. Nie chodziło o to, że Antek się Roberta, bo, bo miał od dawna zaburzone poczucie strachu. Im trudniejsza sytuacja była, tym głupsze i odważniejsze rzeczy robił, nie mając później dla nich żadnego logicznego wytłumaczenia.
Czuł pod palcami zwinięty pergamin, który dostał, nieprzyjemnie szorstki. Nie miła powodu i pozycji, żeby odmawiać pojawienia się na spotkaniu i pomocy komuś, kto był przecież na samej górze łańcucha organizacji, podczas gdy on sam był raptem małym i niewinnym koteczkiem. Był zawsze punktualny, ba, zjawiał się przed czasem, przyzwyczajony do takiego wymogu w pracy. Ubrany nienagannie elegancko, dopasowany i szyty na miarę garnitur z czarnym płaszczem, który miał chronić przed rześkim, ale paskudnie zimnym powietrzem. Chociaż w Wielkiej Brytanii luty był czasem bardziej pluchy niż śniegu, wciąż kilka jego kupek leżało gdzieś, maskując gnijące liście. Ona znów przypominały Antkowi ich obecne społeczeństwo. Przełknął lodowatego powietrza, pozwalając mu dostać się do płuc i roznieść dreszczem po ciele, zwilżył wargi, bo chciało mu się palić, chociaż nie umiał określić, czy było to spowodowane podekscytowaniem, czy może zdenerwowaniem. Zerknął na zegarek, wysuwając go spod rękawa i obrócił w dłoniach monetą, wzdychając kolejny raz.
Jak on kurwa nienawidził świstoklików.
Pojawił się o dziwo dość zgrabnie, pomimo uścisku w żołądku, czując od razu wilgoć i stęchliznę, na co uniósł nieco brew, prostując się. Wsunął monetę do kieszeni, strzepnął z rękawa drobinki kurzu z podłogi i omiótł spojrzeniem wnętrze, ściągając brwi. Nie bardzo wiedział, czego właściwie powinien się spodziewać po tym zadaniu, jak i po samym Robercie. Melina, idealna lokalizacja dla życiowych nieudaczników oraz alkoholików.
Otwierał usta, żeby skomentować w jakiś sposób mężczyznę, który odnosił brudne naczynia własnymi rękoma, ale na szczęście ten go ubiegł, bo pewnie skończyłby z crucio na ryju. Uśmiechnął się krótko, kiwając głową na przywitanie.
- Urodziłem się gotowy, tylko nie bardzo wiem, do czego aktualnie mam być gotowy? Mam nadzieję, że nie sprzątania. Nie jestem dobry w sprzątaniu. - przyznał szczerze, bezradnie wzruszając ramionami. Zrobił krok w jego stronę, błyszczące i wciąż pełne młodzieńczego wigoru spojrzenie Anthonyego przesunęło się po twarzy Roberta z zaciekawieniem. Starał się ignorować nieco przyśpieszony puls, czy narastającą potrzebę wypełnienia płuc dymem nikotynowym. - Slchebia mi to, ze wybrałeś sobie mnie do pomocy, naprawdę, ale ja jestem.. No wiesz..-pokazał palcami małą odległość od siebie, przenosząc na chwilę wzrok na uniesioną dłoń. - - A Ty jesteś grubą rybą. To znaczy nie, że sugeruję Ci nadwagę. -dodał całkiem bezpośrednio, aczkolwiek głosem dość spokojnym i pogodnym, charakterystycznym dla niego w codziennym życiu. Nigdy nie miał problemu z czuciem się swobodnie przy ludziach, nawet obcych, przez co znów rodził się w młodym Borginie olbrzymi problem do autorytetów i okazywania szacunku. - Palisz?
Porządny Czarodziej
To zostanie między nami.
Tylko nami.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Mierzący 183 cm wzrostu, mężczyzna o ciemnych, acz wyraźnie posiwiałych włosach. Posiadacz oczu o kolorze brązowym, w których czasem da się dostrzec nieco zieleni. Robert jest zawsze gładko ogolony. Zadbany. Ubrany adekwatnie do sytuacji.

Robert Mulciber
#3
04.12.2023, 22:30  ✶  

Spędzając zdecydowanie zbyt wiele czasu w towarzystwie Sauriela, do pewnego stopnia zdołał się przyzwyczaić do przebywania w towarzystwie ludzi, którzy niekoniecznie wiedzieli, kiedy należało się ugryźć w język. Dzisiejsza młodzież była okropna - oczywiście za kilkoma wyjątkami, takimi jak choćby Rodolphus Lestrange - i Robert bardzo dobrze zdawał sobie z tego faktu sprawę. A że zmienić tego nie był w stanie, pozostawało mu wystrzegać się bezsensownej walki z wiatrakami. Z tego też względu nie zareagował na to, w jaki sposób wypowiadał się Anthony. W zasadzie, to znaczną część jego wypowiedzi po prostu zignorował.

- Niekoniecznie, ale nie odmawiaj sobie. - zareagował dopiero w momencie, kiedy ten zapytał o palenie. Sam owszem, również palił, ale wyłącznie cygara. Papierosy nigdy nie były czymś do czego go jakoś szczególnie ciągnęło. Wątpliwym było, żeby miało się to kiedykolwiek zmienić.

W następnej kolejności ruszył w kierunku najbliższego krzesła. Niezbyt stabilnego, mocno podniszczonego. Podobnie jak cała ta nieruchomość. Obydwoje, Robert i Anthony, niekoniecznie pasowali do tego obrazka. Byli niczym wycięci z innej fotografii. Ale czego nie robi się dla sprawy? Dla wzniosłej idei? Mulciber już dawno temu zdecydował się na wiele poświęceń, a kolejne szły w ślad za tymi pierwszymi.

- Słyszałeś kiedyś o Gregorym Multonie? - zadał pytanie, na które odpowiedzi po prawdzie nie oczekiwał. Wcale. Nie dał nawet dość czasu, aby młody Borgin mógł zaprzeczyć bądź potwierdzić. Zareagować w jakikolwiek sposób. Zaraz bowiem kontynuował. - To uczony. Napisał kilka prac na temat starożytnych run i pieczętowania. Jest dość dobrze zaznajomiony z terenami Skandynawii. - dało się zauważyć, że nazwisko Multon musiało być Robertowi znane. O samej postaci albo sporo wiedział, albo przed tym spotkaniem dobrze się przygotował. W grę mogło też wchodzić połączenie ze sobą pierwszej i drugiej opcji. - Posiada bogate zbiory, przede wszystkim biblioteczne, ale tym co jest istotne dla nas, to głoszone przez niego poglądy odnośnie czystości krwi. - choć na temat Multona i jego poglądów, Mulciber miał swoje zdanie, nie sposób było wychwycić tego, co sam uważał. Starał się nie okazać tego przed młodym naśladowcą. Przedstawiał wszystko jako suche fakty. - Kilkukrotnie zdarzyło mu się na ten temat wypowiadać i niekoniecznie było to zgodne z tym, czego oczekiwalibyśmy od tak szanowanego badacza. Zapewne to rozumiesz? - tutaj na moment przerwał, oczekując jakiejś reakcji. - Niestety Multon niekoniecznie byłby zainteresowany jakimś... porozumieniem. To bardzo uparty człowiek, dlatego nie mamy w jego przypadku zbyt wielkiego wyboru. Jego wypowiedzi nam szkodą, a na to pozwolić niestety nie możemy. - zakończył. Nie było tego dużo, starał się nie zaśmiecać głowy swojego pomocnika stosem informacji zbędnych, które zbyt wiele do całej sprawy nie wnosiły. Nie widział w tym sensu. Podobnie jak świętej pamięci Francis Mulciber wychodził z założenia, że co za dużo to niezdrowo.

A takie niezdrowo może się człowiekowi później odbić.

Niekoniecznie tylko czkawką.

- Udasz się ze mną do domu pana Multona, uprzejmie z nim przywitasz, wyjaśnisz mu nasz punkt widzenia, a następnie pomożesz mi przetransportować kilka pozycji z jego biblioteki. - to ostatnie to tak na pamiątkę. Bonusowo. Skoro Robert miał okazje pozyskać coś cennego, to dlaczego mialby z niej nie skorzystać? Niech pierwszy kamieniem rzuci człowiek, który postąpiłby inaczej. - Zakładam, że mężczyzna może nie być zbyt chętny do tego, aby przyjąć nasz punkt widzenia, ale zapewne jest Ci wiadome, co w takiej sytuacji należy zrobić.

Nie mówił o tym co prawda wprost, ale Anthony musiał dobrze wiedzieć co Robert miał na myśli. Wszak nie było to nic nowego. Z takimi jak Multon, poplecznicy Czarnego Pana zawsze radzili sobie w konkretny sposób. Był to sposób wysoce skuteczny. Dlaczego więc teraz mieliby zaryzykować inne metody? Nie miało to żadnego sensu.

Kapryśny Dziedzic
"Have some fire. Be unstoppable. Be a force of nature. Be better than anyone here and don't give a damn about what anyone thinks."
wiek
sława
—
krew
—
genetyka
—
zawód
Anthony jest wysokim i dobrze zbudowanym facetem, schludnym i przeważnie elegancko ubranym, zważywszy na swoją pozycję.. Ma burzę brązowych, niesfornych włosów - delikatnie kręconych i duże oczy. Gdy się uśmiecha, czasem pojawiają mu się dołeczki w polikach i ma ten charakterystyczny, zadziorny wyraz twarzy. Lubi nosić zegarki, na palcu ma sygnet rodowy. Jeśli nie korzysta z teleportacji, spotkać go można na motorze.

Anthony Ian Borgin
#4
06.12.2023, 23:46  ✶  
Nie uznał tego za niegrzeczne, był przyzwyczajony do tego, że część ludzi ignorowała to, co mówił, no, chyba że odzywał się w kwestiach związanych z pracą. Gdy wchodził w rolę komornika, miał zaskakująco dużo atencji oraz słodkich, cukierkowych komplementów. Zupełnie, jakby mieli tym coś ugrać, sprawić, że ich długi zniknęły. Antek wychowywany przez Stanleya w dużej mierze, którego Sauriel był najlepszym przyjacielem, miał taki nawyk mówienia bezpośrednio. I pewnie będzie to jeden z gwoździ do jego trumny. Voldemort nie wyglądał mu na kogoś cierpliwego. A cygar nigdy nie miał okazji palić, chociaż gdyby ktoś mu przypomniał o ich istnieniu, pewnie by chętnie spróbował.
Idąc za przyzwoleniem Roberta, wyjął papierosa i wsunął pomiędzy wargi, korzystając ze swojej smoczej zapalniczki, aby się zaciągnąć. Poczuł się lepiej, gdy nikotynowy dym wypełnił jego płuca. Paskudny nałóg, a przez Ministerstwo i kwestię bycia tym zasranym dziedzicem, którym powinien być przecież Stasiek, palił więcej i więcej. Westchnął, gdy wypuścił dym, wracając do swojego towarzysza skupieniem i uwagą. Sprzątał kurwa ręcznie, co za ewenement na skalę Śmierciożerców. Zaczął mówić, rzucił nawet nazwisko — mignęło mu chyba gdzieś w aktach, ale imienia zupełnie nie kojarzył, więc jedynie pokręcił głową, biorąc kolejny mach papierosa. Po spelunie się już nie rozglądał, nie chciał gdybać nad tym, czy po dołączeniu do szanownych konserwatystów i amatorów czystości krwi, będzie musiał przebywać w tak brudnych miejscach. Ściągnął brwi, a mina nieco mu zrzedła. Czy on będzie mu kazał kraść? Marny z niego złodziei, ale mógłby znaleźć sposób na skonfiskowanie tego oficjalnie, podrabiając kilka pism.. Trochę żaru błysnęło w półmroku, a popiół zniknął gdzieś w powietrzu, magicznie znikają. Uroki czarodziejskich papierosów, nie robiły bałaganu tak, jak te śmierdzące, co to mugole mieli i ponoć rzucali na chodniki.
- Nie można go.. Nie wiem, przekonać czymś silniejszym niż perswazja, skoro to uczony z zasługami dla społeczeństwa magicznego? O rozwój ogółu warto dbać, nawet jeśli ktoś ma niegodne poglądy, można próbować go naprawić. - odpowiedział pytająco, podnosząc spojrzenie na Roberta. Rozumiał, ale nie chciał rozumieć, co było pomiędzy wierszami. Przecież on sobie nawet nigdy rąk nie ubrudził! Pomijając już to, naprawdę wartościowych i inteligentnych ludzi, którzy mogli realnie wpływać badaniami na świat czarodziejów i doprowadzać do jego ewolucji, było mu szkoda. Antek miewał zapędy agresywne, bywał brutalny, ale od czasów Hogwartu, to bardzo pracował nad swoją porywczością, zwłaszcza służbowo. Dużo gorzej było, gdy wychodziło to poza ten niewielki obszar, gdzie umiał być oazą spokoju. Robert też mu wyglądał na spokojnego, ale w oczach miał kurwiki, które ciągle mu coś przypominały, ale nie miał pojęcia, co to było.
Był urzędnikiem, był inteligentny, nie obijał ludziom mord i nie rzucał crucio, jak Stasiek. Westchnął, wziął kolejny mach fajki i kiwnął głową. Jak mus, to mus. Większość jego życia przecież polegała na robieniu tego, czego robić nie chciał lub co uważał, że można zrobić lepiej. Skoro jednak jego dzisiejszy opiekun z organizacji, do której tak ochoczo go zaciągnął dziadzio miał życzenie takie, a nie inne...
- Jeśli nie chcesz, żeby konfiskata wyglądała na kradzież, mogę przygotować odpowiednie papiery w kilka minut, które zostawimy na miejscu i nie będzie śladów tego, że ewentualnemu rozwojowi wypadków tam, będzie towarzyszyło złodziejstwo. Z drugiej jednak strony, sensownie załatwione, może być przykrywką. Gdyby sprawy poszły źle. Mieszka sam, czy ma służbę? - zapytał jeszcze, chcąc wykorzystać możliwość zadania pytania, którą sobie sam nadał.
Porządny Czarodziej
To zostanie między nami.
Tylko nami.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Mierzący 183 cm wzrostu, mężczyzna o ciemnych, acz wyraźnie posiwiałych włosach. Posiadacz oczu o kolorze brązowym, w których czasem da się dostrzec nieco zieleni. Robert jest zawsze gładko ogolony. Zadbany. Ubrany adekwatnie do sytuacji.

Robert Mulciber
#5
09.12.2023, 23:43  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.01.2024, 13:03 przez Robert Mulciber.)  

O ile oficjalne skonfiskowanie materiałów należących do Multona mogłoby pomóc Robertowi w pozyskaniu tego, co potrzebował do swoich prywatnych celów, to zarazem nie załatwiało sprawy, która miała w tym przypadku zdecydowanie wyższy priorytet. Podczas ostatnich miesięcy, Gregory pracował w pocie czoła na to, aby znaleźć się na liście celów, jaką Mulciber stworzył do społu z Chesterem Rookwoodem. Obydwaj panowie działali według jasno określonych zasad. Takich, od których nie należało odstępować przy pierwszej lepszej okazji. Przesłanie miało być jasne; miało być możliwe do odczytania przez wszystkich, którzy śledzili poczynania ich organizacji. Miało mówić o tym, co czeka wszystkich tych, którzy jawnie wystąpią przeciwko temu, co miał przynieść dzień jutrzejszy.

Przeciwko nowemu porządkowi świata.

Albo przynajmniej samej Wielkiej Brytanii.

Reakcja Anthony'ego wywołała w nim wątpliwości. Czy sprowadzając tu właśnie Borgina postąpił we właściwy sposób? Czy aby na pewno nadawał się od do tej roli? Czy młodzik nadawał się do tego, aby stanąć u boku człowieka mającego odmienić świat?

Słuchając jego słów, zastanawiał się. Rozważał czy nie powinien był czegoś zmienić. Wycofać się? Z Borginem zdołałby sobie poradzić. Może nawet skutecznie wymazać jego wspomnienia. Te dotyczące tego spotkania. Tylko jaki był w tym wszystkim sens? Chłopak najpewniej w dalszym ciągu znajdywałby się w pobliżu. W jego otoczeniu znajdywało się zbyt wiele osób powiązanych z organizacją. Oddanych Jemu. Przelewanie czystej krwi nie było czymś, co Mulciber popierał. Dlatego też pozostawało tylko jedno wyjście.

Dopilnowanie, aby dzieciak znalazł się na ścieżce, z której nie dało się zawrócić.

- Oczywiście. Zawsze możemy wpaść do niego w odwiedziny z babeczkami. Być może takie z dodatkiem amortencji byłyby w stanie sprawić, że Multon będzie z nami nieco chętniej współpracował. - gdyby ktoś się w tym momencie zastanawiał, to nie. Robert Mulciber nie był człowiekiem znanym z dużego poczucia humoru. Żartami nie sypał też niczym z rękawa.

A propozycji Anthony'ego nie odebrał w dobry sposób.

Przymknął na moment oczy, w myślach odliczając kolejno dziesięć, dziewięć, osiem... aż do zera. Nie trwało to długo. Pozwoliło zachować cierpliwość.

- Gdyby Gregory Multon faktycznie był człowiekiem, którego można naprawić, nie znajdywalibyśmy się dzisiaj w tym miejscu. Tej spelunie? - jakby dla pewności rozejrzał się po najbliższym otoczeniu. - Pomyśl o tym w odpowiedni sposób, Anthony. - przez moment coś błysnęło w oczach Roberta. - Działania takich ludzi jak Multon, nie rozumiejących naszej misji, zmuszają nas do podejmowanie skrajnych decyzji. Postawili nas w pozycji tych, którzy wystąpili przeciwko zasadom, prawu, przyjętym porządkom. A przecież o to właśnie walczymy? O dobro naszej społeczności. O nasze tradycje. Osiągnięcia. O to, aby kolejne szlamy nie były w stanie tak po prostu zbezcześcić tego, na co przez setki lat pracowali nasi przodkowie. Tak moi, jak i Twoi. - czy Robert faktycznie wierzył w to o czym właśnie mówił? Ciężko było to jednoznacznie stwierdzić. Mówił jednak z dużą pewnością. Nie dało się wychwycić w jego słowach choćby cienia wątpliwości. - Doceniam Twoją chęć pomocy od strony prawnej, ale to konieczne nie będzie. Nie w tym przypadku.

Po tych słowach podniósł się z krzesła. Otrzepał ubranie, choć ciężko było uznać, aby faktycznie było brudne, aby czymś obeszło. Prawa ręka powędrowała do kieszeni spodni, sięgając po ukrytą tam monetę. Drobiazg, który kolejny raz miał ich doprowadzić do celu. Tak jak to robił już wielokrotnie wcześniej. Robert bowiem regularnie ze świstoklików korzystał.

- Masz jeszcze jakieś pytania? - odezwał się, licząc na to, że rozważania odnośnie innych sposobów na załatwienie tej konkretnej sprawy dobiegły końca. Nie miał ochoty na to, aby tłumaczyć Borginowi, w jaki sposób działano wewnątrz organizacji. Powinien to już wiedzieć. Ostatecznie przecież nie urodził się wczoraj.

Jeśli kolejnych wątpliwości nie było, obydwaj musieli jeszcze zadbać o odpowiednie stroje, a następnie przedostać się we właściwe miejsce. Tym razem chodziło o obrzeża Doliny Godryka. Sprawa ryzykowna, wymagająca dużej ostrożności. Jeden niewłaściwy krok mógł ich naprawdę wiele kosztować.

I nie chodziło tutaj wyłącznie o długie lata, jakie przyszłoby im spędzić w Azkabanie.

Kapryśny Dziedzic
"Have some fire. Be unstoppable. Be a force of nature. Be better than anyone here and don't give a damn about what anyone thinks."
wiek
sława
—
krew
—
genetyka
—
zawód
Anthony jest wysokim i dobrze zbudowanym facetem, schludnym i przeważnie elegancko ubranym, zważywszy na swoją pozycję.. Ma burzę brązowych, niesfornych włosów - delikatnie kręconych i duże oczy. Gdy się uśmiecha, czasem pojawiają mu się dołeczki w polikach i ma ten charakterystyczny, zadziorny wyraz twarzy. Lubi nosić zegarki, na palcu ma sygnet rodowy. Jeśli nie korzysta z teleportacji, spotkać go można na motorze.

Anthony Ian Borgin
#6
06.01.2024, 23:00  ✶  
Anthony absolutnie się do tego nie nadawał. Nie był człowiekiem, który brudził sobie ręce sam. Nie był też człowiekiem, który miał jakąś wielką wizję świata, który owszem, pozbawiony szlam byłby znacznie piękniejszy, ale nie było to coś, co często przychodziło mu do głowy w szarej codzienności. Skupiał się głównie na swoich celach, okazjonalnie na otrzymywanych zadaniach. Czasem po marudził, podpalił coś lub łamał zasady, ale był chaotycznie przyzwoity, a nie chaotycznie zły. Przynajmniej na razie, bo nie mógł przecież wiedzieć, dokąd zaprowadzą go ukryte głęboko pokłady nieokiełznanej agresji. Na potrzeby rozwoju kariery, wiele w sobie tłumił, zresztą, na to wpływ miało również "wychowywanie" przez ojca, o ile można w ogóle nazwać w ten sposób proces, który istniał pomiędzy Tośkiem a nieboszczykiem.
Lis przyglądał się swojemu opiekunowi w milczeniu, trzymając papierosa w ustach. Zastanawiał się, nad czym kontemplował i czy wypowiadanie przez niego słowa mogły cokolwiek zmienić. Niszczenie ludzi sprzyjających rozwojowi naprawdę nie było mądre, nawet jeśli wymagała tego tocząca się przez nich i organizację, do której należeli, rewolucja. Ciemne pasmo włosów spłynęło mu na czoło, a dym wypełnił przestrzeń dookoła młodego Borgina, przez kilka krótkich sekund przypominając mgłę, cierpką i gorzką, mocną, bo takie papierosy preferował. Cóż, nawet jeśli nie zgadzał się z wyrokiem, nie zamierzał uciekać. Był słowny i lojalny, chociaż zwykle działania wbrew sobie zwyczajnie przekształcał na takie, aby mu sprzyjały lub wręcz ich unikał.
Uniósł brwi, jednak nie odezwał się słowem. Nie miał na myśli babeczek czy amortencji, wystarczyły uroki, hipnoza lub zaklęcia modyfikujące bezpośrednio pamięć, ale widocznie dla śmierciożerców były to metody zbyt finezyjne i delikatnie, lepiej brudzić ręce. Przeniósł spojrzenie gdzieś w stronę kuchni, poszukując wzrokiem kubła, do którego mógłby wyrzucić końcówkę od spalonego zbyt szybko papierosa. Chwała czarodziejom, że były na tyle dopracowane, że zapach nie zostawał w ubraniach. Opłukał jednak dłonie w zlewie, gdzie wcześniej Robert sprzątał. Słuchał go, a gdy się obrócił i oparł o szafkę, skrzyżował ręce na torsie. Faktycznie, przeszło mu przez myśl to, czy on faktycznie w to wierzył. Czy tak dogłębnie i całościowo popierał wizję Voldemorta? Nie, nie mógł się przełamać do nazywania go "Panem". Antek mimowolnie pomyślał o Brennie, którą świat, do którego organizacja dążyła, tak tępił.
- Rozumiem. Nie ma więc wyjścia. - odpowiedział krótko, spokojnie i całkiem przekonująco, chociaż trudno było określić, czy się zgadzał z zadaniem, które dostał. Sięgnął do kieszeni swojego płaszcza, wyjmując z niego parę skórzanych rękawiczek, które naciągnął na dłonie. Może i nie urodził się wczoraj, ale rodzina długo trzymała go z daleka, nie wplątywała w sprawy, które zdaniem ojca go przerastały. Podszedł do mężczyzny i obdarzył go krótkim uśmiechem, wciąż nieco chłopięcym i okraszonym łobuzerią, takim prosto ze szkolnych korytarzu Hogwartu, gdy to razem z bandą Borgina, mieli zrobić coś złego. Na tamte czasy był to jednak zupełnie inny kaliber występków. - Nie, bierzmy się do pracy.
Czy Anthony zamierzał ubrudzić sobie ręce? Wątpliwe. Liczył na spotkanie kogoś, kogo będzie można do tego wykorzystać lub po prostu skłonienie nieszczęśnika do rytualnego samobójstwa. Nie rozglądał się już po wnętrzu, gdy płaszcz przeistoczył się w pelerynę z głębokim kapturem i gdy ich skryte w półmroku twarze zakryły odpowiednie maski. Jak on kurwa nienawidził tych paskudnych masek. Za każdym razem, gdy wkładał na siebie strój, którego ich organizacja od nich wymagała, dostawał tego absurdalnego poczucia władzy i pewności siebie, które niepokoiły pewną część jego charakteru — tą aktywną, bo prowokowały tą, która tkwiła uśpiona. Podniósł wzrok na Roberta, chociaż nie był pewien, czy to zobaczy, szpary w metalu były niewielkie. - Multon mieszka sam czy spodziewamy się towarzystwa?
Krótkie pytanie przerwało cisze, takie, które wydało mu się dość sensowne. Mogło wymagać innego sposobu działania, niż sobie zakładał. A Dolina była duża, większość osób zamieszkujących jej tereny żyła w domach wielopokoleniowych, co byłoby wrzodem na dupie.
Porządny Czarodziej
To zostanie między nami.
Tylko nami.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Mierzący 183 cm wzrostu, mężczyzna o ciemnych, acz wyraźnie posiwiałych włosach. Posiadacz oczu o kolorze brązowym, w których czasem da się dostrzec nieco zieleni. Robert jest zawsze gładko ogolony. Zadbany. Ubrany adekwatnie do sytuacji.

Robert Mulciber
#7
08.01.2024, 19:53  ✶  

Na ten moment musiało mu wystarczyć to, co padło z ust Anthony'ego. Robert był zmuszony do tego, żeby zaufać słowom młodego Borgina. Nie mógł sobie pozwolić na to, aby drążyć dalej. Zwłaszcza, że nie planował dzieciaka usuwać. Przynajmniej nie teraz. Nie był bowiem w stanie wykluczyć, że będzie to konieczne, jeśli coś pójdzie nie tak.

Bez słowa obserwował jak Borgin przygotowuje się do realizacji zadania. Młody, więc i porywczy. Chciałby wszystko już, teraz. Zaraz? Z wiekiem zapewne nabierze więcej ogłady. Albo może niekoniecznie? Tego nie dało się przewidzieć. Nie można było niestety jednoznacznie ocenić.

- Udało nam się ustalić, że Gregory mieszka z żoną oraz córką. - odezwał się, kiedy Anthony postanowił zadać kolejne pytanie. Pytanie jak najbardziej zasadne. Prawidłowe. Szkoda tylko, że padło ono tak późno. - Dziewczyna przebywa obecnie w Hogwarcie, Rosie jest całkiem obiecującą młodą czarownicą. Powinniśmy się cieszyć, że nic jej dzisiaj nie grozi. - czy faktycznie był to powód do radości? Nie można było powiedzieć, żeby Roberta faktycznie to cieszyło. Zarazem jednak nie dało się też temu zaprzeczyć. Mężczyzna pilnował się. Dbał o to, aby nie dać niczego po sobie poznać. Nie zdradzić więcej, niż było to konieczne. - Żona Multona, Eloise, przed kilkoma dniami zmuszona została do wyjazdu. Rozchorowała się, niestety, jej matka. Dość poważne, aczkolwiek nie można powiedzieć, żeby rokowania były w tym przypadku bardzo złe. Ma jeszcze przed sobą co najmniej kilka miesięcy życia. O ile dopisze jej szczęście. - skąd Robert to wszystko wiedział? Od jak dawna planowali atak na Multona, skoro był w stanie przekazać Anthony'emu tak wiele informacji? Nie wyglądało na to, żeby wszystko zostało zorganizowane na szybko. Bez przeprowadzenia wcześniejszego zwiadu, zebrania niezbędnych informacji. Czy śmierciożercy zawsze działali w ten sposób?

Albo może w taki sposób działał tylko sam Robert?

- Pewnym problemem mogą okazać się sąsiedzi, ponieważ Multon mieszka na obrzeżach Doliny Godryka. - krążył po pokoju, przedstawiając Borginowi kolejne informacje. Nie był w stanie tak po prostu stać w jednym miejscu. Siedzieć? Nasiedzieć się już zwyczajnie zdążył. Ile można. - Razem z żoną posiadają całkiem spory domek jednorodzinny. Za budynkiem znajduje się podwórko, niewielki sad. Prawdopodobnie od strony tego właśnie sadu, byłoby najłatwiej dostać się do środka. - zatrzymał się, skupiając spojrzenie na Borginie, który wyglądał obecnie tak, jak na śmierciożerce przystało. Skryte pod maską oblicze młodzieńca, nie mogło mu zdradzić żadnych emocji. Reakcji na otrzymane informacje. Było to trochę niekomfortowe, ale zapewniało im wszystkim bezpieczeństwo. - Dzięki temu uniknęlibyśmy ściągania na nieruchomość niepotrzebnej uwagi. Nie tracimy też przewagi wynikającej z zaskoczenia. O ile nasi informatorzy się nie mylą, teren nie został zabezpieczony wieloma, silnymi zaklęciami ochronnymi. Przełamanie tych kilku, które udało nam się rozpoznać, nie powinno stanowić problemu. - nawet jeśli Anthony odpowiednich umiejętności nie posiadał, to dla Roberta zajmowanie się zabezpieczeniami nie było czymś szczególnie skomplikowanym. Przynajmniej do momentu, kiedy w grę nie wchodziło coś tak skomplikowanego jak przekładnie tworzone przed Bulstrode'ów. Z tym, na całe szczęście, mierzyć się jednak nie będą musieli.

Zerknął na znajdujący się na nadgarstku zegarek. Odczytał godzinę, po czym trzymaną przez cały czas w ręku monetę rzucił w kierunku Anthony'ego. Bez jakichkolwiek wyjaśnień. Kiedy obydwie ręce miał wolne, sięgnął wreszcie po szatę, zasłonił twarz stalową maską. Podobną, ale nie identyczną względem tej, którą posiadał Anthony. Zdobienia różniły się od siebie.

- Mamy jeszcze dwie minuty. - poinformował chłopaka. Domyślił się? Albo może schował monetę do kieszeni? Jeśli to drugie, musiał ją wyciągnąć. - Przygotuj się.

Podszedł do Borgina, również chcąc dotknąć przygotowanego świstoklika. Przemieszczanie się z pomocą tego przedmiotu było dużo bardziej komfortowe od teleportacji. Do tego również znacznie bezpieczniejsze. Człowiek nie ryzykował rozszczepieniem. Nie musiał obawiać się też tego, że wyląduje dwie ulice dalej, zapewne na przeciwko jakiegoś brygadzisty albo aurora. Ot, taka tam złośliwość losu.

Wreszcie otaczająca ich rzeczywistość zaczęła rozmywać się. W asyście niezbyt przyjemnego uczucia, które można porównać do złapania, następnie ciągnięcia skóry oraz narządów w okolicy pępka, przenieśli się na obrzeża doliny. Wylądowali kilka minut od miejsca, w którym mieszkał Multon. Na uboczu. Pozostało tylko dotrzeć do celu. Zanim jednak ruszą we właściwym kierunku, muszą dojść do siebie. Robert musiał dojść do siebie. Odsunąwszy się od Anthony'ego, pochylił się nieznacznie, czekając aż nieprzyjemne odczucia ustąpią. Przeminą.

Kapryśny Dziedzic
"Have some fire. Be unstoppable. Be a force of nature. Be better than anyone here and don't give a damn about what anyone thinks."
wiek
sława
—
krew
—
genetyka
—
zawód
Anthony jest wysokim i dobrze zbudowanym facetem, schludnym i przeważnie elegancko ubranym, zważywszy na swoją pozycję.. Ma burzę brązowych, niesfornych włosów - delikatnie kręconych i duże oczy. Gdy się uśmiecha, czasem pojawiają mu się dołeczki w polikach i ma ten charakterystyczny, zadziorny wyraz twarzy. Lubi nosić zegarki, na palcu ma sygnet rodowy. Jeśli nie korzysta z teleportacji, spotkać go można na motorze.

Anthony Ian Borgin
#8
22.01.2024, 00:26  ✶  
Dopóki ojciec nie widział, był w gorącej wodzie kąpany. Teraz stary był martwy, więc w ryzach trzymał go jedynie Stanley zastępujący mu ojca i dziadek. Ten ostatni zdawał się mieć w głowie obraz tego, co chciał od swojego następcy dostać i Anthony pomimo niezadowolenia oraz niesprawiedliwości, zdawał się do tego zmierzać. Nie podobało mu się to wszystko, zagrażało jego poczuciu wolności, którego tak potrzebował po latach wypełnionych strachem i uderzeniami ze świstem, które pozostawiały po sobie sińce i krwawiące rozcięcia.
Przytaknął na jego odpowiedź. Córka i żona nieco komplikowały sprawę, bo nie chciał zabijać całej rodziny przez ojca — trochę może przez pryzmat siebie, ale na to nie zasługiwały. Zdawał sobie jednak sprawę, że gdyby sprawy poszły źle, to nie miał wyjścia. Nie mogli narażać organizacji, a już przede wszystkim młody Borgin nie chciał narażać osób do niej należących, zwłaszcza Louvaina i Staśka. Z kolejnymi słowami twarz mu się nieco rozjaśniła, nawet nieco się uśmiechnął. Nawet gdyby słodka Rosie zostało sierotą po dzisiejszym wieczorze, to będzie wciąż żyła i będzie mogła wykorzystać swój czas. Pewnie smutek byłby przytłaczający, ale ludzie byli istotami, które umiały się podnieść z każdego gówna. Ilość informacji, które posiadał były dla młodego faktycznie zaskakujące, jednak nie wnikał i nie zadał kolejnego pytania, przyjmując to po prostu do wiadomości. Ulżyło mu i pewnie Robert to widział, bo oczy Anthonyego zwykle zdradzały wiele emocji, musiał się starać, aby było inaczej, a tu się nie starał wcale. - Rozumiem. Doskonale.
Dotyczyło to oczywiście żony, nie sąsiadów. Dolina od początku wydała mu się lokacją problematyczną, ale musieli działać z tym, co mieli. Domku Multona przecież nie są w stanie przenieść. Mogliby wywołać jakieś zamieszanie, ale ryzykowało to wypłoszeniem ich ofiary i zbędną ingerencją z potencjalnymi świadkami. Z szansą na kolejne zwłoki, które znak oznajmi nad lasem, gdy zatańczy na niebie w odcieniach zieleni. Ładnej zieleni, miał słabość do tego koloru. Wejście przez sad wydało się rozsądne. - Można użyć zaklęcia kameleona, aby dostać się przez ten sad niepostrzeżenie.
Maska była dusząca i ciężka, podobnie jak czarna peleryna. Dawały bezkarność i anonimowość, a jednocześnie przygniatały jakimś posłuszeństwem, odpowiedzialnością i koniecznością wykonania zadania, jakby sam Voldemort je zaczarował tak, aby noszących je czarodziejów kontrolowały. Zdawały mu cichy raport. Lisek zwilżył wargi, ignorując wewnętrzny dyskomfort, powracając spojrzeniem do Roberta. Pomyślał, że nawet jeśli nie miał służby, mógł zastosować hipnozę na uczonym i skłonić go do samobójstwa. - Zajmiesz się kwestią zaklęć ochronnych? - zapytał, jakby chciał się upewnić, przekonać o zakresie spoczywających na nim obowiązków. Pewnie by sobie poradził, ale nie miał zbyt dużego doświadczenia i mogłoby to sprawić więcej kłopotów i szumu, niż potrzebowali. Nie chciał przyznawać się do tego wprost, więc zapytał w taki, a nie inny sposób.
Spojrzał na monetę, westchnął i znów grzecznie przytaknął. A mógł sobie teraz kurwa jeździć motorem.
Pożyteczne, ale paskudne i nieprzyjemne. Teleportacja i świstokliki najlepiej pokazywały zasady równowartej wymiany, która zdaniem Borgina występowała w otaczającym ich świecie. Zacisnął powieki, co zakrywała jego maska i wstrzymał oddech, chcąc uspokoić rozszalały żołądek. Zawrotów głowy jako takich nie miał, całe szczęście. Zachwiał się nieco, biorąc głęboki wdech dopiero wtedy, gdy zapiekły go płuca. A razem z nimi zachciało mu się palić, co musiał niestety zignorować. Sięgnął do kieszeni, wyjmując różdżkę i zaciskając ją w palcach, skrzywił się nieco. Skórzana rękawiczka tłumiła doznania płynące z bezpośredniego kontaktu z transmutatorem. Wykonał odpowiedni znak, niewerbalnie rzucając na nich zaklęcie kameleona i czekając na dalsze rozkazy oraz zdjęcie przez Roberta zaklęć ochronnych, stanął zaraz obok niego. Nie pytał, jak się czuje i czy już jest dobrze, uznał, że dla kogoś o tak wysokiej pozycji, byłoby to jakąś formą braku szacunku. A Antek ten szacunek miał, nawet jeśli okazywał to w nieco pokrętny sposób.
Porządny Czarodziej
To zostanie między nami.
Tylko nami.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Mierzący 183 cm wzrostu, mężczyzna o ciemnych, acz wyraźnie posiwiałych włosach. Posiadacz oczu o kolorze brązowym, w których czasem da się dostrzec nieco zieleni. Robert jest zawsze gładko ogolony. Zadbany. Ubrany adekwatnie do sytuacji.

Robert Mulciber
#9
06.02.2024, 14:00  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.02.2024, 20:26 przez Robert Mulciber.)  

O ile dla organizacji oraz stojącej za nią idei, gotów był na wiele poświęceń, tak nie można powiedzieć, aby był człowiekiem, który dopuszczał się niepotrzebnego rozlewu krwi. Miał swoje granice. Trzymał się jasnych, konkretnych zasad. Jeśli decydował się na bardziej radykalne działania, to zawsze wynikały one z okoliczności. Były następstwem tego, czego dopuścili się inni ludzie. Najczęściej ich lekkomyślności oraz… oraz głupoty. I pomyśleć, że Ci wszyscy głupcy byli później taktowani jako ofiary toczącej się w Wielkiej Brytanii wojny. Trafiali na konto ludzi, którzy w innych okolicznościach nawet by się nimi nie zainteresowali.

Pozostawało mieć nadzieje, że Rosie i Eloise nie popełnią błędu.

Będą rozsądne.

Tylko czy rozsądek był czymś, czym kierowały się kobiety?

- To dobry pomysł, zajmiesz się tym. – przedstawiony przez Anthony’ego pomysł uznał za na tyle dobry, aby wprowadzić w życie. W swoich białych maskach, w dalszym ciągu sporo ryzykowali. Mogli zostać zauważeni niezależnie od tego, z której strony zakradaliby się do domostwa. Dlaczego musiały one otrzymać tak bardzo rzucający się w oczy kolor? Niby wiedział, ale nie do końca się z tym zgadzał. Kim był, aby podważać jego słowa?

Skinął głową, zapytany o możliwość zajęcia się zaklęciami ochronnymi. Robert nie zamierzał tylko i wyłącznie się wszystkiemu przyglądać. Bezczynnie. Był tutaj, ponieważ chciał działać. A przy okazji zyskać też coś dla samego siebie. Drobną nagrodę za wykonane zadanie. Wykonane rzecz jasna należycie. Wręcz wzorcowo.


Po przenosinach w okolice Doliny Godryka, potrzebował chwili na dojście do siebie. Niedługiej chwili. Zaraz wyprostował się. Rozejrzał po okolicy. Upewnił się, że wszystko poszło jak należy; że trafili we właściwe miejsce. Dopiero w następnej kolejności, przeszedł do działania. Zajął się zaklęciami ochronnymi, które zgodnie z tym co wcześniej udało się ustalić, nie były szczególnie skomplikowane. Kilka ruchów różdżką, kilka wypowiedzianych pod nosem zaklęć i mogli ruszać. Dał Anthonemu gestem znać, aby to on szedł przodem. Robert nie chciał mieć dzieciaka za swoimi plecami. Nie chciał mieć tam w zasadzie kogokolwiek. Byłoby to dla niego mało komfortowe.

O własny komfort zaś, zawsze starał się należycie dbać.

- Pies? – zatrzymał się, ledwie zrobili kilka kroków, ledwie znaleźli się na terenie sadu Multonów. Anthonemu dał znać, aby postąpił tak samo. Zdawało mu się, że słyszał zwierzę. Tylko czy było to zwierzę należące do tej rodziny, czy może do sąsiadów? Robert był tym mocno zaskoczony. Na taką ewentualność kompletnie nieprzygotowany? O ile mogli ukryć się przed wzrokiem, tak węch nadal musiał alarmować. A także odgłosy, które z pewnością wydawali. – Na Merlina, będzie trzeba wyciągnąć konsekwencje wobec tych niemot.

Nawet wkurzony, był w stanie powstrzymać się przed wyrzuceniem z siebie wulgaryzmów. Nie zwykł przeklinać. Nie zwykł sięgać po słownictwo niecenzuralne. Teraz też tego nie zrobił, choć swoje niezadowolenie wyraził w sposób niepozostawiający miejsca na wątpliwości.

Kiedy szczekanie rozległo się ponownie, zdecydował się na posłanie w odpowiednim kierunku zaklęcia. Czy było ono celne? Taką pozostawało mieć nadzieje. Zwierzę było na tyle daleko, że działanie musiał podjąć częściowo na ślepo.

- Drętwota! – padło z jego ust. Proste. Nieskomplikowane. Z różdżki wystrzelił strumień niebieskiego światła. W coś uderzył? Ciężko było to określić. Mogli mieć jednak nadzieje, że na jakiś czas będą mieć ten jeden problem z głowy. Na kilka lub kilkanaście minut. Zależało od szczęścia. – Reaguj, gdybyś coś słyszał. – upomniał swojego towarzysza, dając zarazem znać, że mogą iść dalej. Byle zachować ostrożność, byle się zanadto nie śpieszyć.

Zbędny pośpiech niejednego już zaprowadził przed oblicze Wizengamotu. 

Niejednemu też zdołał zapewnić przytulną cele w Azkabanie.

Kapryśny Dziedzic
"Have some fire. Be unstoppable. Be a force of nature. Be better than anyone here and don't give a damn about what anyone thinks."
wiek
sława
—
krew
—
genetyka
—
zawód
Anthony jest wysokim i dobrze zbudowanym facetem, schludnym i przeważnie elegancko ubranym, zważywszy na swoją pozycję.. Ma burzę brązowych, niesfornych włosów - delikatnie kręconych i duże oczy. Gdy się uśmiecha, czasem pojawiają mu się dołeczki w polikach i ma ten charakterystyczny, zadziorny wyraz twarzy. Lubi nosić zegarki, na palcu ma sygnet rodowy. Jeśli nie korzysta z teleportacji, spotkać go można na motorze.

Anthony Ian Borgin
#10
25.02.2024, 16:20  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 25.02.2024, 16:29 przez Anthony Ian Borgin.)  
Poświęcenie. Anthony miał nieodparte wrażenie, że całe jego życie opiera się na poświęceniu i rezygnacji z czegoś, co chciał na rzecz czegoś, co musiał. Gdy czasem kontemplował nad sensem życia — zdarzało się, owszem — to wierzył lub też musiał wierzyć, że się z tym pogodził. Światem kierowały inne zasady, niż myślał za dzieciaka i dla rodziny oraz tego, czego od niego oczekiwano, trzeba było wyrzekać się małych części siebie. Kawałek po kawałku. Miał być śmierciożercą, to będzie. Nie miał być? To nie będzie. Nawet jeśli walący się porządek dotychczasowego świata go nie obchodził, musiał być tego częścią. Westchnął jedynie wewnętrznie, lustrując wzrokiem twarz Roberta. Czarodzieja dorosłego i spełnionego, walczącego o swoje idee, zupełnie jak Lou. Tylko co z nimi będzie, jak nie będą mieli już o co walczyć?
- Jak sobie życzysz. - przytaknął grzecznie, czując kolejną falę gorącą i niechęci do noszonego przez siebie, krzykliwego stroju. Tosiek jednak też był nikim, komentowanie widzimisię Wielkiego Czarnoksiężnika, odnośnie do kodeksu ubraniowego nie wydawało mu się mądre. Zwilżył wargi, walcząc z chęcią sięgnięcia po papierosa. Znowu.

W Dolinie było przyjemniej i chłodniej. Wiatr leniwie kołysał drzewami, gdzieś na linii horyzontu migały światełka ze stojących w okolicy domów. Malownicze miejsce do spokojnego życia z rodziną, które dwójka czarodziejów miała za chwilę zburzyć. Poprawił rękawy szaty, chwytając za różdżką, którą następnie wykonał kilka szybkich ruchów, szepcząc pod nosem inkantację do zaklęcia kameleona, o którym wspomniał wcześniej. Teraz mogli przemieszczać się bez zbędnych świadków, gdyby któryś z tutejszych spacerował z trójgłowym psem lub innym ustrojstwem. Mógł być to też zwykły pies, żadna różnica. Ruszył dość cicho przed siebie, zaciskając palce na drewnianym kiju.
Pies? Wykrakał jak nic. Przekręcił głowę na prawo i na lewo, rozglądając się dookoła, chcąc dostrzec źródło dźwięku, co w panujących dookoła ciemnościach, wcale nie było łatwe. Słów o niemotach nie skomentował, chociaż uciekło mu małe parsknięcie spomiędzy warg i żywił nadzieję, że wuja lubił zwierzaki, bo psa szkoda byłoby unieszkodliwić na wieczność. Nawet jeśli miałby trzy głowy lub pięć ogonów, na pewno jakieś wymysły psie istniały w świcie magicznych zwierząt, o których Antek miał jednak niewielkie pojęcie. Błękitne światło powędrowało gdzieś pomiędzy krzaki i coś chyba upadło, a potem nastała cisza, przerywana jedynie melodią szumiącego wiatru.
Im bliżej domu się znajdowali, tym większą ochotę miał po prostu go podpalić i puścić z dymem, ale jego opiekunowi zależało na zdobyciu książek czy innych dokumentów. Omiótł wzrokiem posiadłość, dostrzegając tylne drzwi, które dość szybko otworzył za pomocą zaklęcia alohomora. Drewniana podłoga w izbie, do której weszli — nieco skrzypiała, co było wyjątkowo irytujące, zważywszy na chęć wykonania zadania, jak najciszej. Poruszali się do przodu w milczeniu, a Borgin czekał na położenie łap na tutejszej pokojówce czy innej gosposi, której powinni byli się spodziewać. Z hipnozą było tak, że należało działać szybko. Im więcej czasu miała ofiara na rozmyślanie, tym gorzej było. Zważywszy na zaplanowany przez juniora rozwój wypadków, który zakładał tragiczne w skutkach samobójstwo. Bo on naprawdę nie chciał brudzić sobie rąk i nie daj Merlinie, zostawić żadnego śladu. Miał zostać głową departamentu w przyszłości, chciał zwiększyć swój majątek. Nie było tu czasu na błędy, zwłaszcza takie, które prowadziły do Azkabanu.
Dotarli na piętro bez większych przeszkód, a gdy udało im się ustalić, w którym pomieszczeniu przebywa doktor, Anthony zdjął z siebie zaklęcie kameleona oraz maskę, łapiąc schowany w kieszeni wisiorek pomiędzy palce. Nie był pewien, czy będzie potrzebny, ale nie chciał ryzykować żadnej wtopy. Mężczyzna miał właściwie tylko jedną szansę na uzyskanie interesującego go efektu, więc musiał działać pewnie oraz przede wszystkim szybko. Wszedł do gabinetu ich ofiary, a gdy ta się odwróciła, chłopak był już przy niej, spoglądając jej głęboko w oczy. Hipnoza była sztuką, która wymagała precyzji oraz nawiązania pewnego rodzaju nici intymności, wymagała zdominowania. Rodzaj spojrzenia, brak mrugania, rytm oddechu i nawet prędkość i intonacja wypowiadanych słów miały znaczenie. Nie umiał określić siły woli stojącego przed nim człowieka, więc na wszelki wypadek pomógł sobie jeszcze wahadełkiem. W tle grały przesuwające się wskazówki zegara i trzaskający w kominku ogień.
- Odpowiesz na wszystkie ewentualne pytania mojego towarzysza, wskazując mu miejsce ukrycia swoich dzienników i ksiąg. Napiszesz kartkę, że żałujesz, że Czarny Pan nie przejął jeszcze władzy nad światem. Weźmiesz różdżkę, rzucisz zaklęcie, na które poinstruuje Cię mój towarzysz, a potem weźmiesz swój nóż do otwierania listów, poderżniesz sobie gardło i razem z różdżką, wpadniesz do kominka. - zakończył łagodnie, zupełnie jakby mówił do dziecka, obiecując mu cukierka. Robił wszystko w rękawiczkach. Gdy twarz czarodzieja nabrała neutralnego wyrazu i przytaknął pusto, Antek uśmiechnął się, mrugnął w końcu i pogłaskał go po głowie. - Przykro mi, że musiało tak wyjść. - dodał tylko cicho, prostując się i wsuwając na twarz maskę. Schował wahadełko do kieszeni.
Pozostało tylko zostawienie kilku spraw Robertowi, podczas których Tosiek przeszedł się po gabinecie, beznamiętnie przesuwając spojrzeniem po regałach wypełnionych książkami. Gdy jego opiekun skończył, zabierając książki i potrzebne dokumenty, dał mu znak, zebrali się do wyjścia. Spojrzał raz jeszcze na doktora, a potem poprawił kaptur i razem z Robertem, opuścili Dolinę. Czy to było poczucie dobrze wykonanego zadania? Trudno powiedzieć.
Nad domem pojawił się jednak zielony, mroczny znak - który rozjaśnił niebo mocniej, niż gwiazdy.

Koniec sesji
- koniec sesji dla wszystkich postaci
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Anthony Ian Borgin (3264), Robert Mulciber (3069)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa