15 luty 1972
Pierwsze ataki śmierciożerców - Robert & Anthony
Nieczęsto zdarzało się, aby Mulciber osobiście brał udział w eliminowaniu celów wyznaczanych śmierciożercom oraz naśladowcom. Jako Lewa Ręka Czarnego Pana, odpowiadał bowiem za coś dużo bardziej istotnego, zarazem znacznie mniej przyziemnego. Miał być istotnym elementem całej tej machiny, której zadaniem było odmienienie magicznego świata...
...albo przynajmniej tej jego części, którą stanowiła Wielka Brytania.
Kiedy przed kilkoma dniami, wraz z Corvusem zajmowali się omawianiem kolejnych działań, w oczy Apisa rzuciło się jedno bardziej istotne nazwisko. Znane mu przez wzgląd na własne plany. Osobiste. Bez szerszych wyjaśnień, wykreślił je z listy, mówiąc jedynie, iż sprawę mogą uznać za załatwioną. I w zasadzie nic więcej tutaj nie było potrzebne. Prawa i Lewa ręka największego czarnoksiężnika w kraju znali się bowiem na tyle dobrze, aby pewne rzeczy zwyczajnie rozumieć.
O tym, że podczas tego konkretnego zadania będzie mu towarzyszył Anthony, zdecydował odpowiednio wcześniej. Dokładnie sobie tę kwestie przemyślał. Znał chłopaka od lat, podobnie jak jego bliskich, z którymi Mulciberowie prowadzili interesy. Wiedział też coś niecoś o tym, co ten potrafił - czarodziejów o tym profilu nigdy nie było zbyt wielu. Zawsze mogli się do czegoś przydać. Byli w stanie przechylić szale zwycięstwa na ich stronę w sytuacji, kiedy sprawy nie układały się w odpowiedni sposób.
W końcu czy istniało coś groźniejszego od silnego uroku?
Wysłany do dziedzica Borginów list, nie zawierał wielu informacji. Wyznaczał jednak dzień oraz godzinę spotkania. Zawierał ponadto prowadzący we właściwe miejsce świstoklik, mający wszystko uczynić dużo sprawniejszym. Tradycyjnie już była nim niewielka moneta, na którą należało uważać aby nie trafiła w niepowołane ręce. Ktoś przypadkowy, pojawiający się w jednym z bezpiecznych miejsc przygotowanych na potrzeby popleczników Czarnego Pana, mógłby wszystkim narobić problemów.
Miejscem, w którym mieli się spotkać, był niewielki dom na obrzeżach Londynu. Dokładniej - zlokalizowany na zadupiu, gdzie psy szczekały dupami. Czarodzieje nie zwykli zapuszczać się w te rejony, dlatego napotkanie znajomej twarzy graniczyło z cudem. Budynek składał się z piwnicy, parteru i strychu. pomieszczeń miał łącznie może z 6 lub 7. Nie był szczególnie duży. Z zewnątrz ponadto nie zachęcał aby zatrzymać się tu na dłużej. Zarośnięty trawnik. Usychająca roślinność. Rdzewiejący rower oparty o niszczejący, drewniany płot. Brudne okna, w których wisiały żółte już firanki. W środku, o czym Anthony miał okazje się przekonać, nie było dużo lepiej. Tapeta miejscami odchodziła od ścian. Unosił się nieprzyjemny zapach. Meble zdawały się być bliskie temu, aby rozpaść się pod wpływem kontaktu z człowiekiem.
Aczkolwiek jakie to miało znaczenie?
Najwyraźniej całkiem spore dla Apisa, który czekając na pojawienie się swojego towarzysza, zajął się odnoszeniem do zlewu brudnych naczyń, dotąd walających się po całym salonie. Wszystko to robił własnoręcznie. Bez korzystania z magii. Dla wielu byłoby to zapewne poniżej ich godności. Wszak po to otrzymali dar, aby pewne rzeczy móc sobie ułatwić. Apis nie widział tego jednak w ten sposób. O każdy dar należało odpowiednio zadbać. Wykorzystując go we właściwych celach.
- Nareszcie. - skomentował pojawienie się chłopaka, odkładając kolejne szklanki na kuchennym blacie. Nie ukrywał swojej tożsamości. Ta Borginowi była bowiem po części znana. Wiedział, że popierali tę samą sprawę. Nie był jedynie świadomy tego, jaką role w tym wszystkim odgrywał Mulciber. - Jesteś gotowy? - odwrócił się, lustrując chłopaka oceniającym spojrzeniem. Oczekiwał, że ten należycie się przygotował; że nie zawiedzie go w tak istotnym momencie.
Nie chciał się pomylić w ocenie jego osoby.
Na ten moment jeszcze ocenie pozytywnej.